Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tłumologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tłumologia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 kwietnia 2013

Tłum marketerem jutra? (konferencja The Future of Crowdsourcing).


Marki to byty coraz bardziej otwarte. Korzystanie ze zbiorowej inteligencji konsumentów w celu tworzenia marketingowych rozwiązań to dziedzina wciąż nowa, często traktowana bardziej jako egzotyczny eksperyment niż "poważne i sprawdzone" rozwiązanie biznesowe. Jest to jednak jedna z kluczowych dyscyplin i umiejętności, które jutro będą decydować o sukcesie (lub wręcz przetrwaniu) marek. Jak zauważa Shelley Kuipers, (CEO kanadyjskiej firmy Chaordix): Participation is the new brand.
Od lewej: Jan Kasprzycki-Rosikoń, Epirot Ludvik Nekaj, Dominika Przyłęcka, Shelley Kuipers, Karsten Wenzlaff.

Zaprezentowane przez przedstawicieli MillionYou przykłady działań crowdsourcingowych 
prowadzonych dla takich marek jak Volkswagen, Aviva, Canon czy Heineken udowadniają, że zaangażowane społeczności konsumentów mogą faktycznie stanowić konkurencję dla tradycyjnych dostawców rozwiązań kreatywnych czy designerskich. Tzw. "agencje 3.0" działają coraz sprawniej korzystając z coraz doskonalszych procesów i zaawansowancyh narzędzi.

Francois Petavy (CEO, francuska eYeka) w przekonujący sposób prezentował metodę współdziałania z konsumentami: od fazy briefingowej, poprzez ocenę nadsyłanych rozwiązań do etapu przekazywania uczestnikom informacji zwrotnej. Proces obejmuje formułowanie wyzwań strategicznych, następnie przekształcenie ich w wyzwanie koncepcyjne, etap konkursu idei, analizę propozycji i selekcję zwycięzców. W procesie takim jest zarówno miejsce na emocje, zabawę i rywalizację jak i na konkretną nagrodę finansową.

Knowledge is no longer restrained by physical limits. Only our limits to connect and collaborate can restrain the distribution of knowledge.
Karsten Wenzlaff

Epirot Ludvik Nekaj (Crowdsourcing Week) w interesujący sposób podkreślił różnicę pomiędzy "otwartą" i "zamkniętą" szkołą tworzenia kreatywnych rozwiązań (case Shell, Let' go), a Karsten Wenzlaff (Niemiecki ikosom) odniósł ideę otwartości do ewolucji postaw dzisiejszych firm wobec konsumentów i ogólnej, głębszej zmiany gospodarczej, która właśnie zachodzi. To właśnie otwartość może wg niego stanowić o przewadze konkurencyjnej przedsiębiorstw jutra. Dobitnie wyglądało dokonane przez niego porównanie organizacji o "starej"i "nowej" orientacji:

- Zaufanie                       - Kontrola
- Płaska struktura            - Hierarchia
- Wersje beta                  - Zasada "zero błedów"
- Prostota                        - Złożoność
- Współdziałanie            - Konkurencyjność
- Dynamika                    - Powolność

Prelegenci dzisiejszej konferencji The Future of Crowdsourcing, których miałem okazję wysłuchać, dali wiele przykładów na to, że systematyczne współdziałanie na linii marka-konsument owocuje rozwiązaniami adekwatnymi do potrzeb klientów, oszczędnością czasu i środków potrzebnych dla generowania nowych koncepcji (produktów, usług, opakowań, zawartości, tworzonych treści, procesów itd.) oraz umacnianiem więzi emocjonalnych z marką. Jakby nie patrzeć same korzyści.
Bardzo to wszystko budujące i optymistyczne.
Wiosenne.

Tak na marginesie: kooperacja z konsumentami i otwartość to jednak postawa wymagająca - wiele dotychczasowych przekonań, stereotypów i nawyków trzeba wyrzucić do kosza i zapomnieć o nich definitywnie. I do tego trzeba się już przyzwyczajać. To chyba właśnie sztuka zapominania staje się dziś najcenniejszą kompetencją.

Creative Commons License

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.


poniedziałek, 25 lutego 2013

O przemieleniu (nie)sprawiedliwym słów kilka…


Pomimo nominacji w kategorii dzieł „nieanglojęzycznych” oraz faktu, że kurczowo trzymałem kciuki obu dłoni, duński obraz (a właściwie duńsko-szwedzko-czeski) pt. „A Royal Affair” - polski, średnio udany tytuł: „Kochanek królowej” - nie otrzymał żadnej oscarowej statuetki.

Szkoda, ponieważ zarówno scenariusz (Nikolaj Arcel i Rasmus Heisterberg) jak i reżyseria (N. Arcel) czy genialna rola Mikkela Følsgaarda zasługiwały na takie wyróżnienie. Na wysokości zadania stanął znany np. z „jabłek Adama” czy "Casino Royale" (postać Le Chiffre) Mads Mikkelsen (potencjał na nowe wcielenie Klausa Kinski?), a jedyne zastrzeżenia zgłaszam niniejszym do roli Alicii Vikander. Moim zdaniem postać mogłaby być nieco „pełniejsza” i barwniejsza.
Co zresztą nic nie ujmuje ani jej, ani całości.

niedziela, 30 grudnia 2012

Marka jako heurystyka?

Zarówno w pracy umysłowej, jak i fizycznej mamy do czynienia z ogólnym „prawem minimalizacji wysiłku”. Mówi ono, że jeśli ten sam cel można osiągnąć na kilka sposobów, człowiek ostatecznie skłania się ku temu sposobowi, który wymaga najmniej wysiłku. […] Lenistwo jest głęboko wpisane w naszą naturę.
Daniel Kahneman, Pułapki myślenia. O myśleniu szybkim i wolnymTłum. Piotr Szymczak, Wyd. Media Rodzina, Warszawa 2012, s. 50.
Złożony tradycyjną, świąteczną grypą próbowałem sięgnąć po jakąś książkę. Najbliżej leżała niestety ta najcięższa. Trudno. Dźwignąłem ją dzielnie i rozpocząłem gorączkową w tej sytuacji lekturę. Wysiłek okazał się nienadaremny.  Właściwie to jedynie sięganie było wysiłkiem, samo zaś czytanie wyłączenie przyjemnością.

Zakupienia tej pozycji polecać chyba nikomu nie muszę. W tym akurat przypadku wszystko jest jasne i poza wszelką wątpliwością. „Mistrzostwo...”, „Noblista...”, „Przełomowe...”, „Genialne...”, „Must Read”, „Klienci, których interesował ten produkt, czytali też inne świetne produkty…“ itp. itd. Wszystko się zgadza. Co do przysłowiowej joty.

Kahneman [na temat ekonomii behawioralnej zob. wpis "Wszyscy jesteśmy wariatami..."] wiele miejsca poświęca tu heurystykom - poszukiwaniom wskazówek i reguł uproszczonych – takich, które mogą (choć nie muszą) doprowadzić do rozwiązania jakiegoś problemu. Heurystyki to strategie niedoskonałe, przybliżone, ułomne. Często jednak (choć nie zawsze) w zupełności wystarczające i skuteczne. W tym sensie są to strategie praktyczne. Bo czy w życiu można jakiś problem od razu rozwiązać w sposób idealny – raz na zawsze? Czy zawsze jest potrzebna pełność, kompletność, dokładność, idealna trafność?

poniedziałek, 12 listopada 2012

Przyjazne oblicze Golema?


„Coraz szybsza przemiana środowiska naturalnego w techniczne, której jesteśmy świadkami w naszym stuleciu, sprzyja technicznemu spojrzeniu na drugiego człowieka, tzn. że coraz słabiej widzi się w nim cechy ludzkie, a coraz wyraźniej atrybuty związane ze sprawnym funkcjonowaniem maszyny techniczno-społecznej“. 
A. Kepiński, Rytm życia
Chociaż genialny polski psychiatra Antoni Kępiński pisał te słowa w poprzednim stuleciu i w mocno specyficznym kontekście (badał więźniów i strażników obozów zagłady), to jego przemyślenia są dziś nie tylko jak najbardziej aktualne ale nabierają zupełnie nowego sensu.

Żyjemy w świecie coraz bardziej stechnicyzowanym. Technicyzacja dotyczy również gospodarki, w tym marketingu, reklamy i brandingu. Wystarczy zajrzeć do najnowszego rankingu BrandZ by o tym się przekonać – oto cztery z pięciu najbardziej wartościowych na świecie marek pochodzi z rynku technologicznego. Największy wzrost wartości (74%) zanotował Facebook (zmiana pozycji w rankingu o 16 miejsc), a najsilniejszym brandem rynku technologicznego pozostaje Apple (wartość szacowana: 182,951 M$).
W pierwszej dziesiątce pod względem wartości znalazły się tu: Apple, IBM, Google, Microsoft, At&T, Verizon czy China Mobile.

Marki technologiczne przodują również w kreatywności, innowacji i nowatorstwie. Zgodnie z raportem Fastcompany najbardziej innowacyjne na świecie brandy to: Apple, Facebook, Google, Amazon, Square i Twitter.
Z kolei w zestawieniu The “Earned Buzz” Top 10 prezentującym ranking wg indeksu tzw. buzzu społecznego i internetowego obok marek już wymienionych pojawiają się: eBay, Microsoft, Sony, Amazon, Samsung czy HP.

niedziela, 23 września 2012

Wrogowie słów


Nigdy jeszcze słowo nie miało tak dużej łatwości przemieszczania się i rozpowszechniania jak dziś. Konfiguracja najnowocześniejszych technologii informacyjnych i komunikacyjnych zupełnie oswobodziła słowa. Wolne od jakichkolwiek ograniczeń mogą więc swobodnie wędrować, błyskawicznie pojawiać się w dowolnym miejscu, docierać tam, gdzie wcześniej nie miały dostępu. Słowa docierają tam nawet szybciej niż myśli, którym zawdzięczają swój kształt.

niedziela, 30 października 2011

Dystansujący uśmiech oburzenia.

Remember, Remember the Fifth of November The gunpowder treason and plot
I see no reason why the gunpowder treason
Should ever be forgot.

Maska przedstawiająca twarz Guya (Guido) Fawkes’a nader często pojawia się w medialnych relacjach z protestów przeróżnych ruchów tzw. „oburzonych”. Niezależnie od tego czy okupują oni Wall Street, demonstrują w Madrycie, Paryżu, Rzymie, Londynie czy Warszawie – uczestnicy demonstracji chętnie sięgają po tą samą maskę pretendującą już do swoistego symbolu anonimowej większości („99%”) sprzeciwiającej się dominującej mniejszości (milionerzy, finansiści, politycy).

wtorek, 30 sierpnia 2011

Złote jabłko.

Steve Jobs, Ingvar Kamprad, Richard Branson, Mark Zuckerberg – to nie tylko przykłady twórców wielkich marek, to również Wielcy Bohaterowie ponowoczesnych mitologii.
Jednak choć nowoczesność mają za plecami, jako postaci ikonicznie, charyzmatyczni przywódcy i twórcy „nowego ładu”, symbolicznie reprezentują figury konieczne dla ciągłości Wielkiej Opowieści. Podtrzymują tym wiarę w sensowność podejmowanych działań. Wpisują je w kosmiczny ład i porządek. Wypełniają tym samym pustkę po religii (realizując przy okazji wysoką marżę) i dają namiastkę nadziei zbawienia – lub choćby intensywnie doraźnego pocieszenia.

Współczesny mit bohaterski jeśli ma być odtwarzany na serio, w swojej strukturze nie powinien odbiegać od uniwersalnego „monomitu” (zob. Kości zostały rzucone). Bohater powinien więc przechodzić kolejno poprzez wszystkie symboliczne etapy samo-realizacji. Inaczej opowieść stanie się nie pełna przez co straci pierwotny sens.

wtorek, 9 sierpnia 2011

O tym jak Erni Mleczarz anarchię stłumił – nie tylko w UK. (Political Fiction).

David Cameron przerywając wakacje w Toskanii był mocno podirytowany zachowaniem części londyńskiej młodzieży, która wyległa na ulice by podpalać budynki i samochody, wybijać witryny, rabować sklepy i w inny sposób wyrażać niczym nieuzasadnioną (?) agresję.
Widocznie niewdzięczna ta młodzież niewiele zapamiętała z jego płomiennego przemówienia pt. „Civility and Social Progress” (kwiecień 2007). Zawarty w tej mowie manifest „Społecznej Odpowiedzialności” brzmiał - jak mu się wówczas wydawało - bardzo sensownie i przekonująco.
Dla przypomnienia wybrane fragmenty:

środa, 3 sierpnia 2011

Czy Breivik zostanie Człowiekiem Roku?

Jesteś łupem.
Celem.
Zdobyczą.
Żerem, albo czym tam chcesz.
Zależnie od tego jak sobie przetłumaczysz tytuł płyty niejakiego Morrisseya z 2004 roku:

You Are The Quarry.

Dwa utwory z tej płyty znalazły się nawet w ‘secie’ wykonanym podczas niedawnego koncertu w Warszawie (zob. wpis).
Słowa rzucone do publiczności podczas właśnie tego występu uczyniły z Mozzera cel medialnych ataków.
Ale Morrissey sam jest sobie winien. Od dawna ściąga na siebie kłopoty na własne życzenie. Śpiewał zresztą: „Trouble Loves Me”
Taka samosprawdzająca się przepowiednia.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Patriotyzm reaktywny a kwestia niecnej batonika grabieży.

Zagadka na rozgrzewkę. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: pewnego dnia dowiadujemy się, że jakiś wyrób czekoladowy marki kojarzonej jako tradycyjnie polska (powiedzmy Mieszko, Wawel albo Wedel) będzie od dziś sprzedawany w opakowaniach imitujących amerykańską flagę ze sloganem „The taste of coolness”.
Jak zareagują nasi konsumenci?
Czy będą się złościć, tupać nogą, protestować na portalach społecznościowych?
Czy będą bronić narodowego dziedzictwa marki?
Odpowiedź: Nie wiadomo.
Trzeba by sprawdzić.

Wiadomo jednak, że jeden ze Złotych Lwów (‘Titanium and Integrated’) trafił podczas tegorocznego Cannes Lions do Bukaresztu.
Nagrodę zawiozła tam agencja BV McCann za kampanię reklamową dla Kandia Dulce.
Kandia Dulce (Kandia-Excellent) – fabryka czekolady z Timisoary powstała w XIX wieku. Później, jak wszystko w nowoczesnej Europie, przechodziła z rąk do rąk.
Właścicielami marki był m. in. fundusz inwestycyjny Rivta GmbH, następnie rodzinna firma Julius Meinl, która za 100 mln euro sprzedał Kandię koncernowi Cadbury, by ten został za niedługo przejęty przez Krafta, od którego z kolei kawowi baronowie odkupują w 2010 roku dawną własność za... niecałe 20 mln euro (por. historię rodzimej marki Wedel i rolę w tej historii pewnej Komisji z siedzibą w Brukseli).


Jednym z produktów Kandia był wprowadzony w 1964 roku (a więc na rok przed objęciem władzy przez Ceauşescu) batonik o wdzięcznej nazwie Rom.
Jak na nazwę i jej znaczenie przystało batonik zdobny był trzema kolorami rumuńskiej flagi, mówił do ludzi po ludzku – czyli po rumuńsku (złośliwi nazywają ten piękny język zwulgaryzowaną łaciną) oraz takoż się reklamował:


Wywołujący dreszcz, intensywny smak oryginalnej komunistycznej receptury z biegiem czasu coraz słabiej działał na zmysły młodzieży. Nastolatki wychowane w nowej rzeczywistości nie widziały powodu by po Roma sięgać.
Ich aspiracje i marzenia, kierowały się na Zachód, którego tradycyjnym symbolem pozostawały USA.

A do Rumunii docierały skutki światowego kryzysu finansowego.
Wątpliwości co do przyszłej sytuacji finansowej, zapowiadane cięcia płac i inne odbite fale tajemniczych kredytów sub-prime dopływały kolejno na tereny dawnej rzymskiej prowincji.
I co tu zrobić?

“Wszędzie na tej ziemi zapanował nieopisany chaos – sytuacja jest doskonała” jak powiedział Mao Zedong.
Czy nie jest to najlepsza chwila na rewitalizację marki?
Szansa może się nie powtórzyć.
Do dzieła...

Zamiarem autorów nagrodzonej kampanii było przemówienie bezpośrednio do narodowego ego Rumunów. W tym celu, praktycznie z dnia na dzień, zupełnie zmieniono wygląd i charakter batonika. Zniknęły rumuńskie barwy opakowania, a zastąpiła je amerykańska flaga. Gwiaździsty sztandar okrył również wszystkie materiały POS.
W reklamie telewizyjnej „archetypiczny” amerykański dupek również odwoływał się do symboliki gwiazd informując o zmianie i zachęcając do spróbowania „smaku fajności”.

Zamierzony efekt prowokacji został osiągnięty.
Ludzie byli wściekli, że ktoś tak bezczelnie atakuje narodową świętość. Spontanicznie gniewali się, protestowali i wyrażali swoje oburzenie.
Wyszli w końcu na ulice (za sprawą zorganizowanego flash-mobu) i omalże nie wywołali rewolucji.
Wszystko się jednak dobrze skończyło, wszyscy żyli długo i szczęśliwie (zagryzając Roma owiniętego na powrót w narodowy sztandar).

Wszystkie wydarzenia (np. protesty na fejsbuku i dyskusje na temat narodowych wartości) były rzecz jasna absolutnie spontaniczne, autentyczne i niearanżowane – o czym osobiście zapewniał dyrektor kreatywny agencji reklamowej.

Sukces spektakularny – zamieszanie w mediach i darmowy PR wart 300 000 euro reklamowego ekwiwalentu, dziesiątki tysięcy fanów na FB, „eksplozja wszystkich wskaźników marki” (cokolwiek miałoby to znaczyć) m. in. wskazania „batonik dla mnie” – wzrost o 124%, najszybszy wzrost w kategorii 20% (w porównaniu do średniej 8,2%) i co najważniejsze (dla autorów kampanii) Rom pokonał Snickersa i stał się najbardziej popularnym batonikiem czekoladowym w Rumunii – a ilość deklaracji, że jest takowym wzrosła wręcz o 79% (!).

Autorzy kampanii zauważyli przy okazji interesującą prawidłowość socjologiczną. Oto młodzi ludzie niezbyt na co dzień dumni ze swojego kraju i tożsamości, w sytuacji ataku na „narodowe” wartości i symbole nagle stają się gorliwymi patriotami.
Określenie „patriotyzm reaktywny” doraźnie chyba ukute (?) na potrzeby tego fenomenu świetnie oddaje charakter tajemniczego resentymentu.

Żarty żartami, ale kampania warta była nie tylko tynfa (ok. 30 gr przed potopem szwedzkim), ale i złotego lwa. Głównie dlatego, że doskonale oddaje „zeitgeist” unoszący się nad mocno dziś w siebie samą wątpiącą Europą.
Rom jest symbolem paradoksów unijnej codzienności – szczególnie tej nowo-europejskiej.
Jego historia jest więc Naszą historią.

Nieważne czy Rom należał do Cadbury, Krafta czy potomków Juliusa Meinla. Kolejne przejęcia, czy zmiany właścicielskie mało kogo obchodzą. Dopóki Rom pozostaje rumuński – tzn. zdobny jest w narodową szatę – nikt nie wychodzi na ulice. Ale niech tylko ktoś tylko spróbuje dotknąć świętych barw!

Inna rzecz, że Rumuni są pozytywnie zakręceni na punkcie własnej tożsamości, tradycji i korzeni. Fortuny wydawane na rzeźbione, drewniane bramy w Maramuresz, niezliczone wioski zgodnie produkujące pamiątkarski asortyment, ilość kanałów tv puszczających wyłącznie lokalną muzykę ludową i weekendowe parady w strojach ludowych to tylko wybrane przejawy zdrowego, w gruncie rzeczy, świra Rumunów (by the way – wszystkie stereotypy na temat Rumunii są krzywdzące, bo nieprawdziwe).
Pod tym względem pozostajemy za nimi daleko w tyle, bo raczej skromnie na tym tle wypada panocku nasza muzyka góralska i łoscypek.
Ale nadrabiamy zaległości.

Sponsorowane przez banki, koncerny energetyczne i gigantów browarnictwa festyny, jarmarki (a nawet odpusty) dają nadzieję, nie tylko na darmową porcję bigosu ale i prawdziwy renesans ludowej kultury.
Coraz częściej odkrywamy, że tożsamość to nie jakaś tam nacjonalistyczna idea ogólna, ale to, co najbliższe, namacalne i swojskie.
A że siermiężne na pozór i przaśne? A że kiczowate niby albo wtórne?
A co komu do tego?

I nie jest to bynajmniej przejaw nietolerancji, ksenofobii czy innej dewiacji.
Bo my jako naród kochać szczerze potrafimy.
Kochamy więc chodzić w samych majtkach po ulicy w dni duszne i upalne.
Kochamy smrodek przemiły sąsiedzkiego grilla – bo sobie tu zaraz swojego usmażymy. Jeszcze lepszego (aż mu gały na wierzch wyjdą).
Kochamy mięskiem czule rzucić – nie tylko na grilla.
Kochamy śmiać się z siebie samych – o autoironii naszej niespotykanej świadczy niesłabnąca popularność i mnogość kabaretów intelektualnego niepokoju.
I góry nasze kochamy i morze sine i chłodne.
Morze surowe, mroczne i porywcze, ale jakże dostojne i piękne.
Jak nasza dusza - nie przymierzając...

Gdybyśmy tak jeszcze mieli choć jeden taki batonik - jak w Rumunii.
Taki nasz. Swojski. Taki prawdziwie polski. Do szpiku kości.
Gdyby jeszcze był biało czerwony, z piórami białymi i Polon się nazywał...
I gdyby jeszcze siłą zabrać nam go Obcy chcieli.
Jakże my byśmy go bronili żarliwie i dzielnie.
Aż do krwi ostatniej w piach bałtyckich plaż wsiąkającej.
I pogrześć byśmy go nie dali!

Tak na marginesie: „patriotyzm reaktywny” to przypadłość dotykająca mniej więcej co drugiego Polaka, mniej więcej sześć razy w roku.
Reakcje alergiczne wywołują najczęściej bodźce natury okołopolitycznej, tudzież sportowej i religijnej.
Przebieg schorzenia jest zazwyczaj krótki i gwałtowny, ale na ciele (i duszy ofiary) pozostają z daleka widoczne, wiecznie się jątrzące i cuchnące blizny.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

wtorek, 7 czerwca 2011

TRANCE-VERTISING – reklamy hipnotyczne, oniryczne, psychotyczne

- Każda reklama – nawet jeśli jej pośrednią funkcją jest wzmocnienie wizerunku marki – ma zawsze ten sam cel ostateczny.
Czy celem tym nie jest po prostu wzrost sprzedaży promowanego produktu lub usługi, a w konsekwencji zwiększanie zysku przedsiębiorcy?

- Pewne reklamy działają lepiej niż inne – są bardziej atrakcyjne i skuteczne pod wieloma względami – np. skuteczniej przyciągają uwagę odbiorców, dłużej pozostają w ich pamięci, ludzie chętniej je oglądają (nawet wiele razy), dużo się o nich mówi, świetnie przekazują obietnicę marki itp.
Skuteczne reklamy sprzedają więcej?

- Istnieje również niewielka grupa reklam o tzw. „emocjonalnym” charakterze, które niezwykle silnie działają na odbiorców pod względem zaangażowania i perswazji. Fenomen tych spotów (to najczęściej reklamy telewizyjne) trudny jest do wyjaśnienia. Marketerzy i agencje reklamowe za wszelką cenę próbują je zrozumieć, „złamać ich kod”, by następnie stworzyć równie skuteczne przekazy.
Chciałbyś poznać ten sekret?

Jeśli przy powyższych punktach trzy razy pomyślałeś „tak”, to witaj w świecie transu – stanu, który i tak dobrze znasz, stanu w który bez trudu możesz wprowadzić się sam np. słuchając odpowiedniego gatunku muzyki.

Rozejrzyj się teraz po pomieszczeniu, w którym przebywasz czytając te słowa i nazwij trzy wybrane przedmioty znajdujące się w Twoim polu widzenia.
Wsłuchaj się w docierające odgłosy i nazwij trzy ich źródła.
Co słyszysz w tym momencie?
A w jaki sposób bije Twoje serce, miarowo?
Jak teraz oddychasz – wolno czy szybko?
Co dzieje się teraz z Twoją prawa stopą? Czy jest chłodniejsza od lewej?
Czy może cieplejsza?
Na której części – tej zewnętrznej czy może wewnętrznej?
Jakie to uczucie kiedy Twoja stopa opiera się o podłogę?

A teraz spójrz na poniższy rysunek i wpatruj się przez chwilę w jego centralny punkt:
Tyle wystarczy.
Zaczynamy.

Przypomnij sobie spot, który – pomimo że minęło już niemal 4 lata od jego pierwszej emisji – wciąż przywoływany jest jako przykład reklamowego majstersztyku. Przez pewien czas na większości konferencji marketingowych, ‘biznes-meetingów’, czy podczas ‘brainstormów’ odbywających się w agencjach reklamowych przykład tej kreacji przywoływano wielokrotnie i w przeróżnych kontekstach. Właściwie był dowodem na... poparcie każdej tezy.

Film wywołał coś w rodzaju zbiorowej histerii – internauci prześcigali się w „informowaniu znajomych” i przesyłaniu linku do spotu w sieci, youtube błyskawicznie zapełniał się kolejnymi, tworzonymi spontanicznie przeróbkami i parodiami. Z każdym dniem rosła nowa legenda reklamy.

Twórcy spotu (agencja Fallon London) pytani skąd w ogóle wziął się tak oryginalny i awangardowy pomysł wyjaśniali to w skromnych słowach: „zamiast wpychać ludziom produkt i tworzyć koleją reklamę, chcieliśmy stworzyć takie ‘okruchy rozrywki’ (entertainment pieces)”.
Tak, chodzi właśnie o TEN spot – 90-cio sekundowy film pt. ‘Gorilla’ reklamujący czekoladowe wyroby pewnej marki.
A teraz obejrzyj go raz jeszcze.
Ale bardzo uważnie...



Co zobaczyłeś?
Na początku, zaraz po wyświetleniu się purpurowej tablicy z tytułem produkcji (czy zauważyłeś przesuwającą się powoli pionową linię?) dostrzegasz fragment futra z gęstych włosów. Następnie widzisz zbliżenie na przymrużone oko i wielkie wilgotne, zwierzęce nozdrza. To nozdrza goryla, ewolucyjnie Twojego bliskiego krewniaka.

Zwierzę unosi głowę, przechyla do tyłu, prostuje kark i przez nozdrza wciąga powietrze biorąc głęboki wdech – złapałeś się na tym, że robisz to razem z nim? Właśnie uruchomiona została najstarsza ewolucyjnie część Twojego mózgu – węchomózgowie (celniej trafić się nie da).

Tak, teraz czujesz się zupełnie rozluźniony i zrelaksowany, zwłaszcza, że słyszysz dobrze Ci znany przebój Phila Collinsa: „In the Air Tonight”. Jeśli jesteś na tyle stary by pamiętać teledysk z początku lat 80-tych przypominasz sobie, że zaczynał się podobnie – od zbliżenia na twarz artysty.

Ponury, nieco psychodeliczny i technologicznie zimny klimat (zasługa brzmienia wokalu zniekształconego przez voice-encoder) i - co ważne w przypadku publiczności anglojęzycznej - osobisty tekst, w którym zawarta jest ponoć jakaś mroczna tajemnica piosenkarza.
Ponowne zbliżenie na nozdrza goryla.

Nijaki, beznamiętny wyraz twarzy – czy raczej pyska. Trudno się domyślić co właściwie dzieje się w jego głowie. Niewiele, albo nic nie zdradza jego emocji.
Chyba, że teraz – ten delikatny grymas, poruszenie wargi...

Goryl przegina kark w jedną i w drugą stronę (wg Ciebie najpierw w prawo czy w lewo?). Nawet tego nie zarejestrowałeś – Twoje gałki oczne wykonały właśnie znaczący ruch...

I niewiele już rejestrujesz. Choć pole Twojej uwagi zostało znacznie zawężone, to jest to uwaga prawdziwa – skupienie i koncentracja na obiekcie.
Od około minuty znajdujesz się w delikatnym transie hipnotycznym.

Powolny odjazd kamery – zwierzę siedzi za perkusją. Jeszcze jedno poruszenie nozdrzami, wdech, jego rozluźnione ramiona lekko unoszą się w górę po czym następuje seria silnych uderzeń w perkusję.

Ocknięcie.
Budzisz się.
Tylko pozornie.

Rytm utrzymuje się. Zahipnotyzowany patrzysz w goryla, chłoniesz dźwięki.
I wchodzisz w coraz głębszy trans.

Twoja przepona pracuje równomiernie. Oddychasz głęboko i bez wysiłku, tlen wędruje do Twojego mózgu, który pracuje teraz tak jakbyś miał zamknięte oczy, „śnił na jawie, lub rozpoczynał medytację. Sygnały elektryczne pulsują pod Twoją czaszką w rytmie fal alfa (8 do 12 cykli / sek.).

Odczuwasz radosną błogość. Ten stan mógłby trwać, i trwać i trwać...
A przed Twoimi oczami obraz, który mocno utrwalony będzie Ci się kojarzył z tym właśnie stanem. Kiedy zjesz czekoladkę przywołasz go. Czekolada jest przecież depresantem (nie daj się zwieść tej nazwie) – hamuje procesy w układzie nerwowym, a w konsekwencji wprowadza Cię w stanu ulgi – przynajmniej chwilowo.
Tak działa czekolada i tak działa ten spot.
Więc ta reklama na pewno nie kłamie.

Przez chwilę nic się nie dzieje.

Kolejna reklama tej samej marki (tej samej agencji).
Tym razem bohaterami są dzieci.
Podobny sukces reklamy i podobne szaleństwo odbiorców.
I znowu trudny, zagadkowy fenomen, którego nikt do końca nie potrafi wyjaśnić.



Oto para przedstawicieli obu płci: chłopiec i dziewczynka.
W jakim wieku są wg Ciebie? Zresztą nieważne - to na pewno okres preadolescencyjny – więc nic nie wskazuje na kontekst erotyczny.
Para siedzi w pracowni fotografa. Ale dziewczynka ubrana jest w purpurową sukienkę – to kolor marki, ale też kolor... popędowości seksualnej.

Fotograf dokonuje poprawek, sprawdza światło...
Dźwięk telefonu – mężczyzna odchodzi na bok – znika z kadru.
Przyjrzałeś się dokładnie dziecięcym buźkom?
Tak, są śmiertelnie poważne, maskowate, wyrażają być może skupienie, ale też brak jakichkolwiek emocji.
To twarze woskowych figur albo manekinów.

Chłopiec włącza melodyjkę w elektronicznym zegarku.
Tym razem muzyka klawiszowa, podawana w prostym – prymitywnym? - rytmie.
Dziecięce brwi zaczynają się rytmicznie poruszać.
Poruszają się jednak wyłącznie brwi – twarze bohaterów pozostają zupełnie nieruchome.

Dzieci obracają głowy w różnych kierunkach – podnoszą wzrok do góry, spuszczają na dół. Mimowolnie Twoje gałki oczne zaczynają pracować w podobny sposób, wykonują bezwiednie drobne ruchy – to ruchy ideomotoryczne.

Twój zmysł wzroku i słuchu spełniły już swoją funkcję. Niecała minuta wystarczyła by wprowadzić cię w trans
Teraz czas na inny rodzaj doznań.
W dłoniach dziewczynki pojawia się jaskrawy balonik – niby proste wrażenie dotykania gładkiej powierzchni, ale wzmocnione jazgocącym dźwiękiem...

Przez chwilę nic się nie dzieje.

Zgodnie z założeniami TRANCEVERTISING operatorem (hipnotyzerem) wykonującym określone czynności na podmiocie (kliencie, widzu) jest nadawca komunikatu reklamowego – marka.

Najpierw świadomość odbiorcy zostaje przy pomocy prostych technik wyciszona, uspokojona do momentu aż znajdzie się w stanie spowolnienia (wolniej oddychasz, wolniej bije Twoje serce, wolniej się poruszasz, masz rozluźnione mięśnie).
Dzięki temu Twoja pamięć „otwiera się” – zapamiętujesz więcej i pełniej. Teraz Operator zaczyna przekazywać sugestie, które trafiają już bezpośrednio do sfery nieświadomej. Gdybyś zachował pełną świadomość, Twój umysł niechętnie poddawałby się takim instrukcjom).
Kiedy mózg pracuje w rytmie fal alfa jest to dużo prostsze – podatność na sugestię wzrasta.

Ale nie musisz się obawiać - nie będziesz raczej wykonywał komend i poleceń zupełnie niezgodnych z Twoją wolą, przekonaniami czy wyznawanymi zasadami moralnymi – będziesz myślał i robił wyłącznie to, co jest Ci dobrze znane, z czym i tak się zgadzasz, choć nie do końca musisz być tego świadom.

Najsilniej działają w hipnozie sugestie pozytywne. To dobry kontekst dla presupozycji. Zgodzisz się wyłącznie na to, co może Ci przynieść określoną korzyść. W końcu to Ty sam wybierasz tematy, którymi zajmować ma się Twój umysł.

Jeśli już wiesz jak to działa, to bez trudu sam zidentyfikujesz reklamy wpisujące się w TRANCEVERTISING. Można je podzielić na trzy grupy:
1. Wprowadzające w trans poprzez rytm i doznania zmysłowe (w tym kinestetyczne).
2. Wykorzystujące wzrokowe, nad-realne, symboliczne wizje senne.
3. Odwołujące się do stanu zmieszania podobnego do stanu psychozy.

Przykłady z grupy 1-szej padły na początku. W grupie 2-giej znajdzie się wiele dobrze Ci znanych spotów, w których np. wykorzystano spowolniony ruch obiektów (tzw. efekt slow-motion) i nastrojową, nostalgiczną lub kojącą muzykę.
Znajdują się tu również oniryczne obrazy jakie oglądasz czasem w reklamie, a które trudno jednoznacznie zakwalifikować do rzeczywistości snu lub jawy. Jeśli spacerowałeś kiedyś wraz z Bruno Schulzem „Ulicą krokodyli” wiesz doskonale o co chodzi (jeśli nie, zerknij choć na krótki film braci Quay).



Przykłady z grupy 2-giej i 3-ciej warto omówić dokładniej.
Ale to już następnym razem.
Teraz Twoje powieki stają się coraz cięższe.
Twój oddech jest coraz głębszy.
................................................

Tak na marginesie: konsultacja merytoryczna co do zagadnień transu i hipnozy - wielkie podziękowania dla Małgorzaty Jarmuły - doświadczonego psychologa prowadzącego liczne szkolenia i warsztaty.

...i fragment True Stories:


Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

wtorek, 29 marca 2011

Nieoczekiwane pożytki z informacyjnej diety.

Minęło już ponad dwanaście miesięcy od momentu, kiedy podjąłem życiową decyzję o przejściu na dietę (Informacyjna dieta. Ty też potrafisz zrezygnować z prenumeraty!).
Mam tu na myśli dietę informacyjną – czyli rezygnację z konsumpcji prasy w wersji papierowej.
Nie udało mi się co prawda rygorystycznie zastosować do zaleceń diety w jej najbardziej radykalnym wydaniu – wciąż konsumuję w pracy owoce prenumeraty: jednego tygodnika, dwóch dzienników (w tym jeden o tematyce gospodarczej), dwóch miesięczników i czterech (!) magazynów branżowych (na szczęście jedynie dwa są tytułami lokalnymi).
To jednak ogromny postęp – w poprzednim wcieleniu samych dzienników było cztery!

Skutki rezygnacji z prasy są już widoczne – tak mi się przynajmniej wydaję. Otóż przede wszystkim czuję się LEPIEJ POINFORMOWANY.
Przy okazji znalazłem również optymalny dla siebie informacyjny media-mix.
W moim przypadku najlepiej okazuje się działać kombinacja radio + internet.

Z telewizji więc również powoli (ale systematycznie) rezygnuję – jej konsumpcja ogranicza się do spoglądania na ruchome obrazki – zwłaszcza na pasek informacyjny przy wyłączonej w telewizorze fonii (podkładem dźwiękowym jest oczywiście radio).

Dieta informacyjna pozwoliła mi pozbyć się treści zdublowanych – nie muszę już np. wielokrotnie czytać tej samej noty PR-owej (na temat nowego modelu laptopa, komórki, książki, filmu czy lodówki) wysłanej hurtem do wszystkich mediów i bezrefleksyjnie wklejanej w treść redakcyjną. Podobnie z komunikatami PAP – wolę sam zajrzeć na stronę zamiast osiem razy czytać dokładnie to samo. Co prawda można przy tym podziwiać ekwilibrystykę redakcyjną dokonywaną przy rozpaczliwych próbach zmiany tytułu depeszy na „lepiej brzmiący” czy „bardziej sensacyjny”.
Ale po co?

Kolejnym pożytkiem płynącym ze stosowania diety jest zminimalizowany kontakt z coraz bardziej obfitym życiem intelektualnym barwnych wzorców wciąż się kształtującej polskiej klasy średniej.
Tracę co prawda możliwość obserwacji postępów dziennikarskiej psychoterapii prowadzonej na licznie zgłaszających się do telewizyjnych „debat” ochotnikach, ale nie można w życiu mieć wszystkiego.
Zawsze też można wyskoczyć do kina np. na film Woody Allena zamiast oglądać marny ersatz chałupniczego przepracowywania fazy oralnej.

Co ciekawe jeśli już korzystam z telewizji i radia, to strawić mogę jedynie media publiczne. To dziwne, ale pomimo ciągłych zawirowań, gdzieś tam „na samej górze” wydają się często jedyną ostoją sensu tudzież zdrowego rozsądku.
Tak, tak – przyznaję – regularnie, z uporem godnym lepszej sprawy PŁACĘ ABONAMENT. Nie wstydzę się tego dziwactwa, choć zdaje sobie sprawę z jego politycznej i towarzyskiej niepoprawności (nie jest ono również dla mnie powodem do dumy). Do płacenia abonamentu rtv zachęcam też innych, czym skutecznie zdaje się zrażać najwytrwalszych znajomych.
Przynajmniej „znajomych” z soszialmidia zrażać już do niczego nie muszę.

Palę więc sobie papierosy i płacę abonament.
To w końcu wolny kraj i mam prawo robić co mi się żywnie podoba – oczywiście w granicach wolności zakreślanej przez cienie opłotków wolności innych.
I wolności tej nie odbierze mi ani Premier ani Minister Zdrowia.
Paląc papierosy płacę akcyzę. Płacąc abonament więcej palę więc summa summarum powinien być ze mnie zadowolony również Minister Skarbu Państwa i Minister Finansów.
Z drugiej strony - coraz mniej gospodarstw domowych płaci abonament rtv (obecnie 49,2% czyli 6,57 mln domostw) i wpływy z jego tytułu wynoszą już jedynie ok. 550 mln zł (11,3% mniej niż przed rokiem) przy czym zmniejsza się również liczba palących. Co prawda podnoszenie akcyzy bywa przeciwskuteczne (http://korwin-mikke.pl/wazne/zobacz/po_nalozeniu_wyzszej_akcyzy_na_papierosy_ilosc_palaczy_wzrosla/37015) ale nikt do końca chyba nie zbadał tej zadziwiającej dla publicznych finansów zależności: czy rezygnacja z abonamentu przyczynia się do rzucenia palenia? Może stres jest wtedy mniejszy? (jeśli ktoś wiąże jedno z drugim). A może odwrotnie: rzucenie palenia rzutuje na inne poglądy?
To z kolei zagadka dla Ministra Zdrowia.
Jakby nie było, palić chyba muszę coraz więcej i domagać się wyższych podwyżek akcyzy.
Skoro abonament to ok 1/100 tego co, zarabiamy (MY: Skarb Państwa) wydając (MY: Palacze) na kopcenie, to w iluż więcej kwestiach publicznych dopomóc by pomogli podobni mi nieszczęśnicy?
Może autostrady szybciej by się zbudowały?
Gospodarka byłaby bardziej innowacyjna i „jednookienkowa”?
Wiele jest spraw pilnych – wręcz palących.
Jednak nikogo do palenia nie chcę tu broń Boże namawiać – jest to zresztą zakazane.
Pozostaje mi więc namawiać do płacenia abonamentu – dopóki można o tym mówić głośno i w restauracjach nie wydziela się stref dla abonamentowych maniaków.
Kodeks pracy też ich jeszcze nie piętnuje i nawet zapytanie kandydata o jego prywatny stosunek do płacenia wciąż chyba uchodzi i nie grozi jeszcze posądzeniem o wszelkie formy dyskryminacji (włącznie z rasizmem i antyfeminizmem), molestowanie seksualne, czy inny stalking.

O czym to ja miałem napisać?
No właśnie. Takie są skutki wieloletniego palenia i płacenia abonamentu.
Patrz młodzieży i się ucz.
Widomy tu haniebny przykład niechaj będzie i dla Ciebie przestrogą.
Palenie powoduje raka i jest przyczyną wielu groźnych chorób, co niejednokrotnie udowodniono naukowo.
Dotyczy to zwłaszcza nieletnich....

Już wiem!
Miałem napisać ciepłe słowo o TVP Kultura i Trójce!
To przecież media finansowane z nikotynowej akcyzy.
Przepraszam, miałem napisać: „z abonamentu”, ale w tych oparach dymu ledwo już widzę akcyzową pieczęć Ministerstwa Finansów.

Chciałem napisać, że „Tygodnik kulturalny” jest naprawdę wporzo.
Było raz nawet o Jerzu Jeżym.
Powaga.
I szacun.

A na Trójce są fajne głosy z Rozgłośni Harcerskiej (harcerz nie pali jakby co, bo jest zuch) i grają muzę na czasie.
I uchem po mapie.
I fajnie wieczorami gaworzą.
Też spox.

Na poważnie coś chciałem napisać zupełnie.
I z przekonaniem.
Ale jak mi się raz wypsło to słowo na abo... to już nie mogę...
Muszę zapalić.

Tak na marginesie: dieta jest jeszcze do dopracowania, ale już dziś zbieram zapisy. Chętni otrzymają e-kupon na kurację oraz e-papieros (ładowany przez USB) a dodatkowo e-gazetę – wszystko za niewielką opłatą przesyłaną SMS-em (bez akcyzy).
Acha - pierdafon za dodatkową dopłatą.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

niedziela, 27 lutego 2011

Wszyscy jesteśmy wariatami. [ekonomia behawioralna]

Poszukując consumer insight (sygnalizowane we wpisie W cieniu mangrowca...) przyjąć należy jakąś wizję ludzkiej natury. Inspiracją dla takich poszukiwań mogą się okazać ustalenia ekonomii i psychologii behawioralnej [zob. też wpis "Marka jako heurystyka?"].

Człowiek zdecydowanie nie jest istotą racjonalną. Nawet jeśli chcielibyśmy tak uważać, to większość naszych decyzji – także tych poważnych, dotyczących naszej przyszłości, zdrowia, pieniędzy itp. podejmowana jest zupełnie nieracjonalnie. Ekonomia behawioralna prezentuje odmienne oblicze naszego gatunku niż ten wyobrażony jako „homo economicus” w tzw. ekonomii neo-klasycznej.
Poniżej siedem reguł naszego działania wynikających z obserwacji ekonomii behawioralnej [1].



1. Działania innych osób są znaczące dla naszych wyborów.
Dokonując wyborów obserwujemy co robią inni – jak się zachowują. Często ulegamy skłonności do kopiowania ich zachowań. Czujemy się pewniej i bezpieczniej kopiując te, które wg nas zostaną przez innych zaaprobowane.

„Społeczny dowód słuszności” czy konformizm informacyjny ułatwiają podjęcie decyzji w sytuacjach nowych, mało obeznanych. Kiedy np. przy ograniczonej ilości informacji musimy się zdecydować na jakieś działanie.
Szczególnie ulegamy wpływom osób, które cenimy lub lubimy. Z siłą tego rodzaju wpływu związany jest również kapitał społeczny (rodzaj relacji powiązań w sieciach społecznych oraz wzajemne zaufanie).
Zachowania osób z naszego otoczenia może wpływać na nasze postrzeganie np. tego co jest „modne”, jaki film warto obejrzeć, akcje której spółki kupić i na którym portalu społecznościom wypada założyć konto.

2. Liczą się nawyki.
Często robimy różne rzeczy zupełnie się nad tym nie zastanawiając – bez udziału świadomości. Tego rodzaju przyzwyczajenia trudno zmienić, nawet jeśli wyrażamy taki zamiar.

W wielu sytuacjach nawyki zwalniają nas zupełnie z myślenia lub znacznie redukują wysiłek poznawczy. Rutyna ułatwia życie –przydaje się zwłaszcza w organizowaniu prostych, codziennych czynności. Nawet jeśli otrzymujemy informacje o tym, że inne zachowanie mogłoby się okazać dla nas bardziej korzystne pozostajemy często przy starych, sprawdzonych metodach działania – postępujemy „tak jak zwykle”.
Nawyki trudno zmienić, zwłaszcza jeśli są one utrwalone w dłuższych ciągach przeszłych działań. Wysiłek mentalny lub brak natychmiastowej gratyfikacji okazują się często przeszkodami nie do pokonania.

3. Motywuje nas robienie „słusznych rzeczy”.
W wielu przypadkach pieniądze okazują się czynnikiem demotywującym ponieważ podważają naszą motywację wewnętrzną. Przykład: ktoś może szybko przestać zapraszać przyjaciół na kolację, jeśli zaczną się upierać by za to płacić.

Jeśli jesteśmy przekonani, że robimy coś dobrego lub słusznego, to może to być jedyna i w zupełności wystarczająca motywacja działania. Doskonale o tym wiedzą osoby podejmujące się różnych działań wolontariackich. Pracują dlatego, że uważają cel za słuszny, nie spodziewając się, że ktoś będzie im za to płacił. Podobnie działa wewnętrzne przekonanie odnośnie tego, co należy uznać za sprawiedliwe. Często zasada „bycia fair” każe nam pozbyć się części możliwych do uzyskania korzyści.

4. Nasze wyobrażenia na własny temat wpływają na nasze zachowanie.
Ludzie starają się być konsekwentni - chcą by ich zachowania były zgodne z wyznawanymi wartościami i podejmowanymi zobowiązaniami.

Mamy ukształtowane wyobrażenia na temat własnych zachowań oraz na temat tego, czego prawdopodobnie spodziewają się po nas inni. Podejmując wybory staramy się dopasować nasze działania do tych wyobrażeń.
Zgodność zachowań z wyobrażeniem na własny temat działa również silnie w przypadku gdy inni są świadkami, kiedy wyrażamy nasze postanowienia co do podejmowanych zamierzeń.
Publiczne wyrażenie deklaracji działa motywująco, a konsekwencja i chęć pozostania w zgodzie z własnym obrazem każą nam podejmować się kolejnych zobowiązań.

5. Odczuwamy awersję wobec potencjalnej straty.
Potencjalna strata wywołuje niechęć, należy więc jej unikać – szczególnie gdy dotyczy tego, co „moje”.

Jesteśmy w stanie wykonać większy wysiłek i podjąć większe ryzyko by uchronić się przed stratą niż po to by coś zyskać. Zawsze chcemy uniknąć straty więc jeśli np. posiadamy akcje firmy, które tracą na wartości będziemy je nadal trzymać (licząc na to, że sytuacja w końcu się odwróci na naszą korzyść).
To co dotyczy nas i naszych potencjalnych strat lub zysków oceniamy inaczej niż to, co dotyczy innych. Większość z nas zażądałaby za skoszenie trawnika sąsiada znacznie większej kwoty, niż ta, którą sami zechcielibyśmy mu zaoferować za koszenie naszej działki.

6. Kalkulacje nie są naszą mocną stroną przy podejmowania decyzji.
Podejmując decyzję często zdajemy się na intuicję - pewne czynniki są przeceniane, innym przypisywana jest zbyt mała waga. Nie potrafimy dobrze oszacować prawdopodobieństwa i zbytnio się obawiamy wydarzeń mało prawdopodobnych. Duży wpływ na nasze ostateczne decyzje ma sposób zaprezentowania nam informacji / problemu.

Szanse osobistego wygrania w loterii oszacujemy na wyższą niż prawdopodobieństwo, że samolot, którym za chwilę mamy polecieć może ulec katastrofie. Podobne mechanizmy żądzą naszą percepcją czasu – szybka i natychmiastowa gratyfikacja wydaje nam się cenniejsza niż nagroda nawet wyższa ale odroczona w czasie.
Sposób zaprezentowania uzyskanych wyników także ma tu duże znaczenie: nawet jeśli matematycznie są równorzędne (strata, zysk, wynik neutralny), za wszelką cenę unikać będziemy straty.
Wierzymy też, że w pewnym sensie kontrolujemy rzeczywistość – jeśli komuś przytrafi się coś złego częściej uznamy to za wynik jego błędu niż przypadkowy zbieg okoliczności.

7. Potrzebujemy czuć się zaangażowani i skuteczni by dokonać zmiany.
Dostarczanie informacji i nagradzanie to zdecydowanie za mało by dokonać zmiany.

Nie znosimy myśleć, że mamy małą kontrolę nad tym co nas dotyczy. Jeśli mamy coś zmienić, to nie może temu towarzyszyć tego rodzaju poczucie beznadziejności.
Nadmiar informacji może działać demotywująco – np. słysząc wokół tysiące informacji o zmianie klimatu wyłączamy się nie widząc możliwości bezpośredniego wpływu na tą sytuację. Podobnie działa zbyt duża liczba opcji wyboru – nawet jeśli dokonany decyzji, to w takiej sytuacji wciąż odczuwamy brak satysfakcji.
Najlepiej działa na nas przekonanie i wiara w tym, że mamy na coś wpływ i partycypujemy czynnie w rozwiązaniu danego problemu.





Tak na marginesie: [1] przetłumaczone fragmenty pochodzą z raportu „Behavioural economics: seven principles for policy-makers”; Theoretical new economics #1. Cały raport do pobrania tutaj.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

poniedziałek, 21 lutego 2011

A może tak po Ciemnej Stronie?

Marki próbując przyciągać konsumentów starają się na ogół być miłe, życzliwe, sympatyczne, jednym słowem: POZYTYWNE. Świat taki nie jest. I ludzie na ogół tacy nie są. Czy zatem marki nie błądzą próbując tworzyć sztuczny, wylukrowany zdjęciami stockowymi świat, który nigdy nie istniał i nie istnieje? Czy nie mogłyby częściej zaglądać na Ciemną Stronę ludzkiej natury mówiąc i pokazując to, co negatywne?
Takie pytania zadał sobie Simon Robertson w eseju pt. „I believe that brands should embrace the dark side” zgłoszonym na IPA Excellence Diploma. Oto jego główne tezy.

Ostatnie lata nie przynosiły raczej dobrych wiadomości – ani w wymiarze gospodarczym, ani politycznym, ani środowiskowym. Kolejne katastrofy – polityczne, naturalne, chemiczne, problemy związane ze skutkami kryzysu finansowego, osłabienie europejskiej gospodarki, wzrost przestępczości zorganizowanej – wszystko to tworzy klimat raczej mało pozytywny. W tym samym czasie większość dużych i uznanych marek operuje językiem pojęć, które wydają się w zupełności oderwane od świata realnego i życia, toczącego się za oknem.



Internet i świat „digital” znacznie przyczyniają się do wzmacniania i utrwalania naszych obaw, niepokojów czy uprzedzeń. Polaryzacja opinii, skrajna subiektywność sądów czy możliwość anonimowego wyrażania agresji – czynniki tego rodzaju tworzą doskonałą pożywkę dla deindywidualizacji i dehumanizacji kontaktów. Powstają znakomite warunki środowiskowe dla pojawiania się tego, co Philip Zimbardo nazwał „efektem Lucyfera” – w odpowiednich okolicznościach niemal każdy– prędzej czy później – zmienić się może z potulnego baranka w szuję i oprawcę.

Czym bardziej powszechne staje się korzystanie z internetu / mediów społecznościowych / świata digital – tym częściej spotykać będziemy przejawy budzenia się „wewnętrznych trolli” ich użytkowników – coraz mniej tu rozsądku, szacunku, cierpliwości czy ufności, coraz więcej chamstwa, napastliwości, i zawiści.

Jednak złość, uprzedzenia, frustracja, gniew, pomówienia, agresywna parodia, radykalizm opinii – to nie tylko tonalność kultury cyfrowej, ale przejaw tego, z czym faktycznie obcujemy na co dzień – to jest nasza kultura. Język, jakimi komunikują się z nami marki nijak się ma do tego świata, jest jego zaprzeczeniem i wydaje się zupełnie nieadekwatny.

„Pomocni”, „życzliwi”, „radość”, „troska”, „innowacja”, „zabawa”, „odpowiedzialność”, „bycie na czasie”, „postępowość”, „pomoc”, „nasi klienci”, „więź”, „bliskość”, „razem”, „możliwości”, „najlepsze”, „przyjemność”, „przynależność”...

Czy jest więc sens czynić ludzi szczęśliwymi za wszelką cenę? Może nie tego szukają, może tak jak w kinie – wolą się utożsamiać i sympatyzować ze złym charakterem? Jak mawiał Hitchcock: „Czym gorszy złoczyńca, tym większy sukces”. Obłuda, narcyzm plus dreszczyk emocji – oto czego poszukują przedstawiciele naszego „naczelnego” gatunku – oto cechy zapewniające „skuteczną ewolucyjnie strategię” przetrwania.

Złoczyńcy i monstra – to proste i wymowne symbole, uproszczone siły błyskawicznie przywołujące całe bogactwo informacji. Ciemna strona ich charakterów zapewnia im jednocześnie wysoką wyróżnialność – są INNI, groźni, nieprzewidywalni, ale też intrygujący i pociągający. Są też nam... bliżsi – częściej odnajdziemy w nich własne wady, niż doszukamy się wspólnych cnót w postaciach Wielkich Pozytywnych Bohaterów.

Ciemne charaktery są nie tylko autentyczne i wyróżnialne, ale też aspiracyjne - kuszą spełnionym marzeniem o pełnej wolności – nie podlegają władzy autorytetów, norm moralnych czy społecznych – żyją bez żadnych ograniczeń.



Jeśli więc ktoś zamierza budować markę na Ciemnej Stronie powinien zastosować się do następujących wskazówek Robertsona:
1. Spraw by wściekłość stała się częścią świata twojej marki – korzystaj ze wstydu, gniewu i frustracji.
2. Znajdź uprzedzenia konsumenta.
3. Stań się złoczyńcą albo potworem.
4. Daj upust złości - wyrażaj gniew swoich odbiorców.
5. Dziel i rządź – nie wszystko musi być dla wszystkich...
6. Korzystaj z siły plotki.
7. Ucz się do Złego – ludzi interesują: porno, morderstwa, kpina, histeria, teorie spiskowe itp.

Robertson wymienia kilka przykładów marketingu korzystającego z Ciemnej Strony. Najciekawszym z nich jest chyba postać Michael’a O’Leary – szefa Ryanair.






Tak na marginesie: ...a konsumenci go wprost uwielbiają:



Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

wtorek, 15 lutego 2011

Pstryk! I... znowu nic.

Zobaczyłem. Przeczytałem. Zapomniałem
Ocena ksiązki: 10 (skala 1-10).
Jednym zdaniem: świetne czytadło, inspiruje do przypomnienia sobie lub poznania teorii S. Coveya.


Na temat książki „Pstryk. Jak zmieniać, żeby zmienić” (Switch: How to Change Things When Change Is Hard) C. i D. Heath’ów pisać raczej nie ma sensu bo i tak w najbliższym czasie wiele na jej temat zostanie powiedziane. Doskonale naoliwiona machina promocyjna ruszyła. Książka będzie za chwilę prawdziwym hitem – wpisując się w wartki nurt przebojowych wydawnictw „gladwellopodobnych”.

Nie oznacza to jednak, że tytułu zapoznać nie warto. Warto. Po stokroć warto!
Choćby po to by zwiększyć ilość posiadanej „waluty konserwacyjnej” niezbędnej podczas bizneslunchów, czy przypadkowych spotkań w Intercity – np. z dobrze rokującym prospectem.

Książka napisana została i zredagowana perfekcyjnie - już samo przeczytanie wstępu równać się może zaznajomieniu z całą jej zawartością (wstęp zaś można sobie pobrać zupełnie za darmo np. ze strony Amazon.com i gotowe).

Żaden szanujący się czytelnik oczywiście nie poprzestanie na wstępie, tylko kupi i „skonsumuje” całą książkę. Ja zaś pozwalam sobie na dworowanie ponieważ książkę dostałem w prezencie (Krzysiu, dzięki wielkie!). Inaczej bym jednak zaśpiewał gdybym pozycję zakupił.

Kolejne anegdoty i przypowieści ilustrujące błyskotliwą tezę, że „zmiana, która łatwą nie jest - takąż stać się może, jeśli wiesz, jak jej dokonać, a tu się tego dowiesz” skutecznie przyzywają Morfeusza, który chętnie dokończy dzieła.

I tyle uwag pseudo-recenzenckich bo właśnie zaczynam zieeeeeewać.....

Konieczne warunki zmiany wymienione w „Pstryku” zaklęte zostały w zgrabnej metaforze jeźdźca ujarzmiającego słonia, który wykonać ma ciężką pracę. Chcąc zatem zmienić się / innych / coś:
1. Pokaż jeźdźcowi kierunek – określ jasną wizję stanu docelowego.
2. Daj słoniowi motywację – zaangażuj w zadanie emocje odpowiedzialnych za jego realizację.
3. Zlikwiduj przeszkody na ścieżce – wykorzystaj kontekst sytuacji zmiany.

Inaczej mówiąc: wskaż kierunek, pokaż kij albo marchewkę i dostosuj się do okoliczności. Mówiąc zaś jeszcze inaczej: jeśli chcesz się / innych / coś zmienić, to wykorzystaj serce i rozum i zmieniaj po trochu – zależnie od możliwości.

Po zakończeniu pasjonującej lektury uważny czytelnik odnajdzie skromne stwierdzenie: „Pisząc pstryk, przeczytaliśmy tony książek poświęconych zmianom. Oto kilka naszych ulubionych, wymienionych w przypadkowej kolejności”. Przejrzałem, owszem, kolejność zupełnie przypadkowa. Z tymi tonami to też chyba miała być taka metafora, ponieważ zabrakło tu pewnej ważnej lektury – ba choćby wzmianki na temat pewnego autora, któremu duet winien składać hołd praktycznie na każdej stronie.

Mam na myśli Stephena Coveya, którego teorię wykorzystano jako główną oś wszelkich „pstrykowych” rozważań. Rzecz jest o tyle dziwna, że autorzy bestsellera związani są (i reprezentują) raczej poważne środowiska akademickie, o przeoczeniu więc mowy być nie może – chyba że celowym?
Rodzi się tu pytanie o rolę inspiracji i kwestie związane z zasadami dotyczącymi przywołania źródła. Gdyby bowiem książkę napisał podrzędny grafoman z przysłowiowego Pcimia chcąc zarobić w ten sposób kilka przysłowiowych dolarów, to mniejsza. O Coveyu mógł albo nie wiedzieć i nie słyszeć – lub udawać, że go nigdy nie było – albo np. zrzucić winę na słaby dostęp do internetu szerokopasmowego w miejscu zamieszkania. Jeśli jednak dwóch uznanych dziennikarzy i naukowców odwraca się plecami do dorobku uznanego autorytetu w dziedzinie zmiany to coś tu jest nie tak. I smutno.

Przeczytałbym zatem chętnie kolejną edycję „Pstryka” gdyby rozpoczynała się np. od słów:
„Zarządzanie zmianą pomimo, że sam problem stary jest jak świat - to względnie młoda i wciąż nie w pełni ukształtowana dyscyplina. Zmiana dotyczyć może firm, grup lub jednostek, sposobów organizacji pracy, produktywności, lub tzw. zmiany życiowej. W każdym przypadku zmiana wiąże się z działaniem, a tym samym staje się dziedziną zainteresowania prakseologii czy innych podejść związanych ze skutecznym działaniem. Poruszając się po tak niepewnym i mało zbadanym obszarze - wciąż pełnym wątpliwości, i cechującym się brakiem wyraźnie zarysowanych ram teoretycznych – użyjemy jednej z nielicznych TEORII – dopracowanego systemu pojęciowego, który stanowił będzie podstawę zaprezentowanych niżej badań. Odwołamy się tym samym do dorobku twórcy klasycznej dla nas pracy pt. „Siedem nawyków skutecznego działania” Stephena Coveya".

Następnie (to wciąż jedynie zabawa i fikcja) panowie Heath piszą:

Z teorii Coveya zaadaptujemy model, na który składają się trzy warunki zmiany – ponieważ zgadzamy się z Coveyem, co do tego, że efektywne przekształcenie nawyków istniejących w nowe, zawsze domaga się ich spełnienia:
1. Wizja – ustalanie właściwego kursu, tzw. „przecieranie szlaku” (w naszej nomenklaturze używać będziemy określenia: „wskazywanie jeźdźcowi kierunku”).
2. Pasja – pełne zaangażowanie w dokonywane przedsięwzięcia (w naszej nomenklaturze: „motywowanie słonia”)
3. Dyscyplina – struktura, system wspierające działanie (w naszym nazewnictwie „wyrównywanie ścieżki”.
Co prawda system nasz nie jest tak całościowy i przemyślany jak teoria S. Coveya, jednak postaramy się dowieść, że nasze podejście przysłużyć się może w potwierdzaniu wypracowanych przezeń hipotez - choćby poprzez dostarczenie kolejnych danych empirycznych, a to w postaci bogactwa przeanalizowanych przykładów zmiany.

Mamy nadzieję, że w materiale, jaki zaprezentujemy odnajdziesz również Szanowny Czytelniku potwierdzenie słuszności samych siedmiu nawyków, jako kluczowych kryteriów zmiany. Mamy tu na myśli:
1. Bycie proaktywnym.
2. Zaczynanie z wizją końca.
3. Robienie najpierw tego, co najważniejsze.
4. Myślenie w kategoriach: wygrana – wygrana.
5. Staranie się by najpierw zrozumieć, a dopiero potem być zrozumianym.
6. Wykorzystywanie synergii (współdziałanie, docenianie różnic).
7. Tzw. „ostrzenie piły” (w wymiarze fizycznym, emocjonalnym, społecznym, duchowym).

Wciąż polemiczne wydają nam się tezy zawarte w „8 Nawyku” – kwestia tzw. „powołania” nic naszym zdaniem nie wnosi do samej teorii przesuwając niepotrzebnie jej ciężar znaczeniowy w stronę etycznych, czy wręcz metafizycznych rozważań. Podkreślić jednak pragniemy, że wypracowane przez Coveya tezy - te związane ze sferą praxis niejednokrotnie powrócą na łamach naszej skromnej publikacji.
Stojący na barkach olbrzyma: Chip i Dan Heath”
.

Tak na marginesie: w tym momencie się budzimy. Na kolanach leży otwarta książka pt. „Pstryk...” Wracamy więc do przerwanej lektury.
A poniżej zagadka: czyja to piosenka?



Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

czwartek, 10 lutego 2011

W cieniu mangrowca (Consumer Insight).

„Sobota 15 [XIII]. Rano koło szóstej gwałtowne valamsi [krzyki] na dwa głosy (...). Wstaję o 6.30, łódki odjeżdżają. Idę srać między mangrowy: jedyne okazje, w których jestem w kontakcie z przyrodą! Potem przez wioskę, znowuż sram: wielkie drzewa, liście twarde, politurowe, głębokie cienie na ziemi pokrytej gnijącymi liśćmi. Czuję się fizycznie byczo i to trwa przez cały dzień”. [1]

Bronisław Malinowski zadał sobie niemało trudu podejmując próbę opisania i zrozumienia dziwacznych zwyczajów trobriandczyków. Jak wielki był to trud można się przekonać zaglądając do jego prywatnych notatek i zapisków wydanych w tomie: „Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu”. Warto je mieć pod ręką w trakcie lektury studiów w rodzaju: „Ogrody koralowe i ich magia...” czy innych, wchodzących w skład funkcjonalistycznego opus magnum.

Prowadzenie intensywnych badań terenowych z wykorzystaniem metody obserwacji uczestniczącej (rodzącej się jak widać w bólach) prowadzić miało do pełniejszego rozumienia odmienności innych, ich kultury, a przez to kultury jako takiej i nas samych. Obserwacja uczestnicząca to prawdopodobnie wciąż najlepsza z dostępnych metod gromadzenie wiedzy na temat ludzkich przekonań, wartości, rozumienia zachowań, czy rekonstruowania wzorów leżących u ich podstaw.
Badania etnograficzne już od dawna wykorzystywane są przez marketing i cieszą się rosnącą popularnością. Świadczą o tym kolejne projekty wykorzystujące m. in. obserwację uczestniczącą, która stanowić może ważne źródło wiedzy o konsumentach.

Metoda poza niewątpliwymi zaletami posiada również wady i ograniczenia. Jednym z nich jest fakt, że informacje pochodzące z obserwacji uczestniczącej niełatwo poddają się „obróbce” (np. studia Malinowskiego zawierały zwykle spis licznych „luk”, „uchybień”, wątpliwości, zanotowanych pomyłek interpretacyjnych czy przeoczeń) czy zamianie w formę łatwostrawnych raportów zawierających (często oczekiwaną) jednoznaczność w kwestii rekomendacji „co dalej?”...

Opis i analiza materiału obarczone są subiektywnością i arbitralnością osądu samego badacza a próby standaryzacji – choć teoretycznie możliwe – grozić mogą zamianie samej metody w sprawnie działającą fabrykę trywialnych spostrzeżeń

Metoda jest również niezwykle czasochłonna, wiąże się z wieloma uciążliwościami i początkowy zapał (by np. samemu wybrać się na takie badanie) szybko może się przerodzić w złość, zniecierpliwienie i frustrację. Stanowi to chyba jednak nieodłączny koszt pozyskiwanej w ten sposób wiedzy i należy się pogodzić z tym, że to... część samej metody:

„Rozmawiam wieczór z Billem. Potem idę do wioski Tukwa’ukwa. Pewien opór: nie mogę sobie wyobrazić, co tam będę robił. Zaczynam rozmowę z jednym blokiem [facetem] , potem siadam, grupa drjani zbiera się naokoło mnie. Gadam; staram się rozumieć ich mowę. Potem proponuję kukwanebu [bajkę]. Stara baba zaczyna mówić. Gadają poprzez się. Hałas potworny. Potem jeden facet gada głośno – krzyczy prawie i gada nieprzyzwoite rzeczy na głos. Cała wioska ryczy ze śmiechu. Żarty wciąż kursują i wszyscy śmieją się. – Czuję się trochę wulgarycznie; wracam do domu. Gadamy z Billem. Biorę znów chininę i kalomel”. [2]

Wszystkie te minusy rekompensowane są przez długą listę plusów obserwacji uczestniczącej, a nagrodą i najcenniejszym skarbem, jaki znaleźć można podczas etnograficznej wyprawy np. do „wybranych gospodarstw domowych” może się okazać dobry „insight”. „Insight” to zaś podstawa efektywnej pracy nad innowacją produktową, dobrze zdefiniowaną strategią marki czy założeniami co do sposobów jej komunikowania.

Pojęcie to (‘consumer insight’) jest dziś na tyle ważne (lub niezrozumiałe), że znalazło się już nawet w Wikipedii (rozszerzenie def. słowa "Insight"). Zgodnie z przytoczoną tam definicją (dr Denise Conroy z Uniwerystetu w Auckland?) jest to “bazujące na głębokim rozumieniu postaw i przekonań docelowych konsumentów stwierdzenie, które na poziomie emocjonalnym łączy [markę] z konsumentami wywołując wyraźną ich reakcję (Ta marka mnie rozumie! Oto jak się czuję! – nawet jeśli konsumenci nigdy o tym nie myśleli w ten sposób) i które odpowiednio wykorzystane ma zdolność zmiany konsumenckich zachowań”.

Następnie z definicją jest już tylko gorzej: “Insighty muszą wywoływać zmiany w nawykach konsumenta, co przynosi korzyści twojej marce prowadząc do osiągnięcia marketingowego celu” (wzmianka “citation needed” wydaje się tu bardzo wymowna i całkiem na miejscu...). Próbując zrozumieć pojęcie ‘insightu’ należy jednak przebrnąć poprzez definicję do końca i dowiedzieć się, że insighty mogą pochodzić z różnych obszarów, a na szczególną uwagę zasługują takie możliwości jak:
- wykorzystanie rzeczywistych lub postrzeganych słabości produktów konkurencji (tzw. „performance” lub wartość),
- wynikająca z nastawień albo postrzegana „bariera w umysłach konsumentów” związana z daną marką,
- niewykorzystane przekonanie lub zachowanie / działanie
[Dla ułatwienia dodam, że chodzi najprawdopodobniej o „klasyczną triadę strategiczną”: Konsument – Marka – Konkurencja].

Zgodnie z powyższym insighty są najbardziej skuteczne, kiedy spełniają jeden z poniższych warunków:
- „są nieoczekiwane”
- „wytrącają z równowagi”
- „zmieniają pęd (momentum)”
- „wykorzystywane są poprzez korzyść lub element różnicujący (point of difference), których dostarczać może twoja marka”.
[Tu dla ułatwienia nic nie dodam, bo chyba z założenia łatwo miało nie być].

Przy odrobinie dobrej woli można jednak z definicji powyższej wydestylować odrobinę sensu. Samo słowo „insight” oznacza „wgląd”, „wejrzenie”, „spostrzeżenie”, „zrozumienie”, „pojmowanie” i takie rozumienie „insightu” w zupełności wystarczy. „Consumer insight” to synteza wiedzy o konsumentach. Kropka.

Jeśli wiedzę na temat potrzeb i motywów działań konsumentów można wyrazić w prostej, skondensowanej formie (np. w jednym zdaniu, krótkiej wypowiedzi, w tzw. „pigułce”) to oznacza, że obcujemy z „konsumenckim insightem”.

„Insight” łączy się także znaczeniowo z „olśnieniem”, „iluminacją” „inspiracją” co dodatkowo oznacza, że dana wypowiedź (zawarta w niej myśl) powinna inspirować (np. marketerów, pracujących nad produktem inżynierów, designerów, czy kreatywnych w z agencji reklamowej), „otwierać oczy” i stymulować , pobudzać kreatywność, przez co prowadzić do znajdowania zupełnie nowych rozwiązań.

Przykładem „insightu” będzie więc np. obserwacja, że „duża łyżka nie mieści się w małym słoiczku koncentratu pomidorowego” – obserwacja pozwalająca dokonać „innowacji produktowej” – w tym przypadku większy otwór słoika (chapeaux bas!) lub stwierdzenie, że „mały głód może cię dopaść zawsze i wszędzie” – co pozwala stworzyć ikonę dla długoterminowej komunikacji marki (kolejne chapeaux bas!). Insightem może być wyartykułowanie obserwacji w rodzaju: „faceci lubią oglądać mecz popijając wspólnie piwo” (niby trywialne, ale ciągle użyteczne w reklamie – nie tylko piwa) lub przekonanie, że „podczas jazdy po mieście nie ma sensu zapinać pasów” (przekonanie to można próbować zmienić pokazując w reklamie społecznej krwawe skutki takiej lekkomyślności).

Insight bywa więc zmienny jak kameleon – raz jest opisem stanu rzeczy, faktów, na które być może nie każdy do tej pory zwracał uwagę, innym razem wyraża stereotypy, fałszywe wyobrażenia, czy przekonania niewiele mające wspólnego z „prawdą”. „Prawda” celowo jest tu wzięta w cudzysłów ponieważ poszukiwaczom insightów jej klasyczna arystotelesowska definicja może jedynie w pracy przeszkadzać. Insighty „konsumenckie” w przeciwieństwie do tych „produktowych” (np. inspirujących nowe rozwiązania technologiczne) odnoszą się najczęściej do tego co „prawdziwe” jedynie wg potocznych, wspólnie podzielanych przez większą zbiorowość wyobrażeń. To zaś, że potoczne wyobrażenia na temat tego, „co jest prawdziwe”, najczęściej okazują się zupełnie fałszywe pozostawić można na razie filozofom (którym wg potocznych wyobrażeń „nawet się nie śniło”).

Kulturowe wyobrażenia, stereotypy, „klisze”, „skrypty” czy inne szablony umysłowe stanowią niewyczerpalne źródło insightów ponieważ to zgodnie z nimi ludzie (już nie tylko „konsumenci”...) na co dzień funkcjonują, na nich opierają swoje wybory i przy ich pomocy podejmują decyzje (nie tylko zakupowe).
Przy samej werbalizacji „insightów” (np. poprzez wyrażenie ich w formie prostego zdania, wypowiedzi) przyjmuje się najczęściej perspektywę pragmatyczną (taką jak u C.S. Peirce’a). Ukryte założenie polega na tym, że istnieć musi wyraźny związek pomiędzy myślą, ideą (konstruktem istniejącycm w „umyśle konsumenta”), a praktycznymi konsekwencjami – spodziewanymi skutkami podejmowanych na ich podstawie działań [3]. Wypowiedziane słowa wiążą się tu z postępowaniem, a miarą prawdziwości zdań - ze słów tych utworzonych – staje się codzienne doświadczenie. Przekonania (wiara w ich „prawdziwość”) rodzą się więc z doświadczenia, ale jednocześnie są też podstawą podejmowanych działań (posiadać przekonanie/wiarę = być gotowym do działania). Przyjmując takie założenie insighty (ich wagę znaczeniową, sens i wartość) należałoby oceniać wyłącznie na podstawie analizy konsekwencji praktycznych – poprzez eksperyment, a najcenniejszymi byłyby te, których konsekwencją są zachowania zupełnie niespodziewane - najbardziej zaskakujące.

Peirce wyróżnił cztery metody ustanawiania przekonań (hipotez):
- uporczywość,
- autorytet,
- intuicja a priori,
- metoda naukowa.
Osobiście najbardziej cenił tą ostatnią. [4]

Pragmatyzm odnaleźć można również w etnicznej teorii języka B. Malinowskiego. Funkcją języka nie jest wg niego przekazywanie myśli (znaczeń) ale koordynacja wspólnie podejmowanych działań [5].

Malinowski pisał (1931 r.):
„Uważa się często język za coś zgoła odmiennego od posiadłości materialnych człowieka czy też jego systemu zwyczajów. Pogląd ten częstokroć idzie w parze z teorią, wedle której znaczenie pojmuje się jako jakąś mistyczną treść, tkwiącą w samym słowie, którą przekazuje się za pośrednictwem wypowiedzi z umysłu do umysłu. (...) Znaczenie słów sprowadza się do tego, co osiągają poprzez zgodne działania, poprzez pośrednie oddziaływanie na środowisko na drodze bezpośredniego oddziaływania na inne organizmy”. [6]

Mowa i język są u Malinowskiego sposobem współuczestnictwa we wspólnie podejmowanych działaniach, język tworzy więzi, ale też koreluje z kontekstem sytuacyjnym działania i jego celem. Rozumienie sensu wypowiedzi możliwe jest zatem jedynie przy uwzględnieniu (i rozumieniu) kontekstu sytuacyjnego, czy szerzej: kontekstu kulturowego. Aktywne doświadczenie jest właściwym znaczeniem słów. Słowo jest tu narzędziem działania, „skutkuje”, posiada siłę sprawczą, daje władzę – posiada więc moc magiczną. Skoro słowo = gotowość do działania, to być może również w tym przypadku intencja może być traktowana jako centralna kategoria analizy semiotycznej.

Poszukując insightów należałoby więc spośród dających się opisać przekonań wyławiać te, które mogą być klasyfikowane jako silne i powszechnie podzielane (stabilne, choć niekoniecznie trwałe w długim okresie) stereotypy (schematy myślowe // wierzenia // przesądy), które najmocniej wiążą się z podejmowanymi działaniami. Deklarowana „prawdziwość” (na zasadzie: „tak, zgadzam się z tym, mógłbym się pod tym podpisać”) nie ma najmniejszego znaczenia, jeśli nie idzie z nią w parze zgodność z podejmowanymi aktywnościami. Tym samym zatoczone zostało przysłowiowe koło – poznawanie tego „co myślą i w co wierzą” konsumenci powinno ustępować uważnemu obserwowaniu tego, co faktycznie robią. „Obserwowanie” ich przez lustro weneckie, czytanie raportów z badań czy inne formy zapośredniczone pozbawiają możliwości rozumienia pełnego kontekstu ich działań – ten dostępny jest jedynie poprzez uczestnictwo np. w „zrytualizowanych grach” jakie na co dzień podejmują. Jedyną sensowną formą dogłębnego poznawania konsumentów pozostaje więc odrzucenie perspektywy obserwatora „innych” i pełne utożsamienie.
Kto jednak zajmie się wtedy marketingiem?

Tak na marginesie:
[1] Zeszyt trobriandzki, grudzień 1917 w : Malinowski Bronisław, Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu. Oprac. Grażyna Kubicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 511.
[2] Tamże, s. 501.
[3] Historia filozofii XX wieku, Nurty, t. 1; Tadeusz Gadacz, Znak, Kraków 2009, s. 240.
[4] Tamże, s. 242.
[5] Zob. Standardy semantyczne w gramatyce komunikacyjnej, Aleksy Awdiejew, w: Gramatyka komunikacyjna, pod red. A. Awdiejewa, Wyd. PWN, W-wa – Kraków, 1999. s. 38
[6] Kultura, Bronisław Malinowski, w: Malinowski. Wybór pism – pod. red. A. K. Paluch, Wiedza Powszechna 1983, s. 135-136.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

czwartek, 30 grudnia 2010

Sprzedawać się czy konsumować innych?

Rzeczywistość społeczna została utowarowiona. Relacje pomiędzy ludźmi przerabiane są zaś na kształt relacji pomiędzy konsumentami a obiektami ich konsumpcji. Chcąc stać się podmiotem w społeczeństwie konsumentów trzeba się najpierw zmienić w towar - im bardziej sprzedawalny, tym lepiej dla sprzedającego. Rynek konsumpcyjny skutecznie skolonizował przestrzeń społeczną sprowadzając kontakty pomiędzy jednostkami do quasi handlowych symbolicznych transakcji.

W “Konsumowaniu życia” Zygmunt Bauman po raz kolejny rozkłada społeczeństwo konsumpcyjne na czynniki pierwsze ukazując jego żałosną kondycję. Obecna tresura do konsumpcji zastąpiła tresurę do dyscypliny i pracy właściwą dla poprzedniego “społeczeństwa producentów i żołnierzy”. Pozostała jednak tresurą.


Konsumpcja - tak jak w swojej biologicznej postaci (przyswajanie, trawienie i wydalanie) jest na ogół aktem rutynowym i bezrefleksyjnym. Wsparciem dla gospodarki konsumpcyjnej stają się nadmiar i marnotrawstwo (konsumpcja i niszczenie mają wiele wspólnego). Mnożące się coraz szybciej obiekty konsumpcji muszą być dziś równie szybko “pochłaniane” i odrzucane (wspomagają to coraz krótsze cykle życia rynkowych ofert). Liczy się wyłącznie to, co nowe i to, co podane teraz.

Kołem zamachowym gospodarki właściwej dla społeczeństwa konsumpcyjnego jest stan ciągłego niezaspokojenia. Nie chodzi w tym przypadku o zaspokajanie życiowych potrzeb (te już dawno zostały zaspokojone), ale tworzenie kolejnych pragnień i zachcianek. Konsument nudzi się błyskawicznie, potrzebuje wciąż nowych podniet, nie jest mu również dane osiągnięcie jakiejkolwiek satysfakcji czy spełnienia. Trwanie, gromadzenie czy posiadanie nie mają większego znaczenia. Konsument pragnie permanentnego używania, a właściwie zużywania. Chce zaś zużywać to, co atrakcyjne, to co pobudza wyobraźnię i obiecuje natychmiastową gratyfikację - tego rodzaju obiekty uznaje za wartościowe.

Wybrane tezy Baumana odnieść można do zjawisk właściwych dla tzw. “kanałów społecznościowych”. Wmontowanie ich w kontekst “personal branding” nada rzeczy dodatkowy smaczek.

Tresura do konsumpcji wyrabia nawyk myślenia o innych (także o sobie samym) jako o towarze, wszelkie zaś zabiegi wokół własnej osoby prowadzić mają do uatrakcyjnienia i wyróżnienia tego “towaru” na wirtualnej półce społecznego supermarketu możliwości.

Mechanika działania portali i kanałów społecznościowych (Facebook, Myspace, Nasza Klasa, GoldenLine, LinkedIn itp.) niczym w zasadzie nie różni się od mechaniki platform zakupowych (Amazon, eBay, Empik.com itp.). W obu przypadkach konsument dokonuje ciągłego przeglądu i oceny oferty. W obu przypadkach wciąż pozostaje zblazowany i nie do końca zadowolony z tego, co znajduje. Przegląda więc ofertę, sprawdza szczegóły, porównuje “rekomendacje” i porady w rodzaju: “Klienci, którzy kupili ten towar, oglądali również...” lub “Jeśli znasz Tego, to możesz również znać Owego...”.

Konsument czuje się tu absolutnie wolny i nikomu (nawet sobie samemu) nie musi tłumaczyć swych wyborów. To właśnie możliwość wybierania wydaje mu się głównym prawem, prawem niezbywalnym i naturalnie mu przynależnym. Nie musi również z nikim wchodzić w dialog ani inne interakcje. Czy to towary, czy znajomych może wedle uznania dodawać lub usuwać z “koszyków zakupowych” bez żadnej odpowiedzialności czy widocznych konsekwencji. Daje to poczucie bezpieczeństwa i braku jakichkolwiek zobowiązań.

Z towarami zresztą się nie dyskutuje, nie zadaje im pytań, towary nie odwzajemniają spojrzeń czy uśmiechów. Towary mają się jedynie dobrze prezentować na półce. Konsument jest tu panem i w odpowiednim momencie wybierze kogo lub co zechce strawić i wydalić - nawiązując do metabolicznej natury aktu konsumpcji.

Ten sam konsument pozostaje jednak sam towarem. Jest tego nawet świadom, i choć świadomość ta nie należy do przyjemności, to godzi się z tym faktem traktując rzecz jako wyższą konieczność i oczywisty status quo.

Konsument jako towar marzy o tym by stać się towarem niepoślednim, wyjątkowym, towarem wielce atrakcyjnym, godnym pożądania i wyboru (ideałem byłoby stanie się towarem luksusowym...). Chce być więc przede wszystkim zauważonym. Bycie widzianym i pożądanym przez wielu to cel działań konsumenta-towaru. Zdaje on sobie doskonale sprawę jak mocno sam jest zblazowany i jak niełatwym zadaniem jest zdobycie jego przelotnej uwagi. Inni są równie znudzeni nadmiarem opcji i wrażeń - może nawet więcej - zabiegając o ich zainteresowanie należy się nie lada wysilić.

Strategią towaru, który wystawia siebie samego na sprzedaż może stać się marka. Branding - to słowo klucz i nadzieja na podniesienie własnej wartości. W tym przypadku konsument-towar korzystać może z doświadczeń i sugestii wszechobecnych praktyk marketingowych. Wskazują one taktyki zwiększające szansę na zamienienie pospolitego towaru w markę godną pożądania.



‘Personal branding’, czyli budowanie marki osobistej nijak się jednak ma do pracy nad sobą, samodoskonalenia czy rozwoju. Konsument-towar nie ma bowiem czasu ani ochoty na nużącą pracę, dyscyplinę, ograniczenia. Przekonany jest, że skoro sam ulega magii opakowania i związanych z nią wrażeń i pozorów, to właśnie “opakowanie się” będzie również w jego przypadku skuteczną strategią. Zwłaszcza, że nawet guru-tandem od kwestii marketingowego pozycjonowania podkreśla, że zabieg ten nie dotyczy tego, co można zrobić z produktem, ale tego, “co możesz zrobić z umysłami potencjalnych klientów”.

W jaki jednak sposób “opakować się” szybko, łatwo i skutecznie? Jak sprawić by inni sięgali po dobrze wyeksponowany i świetnie się prezentujący towar, kuszący obietnicą zwiększenia po transakcji własnej wartości (bo czy nie o to w gruncie chodzi by konsumpcja przerodziła się w dowartościowanie). Jak sprawić by budowanie marki nie wiązało się z żadną pracą, wysiłkiem, ponoszeniem kosztów ani inną przykrością lub niedogodnością?

Rzecznicy personal branding mają na to znakomitą i sprawdzoną radą:
“Po prostu bądź sobą”!
Czy konsument-towar mógłby usłyszeć piękniejsze słowa?

Tak na marginesie: inspiracją dla kolejnego kroku na drodze samoutowarowiania się była książka Zygmunta Baumana, Konsumowanie życia (Consuming Life), przekł. Monika Wyrwas-Wiśniewska, Wyd. Uniwersytetu Jagielońskiego, Kraków 2009.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: