Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kontekst. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kontekst. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 grudnia 2014

"Orszak weselny / Żałobny rapsod" i luźne impresje wokoło.

Struktura spektaklu "Orszak weselny/Żałobny rapsod" oparta jest na symbolicznym okręgu w którym odbywa się ponadczasowy i uniwersalny obrzęd inicjacji. Jest tu kolisty ruch, w którym kluczowe są dwie fazy: anodos (wznoszenie) i kathodos (opadanie). Anodos to transgresja, odradzanie, powrót na ziemię do świata żywych, wędrówka w górę, ruch ku światłu, wyzwolenie. Kathodos to regresja, symboliczna śmierć, pogrzeb, schodzenie pod ziemię, zstępowanie do inferno, zanurzanie się w ciemności, uwięzienie.
Punktem centralnym (axis mundi) i jednocześnie osią koła (piastą) jest figura Dziada - Przewoźnika (albo mitycznego Charona?), który pełni tu również rolę demiurga, który dźwiękiem drumli wyzwala energię dokonując tym samym aktu stworzenia - wprawia koło w ruch, zabierając widzów w podróż.

“Radość (laetitia) jest to przejście człowieka od mniejszej do większej doskonałości. Smutek (tristitia) jest to przejście człowieka od większej do mniejszej doskonałości.”
Baruch Spinoza, Etyka.

Porządkiem i zasadą całego przedstawienia jest symetria: wyraźnie rozdzielone zostały dwie strony sceny, ostry światło-cień i dwie barwy projekcji, dwie płcie, dwa rytualne obrzędy, dwa razy po dwa zespoły itd. Symetria sygnalizować może sens zawarty w uniwersalnych opozycjach i dychotomiach (życie – śmierć, radość – smutek, niebo – piekło, młodość – starość itp.). Pomiędzy tym, co skrajne lub przeciwstawne następuję ciągła mediacja. Przewoźnik jest więc także mediatorem. Jego milczenie (i bezruch), w którym trwa przez niemal cały spektakl staje się instrumentem kontroli tego, co „pomiędzy” – zabezpiecza strukturę przed rozpadem. Pozorny chaos polifonii w epilogu stanowi jednocześnie komentarz odkrywający sens i zamiar.

„Najpowszechniejszym atoli tańcem w całym kraju jest kujawiak czyli obertas (od obrócić się) ze zwrotem w prawo i w lewo, niekiedy ze śpiewką wśród tańca. Oberek, wyrwas, wykrętacz, zawijacz, drygant, itp. są to nazwy obertasa do różnej podniesionego potęgi. (…) Początek Mazura przypomina starosłowiańskie koło, dziś jednak kołem tańczących zwą ogólne zebranie osób stawających do tańca. Każdy taki taniec prowadzi (choć dziś już nie wszędzie) przodownik i przodownica o których się mówi, że rej wodzą.”
Oskar Kolberg, Pieśni ludu polskiego, 1857.

W kulturze i sztuce ludowej koło zajmuje miejsce poczesne. Koło to Słońce (swastyka, hinduistyczne koło karmana, starosłowiański krzyż słoneczny, krzyż celtycki – symbol nordyckiego Odyna) – życiowa energia, moc i stwarzanie ale też susza, śmierć i zniszczenie. Wykonać koło – nawet takie proste, drewniane, do wozu, który będzie woził siano - nie jest łatwo. Trzeba do tego sporej wiedzy i niepospolitych umiejętności. Zajmował się tym kołodziej (analogia do legendy: PiastKołodziej). Koło to także krąg studni, która prowadzi w głąb ziemi, jest łącznikiem światów. A do studni, jak ostrzegały dziady, nie należy zaglądać bo można tam zobaczyć topielca, wodnika albo inne złe. Zawsze można tam dojrzeć odbicie własnego oblicza i tego co za nim ukryte. Zgodnie z ludowym przesądem szczególnie kobiety w ciąży nie powinny zaglądać do studni bo grozi to wydaniem na świat niewidomego dziecka (Odyn stracił jedno oko gdy zajrzał do studni wiedzy Mimira). Pod lustrem orzeźwiającej wody życia ukryty jest inny, niebezpieczny świat, mroczna strona tego, co znane.
Tradycyjna wycinanka ludowa chętnie wykorzystuje kształt koła i związaną z nim wszech-symetrię. Cykliczność zmieniających się pór roku wyznaczająca kalendarz wszelkich aktywności w tym pracy i zabawy, rytm i tempo naturalnych zjawisk i zachodzących przemian rozpięte są na pierwotnym kole praw przyrody. Natura jednak nie daje się pochwycić i zamknąć w prosty dualizm czy uproszczone kategorie opozycji binarnych. Na takim kole nie można wyznaczyć wyraźnego początku ani końca, dobra i zła, męskiego i żeńskiego, duszy i ciała – jak to ujmował Spinoza: „Substancja bezwzględnie nieskończona jest niepodzielna”. Kosmologiczne misterium -  zaślubiny hieros gamos to odrzucenie zasad i ograniczeń narzucanych przez intelekt – pogwałcenie ładu i złamanie tabu, a jednocześnie kreująca świat mediacja – droga do „zbawienia”, powrót do stanu jedności we wszelkich różnorodnościach i pozornych sprzecznościach.
Początek i koniec spektaklu są zatem zupełnie odmienne i zarazem identyczne a odbiór całości może się kojarzyć z przeżywaniem postulowanej przez Witkacego „czystej formy”. I tak to mniej więcej odebrałem.

Tak na marginesie: koncert-spektakl zamykający obchody Roku Oskara Kolberga; miałem przyjemność zobaczyć 11.12.14 w Studio Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego. Scenariusz: Jacek Hałas i Darek Błaszczyk, reżyseria: Darek Błaszczyk, oprac. muzyczne: Jacek Hałas
Zarejestrowany spektakl można obejrzeć na stronieDwójka Polskie Radio.

Creative Commons License 

niedziela, 5 stycznia 2014

Czy Dedal cierpiał na aleksytymię?

“Jeżeli nie można odmienić prawdy, trzeba ją zasłonić, to ostatni jeszcze humanitarny, jeszcze ludzki obowiązek.”
Stanisław Lem; Kongres futurologiczny.

Popyt na futurologię rośnie coraz szybciej ponieważ prognozowanie przyszłości ma się zazwyczaj tym lepiej, im bardziej rzeczywistość za oknem staje się złożona i nieprzewidywalna. Dziś rozważania na temat tego, co przyniesie przyszłość (mniej lub bardziej odległa) koncentrują się głównie na niejasnych i trudnych do przewidzenia konsekwencjach postępu technologicznego (biotechnologii, nanotechnologii, technologii przetwarzania informacji itp) a ogólna postawa wobec dalszego rozwoju cywilizacji wyraża się najczęściej w dwóch skrajnych meta-scenariuszach: pozytywnym i negatywnym.
Scenariusz pozytywny opiera się na wierze w ludzką racjonalność, ale także na ukrytym założeniu, że również w aspekcie moralnym następuje z biegiem czasu minimalny choćby progres. Człowiek współczesny dużo wyraźniej potrafi zatem dostrzec granicę pomiędzy dobrem i złem niż choćby taki mieszkaniec starożytnych Aten. Rozwój nauki i postęp technologiczny sprawiają więc, że wszystko stawać się będzie coraz wydajniejsze, jakościowo lepsze, bardziej powszechne i dostępne. Człowiek znajduje się w centrum świata a rosnąca produktywność powiększać będzie ogólny dobrostan i dobrobyt. Pomimo pojawiających się chwilowych turbulencji „problemów przejściowych” już niebawem wszyscy (lub choćby NASZA społeczność) żyć będziemy jeszcze dłużej, zdrowiej, pełniej i przyjemniej (może nawet wiecznie?). Przy okazji na świecie zapanuje pokój, demokracja, społeczna harmonia i ogólna tolerancja. W dodatku teleportacja stanie się powszechną rozrywką a zęby, paznokcie i włosy staną jako zbyteczne i zupełnie zanikną.

W scenariuszu negatywnym przedstawiciele naszego gatunku przejawiać będą niezmiennie nieopanowaną chciwość, pazerność, agresję oraz rządzę dominacji i władzy a postęp technologiczny wykorzystany bezmyślnie lub w złych intencjach przyniesie w sumie więcej szkód niż pożytków. Natura zostaje tu zdegradowana i wyniszczona. Superinteligentne komputery i maszyny uniezależniają się, wymykają spod kontroli, w końcu buntują i przejmują władzę. Ewentualnie dokonują tego wespół z psychopatycznymi dyktatorami (lub wąską elitą stojącą na czele wszystkożernych korporacji). Jednym słowem zapanuje totalitaryzm, skończy się prywatność i wolność, a pojawi powszechna kontrola, prewencja, manipulacja i eksploatacja łatwo dostępnej i uległej siły roboczej w postaci masowych niewolników. Roboty zamiast przeprowadzać staruszki przez ulicę, ściągać będą nieposłuszne jednostki i na powrót umieszczać w farmach organów zastępczych – tudzież wymyślą coś jeszcze bardziej ohydnego i „nieludzkiego” (ale na pewno piekielnie inteligentnego).
W nieco łagodniejszej wersji tego scenariusza roboty nie przejmują żadnej władzy ponieważ zarówno one jak i cała cywilizacja zniszczona zostaje w nuklearnym holokauście poprzedzonym zawinioną przez nas katastrofą klimatyczną. Wracamy do prymitywnego trybalizmu i prawa pięści.

Obie te wizje mogą się wydawać równie prawdopodobne, co naiwne (zob.: Przyjazne oblicze Golema). Może dlatego, że ilość czasu i uwagi poświęcanej na refleksję na temat skutków i konsekwencji postępu technologicznego staje się odwrotnie proporcjonalne do jego tempa. Im szybciej zwiększa się liczba łatwo dostępnych „wygodnych rozwiązań”, „przyjaznych urządzeń” i „inteligentnych gadżetów” tym mniejszą skłonność wykazujemy do myślenia o kształcie jutrzejszego świata.

Metaforę technologii – jak zauważył Joseph Campbell (Bohater o tysiącu twarzy) – najlepiej oddaje w mitologii greckiej figura Dedala. Dedal to archetypiczny wynalazca, technolog, który stara się jak najlepiej zaspokajać potrzeby i pragnienia innych lub skutecznie rozwiązywać ich problemy. Problemy, do powstania których sam się wcześniej przyczynia.
Historia warta krótkiego przypomnienia.

Dorodny byk podarowany kreteńskiemu władcy Minosowi przez boga mórz Posejdona złożony miał być w ofierze. Minos jednak obietnicy nie dotrzymuje i zachowuje byka przy życiu. Wyrusza na wojnę pozostawiając w domu żonę – Pazyfae. Ta spotyka pięknego byka i zakochuje się w nim. Chcąc zaspokoić rosnące pożądanie (zemsta Posejdona…) zwraca się o pomoc do nadwornego architekta – Dedala. Ten spełniając zachcianki królowej buduje pustą wewnątrz krowę z drewna. Pazyfae chowa się do środka, byk chętnie pokrywa kuszącą atrapę i tak oto dokonuje się poczęcie.
Owocem tego związku okazuje się być potwór – Minotaur, który z roku na rok sprawiać zaczyna coraz więcej problemów wychowawczych. Teraz to Minos prosi Dedala o pomoc. Minotaura należy odizolować by nie zakłócał publicznego ładu wyglądem i zachowaniem. Dedal i tym razem staje na wysokości zadania planując i nadzorując prace nad przemyślną konstrukcją o setkach krętych korytarzy. Zamknięty w labiryncie Minotaur może się tam spokojnie raczyć swoją ulubioną potrawą – świeżymi dziewicami, tudzież prawiczkami dowożonymi na okrętach z Aten.

Na jednym z takich okrętów przybywa na Kretę Tezeusz. Zamierza zabić potwora. W pięknym młodzieńcu zakochuje się Ariadna – córka Minosa. Chcąc dopomóc Tezeuszowi zwraca się z prośbą o poradę do Dedala – twórcy labiryntu, w którym przebywa Minotaur. Ten wręcza jej kłębek nici, który spełnić ma dwie funkcje: wskazać miejsce, gdzie przebywa Minotaur oraz pomóc śmiałkowi w odnalezieniu drogi powrotnej. Po zabiciu Minotaura Tezeusz odpływa z wyspy z Ariadną u swego boku. Historia tego związku nie ma happy endu podobnie jak ucieczka Dedala i jego syna z wyspy.

W całej tej opowieści Dedal zachowuje bezstronność. Jest opanowany, racjonalny i beznamiętnie wykonuje powierzane mu zadania. Nie wnika w pobudki kierujące tymi, którzy chcą zaspokoić namiętność, zlikwidować problem czy spełnić swój cel. Dedal planuje, konstruuje, buduje – dostarcza kolejne rozwiązania. Każda jego ingerencja pozornie tylko rozwiązuje zastany problem. Zaraz później pojawiają się niespodziewane konsekwencje, czyli kolejne problemy, które znowu trzeba rozwiązać. Dedal nie zajmuje się jednak analizą i przewidywaniem konsekwencji korzystania z tworzonych przez niego „urządzeń”. To nie jest jego zadaniem i nie leży w jego naturze. Dedal jest uosobieniem wyłącznie technologii i zupełnie nie interesują go intencje. Nie pyta więc „po co?, w jakim celu?”, to co go interesuje, to kwestia „jak?”.

Dedal to umysł naukowy, który bada, analizuje, posługuje się logiką. Zna prawa fizyki, dlatego użytkownikom opracowywanych technologii udziela  instrukcji na temat ich efektywnego wykorzystania, wymienia ich ograniczenia i możliwe zastosowania. Tak jest w przypadku Ikara, który zostaje ostrzeżony co może się stać ze skrzydłami jeśli będzie leciał zbyt nisko (spojone woskiem pióra nasączy wilgoć), jak i zbyt wysoko (wosk zacznie się topić). Ikara nie gubi młodzieńcza naiwność i romantyzm, pycha, chęć realizacji własnych ambicji czy dążenie do prawdy (wznoszenie się w stronę światła). Gubi go głupota. Albo wyjaśnień i ostrzeżeń Dedala nie słuchał uważnie, albo ich po prostu nie zrozumiał. Ikar nie jest tu żadną postacią dramatyczną tylko symbolem najzwyklejszej ignorancji.
Czy coś się zmieniło w tej materii?

Tak na marginesie: obecny niedawno w Polsce Vinton Cerf (jeden z twórców protokołu TCP/IP) podczas swojego wystąpienia w BUW przypomniał krótką historię internetu, skomentował ciepło ideę komputerów Raspberry Pi, poruszył wątek komputerów kwantowych, sieci sensorowych, czy w końcu zakreślił wizję internetu międzyplanetarnego. Jednak jego główne przesłanie można było odczytać następująco: dziś dużo więcej uwagi powinniśmy poświęcić zastanowieniu się nad społecznymi konsekwencjami ostatniego przyspieszenia technologicznego – to tu znajduje się najwięcej znaków zapytania. Przy okazji przypomniał, byśmy nie spodziewali się, że technologia rozwiąże wszystkie nasze problemy. Wg. Cerfa internet jest jak lustro, które odbija nas samych, nasza naturę. Jeśli widzimy w nim jakieś skazy, to na pewno nie powinniśmy zaczynać od naprawiania lustra.
Creative Commons License

niedziela, 20 października 2013

Uporczywa hipotrychoza rzęs

Zygmunt Bauman w swoim krótkim wykładzie („Sklep jako apteka”) otwierającym XIV Kongres Badaczy Rynku i Opinii dokonał przy okazji syntetycznego podsumowania kulturowej i społecznej roli współczesnego marketingu. Jego funkcją nadrzędną staje się „reklamowanie chorób, a nie środków”. Podsycanie strachu, lęków i niepokojów oraz kreowanie nastroju niepewności umożliwia skuteczniejszą prezentację „rozwiązań” mających być antidotum na stworzone wcześniej problemy.
Mechanizm jest prosty i działa na zasadzie: „Być może dotychczas uważała(e)ś, że wszystko z tobą jest w porządku? Myliła(e)ś się! Masz poważny problem, który wymaga natychmiastowego rozwiązania. Na szczęście my posiadamy remedium. Kup teraz!.
Dwa przykłady podane przez Baumana ilustrują marketingowy paradygmat

Kobieta spoglądając niegdyś w lustro mogłaby sobie pomyśleć, że jej rzęsy są nie całkiem w porządku – wydają się jej np. nieco zbyt krótkie albo za cienkie (lub też jednocześnie cienkie i zbyt krótkie…). By poprawić ich wygląd sięgała najczęściej po tzw. mascary czy odżywki. Działo się tak do momentu, kiedy głosem medycznych autorytetów oznajmiono, że cienkie i krótkie rzęsy mogą znamionować CHOROBĘ – hipotrychozę rzęs! Hipotrychoza rzęs (nie mylić z hipertrichozą) brzmi chyba nawet groźniej niż rak mózgu i już jej nazwa brzmi tak złowieszczo, że rodzi się natychmiastowe pytanie: czy to w ogóle można leczyć?
Otóż tak Drogie Panie! Z hipotrychozą rzęs radzi sobie doskonale preparat Latisse firmy Allergan - bo na każdą chorobę można przecież opracować lekarstwo. Jest tylko jeden warunek skutecznej terapii – preparat działa dopóty, dopóki jest stosowany…
Drugi przykład zacytowany przez Baumana: jeśli dawniej ktoś miał problem z nieśmiałością i niepewnością pojawiającą się w kontaktach z ludźmi, podczas publicznych wystąpień, czy znajdując się w centrum uwagi, to dochodził najczęściej do wniosku, że trudno, tak już jest - po prostu jestem nieśmiała(y). I próbował z tym jakoś żyć.
Sytuacja jednak zmieniła się diametralnie, kiedy odkryto i ogłoszono zidentyfikowanie nowej jednostki chorobowej - jest nią social anxiety disorder poważne zaburzenie, które może wywoływać u pacjenta jeszcze poważniejsze konsekwencje! „Social anxiety disorder” jest chorobą straszną i w dodatku wrodzoną (w dodatku 100% cierpiących na to zaburzenie prędzej lub później umiera). Rzecz wydawałaby się beznadziejna gdyby nie starania firm farmaceutycznych. Oto jedna z nich opracowała lek na nieśmiałość (Paxil). Leczy on wiele zaburzeń „społecznych dysfunkcji) w tym również skutecznie radzi sobie z „social anxiety disorder”.

Ktoś może powiedzieć, że jest to trywializowanie poważnych problemów. Jeśli ktoś jest chory na hipotrychozę rzęs lub social anxiety disorder (lub nie daj Boże cierpi jednocześnie na obie przypadłości), to przysługuje mu należne wszystkim chorym współczucie i empatia. Winszuję mu także w tym miejscu jak najszybszego powrotu do zdrowia i normalności (za rozsądną cenę).
Trudno jednak zachować powagę, gdy zdajemy sobie sprawę jak ciekawy system potrafiliśmy stworzyć i ile trudu wkładamy by utrzymywać jego funkcjonowanie.  Biegamy przecież codziennie coraz szybciej i podejmujemy coraz więcej starań by zarobić trochę pieniędzy już nie tyle na zaspokojenie potrzeb (czy nawet pożądań i zachcianek) co po to by zapłacić za kolejne „lekarstwa” łagodzące objawy toczących nas „chorób”. O tym jak bardzo jesteśmy chorzy (i że lista złowrogich przypadłości wciąż się zwiększa) informują nas co dzień producenci różnych dóbr i usług („preparatów leczniczych”) reklama, media i wszelkiej maści (!) eksperci.

Ponieważ sam uczestniczę gorliwie w oliwieniu trybików całej tej machiny nie chciałbym popadać w hipokryzję broniąc ją za wszelką cenę albo odwrotnie - piętnując „po godzinach” wszystkie jej przejawy i konsekwencje. Zwłaszcza, że sam do końca nie wiem co tu jest „słuszne” i „właściwe” (jakże zazdroszczę tym, którzy zawsze wiedzą!). Zresztą, jak mawiają kabaliści, wszystko ma swoją drugą stronę (satanas) o czym można łatwo zapomnieć wymachując w imię jakiejś idei jednokolorowym sztandarem (i nie chodzi tu o barwy brunatne).

Trudno też sobie wyobrazić by marketing i reklama miały się teraz zajmować redukcją potrzeb i ograniczaniem konsumpcji zniechęcając np. ludzi do kupowania jakichkolwiek produktów i korzystania z wszelkich usług poprzez pokazywanie np. wyłącznie negatywnych konsekwencji sięgania po nie lub epatując estetyką brzydoty, cierpienia, głodu, choroby etc. (zakładając, że to by w ogóle zniechęciło kogokolwiek do konsumpcji – jest to założenie raczej wątpliwe).
O roli marketingu w gospodarce (relacje konsumpcji z PKB, miejscami pracy, rozwojem itp.) nie ma tu sensu nawet wspominać, bo i tak ktoś zaraz wyskoczy z jakimś przykładem Bhutanu, „indeksu szczęścia” czy inną prostą „receptą” na wszelkie bolączki świata tego – zrobi się i śmiesznie i straszno.

Fakt jest faktem, że jak podkreślił Bauman eksploatujemy już dziś zdecydowanie więcej zasobów naszej gościnnej (i jak na razie jedynej dostępnej) zielonej planety niż ta jest nam w stanie zaoferować. Z drugiej strony mitologia „świadomej” konsumpcji wciąż jakoś do mnie nie trafia, a same takie określania brzmią jak zabawne oksymorony.
Konsumpcja polega na „pożeraniu”, niszczeniu i wyrzucaniu – to jej natura – i dopóki używać będziemy jako życiowych wehikułów naszych biologicznych ciał, to nie wiele się zmieni w tym względzie. Rozum - jak pokazują nasze gatunkowe dzieje - nie ma raczej większych szans i zawsze przegrywa z emocjami, impulsami i instynktem.
Nie ma się co łudzić – wyłącznie racjonalni nigdy nie byliśmy, nie jesteśmy i raczej nie ma szansy by kiedykolwiek stało się inaczej.
Cywilizacyjna schizofrenia okazuje się zatem gorsza niż hipotrychoza rzęs – wciąż nikt nie znalazł remedium bez skutków ubocznych.

Tak na marginesie: w tym miejscu autor porozumiewawczo mruga do czytelnika.

Creative Commons License


poniedziałek, 14 października 2013

Bieszczadzka turystyfikacja i (nie)jawna manipulacja.

Przy okazji 11 Objazdowego Festiwalu Filmowego WatchDogs – Prawa Człowieka w Filmie (Ustrzyki Dolne, 10-13.10) mieliśmy okazję zobaczyć parę świetnych dokumentów, przespacerować się szlakiem na Tarnicę, wziąć udział w kilku ważnych rozmowach ale przede wszystkim poznać fantastycznych ludzi – prawdziwych pasjonatów.
I to wszystko w niecałe trzy dni!
Poniżej kilka luźnych refleksji i rozproszonych uwag związanych z oglądanymi filmami przeplatanych z wybranymi wątkami dyskusji na temat mediów i reklamy, na którą byłem zaproszony.

„Z kamerą wśród ludzi” (Framing the Other) ukazuje złożoność i wielopłaszczyznowość fenomenu, jakim jest spotkanie z Innym. Bohaterkami są dwie kobiety – holenderska turystka, która wybrała się do Etiopii by zrobić zdjęcia kobietom z plemienia Mursi (zob. Dylematy dumnych Mursi...) oraz przedstawicielka tegoż plemienia. I tyle z samej historii by nie zdradzać zbyt wiele tym, którzy filmu nie widzieli...


Oglądając ten dokument pomyślałem o zjawisku „turystyfikacji” (touristification) analizowanym przez N. Taleba w Antifragile… (por. też jeden z typów osobowości ponowoczesnej opisywanych przez Z. Baumana).
Turystyfikacja to celowe dostosowywanie rzeczywistości do potrzeb i oczekiwań turysty, dodawanie czemuś wrażeń i emocji kosztem utraty autentyczności i redukcji przypadkowości. Turysta oczekuje, że przeżyje jakiś „dreszczyk emocji”, zobaczy coś nowego, ciekawego. Jednocześnie oczekuje komfortu, przewidywalności, zorganizowania. Tym też różni się od podróżnika, który przyjmuje rzeczywistość taką jaka jest nie roszcząc wobec niej żadnych pretensji.

Turysta (który jest jednocześnie konsumentem) płaci za „towar”, który „nabywa” i chce mieć pewność, że nie są to pieniądze wyrzucone w błoto – że istnieje jakaś przemyślana agenda, zamysł i plan, który zostanie zrealizowany. Akt dokonania płatności jest jednocześnie aktem „twórczym” –  w tym samym momencie konstytuuje się „scena”, na której „aktorzy” mają obowiązek odegrać swoje role. Podobnie jak osoba wybierająca się do kina by zobaczyć film chce być bawiona i zaskakiwana, turysta również oczekuje wzruszeń, i niespodzianek. Jednak ich charakter, stopień i intensywność powinny być jasno określone i wcześniej zapoznane – z innym przecież nastawieniem wybieramy się na komedię, z innym na horror czy dramat psychologiczny.

Sztaby specjalistów (agencje turystyczne, biura podróży itp.) pracują dziś nad „turystyfikacją” otoczenia, które odwiedzi niebawem turysta – konsument.  Przygotowują ogólne strategie rozrywki i szczegółowo kreślą plany wrażeń i doznań, które kolejno dozowane będą odbiorcy. Współpracują przy tym z autochtonami – kupując od nich usługi takie jak np. ubierania się w tradycyjne stroje czy rekonstruowanie dawno już niepraktykowanych zwyczajów. Wszystko to przypomina trochę groteskowe sceny z „Awansu” E. Redlińskiego, ale wszyscy wydają się zadowoleni następującym w efekcie przepływem gotówki.
Ważne jest również to, że wszyscy wiedzą w jakiej inscenizacji uczestniczą. Zarówno turysta, jak i „aktorzy” doskonale znają i orientują się w regułach prowadzonej gry, akceptują jej zasady i starają się ich przestrzegać by nie psuć sobie wzajemnie zabawy i biznesu. I wszystko wydaje się być fair… (film okazał się ciekawą inspiracją również w kontekście debaty na temat turystycznej przyszłości Bieszczadów).

Mechanizm turystyfikacji dotyczy jednak nie tylko turystyki i zwiedzania – rozciąga się dziś niemal na każdą sferę kultury, życia społecznego i międzyludzkich relacji. Jak zauważa Taleb turystyfikacja sprawia, że Innego zaczynamy traktować tak, jak gdyby był… np. pralką – oczekując prostego mechanizmu „obsługi” i reakcji na wydawane komendy oraz szczegółowej „instrukcji działania” (zob. też wpis).
Nie ma tu miejsca na przypadkowość i chaotyczność – wszystko powinno działać efektywnie, być jak najłatwiejsze w obsłudze i posiadać wbudowany w tym celu „programator”. Autentyczność i spontaniczność nie są w takim świecie mile widziane – chyba, że jest to „spontaniczność” kontrolowana i uprzednio zaprogramowana, w przeciwnym razie może budzić niepotrzebne wątpliwości a nawet niepokój .
Spotkanie z drugą osobą odbywające się w schemacie turystyfikacji posiada identyczną strukturę, jak wykupiona w „egzotyczne” miejsce wycieczka. Obie strony powinny być więc świadome reguł i konwencji. Odgrywanie ról zachodzi wtedy bezboleśnie a uczestnicy „gry” otrzymują zakładane korzyści. „Turysty” po zrealizowaniu „programu” nic już nie obliguje do dalszego podtrzymywania relacji czy jakiegokolwiek zainteresowania „tubylcem”. Wraca do swoich spraw i kolejnych kupowanych rozrywek. Podróż zostaje dodana do katalogu kolekcjonowanych „przeżyć” i zamienia się ewentualnie w walutę konwersacyjną przydatną na towarzyskim rynku.

Wszystko, co powyżej dotyczy również mnie samego – kategorię „czasu wolnego” wypełniam często turystyką (prawdziwe podróże i wędrówki to rzadkość, choć i one się zdarzają). Kupuję turystyczne wrażenia (zazwyczaj przepłacam) i zdarza mi się płacić tubylcom za możliwość zrobienia im zdjęcia.
I nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.

„Biały skarb: zbieracze soli z Caqueny” (Der Weisse Schatz und die Salzarbeiter von Caquena) to impresja na temat małej wspólnoty Indian Aymara żyjących w pobliżu Salar de Uyuni (Boliwia) i trudniących się wydobyciem soli z tego niezwykłego jeziora – największego na świecie solniska. Słone jezioro jest jednocześnie obfite w rzadki i coraz bardziej pożądany dla nowoczesnego przemysłu lit (szacuje się, że Salar de Uyuni może zawierać ponad połowę światowych zasobów tego pierwiastka). Oglądamy więc scenki z życia, które ulegnie za chwilę diametralnej przemianie. Zgodnie z ukrytą w filmie tezą wielkie korporacje wydobywcze zamienią jezioro w olbrzymią kopalnię litu, a sielski krajobraz i lokalna tradycja pozostaną jedynie wspomnieniem.
Podobnie, jak w filmie „Z kamerą wśród ludzi” można tu odnaleźć tęsknotę za światem, który znika na naszych oczach równany cywilizacyjnym walcem. Kolejna nostalgia za ideałem „szlachetnego dzikusa”, który żyje SZCZĘŚLIWIE z dala od technologii, konsumpcji, pogoni za zyskiem, bliski naturze i tradycji przodków.


Salar de Uyuni - fot. wikimedia.org

Jest w tym oczywiście spora doza europocentrycznej hipokryzji – oglądając takie wzruszające obrazki zazdrościmy tym „szczęśliwcom” jednocześnie głęboko im współczując np. braku dostępu do osiągnięć współczesnej medycyny, centrów handlowych, tabletów,  smartfonów, ciepłej wody w kranie i płatnej telewizji. Automatycznie pojawiają się dwie przeciwstawne skłonności: „należy to ocalić i zostawić tak jak jest” oraz „przecież ci ludzie mają prawo żyć tak jak my”. I nie wiadomo za czym podążać, co jest bardziej „etyczne” (ulubione słowo klucz obrońców „dziewiczych kultur”, którzy sami na co dzień chętnie korzystają ze wszelkich dobrodziejstw cywilizacyjnego postępu). Zdanie samych zainteresowanych jest w tym przypadku najmniej istotne – zwłaszcza, że ich głosu i tak nikt nie zamierza słuchać.

„Miraż” S. Keca to opowieść o dwóch światach: twórców finansujących gigantomachię o nazwie Dubaj oraz hinduskich robotników realizujących utopijną wizję wybudowania tu turystycznego raju. Pracujący w fatalnych warunkach Hindusi tęsknią więc za zostawionymi daleko rodzinami a zamożni Arabowie za dawnym "stylem życia" pustynnych nomadów. Jest w tym jakiś nadrealizm i groteska, które metaforycznie ilustrują paradoksy współczesności. Strategia „uciec do przodu” wydaje się często jedyną drogą, gdy kończą się dostępne zasoby i należy jak najszybciej „zainwestować w przyszłość”. Kształt przyszłości wynika zaś z materializacji wyolbrzymionych nadziei, pragnień i kompleksów. Ci zaś, którzy ponoszą największy koszt uczestnictwa w tym wyścigu z czasem zdobyte doświadczenia i środki zainwestują w przyspieszone popełnianie takich samych błędów. Bo każdy ma takie samo prawo do szczęścia.


„Plaża szowinistów” D. Adringa to doskonała wiwisekcja mechanizmów medialnej manipulacji. Kilka marnej jakości zdjęć zrobionych na leżącej pod Lizboną plaży Carcavelos czarnoskórym młodym ludziom staje się pretekstem do sterowanej przez media masowej histerii bazującej na anty imigranckich nastrojach i rasistowskich lękach. Oglądając ten film od razu przypomina się „Czeski sen” (2004) albo historia paniki, jaka wybuchła po emisji słuchowiska radiowego „Wojna światów” Orsona Wellesa (1932 r.).
Jako odbiorcy mediów wciąż widzimy i słyszymy, to co chcemy zobaczyć. Jesteśmy podatni na medialną sugestię i manipulację (uwielbiamy nawet jej ulegać) a stereotypy, uprzedzenia, archetypy i nieświadome lęki sprawiają, że niezwykle łatwo sterować można naszą wyobraźnią.


Tu pojawia się pewien szkopuł: dopóki „manipulacja” odbywa się za naszą zgodą i przyzwoleniem (a tak dzieje się wtedy gdy świadomie i celowo stajemy się odbiorcami fikcji) wszystko wydaje się być w porządku. Jeśli jednak nie jesteśmy świadomi, że gdy my obcujemy z przekazem ktoś właśnie wywiera na nas wpływ (lub próbuje to zrobić) by realizować własny interes, to mamy słuszne prawo do gniewu.
Paradoks polega na tym, że choć na ogół nie życzymy sobie instrumentalnego traktowania i zamieniania nas w przedmiot manipulacji, to w rzeczywistości bardzo często sami się jej wręcz dopraszamy i coraz chętniej wystawiamy na jej działanie.
W jaki sposób? Najprostszy – korzystając zupełnie naiwnie i bezrefleksyjnie z mediów masowych.

Jako odbiorcy mediów już dawno podpisaliśmy symboliczny cyrograf, którego konstrukcja jest niezwykle prosta i sprowadza się do jednego paragrafu: „Oddajemy wolność za darmową rozrywkę”. Bo chyba każdy zgodzi się z tym, że:

  • media utrzymywane są dziś głównie z wpływów reklamowych,
  • nie istnieje coś takiego jak „darmowy lunch”.
Chcąc oglądać atrakcyjne treści, musimy za nie płacić. Dziś najczęściej płacimy uwagą i czasem poświęcanym na odbiór reklamy lub wysiłkiem związanym z próbą dekodowania tego, co jest komunikatem płatnym (w postaci reklamy, sponsoringu, product placement itp.), a co „prawdziwą i rzetelną” informacją, co jest walorem wizerunkowym a co merytoryczną treścią?
W przypadku reklamy sprawa jest o tyle prostsza, że ta sama i w dodatku głośno przyznaje, że jest umowną konwencją, którą jako konsumenci i odbiorcy dobrze już oswoiliśmy i potrafimy rozpoznać. Coraz częściej też żądamy od reklamy nie tyle informacji o produkcie, co po prostu dobrej rozrywki. Humor, zabawa, wciągająca historia to część „estetyczna” przekazów komercyjnych, która dostarcza nam – odbiorcom/konsumentom niewielkiej dawki przyjemności w zamian za poświęconą uwagę. Reklamy (od dawna) nie traktujemy literalnie, nie oczekujemy, że zaczną nam np. „wyrastać skrzydła”, że „miniratka” wleci przez okno i sypnie banknotami w wysokich nominałach, a w naszych ustach zaraz po umyciu zębów zatańczą radosne skrzaty (choćby zdrowy rozsądek nakazywałby pozbycia się takich oczekiwań).
Do reklamy mamy też zdrowy dystans – doskonale dziś wiemy jak działa i czemu ma służyć. Dlaczego więc z uporem godnym lepszej sprawy oczekujemy jakiejś „prawdy” od mediów (skoro te, niemal w całości utrzymują się z emisji reklam)?
Kwestię abonamentu pominę...

Powyższe to oczywiście czysty cynizm. Mamy rzecz jasna prawo oczekiwać od mediów (a na pewno od tych, które mienią się „publicznymi”) prawdziwych i rzetelnych informacji wyraźnie oddzielanych od politycznej propagandy, komercyjnej agendy czy sponsorskiego efektu (podobnie jak mamy pełne prawo do prywatności gdy zakładamy skrzynkę pocztową u internetowego giganta). Nie łudźmy się jednak, że prawa te będą posłusznie respektowane bo chyba trudno nie zgodzić się z potoczną mądrością wyrażaną w stwierdzeniu, że „sprawy już zaszły za daleko”. Żadna osoba, instytucją czy przepis  nie zmieni z dnia na dzień kształtowanych od dekad relacji pomiędzy koncernami medialnymi, wpływowymi reklamodawcami i innymi interesariuszami medialno-rozrywkowo-biznesowo-politycznego ekosystemu/establishmentu.
Każdy jednak odbiorca mediów ma do dyspozycji najprostszą i dostępną strategię. Jeśli „konsumując” przekaz medialny przynajmniej raz na jakiś czas poświęci chwilę na krótką refleksję i świadomą analizę tego, w czym uczestniczy i zada sobie np. pytanie w rodzaju: „w czyim właściwie interesie leży, że muszę TO oglądać”?
Paranoja?
Być może.

Tak na marginesie: festiwalowe pokazy, dyskusje i prelekcje odbywały się w prężnie działającej klubokawiarni - nomen omen - DobreMiejsce (rewelacyjna kawa i tarty) prowadzonej przez Martę Niwczyk. Festiwalowe dyskusje moderował Marcin Kowalczyk, który to właśnie wkręcił mnie w rozmowę na temat mediów i reklamy za co mu przy okazji serdecznie dziękuję, podobnie jak za gościnę i parypatetyckie pogawędki w drodze do lasu…
Pozdrowienia!

poniedziałek, 30 września 2013

Techno-monokl i paradoksy marki "antykruchej"

"The longer one goes without a market trauma, the worse the damage when commotion occurs." Nassim N. Taleb
Legendarne już - choć wciąż przecież niedostępne - okulary Google miałem okazję poczuć na własnym nosie po raz pierwszy podczas konferencji "Think with Google 2014" w ubiegły wtorek (24.09.13). Są lekkie, dobrze wyprofilowane i wygodne, więc od razu poczułem się tak, jak gdybym od dawna już ich używał. Tym bardziej, że podczas czytania i pisania i tak muszę zakładać "zwykłe" okulary.

Nauka obsługi Google Glass trwała niecałe 3 sekundy - tyle co ich uruchomienie, czyli puknięcie w prawy panel oprawki i przegląd komend wyświetlonych na mikrorzutniku. Okulary przyjmują komendy głosowe i bez zbędnej "kalibracji" za pierwszym razem udało mi się zrobić zdjęcie, następnie zaś błyskawicznie zlokalizować najbliższą kawiarnię Starbucks. Okulary okazały się też zupełnie "nieinwazyjne" - nie przeszkadzają w zwykłym oglądaniu otoczenia, a oko automatycznie dopasowuje się do intencji patrzącego i wzrok skupia się w danej chwili dokładnie na tym, na czym ma się skupić.

Od razu też wyobraziłem sobie najbardziej banalne zastosowania okularów w moim codziennym funkcjonowaniu: np. podczas prezentacji mógłbym sobie wyświetlać dodatkowe notatki zaskakując słuchaczy mega-erudycją, przy czytaniu sprawdzać znaczenie mnożących się jak króliki, niezrozumiałych neologizmów marketingowych, a podczas jazdy samochodem sprawdzać zaległą korespondencję i wyćwiczyć w końcu nawyk "Inbox zero". Co prawda gadanie do siebie postrzegane być może jako niegroźne dziwactwo lub wczesne objawy jakiejś dysfunkcji społecznej, ale w końcu oryginalność od zawsze była w cenie.

Rozmarzyłem się i zupełnie odleciałem wyobrażając sobie coraz bardziej wyrafinowane (a zarazem diaboliczne!) sposoby korzystania z okularów, ale szybko zostałem ściągnięty na ziemię - ściągnąć też musiałem z nosa magiczny rekwizyt by oddać go właścicielowi (lekko już zaniepokojonemu wyrazem mojej twarzy). Spoglądając po raz ostatni na trzymane w dłoniach technologiczne cacko pomyślałem, że przypominający górski kryształ pryzmat projekcyjny musi być niezwykle kruchy.
O kruchości zatem dalej słów kilka.

"Antykruche" Nassima Taleba (Antifragile. Things that Gain from Disorder) to jedna z tych lektur, do których powraca się, jak do... Zoo - miejsca, które choć samo w sobie niewiele się zmienia, to jednak za każdym razem pozwala odkryć coś zupełnie nowego,  fascynującego, dziwnego. Porównywanie książki do idei zamkniętych za kratami może się wydawać nieco idiotyczne, ale cóż. Taleb pisze w sposób perwersyjny i niejako sam interpretacje takie prowokuje. Jest awanturnikiem, gawędziarzem, geniuszem i kpiarzem, który wystawiając na pokaz schwytane przez siebie dziwolągi, zachęca jednocześnie, by prezentowane klatki otwierać i wypuszczać chimery na wolność. Pewnie ma też sporą frajdę i satysfakcję, kiedy sobie wyobraża jak nieszczęśnicy uwalniający jego znaleziska, muszą się z nimi później użerać bezskutecznie próbując opanować rozbrykane kreatury.
Moją chimerą stało się podejrzenie, że Taleb pisząc ta książkę stworzył przy okazji nową i bardzo adekwatną teorię marki.
Zob. N. Taleb; Antifragile. Things that Gain from Disorder.

Wszystkie cechy układów "antifragile" wydają się doskonale pasować do idealnej marki stworzonej dla warunków współczesnej rzeczywistości. Jest to marka pragmatyczna, oparta na kontakcie z rzeczywistością, a nie wydumanych teoriach i modelach.
Marka, która bardziej ceni praktyczne rozwiązania - nawet jeśli ich mechanizmy nie do końca są zrozumiałe i wyjaśnione - niż cenione, poważane opinie ekspertów.

Marka "antykrucha" jest odporna na niepewności i chaos w otoczeniu. W zasadzie to właśnie dzięki niepewności rośnie i umacnia się czerpiąc z niej energię rozwoju. Każdy "stresor" (np. ataki konkurencji, fluktuacje koniunktury, chwilowy kryzys wizerunkowy), wszelkie zjawiska pozornie niebezpieczne i szkodliwe sprawiają, że marka taka staje się coraz silniejsza i lepiej dostosowana. Czerpie więc korzyści z nieładu, ulotności, upływu czasu, lubi odchylenia od normy i rozrzuty potencjalnych stanów, które może przynieść przyszłość - dopóki te mogą się okazać dla niej pożyteczne. Nie potrzebuje też tradycyjnych planów, przewidywania, forecastów - umacnia ją to, co przypadkowe, niespodziewane i zaskakujące. Marka "antykrucha" korzysta z nadarzających się okazji wykorzystując natychmiastowo sprzyjające jej okoliczności.

W przeciwieństwie do marek "kruchych" czy "odpornych" marce "antykruchej" nie zależy na lojalności i trwałym przywiązaniu konsumentów. Zwłaszcza, że neurotyczni konsumenci są dziś dużo bardziej kapryśni i zmienni w swoich nastrojach i sympatiach. Marka "antykrucha" nie inwestuje więc w budowanie długotrwałych relacji - uwodzi i przyciąga, by za chwilę tracić zainteresowanie tymi, którzy skusili się na jej atrakcyjną obietnicę. Ma już kolejną - wcale niekoniecznie przeznaczoną dla tych, którzy poprzednio ja pokochali i ulegli fascynacji. Nie umizguje się również do tłumów, nie schlebia ich gustom i nie stara się na siłę zaspokajać deklarowanych oczekiwań. Podąża za własną wizją nie przejmując się zanadto spodziewaną reakcją odbiorców (vide stosunek Steva Jobsa do badań konsumenckich).
Marka "antykrucha" uczy się poprzez działanie, uwielbia też ryzyko i nieodłączne mu błędy (niewielkie) czy drobne potknięcia. To dzięki nim doskonali mechanizmy obronne i adaptacyjne. Na błędy może sobie pozwolić ponieważ nigdy "nie stawia wszystkiego na jednego konia" - posiada wiele warstw i niezależnych od siebie "suborganizmów" - nawet jeśli jedne z nich ucierpią, ulegną zniszczeniu czy zniekształceniu, inne w tym czasie zyskują, stają się również coraz sprytniejsze i bardziej elastyczne (mnogość serwisów i rozwiązań beta testowanych przez Amazon czy Google). Dzięki temu marki te nie są w żaden sposób uzależnione od wyłącznie jednego produktu, rynku, czy segmentu konsumentów.

Marka "antykrucha" nie obawia się o utratę tradycyjnie rozumianej reputacji. W jej wizerunek wpisana jest kontrowersja, pewna doza szaleństwa czy niepokorności (Virgin, Apple, Ryanair, Bob Dylan). Marka "antykrucha" zachęca również innych do przekraczania barier i ograniczeń (Nike, Red Bull)

Wszystko to sprawia, że konsumenci uwielbiają marki "antykruche" - postrzegając je jako charyzmatyczne, dumne - pewne siebie, niezależne, autonomiczne, oryginalne. Od takich marek nie oczekuje się ani poprawności, ani przewidywalności. Oczekuje się jednak odwagi i podejmowania ryzyka - balansowania na krawędzi, eksploracji nieznanego i związanych z tym zarówno wzlotów jak i upadków (Polaroid?).

Marki "antykruche" nabywają z czasem umiejętności samoodnowy i ciągłego odświeżania własnej obietnicy (Disney, Lego, Ikea). Dzięki nieustannej redefinicji potrafią utrzymywać odpowiednio wysoki poziom wyróżnialności. Są też niezwykle wyczulone na sygnały zewnętrzne (trendy, nastroje, mody) i w pełni wykorzystują feedback. Informacja zwrotna jest przez nie traktowana ze szczególną uwagą - błyskawicznie wyciągają wnioski z sukcesów i porażek i niemal automatycznie pozyskaną naukę stosują  w praktyce.

Przyszłość należy do marek "antykruchych" - marek wizjonerskich, działających z twórczym rozmachem, eksperymentujących, poszukujących nowych dróg i sposobów działania (czasami więc błądzących). Są to marki - które podobnie jak ich twórcy - realizują własną idee fix, wiedzą doskonale czego chcą i pomimo płynnej zmienności posiadają silny "kręgosłup moralny". Marki "antykruche" nie lubią kompromisów - często wolą chwilowo stracić niż rezygnować ze swoich zasad. I właśnie dlatego w dłuższym okresie zawsze okazują się zwycięskie.

Do marek "antykruchych" idealnie pasuje używana przez Taleba metafora mitycznej Hydry - w miejsce jednej odciętej głowy natychmiast wyrasta sześć innych. I to jest chyba najprostsza metoda rozpoznawania czy mamy do czynienia z marką "antykruchą".
Kiedy widzimy jak jeden nietrafiony pomysł, czy porażka powoduje natychmiastowy odruch tworzenia i wdrażania kilku zupełnie nowych idei, oznaczać to może, że marka nabiera "antykruchości".
Uwaga: może, ale nie musi.

Tak na marginesie: gdyby ktoś uznał, że zabawa z odczytywaniem Taleba przez pryzmat brandingu może być inspirująca, to zapraszam do włączenia się do niej i dzielenia swoimi obserwacjami. Prośba o propozycje przykładów marek odpowiadających poszczególnym obszarom "triady centralnej" na zasadzie:
1. Marki "kruche"         ............
2. Marki "odporne"       ............
3. Marki "antykruche"  ............

Z własnych wciąż nie do końca jestem zadowolony. 

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

czwartek, 25 lipca 2013

W oczekiwaniu na „Osobliwość”

(…) małe zaburzenia przyczyny powodują duże zaburzenia w skutkach. Tego rodzaju nieciągłości Maxwell nazywał osobliwościami (singularities) i sądził, że w bardziej złożonych zjawiskach osobliwości mogą występować „bardzo gęsto” i wówczas układ staje się nieprzewidywalny – Filozofia przypadku, Michał Heller.


Każdego roku obserwujemy wiele zmian, które zachodzą w takich obszarach jak życie polityczne, zjawiska społeczne, nauka, technologia, regulacje prawne, kultura, rozrywka itp.
  • Które z nich będą miały istotny wpływ na sposób prowadzenia biznesu w przyszłości – tej bliższej i tej bardziej odległej?
  • Które można potraktować jako niewiele znaczące ciekawostki?
  • Które zaś sygnalizują nadejście potężnej fali i tsunami zmian, mogących zmieść dotychczasowe realia – w tym nasze założenia, przyzwyczajenia i nawyki, odsłaniając zupełnie nową rzeczywistość, w jakiej panują nowe reguły, stosunki i układ sił?
  • W jakiej sytuacji znajdziemy się wówczas my sami, gdzie będzie nasze miejsce na rynku, w jakiej kondycji i relacjach z otoczeniem znajdzie się nasza firma, instytucja czy organizacja?
Zła wiadomość jest taka, że praktycznie nikt nie zna odpowiedzi na powyższe pytania. Dobra to ta, że wszyscy jesteśmy w tej samej sytuacji: w tym również Ty i Twoja konkurencja. Nikt (pomijając oczywiście zawodowych wróżbitów i pewnych siebie polityków) nie wie, co właściwie przyniesie przyszłość i jaki przybierze ona kształt. Znaczną przewagę mogą jednak zyskać ci, którzy systematyczne myślenie o przyszłości włączają do codziennych praktyk zarządzania i traktują ją nie tyle jako wielką niewiadomą, co jako zwykłe narzędzie pracy.
Wiele wskazuje na to, że rola systematycznego badania przyszłości będzie się w najbliższym czasie zwiększać. Wzrastająca złożoność systemów konkurencyjności (ale też kooperacji), niepewność i niestabilność otoczenia (w tym również naturalnego) czy wykładniczo rosnący postęp technologiczny – wszystko to sprawia, że rozwijanie metod pozwalających zaglądać za tajemniczą zasłonę przyszłości staje się coraz poważniejszym atutem.
Nawet jeśli budowane scenariusze możliwych zdarzeń czy mapy przyszłych światów alternatywnych odmienne są od tego, co wyłania się z biegiem czasu, to ci, którzy nimi dysponują, poruszają się w nowych realiach szybciej i pewniej.Na wiele zmian są już bowiem przygotowani, zaskakujące dla innych okoliczności  im przypominają mentalnie już przećwiczone i przepracowane scenariusze.
W obliczu gwałtownych i nieoczekiwanych (dla innych) zmian – ci, którzy badają przyszłość wykazują większą elastyczność i pod każdym względem są po prostu lepiej przygotowani. Większy też wpływ mogą mieć na kształtowanie rzeczywistości – optymalne dla nich scenariusze wyznaczają azymut, który pozwala kierować energię i zasoby tam, gdzie spodziewany zwrot z wysiłku będzie jak największy.
Scenariusze: kluczowe obszary
W tworzenie scenariuszy przyszłych zdarzeń włączać należy kilka aspektów:
  • Dyscyplina analityczna pozwala przewidywać to, co w dużej mierze może być determinowane tendencjami znajdującymi wyraz w świecie liczb i danych.
  • Wyobraźnia, intuicja i kreatywność pozwalają tworzyć mity przyszłości – włączać w nastawienie to, co nieświadome, niewyrażone wprost i nieoczywiste..
  • Kojarzenie najbardziej odległych od siebie wydarzeń i faktów, splatanie we wspólne wątki różnorodnych trendów i niepewności, tworzenie spójnych narracji poprzez swoisty story telling wymaga wyobraźni, czasem też dziecięcej wręcz fantazji oraz otwartości i ciekawości wobec tego, co nieznane lub niezrozumiałe.
Osobliwość
Badający trendy technologiczne amerykański naukowiec, pisarz, badacz fenomenu sztucznej inteligencji i futurolog Ray Kurzweil zauważył, że przełomowe rozwiązania pojawiają się w coraz krótszych okresach – prawo G. Moore’a zostało w tym przypadku potraktowane jako ogólny model rozwoju wszystkich technologii. Według Kurzweila postęp technologiczny nadal będzie przyspieszał aż ok. roku 2045 pojawia się tzw. Osobliwość (Singularity) – punkt błyskawicznego i nieprzewidywalnego rozwoju naukowo‑technicznego, w którym wszystkie dalsze prognozy cywilizacyjne okażą się zupełnie nieadekwatne i nie mające większego zastosowania.
Jednym z aspektów Osobliwości miałoby być np. pojawienie się sztucznej superinteligencji, która (jeśli faktycznie byłaby super) przewyższyć może nasz ludzki sposób pojmowania i zupełnie wymknąć się spod kontroli jej twórców. Problem na pozór fantastyczny okazał się tematem żywych dyskusji, ale też praktycznych inicjatyw w rodzaju: Singularity Institute for Artificial Intelligence czy prężnie działającego Singularity University, którego program wywodzi się z pozytywnych przesłanek co do możliwości pogodzenia założeń etyczno‑moralnych ze sposobami wykorzystywania przyszłych rozwiązań naukowych, technicznych i ogólnie: cywilizacyjnych.
Rola liderów
Liderzy współczesnego biznesu coraz częściej zderzać się będą z konsekwencjami Osobliwości – nawet jeśli nie będą to zjawiska na miarę superinteligencji. Odległe na pozór od domeny ich codziennych zainteresowań, krzyżujące się ze sobą i wciąż przyspieszające wiązki technologicznych rozwiązań i zastosowań wpływać będą zwrotnie na rodzaje i kategorie oferowanych produktów i usług oraz całe branże i sektory. Niewielkie na pozórzaburzenia w pozornie odległych obszarach skutkować będą radykalnymi zmianami statusu działania firm czy zachowania ich klientów. I jeśli przyjąć intuicję Kurzweila za słuszną, zmiany te zachodzić będą coraz szybciej i w sposób coraz mniej przewidywalny.
Podejmiesz wyzwanie?
Spróbujmy sprawdzić – nawet w formie zabawy – na ile jesteśmy przygotowani do funkcjonowania w takiej rzeczywistości. Przez chwilę puśćmy luźno wodze fantazji i spróbujmy odpowiedzieć na pytania:
W jaki sposób popularyzujący się model korzystania z dóbr poprzez dzielenie się lub wypożyczanie, a nie posiadanie na własność (tzw. sparing‑economy) może wpłynąć w przyszłości na organizację przestrzeni miejskiej? Jaki wpływ będzie miał rozwój telemedycyny (np. systemy oferujące monitoring kondycji fizycznej i stan zdrowia, korzystające ze współpracy czujników‑nadajników RFI z działaniem aplikacji na dostępne smartfony) na przyszły kształt rynku ubezpieczeń  np. konstrukcję polis i sposoby pobierania składki?
  • W jaki sposób rozwój tzw. wearable technologies w połączeniu z miniaturyzacją i zaawansowaniem urządzeń do elektroencefalografii zmieni w przyszłości rynek gier komputerowych?
  • Jak drukarki 3D (wprowadzane już do sprzedaży detalicznej) mogą zmienić nasze… zwyczaje żywieniowe?
  • Czy i w jaki sposób coraz popularniejsze (i coraz bardziej efektywne) urządzenia zasilane naturalną, odnawialną energią (słoneczną, cieplną, wiatrową) zmienią wzorce spędzania czasu wolnego wśród młodzieży?
  • Jaki związek może mieć rozwój technologii biometrycznych z przyszłym standardem wyposażenia samochodu?
  • Czy platformy crowdsourcingowe i tzw. micro‑tasking mogą mieć znaczący wpływ na innowacje na rynku chemii gospodarczej?
  • W jaki sposób rozwiązania oparte na tzw. biomimikrze w połączeniu z zaawansowaną robotyką wpłyną na przyszły kształt e‑commerce – np. sposób realizacji zamówień, wysyłkę i odbiór produktów?
  • Jak tzw. internet przedmiotów (Internet of Things) – identyfikowanie, przesył i przetwarzanie danych pomiędzy urządzeniami i przedmiotami a siecią – może wpłynąć na rynek usług turystycznych?
Jeśli taka zabawa okazała się dla kogoś wciągająca, to bardziej wytrwali mogą pójść o krok dalej, próbując znaleźć odpowiedzi na pytanie:
W jaki sposób połączenie trendów obserwowanych jednocześnie w obszarze telemedycyny, crowdsourcingu, drukarek 3D, energii odnawianej, gier komputerowych, wearable technologies i przetwarzania danych osobowych wpłynie np.:
  • na przyszły sposób pakowania produktów spożywczych?
  • na rynek zabawek?
  • na sposób podróżowania?
  • na regulacje prawne?
Pewne rozwiązania (lub ich konfiguracje) pojawiające się podczas takich eksperymentów mogą się wydawać bardziej lub mniej oczywiste. Inne przypominają dziwaczne wizje ze światów tworzonych przez fascynatówscience‑fiction. Jeszcze inne mogą się wydawać zupełnie absurdalne i nieprawdopodobne. Trudno ocenić, które z nich mogą się ziścić i upowszechnić najszybciej, a które nie mają takiego potencjału. Najciekawsze jest jednak to, że wszystkie są dziś równie możliwe i nie bądźmy zdziwieni, jeśli zrealizują się te, które obecnie wydają nam się najbardziej niedorzeczne i nieprawdopodobne.
Tworzenie scenariuszy, w których firma lub marka staje się nie tylko biernym obserwatorem, ale też aktywnym „agentem zmiany”, to jednak nie tylko zabawa intelektualna, lecz również metoda oceny tego, co faktycznie robimy tu i teraz.
  • Czy nasze obecne rozwiązania, wypracowane procesy, zbudowane relacje z dostawcami i klientami nie zostaną poważnie zagrożone lub wręcz bezużyteczne, jeśli nawet część z przewidywanych zjawisk będzie się intensyfikować i zacznie realizować w nieodległej przyszłości? – zwłaszcza, że zmiana napędza dziś inne zmiany coraz prędzej.
  • Czy środki i zasoby, które dziś posiadamy, inwestujemy słusznie i kierujemy na właściwą drogę? Czy hipotetyczne trajektorie zmian nie wskazują ciekawszych, bardziej obiecujących możliwości?
  • Czy kluczowe dziś dla nas czynniki sukcesu, sposób funkcjonowania i związane z tym wartości, normy, kultura organizacyjna i filozofia działania będą adekwatne i użyteczne również jutro, czy może obecne pielęgnowanie ich i kultywowanie jest zwiększaniem zbędnego balastu i sprowadza się jedynie do zwiększania ryzyka?

Nawet próba refleksji i odpowiedzi na takie pytania może stanowić inspirację do znaczącej zmiany tego, co robimy i jak działamy na co dzień. To zaś może być z kolei pierwszym krokiem do TEJ ZMIANY. Boisz się jej, a może wyczekujesz z utęsknieniem? Podejmiesz wyzwanie?
Tekst opublikowany pierwotnie na: Blog Biznesowy HBRP

Creative Commons LicenseTen utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.


Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: