Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Semiotyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Semiotyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 listopada 2020

Efekt torowania, czyli dlaczego nie powinniśmy zakładać czarnych masek.


Efekt torowania, czyli dlaczego nie powinniśmy zakładać czarnych masek.


W pewnym klasycznym już eksperymencie psychologicznym prowadzonym przez Johna Bargh’a, Marka Chena i Larrę Burrows uczestnicy otrzymali zadanie ułożenia z rozsypanki słownej całego zdania. Jedna grupa badanych otrzymała w zestawie takie słowa jak np.: „niegrzeczny”, „denerwujący”, „intruz”, „agresywny”. W grupie drugiej były to: „honor”, „uprzejmy”, „wrażliwy” czy „grzeczny”. Kiedy badani sądzili, że eksperyment dobiegł końca przechodzili do drugiej sali, gdzie czekało na nich inne zadanie. Osoba prowadząca próbowała wytłumaczyć to zadanie mało rozgarniętemu uczestnikowi (był to podstawiony pomocnik eksperymentatora). I tu następowały najciekawsze reakcje. Otóż cierpliwość szybciej (już po 5,5 min.) kończyła się w grupie, która otrzymała wcześniej „niegrzeczny zestaw” – tu badani szybciej przerywali prowadzącemu pytając co właściwie mają dalej robić. Grupa pracując wcześniej z zestawem „grzecznym” wytrzymywała dłużej (9,3 min).

Jeszcze ciekawsza była druga faza eksperymentu, w której część uczestników pracowała nad zestawem, w którym znajdowały się słowa: „Floryda”, „bingo”, „pradawny”. Badaczy, jak już się można domyślić, nie interesowało to, co ułożą uczestnicy, ale w sposób w jaki będą się zachowywać po opuszczeniu sali. Otóż mierzono czas w jakim uczestnicy przechodzili do wyjścia budynku. Okazało się, że w porównaniu do grupy kontrolnej, grupa pracująca nad słowami związanymi ze starością maszerowała do wyjścia znacznie wolniej.

Eksperymentów tego rodzaju prowadzono wiele i są one dobrą ilustracją zjawiska o nazwie „priming podprogowy / prymowanie podprogowe” lub torowanie. Polega ono na tym, że w skutek powtarzanej ekspozycji jakiegoś bodźca (wizualnego lub słownego) powiązanego afektywnie z daną kategorią poznawczą, zwiększa się prawdopodobieństwo zmiany struktur mentalnych przejawiające się np. w wystąpieniu określonych zachowań. Jest to zjawisko odbywające się poza naszymi procesami świadomymi – nie możemy zatem w żaden sposób wpłynąć na jego przebieg i nie mamy praktycznie żadnego wpływu ani kontroli nad utorowaną reakcją. W przypadku tzw. „torowania strategicznego” efekty ekspozycji na bodziec mogą się pojawiać nawet po długim czasie – np. po kilku miesiącach.

Zjawisko primingu wykorzystywane bywa celowo np. poprzez aranżowanie środowiska i otoczenia poprzez umieszczanie w nim bodźców mających „zaprogramować” jednostki - wywołać zamierzony sposób reagowania: myślenie, odczuwanie czy zachowanie. Wielu wiec badaczy i przedstawicieli służb więziennych zaobserwowało związek pomiędzy tym, że jeśli ściany pomieszczenia zatłoczonej celi, w którym np. przebywać ma grupa pijanych mężczyzn pomalowane zostaną różową farbą, to wśród osadzonych spada skłonność do przemocy. Jeśli z kolei chcemy np. podnieść kreatywność pracowników, to służyć temu będzie otoczenie, w którym znajduje się wiele elementów niebieskich lub zielonych (czerwonego należy unikać), a dodatkowo… ekspozycja logo Apple. Z kolei, jeśli podajemy komuś kubek z ciepłym napojem – np. z kawą lub herbatą, to tym samym zwiększamy prawdopodobieństwo, że człowiek ten będzie nas odbierać jako osobę bardziej ciepłą, serdeczną i generalnie bardziej sympatyczną.

Torowanie możliwe jest m.in. dlatego, że nasze mózgi nieustannie przejawiają aktywność polegającą na „skanowaniu” otoczenia. Wiele bodźców dociera do nas w sposób zupełnie przypadkowy i nieuświadomiony, co nie oznacza, że są one obojętne dla naszego organizmu i jego przetrwania. Mózg rejestruje i przetwarza wszystkie docierające z zewnątrz informacje, aby modulować nasze zachowania. Każdy zatem bodziec nawet jeśli nie jest świadomie przetwarzany może działać na mózg pobudzająco lub hamująco, a często zostanie również umieszczony w naszej pamięci.

Na jaki nowy bodziec wizualny byliśmy najczęściej wystawiani w ostatnim okresie? Bardzo znaczący – była to maska na twarzach ludzi, których mijamy co dzień na ulicach, w sklepach, w biurach, których oglądamy w telewizji i każdym innym miejscu. Pandemia sprawiła, że od wielu miesięcy funkcjonujemy w „zamaskowanym” otoczeniu społecznym, co z punktu widzenia nauk behawioralnych i procesów poznawczych nie mogło być obojętne dla sposobu naszego funkcjonowania.

Co ciekawe zmieniał się również wygląd i charakter zasłon naszych twarzy – śledząc jego ewolucję można zaobserwować, że początkowo były to najczęściej tradycyjne maseczki sanitarne – dokładnie takie, jakie wcześniej widzieliśmy na twarzach chirurgów lub personelu medycznego. Stanowiły one jednocześnie pewien kod kulturowy – sugerowały związaną z zapewnieniem aseptyczności ostrożność, kojarzyły się z medyczną mądrością, pomocą chorym, ratowaniem i ochroną życia – szeroko rozumianym poczuciem bezpieczeństwa.

Z biegiem czasu wygląd osłon coraz szybciej się zmieniał. Pojawiły się nowe kolory i wzory. Kolory „szpitalne” zaczęły znikać, zastępować je zaczęły barwy coraz ciemniejsze – obecnie dominującą stała się czerń. Zmieniać również zaczął się wygląd samych masek – z pierwotnych, „niewinnych” maseczek chirurgicznych zmieniać się zaczęły w coraz bardziej wymyślne osłony z elementami zaczerpniętymi z masek przeciwgazowych (filtry, usztywnienia, specjalne wyloty itp.). Tego rodzaju maski p-gaz konotują wysoki stopień zagrożenia i charakter działań wojennych. Kojarzyć się mogą z gazem bojowym w okopach, bronią biologiczną i ostrzeżeniami „biohazard”.

Obok samych masek na popularności zyskiwać zaczęły również „przyłbice”. Już samo słowo „przyłbica” pochodzi z nieco innego porządku „semantyczno-afektywnego”. Przyłbica to część zbroi kojarzonej z zaciekłą i krwawą walką. Przyłbice opuszczali średniowieczni rycerze, współcześnie zaś używają ich uzbrojone służby, takie jak policja czy wojsko. Zasłonięcie twarzy przyłbicą oznacza gotowość do konfrontacji - podjęcia walki. Kojarzyć się więc może z agresją, przemocą i dominacją.
Bodźce w postaci kodów wizualnych w przyspieszony sposób zmieniły się zatem z tych kojarzonych z altruizmem, pomocą i zachowaniem życia przechodząc w obszar wojny, przemocy i śmierci.

Inna rzecz, że dochodzi do tego długotrwała ekspozycja na obraz (i pojęcia) związane z samymi maskami. Zasłonięcie twarzy (trudność identyfikacji i nieczytelność pełnej mimiki) przy użyciu czarnej maski towarzyszyło wcześniej czynnościom niepożądanym, zakazanym lub wręcz przestępczym. Ciemnymi maskami zasłaniali przestępcy, bandyci rabujący banki, włamywacze czy w końcu terroryści (motyw ten wykorzystano np. w serialu „Dom z papieru”).

Sięgając głębiej sama maska oznacza anonimowość – próbę ukrycia indywidualnej tożsamości i wejścia w określoną rolę – w „personę”. To właśnie maski Guya Fawkes’a były symbolem ruchu aktywistów „Anonymous” i innych „oburzonych” (lub też, jak sami siebie określali” „wkurwionych” – rok 2011) wyrażających sprzeciw wobec decyzji władz i walkę o prawa wolnościowe (w popkulturze motyw pojawił się m. in. w filmie „V jak Vendetta”).

Maska to również świat teatru (maski w teatrze antycznym) – gry, lub zabawy (klown) – igrania. W kulturach pierwotnych rytualne maski zakładane były przez czarowników, szamanów, uzdrowicieli, których indywidualna tożsamość musiała zniknąć (np. w trakcie transu), kiedy łączyli się z nadnaturalną lub boską mocą np. w postaci siły „mana”. W każdym z tych przypadków chodzi o to samo – o roztopienie się „ja” – wyzbycie „ego” na rzecz możliwości partycypacji w wyższym porządku lub ponadjednostkowej energii (w tym nieświadomej energii zbiorowej).

W jaki sposób długotrwałe obcowanie z maskami, z których większość przybrała czarny kolor oraz z przyłbicami mogło mieć wpływ na nasze zachowania? Przede wszystkim zupełnie nieświadomie zaczęliśmy traktować innych ludzi, jako podmioty niosące śmiertelne zagrożenie. W znaczący sposób przyczyniło się również do wzrastającej nieufności wobec innych – niebezpiecznie obcych i jeszcze bardziej anonimowych (zwłaszcza, że oparty na zaufaniu kapitał społeczny nigdy nie był u nas wysoki). Jednocześnie nieświadomie zaczęliśmy identyfikować się z narzuconą rolą – „zamaskowanych” – odczuwać przynależność do zbiorowości tych, którzy mają śmiertelnego wroga, z którym wszelkimi środkami trzeba walczyć. Wszyscy zaczęliśmy się czuć niczym terroryści walczący w zagazowanych okopach z innymi anonimowymi bojownikami.

Zwłaszcza, że „programowani” jesteśmy nie tylko kodem w postaci maski, ale również fizyczną czynnością – utrwalanym nawykiem jej codziennego zakładania. W pewnym sensie każdego dnia musimy narzucać sobie dodatkowe ograniczenie i powodować własny dyskomfort (nie spotkałem nikogo, kto faktycznie uwielbiałby chodzić w masce) – jakiś rodzaj zniewolenia, musimy inaczej oddychać – tu również tracimy swobodę i zaczynamy dosłownie i w przenośni „dusić się” całą zaistniałą sytuacją.

W połączeniu z długotrwałym lękiem, napięciem, niepokojem i frustracją wynikającymi z narastającego poczucia zagrożenia (nasilająca się pandemia, niepewność co do pracy, długotrwała izolacja) stała ekspozycja na powtarzający się kod wizualny i narzucany sobie mechaniczny odruch nakładania maski – wszystko to musiało w jakiś sposób silnie wpłynąć na nasze sposoby zachowania i reagowania na inne bodźce. A co za tym idzie na zachowania w praktycznie każdej sferze naszego życia.

Nie chcę wysuwać zbyt daleko idącego wniosku i twierdzić, że np. obecny „bunt” społeczny (abstrahując od samego strajku kobiet, ponieważ jest to bunt i protest znacznie większej grupy i dotyczy nie tylko praw kobiet) wynika w dużej mierze z długotrwałego noszenia masek, ale jestem przekonany, że odegrały one niebagatelną rolę w jego natężeniu i sile eksplozji (inna rzecz, że jednym z symboli obecnej rewolucji jest czarna maska z czerwoną błyskawicą). Felieton ten jest głównie amatorską gawendą, ale zachęcam tych, którzy cenią paradygmat standardów naukowych do systematycznej analizy korelacji pomiędzy charakterem i rodzajem niepokojów społecznych w poszczególnych krajach (lub regionach) w ciągu ostatniego roku, a regulacjami związanymi ze sposobem profilaktyki covidowej – szczególnie zalecanego, lub narzucanego sposobu zasłania twarzy (czynnik: „zalecany” vs „prawnie nakazany” również wydaje się tu niebagatelny). Sama korelacja o niczym rzecz jasna świadczyć nie musi.
Ale może.

Można więc zadać sobie pytanie: co stanie się w niedalekiej przyszłości, kiedy nadal będziemy zmuszani okolicznościami (i jednocześnie przepisami) do zasłaniania twarzy maską lub przyłbicą? Moim zdaniem nic dobrego z tego nie wyniknie. Bo choć na pewno w jakiejś mierze zżyliśmy się i będziemy nadal z tym oswajać, to jednak jest to wciąż nowy i silny bodziec torujący nieoczekiwane zachowania. Przy tego rodzaju bodźcowym warunkowaniu stopień wzajemnej nieufności i agresji wyrażanej przemocą będzie tylko narastał.

Co może być rozwiązaniem?
Być może popularyzowanie noszenia błękitnych (tudzież różowych?) maseczek higienicznych, odchodzenie od przyłbic i stylizacji na maski p-gaz. Może więcej takich zwykłych – „uspokajających” maseczek powinno być zakładane przez wpływowe osoby w telewizji, komentatorów, a szczególnie polityków (obecnie premier nosi wzór p-gaz, a prezes maskę czarną)? Może producenci powinni w ramach swoistej kampanii społecznej promować nowe wzory – w jasnych barwach, ewentualnie oferować częściej te z motywami radosnymi lub humorystycznymi?
Poza tego rodzaju intuicjami nie mam żadnego sensownego rozwiązania. Jest zresztą wielu znacznie mądrzejszych, którzy mogliby się tym zająć. Ale obawiam się, że nie pochylą się raczej nad tematem, bo mają mnóstwo innych rzeczy na głowie (w tym czarną maskę).

To, co mogę zrobić, to rzecz najprostsza – wychodząc dziś na spacer sięgam po najprostszą, błękitną maseczkę higieniczną. Takim spacerem rzeczywistości nie zmienię, ale przynajmniej spoglądając na sylwetkę odbijającą się w sklepowej witrynie zobaczę kogoś podobnego. I już będzie nas dwóch.
Zawsze to raźniej.

Tak na marginesie: Ktoś może zapytać: a co ze społecznościami, które od dekad używały już masek w „erze przedcovidowej”? Ponieważ miałem okazję zwiedzić w przeszłości wiele państw Wschodu, jedną z pierwszych rzeczy, które rzuciły mi się w oczy było to, co zwracało uwagę każdego turysty: maseczki higieniczne na twarzach ściśniętych jak sardynki pasażerów japońskiego metra, czy też przechodniów na pekińskich ulicach. Jeszcze bardziej zaskakująca mogła się wydać informacja np. wyczytana w przewodniku, że osoby te zauważyły u siebie jakieś symptomy lub zostały zdiagnozowane i po prostu nie chcą zarażać innych – dbają o dobro wspólne.
Jest to jedna z cech silnie zakorzenionych w myśleniu ludzi Dalekiego Wschodu (podobnie jak fakt, że myślą oni bardziej holistycznie, rzeczywistość postrzegają jako proces ciągłej zmiany, mają wyższą tolerancję na sprzeczności, inaczej postrzegają kategorię czasu, mają inny stosunek do władzy itp.). Dobro wspólne wyniesione ponad dobro jednostki jest tu swego rodzaju oczywistością – podobnie jak fakt, że „My” (całość) jest zawsze ważniejszy niż „ja” i całość jest czymś więcej niż suma „części”.
Wschód posiada zatem dużo wyższy tzw. współczynnik kolektywizmu niż indywidualizmu w społeczeństwie. I to był pewnie jedne z powodów, dla którego nie zrzucały się w oczy mocno oryginalne lub „odlotowe” maseczki na twarzach przechodniów – wszyscy nosili identyczne. Żyjąc w społeczeństwach Zachodu nie zauważamy nawet jak ważną i silnie zakorzenioną wartością jest dla nas indywidualizm – na każdym więc kroku staramy się podkreślić odrębność i autonomię własnego „ja” rysując wyraźne granice lub dążąc do wyróżnienia. Nie jest więc w żaden sposób zaskakujące, że od samego początku pandemii nasze maseczki nie mogły być takie, jak „takie same, jak noszą inni”.

A co z kobietami islamu? W tym przypadku myślę, że tam zasłony w rodzaju: kwef, burka, czador stanowią prastary element kulturowy. W przeszłości były również noszone przez mężczyzn. Islam świetnie przyjął się w społecznościach nomadów czy górskich pasterzy zamieszkujących rejony suche i gorące. Osłona twarzy przed piaszczystym pyłem miała w takich warunkach uzasadnienie czysto funkcjonalne. Tradycyjną część stroju wmontowano więc w tradycyjną rolę i wygląd kobiet. Islam jest mocno osadzony w tradycji. Więc np. przesłonięta tradycyjną kefiją (arafatką) twarz także zaczęła być kojarzona z radykalnym fundamentalizmem, który sięga po środki terroru. Intencje mogą być niewinne a powody prozaiczne – lęk jednak pozostaje.

środa, 20 lutego 2013

Taksonomie konsumenckie (przyczynek).


Jednym z ciekawszych aspektów tworzenia skutecznych strategii komunikacji marek jest kwestia podstawowych założeń przyjmowanych co do samego sposobu definiowania pojęć „wyróżnienie” albo „unikalność” (differentiationuniqueness) przypisywanych produktom, markom ale też ich obietnicom czy wręcz całym „przekazom” (messages) komunikowanym do konsumentów.

 „Wyróżnianie” jest jedną z podstawowych operacji poznawczych i wiąże się zarówno z metodą konstruowania analogii (i znajdowania podobieństwa) jak i z przyjmowaną na samym początku naczelną zasadą klasyfikacji rzeczywistości.

Ukrytym (albo nie do końca uświadamianym) założeniem jest tu na ogół połączenie przez marketera (strategic plannera, badacza, konsultanta…) postawy empirycznej (prymat świata zmysłowego wobec teorii) z wykorzystaniem aparatu logiki klasycznej - przy silnej preferencji co do metody indukcyjnej. Znajduje to odzwierciedlenie w najchętniej wykorzystywanych sposobach enumeracji obiektów, technikach badań, prowadzonych obserwacjach, przeprowadzanych testach czy eksperymentach.
Nasuwające się w tym miejscu pytanie: czy konsumenci myślą i funkcjonują w ten sam sposób? zaraz po jego sformułowaniu okazuje się retorycznym.
Nie - konsumenci nie są jedynie „racjonalnymi kupowaczami”, którzy wartościują, dokonują wyborów i podejmują decyzję wyłącznie jako „homo oeconomicus”. To najczęściej (albo zawsze…) prawdziwi ludzie z krwi i kości, żyjący w specyficznych społecznościach, uwikłani w siatki relacji i systemy normatywne, operujący zestawem przekonań, wierzeń, uprzedzeń itp. – a w swojej naturze po prostu „ludzcy”.

niedziela, 30 stycznia 2011

Ogólny wzór na bezsens

„Język myślenia” może być wyrażony w dowolnym języku naturalnym na wiele odmiennych sposobów (tą samą myśl w jednym języku „artykułować” można w różnej formie). Przełożenie „języka myśli” ma dowolny język naturalny, a następnie formalny zakłada stworzenie formalnej gramatyki (zbioru reguł wyrażania się przy użyciu określonych symboli ). Niejasne pod wieloma względami mogą być już same reguły gramatyki języka naturalnego.

Interpretacja na podstawie składni wymaga przyjmowania założeń co do roli kontekstu. Problemem staje się samo podejście do struktury języka (np. segmentowanie, dzielenie ciągów znaków na mniejsze jednostki – co powinno stanowić jednostki niepodzielne, podstawowe, gdzie znajdują się granice słów, zdań? itp.). Przy „obróbce” cyfrowej (np. tworzeniu programów potrzebnych do analiz) założenie co do segmentacji wpływać będą np. na sposób parsowania. Operacje parserów, analiza, tłumaczenie i interpretacja – czyli wszystko co odbywać się będzie na tym etapie zależne będą od wstępnych założeń co do tego: co właściwie wchodzi w zbiór symboli podstawowych oraz reguł ich traktowania i relacji.

Wydaje się, że większość tych kwestii pozostawia się do rozstrzygnięcia statystyce. Sam model wyjściowy (korpus) języka jest właściwie modelem rozkładów statystycznych – znaków, słów, wyrażeń (?).
Ideałem wydaje się znalezienie modelu jak najprostszego – „wzoru” korzystającego z minimalnej liczby symboli i reguł ich łączenia. Wzór taki powinien jednocześnie wyjaśniać maksymalnie wiele zjawisk zachodzących w języku i pozwalać na przewidywanie sensów poprzez sprawdzanie „wyniku” w przypadku dowolnie podstawianych zmiennych. Ideałem byłoby ustalenie wspólnego wzoru dla adekwatnego dla wszystkich języków (mówionych, pisanych, mimicznych, języka gestów itp.).
Zmiennymi mogłyby być np.: działania, przedmioty, podmioty, kategorie, cechy, funkcje. Zmienne te pochodzą najczęściej z gramatyki języków wyrażanych znakami alfabetu (głównie z języków klasycznych w rodzaju: greka, łacina, sanskryt). Pytanie to samo, co zwykle: na ile sam sposób myślenia w tych językach wpłynął (wpływa) na postrzeganie rzeczywistości i sposoby jej „szatkowania” np. na pojęcia czy procesy?

Wzór najprostszy mógłby korzystać z trzech kategorii: Sens (S), Intencja (I) Działanie (D). Przyjmując, że S jest wypadkową I oraz D opisywać można maksymalnie szeroką klasę zjawisk pomijając kategorie takie jak: podmiot, przedmiot, czas, przestrzeń itd.
Podmiotowość zawiera się w I. Czas zawarty jest w relacji I do D. I określa zamiar i cel działania oraz np. subiektywną motywację i ocenę realności, D określa stopień realizacji I.
Możliwe, że dla opisów aktu komunikacji (w tym języka) te trzy kategorie są w zupełności wystarczające – tzw. „gramatyka komunikacyjna” (twórcy: A. Awdiejew, G. Habrajska, E. Laskowska) zdaje się podążać właśnie tym tropem traktując blok intencji jako centralny (do sprawdzenia...).



Ciekawe w jaki sposób gramatyka komunikacyjna ma się do ustaleń
prof. Anny Wierzbickiej (Australian National University)? A. Wierzbicka opracowała teorię naturalnego metajęzyka semantycznego – NSM (natural semantic metalanguage). Język taki zawiera pojęcia i reguły elementarne, które teoretycznie występować powinny w każdym istniejącym języku (przebadano 15 na 6000 języków). Lista podstawowych jednostek w NSM wygląda obecnie następująco (jęz. angielski):

Substantives: I, YOU, SOMEONE, PEOPLE, SOMETHING~THING, BODY
Relational substantives: KIND, PART
Determiners: THIS, THE SAME, OTHER~ELSE
Quantifiers: ONE, TWO, SOME, ALL, MUCH~MANY, LITTLE~FEW
Evaluators: GOOD, BAD
Descriptors: BIG, SMALL
Mental predicates: THINK, KNOW, WANT, FEEL, SEE, HEAR
Speech: SAY, WORDS, TRUE
Actions, events, movement, contact: DO, HAPPEN, MOVE, TOUCH
Location, existence, possession, specification: BE (SOMEWHERE),THERE IS, HAVE, BE (SOMEONE/SOMETHING)
Life and death: LIVE, DIE
Time: WHEN~TIME, NOW, BEFORE, AFTER, A LONG TIME, 
 A SHORT TIME, FOR SOME TIME, MOMENT
Space: WHERE~PLACE, HERE, ABOVE, BELOW, FAR, NEAR, SIDE, INSIDE
Logical concepts: NOT, MAYBE, CAN, BECAUSE, IF
Intensifier, augmentor: VERY, MORE
Similarity: LIKE~AS~WAY
(zob. stronę Uniwersytetu)

Tak na marginesie: J. Simon („Filozofia znaku”) określa działanie jako swobodną interpretację (działania jako tworzenie znaków-odpowiedzi na pojawiające się wyzwania). Kontekst stanowiłoby tu „naturalne otoczenie”. Intencja w takim ujęciu pozostawałaby kategorią centralną.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

niedziela, 23 stycznia 2011

Myślenie o myśleniu, czyli dylematy plannera.

Intrygującym aspektem budowania modeli językowych przy próbach mierzenia kondycji marki w sieci jest kwestia semiotyczna. Model przyjmowany dla wyszukiwania określonych informacji (w tym przypadku np. koniecznych dla odtworzenia parametrów wizerunku marki) na poziomie najbardziej ogólnym nie powinien raczej przyjmować postaci prostego algorytmu. Bardziej adekwatne wydaje się stosowanie podejścia heurystycznego, które polegać może na jednoczesnym tworzeniu kilku alternatywnych strategii wyszukiwania informacji. Powstałe w ten sposób hipotezy mogą być poddawane weryfikacji poprzez uzyskiwaną dzięki nim użyteczność zgromadzonych informacji. Instrukcje i kwerendy wynikają tu bezpośrednio z potrzeb informacyjnych, te z kolei z modelu myślenia o badanej („przeszukiwanej”) rzeczywistości.

Najbardziej intuicyjne podejście polega na przekładaniu // tłumaczeniu struktur myślenia na struktury języka, którego na co dzień używamy (mówimy w nim, piszemy, czytamy...). Już na tym etapie powstaje wiele wątpliwości związanych z tym na ile procesy czy regularności myślenia (np. sposoby przechodzenia od jednej do drugiej myśli) przekładają się na struktury językowe. Można przecież myśleć przy pomocy obrazów, metafor, „przeskakiwać” z tematu na temat, stosować rozmyte definicje pojęć, korzystać z emocji, które „popychających” myślenie w danym „kierunku” itp. Tego rodzaju traktowanie procesu myślenia sugeruje, że już na etapie przekładania tego, co odbywa się w tzw. „umyśle” na język naturalny, a następnie język formalny / język struktur logicznych przyjmować można alternatywne strategie.
Pierwsze hipotezy powinny się zatem wiązać z różnymi sposobami myślenia na temat marki / produktu i tworzeniem alternatywnych modeli językowych adekwatnych dla poszczególnych „sposobów myślenia”. Wydaje się, że na tym etapie kluczowy będzie aspekt subiektywny (i jakościowy). W fazie tej przydatne mogą się okazać mapy semiotyczne obrazujące różne struktury znaczeniowe (na razie bez odwoływania się do składni językowej). Punktem wyjścia mogą być np. opisane przez Geralda Zaltmana „mapy konsensusu myśli”. Dane służące do opracowywania takich map (obrazy, metafory, wypowiedzi słowne) interpretowane są tu raczej swobodnie. Procesy myślenia (lub rozumowania) użytkowników zamieniają się na konstrukty złożone z grup „kontekstów”, które można formalizować (np. w postaci zbiorów wyrażeń i słów kluczowych oraz relacji pomiędzy nimi).

Możliwe, że procesy myślowe odzwierciedlane w postaci takich map posiadają również odniesienie fizyczne (odnoszą się do funkcjonowaniu mózgu - np. odpowiadają sekwencjom chemicznym, czy sposobom organizowania się sieci neuronów) i istnieje skończony zbiór reguł i praw rządzących takimi połączeniami. Być może kognitywistka czy neurobiologia będą niebawem w stanie (być może już są???) zaoferować proste i użyteczne modele zależności pomiędzy światem „fizycznych” operacji na poziomie mózgu, a „językiem myślenia”.
Posiadając zestaw „map semiotycznych”, z których każda stanowi odrębną hipotezę (strategię poszukiwania informacji) można je poddać weryfikacji zamieniając „grupy kontekstów” na instrukcje wyszukiwań. Przykładem podobnego mechanizmu weryfikacji, w której wykorzystywany jest feedback i elementy „samouczenia się” systemu może być modelowanie zależności pomiędzy zawartością tabel dla AdWords i Analitycs.

Planner, którego zadaniem jest tworzenie „głowy” i „długiego ogona” dla celów komunikacji musi przyjąć pierwotne założenia na temat tego „w jaki sposób internauci myślą o przedmiocie, który ma być reklamowany”? Bazując na własnej wiedzy na temat obiektu kampanii próbuje wpisać go w kontekst potencjalnych potrzeb odbiorców, a następnie potrzeby te wyrazić w formie listy pytań (zamienianych na frazy i słowa kluczowe). Analizując dane przetwarzane przez Analytics planner poza badaniem relacji pragmatycznych – gromadzeniem wiedzy na temat użytkowników i ich relacji do „tekstu centralnego” (np. na ile treść strony internetowej odpowiada potrzebom użytkowników, kim są, skąd pochodzą, jakie zachowania przejawiają itp.), ma do dyspozycji również inny „tekst”: zbiór słów (fraz, wypowiedzi) dzięki którym użytkownik odnajduje „tekst centralny”. Badając „tekst” z Analitycs (relacje syntaktyczne) planner może modyfikować i kształtować teksty AdWords optymalizując tym samym komunikację.
Najtrudniejszym zadaniem plannera jest zawsze odpowiedź na banalne na pozór pytanie: „od czego rozpocząć” tworzenie struktury AdWords? Posiadając określony budżet i przyjmując założenie co do uczestnictwa w „grze licytacyjnej” wie doskonale, że „wartość” poszczególnych słów kluczowych zarówno od strony potrzeb użytkownika (możliwe „volumeny zapytań”), jak i ze strony „komercyjnego popytu” (chęci płacenia określonej stawki za dane słowo wyrażanej przez innych graczy) ulegać będzie ciągłej fluktuacji. Już te warunki wstępne mogą implikować bardzo różne strategie odnośnie do realizowania budżetu. Z przyjętego podejścia co do sposobu określania relacji pomiędzy trzema zmiennymi (czas kampanii, popyt na słowa, potrzeby informacyjne użytkowników) mogą wynikać różne strategie komunikacji.
Poszukując strategii optymalnej planner może w miarę swoich możliwości wciąż wprowadzać nowe hipotezy (strategie) zarówno co do sposobów „wydawania pieniędzy” jak i „sposobów myślenia” o reklamowanym produkcie. Opierając się na darwinowskim paradygmacie i modelu ewolucyjnym planner może weryfikować prawdziwość hipotez poprzez stopień ich zgodności (dopasowania) do warunków zmieniającego się środowiska języka (zarówno od strony opisu i jak i poszukiwań).
Wracając do kwestii zależności: „rzeczywistość – język myślenia – język naturalny – język formalny) – każde kolejne „przybliżenie” jakie odbywa się w kolejnym etapie kampanii dostarcza sporej dawki wiedzy na temat tego w jaki sposób użytkownicy wiążą własny sposób myślenia o produkcie ze sposobem gromadzenia wiedzy na jego temat. Już wykorzystanie prostego mechanizmu sprzężenia zwrotnego i śledzenie pętli: AdWords – Analytics daje plannerowi okazję szybkiego „uczenia się” użytkowników ponieważ celowo potraktowane okazują się skuteczną metodą badawczą. Tzw . „insighty” gromadzone przy pomocy tej metody okazać się mogą bardzo użyteczne również w świecie off-line.

Tak na marginesie: w opisie nie uwzględniono zmienności i kapryśności heurystyk stosowanych przez „drugą stronę” – internautów wciąż modyfikujących strategie poszukiwania informacji. Użytkownicy nawet nieświadomie wciąż zmieniają „style myślenia” związane z marką czy produktem i wciąż stawiają kolejne hipotezy językowe testując je np. poprzez trafność wyszukiwarek. Tu również w grę wchodzą mechanizmy „samouczenia się” prawdopodobnie proces odbywa się analogicznie do zarysowanego wyżej. Praktycznym wymiarem i wskazówką dla plannera jest więc również zwiększanie własnej „wrażliwości” na język zapytań i jego składnie poprzez ćwiczenia i testy w wyszukiwaniu (zadawanie pytań w języku naturalnym, testowanie składni, odmian, błędów językowych itp).

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Mierzenie się z wizerunkiem marki w sieci (komentarz).

Ponieważ do poprzedniego wpisu (Mierzenie się z wizerunkiem marki w sieci.) pojawiła się ciekawa opinia Anny Miotk odpowiem w tym miejscu (mój komentarz do komentarza nie mieści się w zadanym polu!)

Przede wszystkim dziękuję Anno za ciekawy i merytoryczny komentarz.
Prawdopodobnie problem i tak sprowadza się do tego, co zwykle czyli kwestii: „co nas interesuje / co tak naprawdę chcemy wiedzieć?”
Intuicja podpowiada mi, że to właśnie wyniki badań jakościowych (tzw. „wirtualna etnografia”) mogą okazać się kluczowe dla rozwoju narzędzi służących do monitoringu internetu...

Mówiąc o „algorytmach” warto od razu wyraźnie rozgraniczyć rozumienie tego pojęcia na:
1. Sekwencje kolejnych, działań, czynności, które prowadzić mają do odtworzenia opinii o marce w sieci.
2. Ciągi działań wykonywanych przy pomocy oprogramowania służącego do gromadzenia i analizy danych (crawlery, boty itp.).

Mój wpis dotyczy tego pierwszego - poszukiwania ogólnego modelu działań (np. wyboru i kolejności stosowania procedur badawczych). To drugie oczywiście może (i powinno) zawierać się w pierwszym – np. wykorzystanie botów na którymś etapie (lub etapach) prac. Stąd zakładam, że w modelu optymalnym konieczne byłoby jednoczesne korzystanie z kilku metod badawczych (i odpowiednio – kilku technik dla każdej wybranej metody) jak i z analizy wielu źródeł (podstawowymi mogłyby być np. opinie gromadzone w „światach” on-line i off-line – pozostaje kwestia dla standardu ich gromadzenia i porównywania).

Ograniczenia prawne należy rzecz jasna respektować, nie widzę jednak problemu z wykorzystywaniem danych za zgodą użytkownika. Google np. emituje reklamy kontekstowe AdWords w zupełnie „prywatnych” skrzynkach pocztowych analizując treść wysyłanych i odbieranych maili. Użytkownicy nie rezygnują przez to z Gmaila – widocznie suma korzyści związanych z korzystaniem z tej usługi przewyższa sumę „kosztów” związanych z ciągłą „infiltracją”. W temacie technologii jestem zupełnym laikiem ale mam wrażenie, że rozwiązania w rodzaju „open graph” itp. dają podobne możliwości (użytkownik każdego serwisu niezależnie od jego charakteru i przeznaczenia „oddaje prywatność” – przynajmniej jakąś jej część w zamian za korzystanie z jego dobrodziejstw).

Co do automatycznej analizy treści jestem niepoprawnym optymistą. Rynek amerykański jest oczywiście bardziej zaawansowany (wynika to głównie z jego konkurencyjności) ale z tego, co zdążyłem się zorientować boryka się z tymi sami problemami. Złożoność języka polskiego w stosunku do angielskiego wydaje się kwestią drugorzędną. Zakładam, że wciąż doskonalone są modele logicznych podstaw języków naturalnych. Semantyka, semiotyka, syntaktyka czy pragmatyka być może także w końcu się do czegoś przysłużą i liczę na to, że jeszcze za mojego żywota korzystać będę z „semantic web” i w pełni sprawnej „sztucznej inteligencji”. Pomijając minusy związane z orwellowskim obliczem takich rozwiązań (od rozpoznania sensu wypowiedzi i przypisania jej intencji niedaleko do „Raportu mniejszości”... ) same w sobie będą pewnie niezwykle użyteczne w dziedzinie PR / reklama / badania rynku:-)

To teoretycznie, (dla badania internetu) logiczny krok pierwszy: „złamanie kodu” przy odczytywaniu SENSU z dokumentów tekstowych (HTML). Odkrycia naukowe podążają jednak różnymi niespodziewanymi drogami i być może prędzej uda się komuś stworzyć model struktur wiążących KAŻDY dowolny język (rozumiem przez to SENSOWNE ciągi znaków – także obrazów, dźwięków, ruchów, gestów, zapachów itd.) z rzeczywistością...

Automatyczna analiza „wydźwięku”, „sentymentu” czy „emocji” komentarzy byłaby pewnie dla takiego rozwiązania równie trudna jak... operacja dodawania do dziesięciu dla G. Kasparowa? :-)

Na takie rozwiązanie pewnie przyjdzie nam jeszcze chwilę poczekać (choć być może w Chinach już ono funkcjonuje??? Kto wie? :-)) więc spokojnie możemy poświęcić czas na doskonalenie własnych metod.

Bardzo chętnie zapoznałbym się z wynikami Twoich badań i pełną treścią dysertacji. Może się mylę, ale wydaje mi się, że trochę brakuje LOKALNEJ i INTERDYSCYPLINARNEJ (badacze, PR-owcy, agencje interaktywne, marketerzy itd.) dyskusji na temat STANDARDU monitoringu wizerunku marki w sieci. Powstają i powstawać będą przeróżne konkurencyjne rozwiązania, ale sądzę, że w interesie wszystkich stron będzie korzystanie choćby z tego samego JĘZYKA i aparatury pojęciowej.

Mam wrażenie, że obecne dyskusje toczone są albo w hermetycznych środowiskach (lub w środowiskowych „katakumbach”...) albo są zbyt rozproszone by cokolwiek mogło z nich wynikać.

Pozdrawiam serdecznie
MS

Tak na marginesie: mam nadzieję, że się mylę!:-)

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

niedziela, 16 stycznia 2011

Mierzenie się z wizerunkiem marki w sieci.

Stara maksyma zarządzania mówi, że ‘You Can't Manage What You Don't Measure’. Faktycznie, trudno zarządzać tym, czego mierzyć nie potrafimy – odnosi się to również do wizerunku marki w internecie.

Śledzenie opinii na temat marki oraz czynne kształtowanie jej wizerunku w sieci to wciąż nowe i fascynujące wyzwanie dla marketerów, agencji badawczych, agencji reklamowych, PR-owych i właścicieli mediów. Wykorzystywane są tu zarówno doświadczenia z dawnych sposobów śledzenia publikacji w mediach (np. press clippings), jak i klasyczne metody i techniki badań konsumenckich (w tym tzw. „etnografia wirtualna”).

Od lat toczone są debaty na temat sposobów i metod pomiaru wpływu działań reklamowych prowadzonych w mediach pre-internetowych (telewizja, prasa, radio, outdoor) na wizerunek marki. Agencje badawcze oferują wiele zaawansowanych narzędzi stałego śledzenia wpływu działań marketingowych na kondycję brandów. Oparte są one na (potwierdzonym doświadczalnie) założeniu, że pomiędzy intensywnością działań marketingowych (reklama, promocje cenowe, działania na opakowaniu, zmiany w dystrybucji) a czynnikami takimi jak: świadomość marki, jej wizerunek, czy intencja zakupu istnieją zależności dające się wyrazić funkcją statystyczną.

Wystarczy zatem gromadzić i porównywać jednocześnie dwa rodzaje danych: z jednej strony, te związane z podejmowanymi akcjami marketingowymi (wydatki mediowe, ‘share of voice’, ilość GRP itp.), z drugiej zaś te opisujące odzew ze strony konsumentów (deklaracje dotyczące znajomości marki, zapamiętywalności, atrakcyjności motywów reklamowych, cech przypisywanych marce, deklarowanej chęć zakupu, użytkowania produktu, itp.).
Pomimo rozbudowanej i wciąż udoskonalanej aparatury pomiarowej (w zakres której wchodzą coraz zmyślniejsze modele ekonometryczne) interpretacje wyników tego rodzaju badań wciąż budzą wiele kontrowersji. Nawet niewielkie zmiany w metodologii zakłócać mogą ciągłość pomiaru lub utrudniać porównywalność wyników pochodzących z różnych okresów. Często istnieje również dyskusyjnie duży rozdźwięk pomiędzy tym, co dzieje się w „głowach konsumentów” pobudzanych przeróżnymi komunikatami (których intensywność wyrażać można liczbowo), a tym co notuje marketer w odniesieniu do faktycznie realizowanej sprzedaży.

Wydaje się jednak, że metody takie pozwalają tworzyć w miarę użyteczne uogólnienia na temat sensowności i skuteczności obierania poszczególnych taktyk czy strategii marketingowych – to ostatnie, wyłącznie w przypadku, gdy ciągły pomiar prowadzony jest przez wiele lat.

Natura działania mediów ‘pre-internetowych’ sprawia, że od chwili podjęcia danej akcji (np. uruchomienia komunikacji marketingowej) do momentu zgromadzenia danych na temat jej skuteczności (nie wspominając o przełożeniu tych danych na wiedzę...) a następnie reakcji wynikającej z oceny ich skuteczności (zmiany komunikatu, intensyfikacji wydatków itp.) mijał dosyć długi czas. Bywały to najczęściej miesiące, w najlepszym przypadku tygodnie. Oczywiście w tym samym czasie następować mogły istotne zmiany w otoczeniu rynkowym czy nastrojach konsumenckich przez co wnioski płynące z obserwacji (obrazu przeszłości) stawały się nieadekwatne do sytuacji aktualnej.

Internet zmienia reguły gry nie tylko w odniesieniu do sposobów komunikowania się z konsumentami, ale również co do sposobów mierzenia ich odzewu na działania marketingowe. W tym przypadku możliwy jest dużo szybszy feedback. Wszystkie komunikaty mogą być błyskawicznie zmieniane i dostosowywane do „głosu konsumenta” przy relatywnie niskich kosztach.
W przypadku pomiarów internetowych powstaje także pokusa by internautów (traktowanych jako źródło informacji) nie tylko pytać o zdanie, czy też obserwować ich reakcje (złożenie zamówienia, zakup), ale również „podsłuchiwać” i „podglądać” w nieformalnym otoczeniu. Miałoby to gwarantować szybsze dotarcie do „prawdziwych”, „autentycznych” opinii na temat marek czy produktów oraz możliwość bezpośredniego wpływania na te opinie zależnie od ich charakteru. Niezwykle cenni mogliby się okazywać w tym przypadku liderzy opinii czy „naturalne autorytety”. Pomijając dywagacje na temat etyczności takich działań czy oceny ich jako cynicznej manipulacji warto się bliżej przyjrzeć kilku kwestiom związanym z monitoringiem opinii wyrażanych na temat marek w internecie.

Pobieżny przegląd „narzędzi” służących do takiego monitoringu dowodzi ich ubogości. Po pierwsze, wbrew pozorom (kreowanym poprzez nadawanie im „profesjonalnie” brzmiących nazw) są to najczęściej dosyć proste algorytmy rejestrujące częstotliwość pojawienia się nazwy marki, czy też jej występowania w określonych miejscach lub „kontekście” (do określenia tego warto jeszcze powrócić...), po drugie większość dostępnych rozwiązań uniemożliwia „głębsze” badanie internetowych przestrzeni docierając jedynie w sfery „publicznie dostępne” czyli tam, gdzie zaczynają się granice sieciowej prywatności (lub tego, za co trzeba zapłacić).

Opinie internautów mogą być mierzone na zasadzie raportowania miejsca i liczby pojawiających się wypowiedzi (opinii, komentarzy) lub poprzez monitorowanie udziału komentarzy zaklasyfikowanych jako szczególnie nas interesujące w ilości wszystkich pojawiających się wypowiedzi (zarówno w stosunku do konkretnych miejsc, jak i ogółu wypowiedzi).

Istnieją ponadto zaawansowane narzędzia obrazujące (często przy pomocy wyrafinowanych wizualizacji) sieci połączeń poszczególnych użytkowników, całych społeczności i odbywających się pomiędzy nimi „przepływów” opinii.

Monitorowanie opinii na temat marek i produktów na podstawie wypowiedzi (utterance) internautów sprowadzają się zatem najczęściej do ustalania tego:
- co zostało w ogóle powiedziane (treść wpisu, komentarza),
- gdzie zostało opublikowane (adres, strona, domena),
- kiedy zostało tam zamieszczone (data publikacji).

Model „co, gdzie, kiedy” choć na pozór ubożuchny, pozwala (teoretycznie) wyznaczyć „konTEKST” wypowiedzi (pod uwagę brane są głównie wypowiedzi w formie tekstu (z analizą obrazu, filmu, czy dźwięku monitorujący mają wciąż spory kłopot...). Przy założeniu, że miejsce pojawienia się danego komentarza istotniejsze jest dla obserwującego niż to, co ktoś powiedział (np. konkretne forum internetowe można potraktować zbiorczo jako jednego „nadawcę”) ustalenie kontekstu (point of reference) wypowiedzi wydaje się w miarę prostym zadaniem.
Okoliczności w jakich pojawia się wypowiedź okażą się trudniejsze do opisania, jeśli przyjąć że np. fakt, z jakiego urządzenia internauta wysłał komentarz (komórka, iPhone, Ipad itp.), MIEJSCE, w którym się wówczas znajdował lub czas KIEDY tego faktycznie dokonywał (od momentu wysłania komentarza, do chwili jego publikacji upłynąć mógł jakiś czas) wydają się równie ważne dla ustalenia, SENSOWNOŚCI czy ISTOTNOŚCI danej wypowiedzi (zapomnieć można na razie o jej PRAWDZIWOŚCI) .

Sensowność wypowiedzi (rozumianą na razie zdroworozsądkowo) określić można (???) np. badając strukturę badanego języka (pamiętając, że słownik internautów niekoniecznie = słownik języka polskiego...). Przykładowo, wypowiedź w rodzaju „Marka ABC działa niezawodnie” może być na tej zasadzie zaklasyfikowana jako sensowna, a wypowiedź w rodzaju: „obok jechać ABC drągiem” uznana zostanie (zgodnie z regułami danego języka) za bezsensowny i nieistotny bełkot.

Problem pojawi się jeśli zaistnieje chęć analizowania struktur łączenia się leksemów. Dla uproszczenia (a może w tym przypadku „indeksacji”?) wypowiedzi „Marka ABC działa niezawodnie” można ją zapisać jako: {marka, ABC , działać, dobrze}. Analiza sensowności takich zdań jedynie na podstawie relacji pomiędzy leksemami może się jednak okazać zadaniem karkołomnym (jakiej zasady lub zasad używać do klasyfikowania wypowiedzi w rodzaju: {obok, jechać, ABC, drąg}?).
Chcąc ten problem obejść, założyć można że... KAŻDA wypowiedź , której znalazła się interesująca nas nazwa – w tym przypadku marka ABC - jest sensowna [sic!]. Ba, im dłuższa będzie ta wypowiedź, tym bardziej z naszego punktu widzenia TREŚCIWA.
Przyjmując powyższe (ryzykowne) założenia gromadzić można wypowiedzi na temat interesującej nas marki a następnie zastanawiać się co właściwie z tego wszystkiego wynika.

Teoretycznie możemy je np. pogrupować na zbiory wypowiedzi pochodzących z miejsc o różnej wadze dla naszej marki (np. wyodrębniamy miejsca „opiniotwórcze”, „te w których rodzą się mody”, „zupełnie obojętne dla reputacji marki” itp.). Z drugiej strony możemy podzielić same miejsca na te, w których mamy wpływ na pojawiającą się treść (np. możemy tam „sami” zamieszczać komentarze) lub te w których nic albo niewiele jesteśmy w stanie zdziałać (np. te, w których grasuje wiele trolli opłacanych przez konkurencję).

Wypowiedzi możemy z kolei poklasyfikować na te o przyjaznym dla nas charakterze („ABC jest super!”, „Zawsze kupię ABC!”), jak i te, które wydają nam się niesprawiedliwe lub wręcz krzywdzące (np. „ABC się psuje centralnie!”, „Omijaj ABC szerokim łukiem!”).

Teraz wystarczy śledzić wizerunek naszej marki monitorując:
- widoczność marki (ilościowo),
- ilość związanych z marką komentarzy (ilościowo)
- rodzaj i charakter komentarzy (jakościowo),
- rodzaj miejsca gdzie zamieszczane są komentarze (jakościowo).

Każdy z powyższych aspektów monitoringu można rzecz jasna zautomatyzować. Pozostaje jednak wiele wątpliwych kwestii związanych z feedbackiem. Założyć można, że np. w miejscu o dużej wadze i możliwości wpływu pojawia się w krótkim okresie wiele wypowiedzi świadczących o negatywnym odzewie odbiorców. Powstaje wówczas problem wyboru taktyki zmiany treści komunikatów lub intensywności / ilości publikacji. Próba generowania wielu komunikatów o pozytywnym charakterze lub bezpośrednie odpowiadanie na ataki internautów może przynieść trudne do przewidzenia konsekwencje. Choć teoretycznie zwiększać się będzie „widoczność” marki, to niekoniecznie będzie to związane z pozytywnym wokół niej klimatem (np. odbiorcy mogą traktować wzrost pozytywnych opinii jako prowokację, na którą należy odpowiedzieć jeszcze większą agresją...).

Inna kwestia to wspomniana PRAWDZIWOŚĆ i SENS wypowiedzi na temat marki publikowanych na forach internetowych, grupach dyskusyjnych, mikroblogach itp. Opinie pojawiające się w internecie nie są przecież tożsame z opiniami ogółu konsumentów na temat marki. Przede wszystkim wątpliwa wydawać się może tzw. reprezentatywność sądów i stwierdzeń pojawiających się w sieci.
Należałoby zatem znaleźć sposób ustalenia: na ile to, co mówią (a właściwie piszą) internauci w sieci zgodne jest z tym, co mówią w ogóle, jak to wszystko ma się do tego, co myślą i co naprawdę robią.
Ale o tym może innym razem.

Tak na marginesie: powyższy uproszczony model monitoringu wizerunku marki w sieci jest jednym z wielu możliwych. Czytelników, którzy zidentyfikowali w tekście więcej niż siedem absurdów, lub uznali, że temat wart jest drążenia uprzejmie prosi się o kontakt.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

środa, 22 grudnia 2010

Kości zostały rzucone, czyli marki i storytelling.

Relację marka – konsument można rozwijać na zasadzie szczególnego rodzaju gry, o czym pisało się poprzednio (Rozgrywanie marek).
Wszystko może być grą, albo nią jest. Czasem trudno powiedzieć gdzie kończy się „normalne życie” a zaczyna gra.
I o jaką gramy stawkę.

Rzeczywistość pojęta jako wielka kosmiczna gra, której reguły ustala i zmienia wedle uznania Istota Wyższa (lub wiele takich Istot...) to koncepcja tak stara jak ludzkość. Wg chińskiej legendy gra w Go jest reprezentacją wielkiej gry kosmicznej, która odzwierciedla zasadę uniwersalnej struktury wszechświata. Z kolei w mitologii Indii następujące po sobie epoki stawania się wszechświata odpowiadają czterem kolejnym (coraz gorszym) rzutom w grze w kości. Rzucanie kości – jedna z najstarszych gier – upodobali sobie nie tylko bogowie, ale również mityczni bohaterowie i wielcy świata tego. Słynna (i kluczowa dla rozumienia jogi) Bhagawadgita (fragment Mahabharaty) nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie hazardowy incydent – oto jeden z Pandawów przegrywa żonę i królestwo właśnie podczas gry w kości.


Oto świat pojmowany jako wyobrażenie kosmicznego teatru, na którego scenie toczy się wielkie przedstawienie-gra, w której role zostały aktorom przypisane, a ich losy zdeterminowane nawet jeśli wydaje im się, że dowolnie kształtują swoje kwestie. Aktorzy są jednocześnie widzami – śmieją się i płaczą obserwując losy innych, za wszelką cenę starają się rozeznać w zasadach gry. Nawet jeśli reguły te pozostają zagadką, to bohaterowie przedstawienia liczą na łut szczęścia, lub zakładają, że to właśnie oni są Wybrańcami.
Szlachetny w intencjach „zakład Pascala” pozostaje wyłącznie zakładem, w którym liczy się jedynie maksymalizacja szansy na wygraną.
Wszystkie obserwowane zjawiska świata to złuda, „triki” i „sztuczki” (z czym nie chciał się pogodzić Einstein) noszące pozór prawdziwości. Utożsamianie się z nimi i branie ich „na serio” bawić wielce musi tych, którzy aranżują Wielką Sztu(cz)kę. Aktorom nie grozi „wypadnięcie z roli”, iluzja i złuda są na tyle sugestywne, że chętnie uczestniczą w boskiej zabawie i gorliwie iluzję współtworzą.
Czasem pozostawanie w iluzji przyjemniejsze jest nawet niż przykre konsekwencje przebudzenia.
Bezpieczniej i milej pozostać więc w objęciach Morfeusza... http://www.youtube.com/watch?v=te6qG4yn-Ps

Rzeczywistość pełna jest paradoksów – sens wydaje się przez moment ujawniać a za chwilę znika. Bohater kosmicznej sztuki jawi się więc jako geniusz by za chwilę okazać się głupcem. Twórca okazuje się oszustem, a Stwórca upadłym bogiem. Śmierć staje się warunkiem narodzin, a to co święte znienacka zamienia w podłe. Destrukcja przemienia się w sztukę, a twórczość okazuje zabójcza.
Gra świata i dramat życia to droga pomiędzy skrajnościami. Postawę aktora i bohatera tej gry charakteryzuje więc ciągła ambiwalencja zarówno wobec natury zjawisk świata, jak i własnej natury.

By nie błądzić w sprzecznych wątkach w Wielkiej Opowieści świata bohater potrzebuje celu, ideałów, poczucia sensu. To jednak samo przemierzanie gościńca okazuje się być sensem, a sens staje się drogą, po której trzeba kroczyć w nieznane.
Wielka Opowieść to zatem niezbyt złożona struktura. Wielki Mit Bohaterski zrównać można z bajką – bo nawet w prostej na pozór bajce zamyka się cała jego istota. Jednak ta bajka jest potrzebna. Bajka, legenda, epos, podanie, opowieść - wszystkie dają poczucie sensu – uczestnictwa w czymś więcej niż gra przypadków.
Trudno byłoby żyć bez wiary w sensowność podejmowania kolejnego wysiłku dryfując w nieznane.

Losy Wielkich, Bohaterów, Świętych potwierdzają słuszność obranego kierunku działań, zdają się gwarantować, że określone wysiłki przynoszą określone skutki, dodają wiary we własne siły i napawają ufnością.
Bohaterów każdej opowieści różni na pozór wszystko, ale tą samą drogą podąża Gilgamesz, Herakles, Cezar, Król Artur, Napoleon, Matka Teresa, Nelson Mandela, Steve Jobes, Richard Branson, Mark Zuckerberg...

Ludzie potrzebują mitów – wielkich symbolicznych opowieści, które wnoszą sens i ład w rzeczywistość, gwarantują harmonię i sprawiedliwość. W każdej Wielkiej Opowieści zło przecież zostanie w końcu ukarane, a szlachetność i odwaga odpowiednio nagrodzone. Dla nazwania tego fenomenu, badający mity Joseph Campbell od twórcy Ulisesa - James’s Joyce’s pożyczył określenie ‘monomit’. Jeśli porównamy historię bohaterów opowieści z najdalszych zakątków świata to okaże się, że obserwujemy identyczną i wciąż się powtarzającą strukturę wydarzeń.


Mit bohaterski zawsze wygląda tak samo. Oto na początku Bohater zostaje wezwany do podjęcia wyprawy do nadnaturalnego lub groźnego świata. Po drodze bierze udział w wielu próbach, walkach i potyczkach, by w końcu po odniesieniu zwycięstwa wrócić ze zdobytą mocą. Mocą tą będzie teraz służyć bliźnim. Etapy ‘oddzielenia’, ‘inicjacji’ i ‘powrotu’ łączą schemat wszystkich wielkich narracji. Opowieść może zmieniać swój kształt i szczegóły lecz jej ogólna struktura pozostaje niezmienna. Czytając Odyseję, legendę o św. Jerzym, oglądając Indiana Jones, Shreka czy Matrixa śledzimy wciąż tą samą uniwersalną opowieść, wędrujemy po tej samej strukturze monomitu. Role poszczególnych bohaterów opowieści pozostają w niej niezmiennie takie same.

Dawniej strażnikami wielkich opowieści byli nie tylko kapłani czy szamani, ale też bardowie, przemierzający gościńce pieśniarze, minstrele, trubadurzy, skaldowie. W Afryce rolę taką do dziś pełnią otaczani szacunkiem grioci. Rolą tej endogenicznej kasty jest właśnie opowiadanie, a właściwie: wyśpiewywanie historii. Ustny przekaz tradycji, życiowej mądrości, reguł społecznych przybierać może wiele form. Narracja, przedstawianie pewnego ciągu wydarzeń, opowiadanie osnute wokół wątku historii bohatera staje się składową pieśni, ilustracji ikonicznych, czy tanecznej dramaturgii – np. tej zawartej w indyjskiej Sattriya Nritya.

Dziś depozytariuszami opowieści coraz częściej próbują stawać się marki, co wydaje się naturalną konsekwencją ich rozwoju i roli, jaką pełnią na coraz bardziej dojrzałych rynkach, tworzonych przez coraz zamożniejszych konsumentów. Jednym z rzeczników takiej właśnie koncepcji brand storytelling jest mieszkający w Kopenhadze Rolf Jensen. Wychodzi on z założenia, że wraz ze wzrostem stopnia zamożności społeczeństwa, zmienia się sposób podejmowania decyzji konsumenckich. Stopniowo przestają one być racjonalne i ze sfery rozsądku coraz bardziej przesuwają się w stronę emocji.


Wg autora „Dream Society” żyjemy obecnie w epoce „społeczeństwa marzeń”, w którym dawno zaspokojone potrzeby niższego rzędu stają się nieistotne. Kluczowe okazują się potrzeby wyższe: wyrażanie siebie, prestiż, dążenie do samorealizacji. Marki pomagają potrzeby te realizować poprzez nadawanie znaczeń, budowanie poczucia sensu – dostarczają opowieści, które ujawniają uniwersalne archetypy.
Wykorzystując symboliczne motywy i treści odwołujące się do nieświadomych wzorców myślenia marki powielają mity i legendy tworząc je zarazem od nowa . Podstawą zaś każdej opowieści jest konflikt.

Konflikt, napięcie, dwubiegunowość, czy agoniczny charakter gwarantują opowieści uwagę i zaangażowanie odbiorców. Opowieść musi przecież odwoływać się do odwiecznej walki: dobra ze złem, sprawiedliwości z niegodziwością, serca i rozumu, ścierania się pierwiastka męskiego z żeńskim, siły ze sprytem (lub delikatnością), konfliktu pomiędzy niezależnością i konformizmem, byciem w grupie a indywidualnością, wolnością i przymusem itd. itp.

Markę można budować już na tego rodzaju konflikcie, prostej opozycji binarnej. Czystość (proszek do prania, wybielacz itd) walczy więc dzielnie z brudem i plamami. Czające się w zakamarkach toalety bakterie ustępują przed bezwzględnym Domestosem. Głód - nawet ten Mały - dopadający ofiarę przez zaskoczenie walczy z obfitością i sytością (reprezentowaną np. przez serek Danio). Ból głowy // gardła // kręgosłupa itp pokonany zostaje przez proszek // syrop // żel itp. Słabnący w niepowtarzalnej – stworzonej by ją uwiecznić - chwili aparat zasilony zostaje przez bohaterskie baterie, które heroicznym wysiłkiem i w ostatnim momencie dostarczają różowe króliki...


Konflikt to podstawa większości markowych historii. Nawet w najprostszym wydaniu ubarwia świat marki, porusza wyobraźnię i wywołuje emocje. Konflikt może być także bardziej złożony, konflikt może wywołać kryzys. Przezwyciężenie zaś kryzysu staje się warunkiem koniecznym przejścia na wyższy poziom zrozumienia siebie samego. Konflikt może być twórczy, może sprzyjać rozwojowi i pogłębianiu samoświadomości. Marka może taki konflikt prowokować lub powstałe kryzysy przezwyciężać.
Wszystko zależy od tego jaką zechce pełnić rolę.

Określenie właściwej roli marki – jej znaczenia i miejsca w życiu ludzi, do jakich ma trafiać - jest początkiem markowej opowieści.
M. Mark i C. S. Pearson autorki książki The Hero and The Outlaw. Building Extraordinary Brands Through the Power of Archetypes podając przykłady takich ról, „archetypów”. Marka może wg nich:

- wspierać i pomagać w trudnych życiowych sytuacjach,
- sprawiać, że będą bardziej atrakcyjni,
- zapewniać doświadczanie nowych wrażeń i doznań,
- chronić w przypadku niebezpieczeństw,
- pomagać robić coś dobrego dla innych,
- wzbogacać wiedzę na temat świata i ludzi,
- pomagać realizować własną wizję życia,
- stać na straży wyznawanych wartości,
- poprawiać humor, dostarczać zabawy i rozrywki.

W metodologii badań BrandAsset Valuator istnieje odrębny moduł do oceny osobowości marki ze względu na realizowany przez nią archetyp. Zgodnie z typologią Y&Rchetypes wyróżnić można dwanaście podstawowych znaczeń marki. Są nimi:


Zarządzając marką można więc zadać sobie pytania w rodzaju: Co jest opowieścią marki? Kto jest w niej protagonistą, kto antagonistą, kto pomocnikiem? Jaką rolę w życiu ludzi powinna pełnić marka?
A Z=znalezienie właściwych odpowiedzi na te pytania to już zupełnie inna historia.

Tak na marginesie: uratowani cudem (albo technologii?) chilijscy górnicy mimo woli stali się bohaterami mediów. Ich, opowieść, która rozpoczęła się w zasypanym szybie kopalni błyskawicznie opanowała zbiorową wyobraźnię. Pomysł założenia spółki akcyjnej, która zarządzać będzie wizerunkiem 33 aktorów niesamowitej historii wydaje się genialny w swej prostocie. Zyski z wywiadów i praw autorskich zgodnie z założeniem dzielone mają być równo pomiędzy wszystkich uratowanych.
Taki rodzaj gry...



Źródła:
- Mit bohaterski w perspektywie antropologii filozoficznej i kulturowej, Łukasz Trzciński.
- Bohater o tysiącu twarzy, Joseph Campbell.
- Margaret Mark, Carol S. Pearson, The Hero and The Outlaw. Building Extraordinary Brands Through the Power of Archetypes.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: