Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L. Kołakowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą L. Kołakowski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 sierpnia 2012

Społeczeństwo zamknięte i jego sprzymierzeńcy

Wyobraźmy sobie społeczeństwo, którego członkowie, praktycznie biorąc, nie spotykają się ze sobą twarzą w twarz, w którym wszystkie sprawy załatwiane są przez ściśle izolowane jednostki, porozumiewające się ze sobą drogą listowną lub telegraficzną i przenoszące się z miejsca na miejsce w zamkniętych samochodach. […] Takie fikcyjne społeczeństwo można by nazwać „społeczeństwem całkowicie abstrakcyjnym lub zdepersonalizowanym”. [1]
Stworzona w latach 40-tych XX w. wizja pewnego typu społeczeństwa stanowić miała hiperbolę pomagającą ująć ewolucję społeczeństwa otwartego (pojęcie pierwotnie bergsonowskie) tracącego stopniowo swój organiczny charakter. Dziś słowa K. R. Poppera potraktować można jako opis stanu rzeczy. W miejsce komunikacji listowej i telegraficznej wystarczy wstawić internet, by otrzymać syntetyczne ujęcie obecnego funkcjonowania rozwiniętych społeczeństw zachodnich.
Ułatwiona kooperacja, zwiększone możliwości inicjatywy indywidualnej czy sprawniejsza wymiana informacji i idei (ale też plotek, środków finansowych czy używanych przedmiotów…) w żaden sposób nie rekompensuje narastającego poczucia izolacji i anonimowości. Jak zauważył Popper „…biologiczna struktura człowieka nie ulega zasadniczym zmianom; ludzie odczuwają nadal potrzeby społeczne, których nie można zaspokoić w społeczeństwie abstrakcyjnym”. 

wtorek, 21 lipca 2009

Pan Pikuś i Wojna Lemurów – Tribute To Leszek Kolakowski

– Wojna? - zapytał przybysz. – Wojna? Nie wiedziałem wcale, że jest wojna Lemurów. A o co jest ta wojna?
- Jakże, czy doprawdy nie słyszałeś o tym, co duże Lemury wymyśliły? Czy wiesz, że duże Lemury – co niemal przechodzi Lemurową wyobraźnię – twierdzą bezczelnie, że Lemuria tak się nazywa, ponieważ w niej mieszkają lemury, a nie – że Lemury tak się nazywają, bo mieszkają w Lemurii? Czy możesz sobie przedstawić podobną niegodziwość?

Leszek Kołakowski; Wojna u Lemurów [1]

17-tego lipca zmarł profesor Leszek Kołakowski wielki polski myśliciel.
Określenia „filozof” nie lubił zbytnio. I chyba nie dlatego, że kojarzone jest z bezużyteczną akademicką „profesją” – zawodem medialnych komentatorów aktualnej problematyki moralno-etyczno-religijnej (w Polsce: eutanazja, klonowanie ludzi, zapłodnienie in-vitro, religia w szkole, seks bez zabezpieczeń...). Powiedzieć komuś „nie filozofuj” wciąż dla nas – Polaków - oznacza „nie bądź idiotą” lub „bądź realistą”, czyli: „nie zadawaj niemądrych pytań – wszyscy biorą...”. Filozof to dla nas figura tragikomiczna, osoba nieprzystosowana do życia i „prawdziwej rzeczywistości”, postać bardzo „nie na czasie”.

Ponieważ groteskowa żałoba medialna opada (Michael Jackson miał chyba niestety nieco dłuższe 5 minut w mediach o największej oglądalności, słuchalności i poczytności) i wszyscy już zdążyli się dowiedzieć jak wiele znaczył Leszek Kołakowski i jak ważny był szczególnie dla tych, którzy właśnie dowiedzieli się, że ktoś taki w ogóle istniał - powracamy bezboleśnie do naszej „prawdziwej”, swojskiej rzeczywistości.

Nasza rzeczywistość jest przewidywalna. Przyspieszona mitologizacja osób zaraz po ich śmierci to cecha uwielbiającej obrzędowość i symbolikę polskiej natury. Nie ma w tym jednak zbyt wiele szacunku czy zrozumienia. Mit to w tym przypadku jedynie jaskrawy przejaw duchowego skarłowacenia.

Szkoda, że tak bardzo potrafimy cenić jedynie tych, którzy odchodzą. To nasza narodowa specjalność (jedna z wielu). Iluż dziś mamy miłośników poezji Zbigniewa Herberta, iluż fanów reportaży i prozy Ryszarda Kapuścińskiego. Iluż wielbicieli Leszka Kołakowskiego...

Ci, którzy odeszli stają się niegroźni. Można z nich szybko uczynić symbol, zbudować pomnik, a na nim wyryć aktualnie nośne epitafium. Co prawda gorliwi zaraz rozpoczną prześwietlanie życiorysów i wzorem „Rzeczpospolitej” wspomnienia o „filozofie-rewizjoniście” rozpoczynające się od słów:

Co wyróżniało Leszka Kołakowskiego z otoczenia? Nie był ochrzczony.”
(Rz-lita, 18-19.07)

Dziś pytanie.. Dziś odpowiedź. O ileż to łatwiejsze niż „filozofowanie”. I jakże skuteczne. W końcu sam Kołakowski napisał:
„Nie ma takiej idei, za którą nie można by, gdybyśmy chcieli, odkryć jakiejś innej, i nie ma takiej ludzkiej motywacji, której nie da się, jeśli się tylko dobrze postaramy uznać za zwodniczą ekspresję innej, jakoby głębszej. Rozróżnienie między tym, co głębsze, bardziej „autentyczne”, „prawdziwe”, „ukryte”, a tym, co jest zaledwie przebraniem, formą mistyfikującą, zniekształconym przekładem – ustalane jest przez najwyższe filozoficzne fiat antropologów, psychologów, metafizyków. Myśliciele owładnięci wizją monistycznego porządku, którzy próbują zredukować wszelkiego rodzaju zachowania ludzkie, wszelkie myśli i wszelkie reakcje do jednego typu motywacji, niezmiennie odnoszą sukces”.[2]

Pomysłowość i monistyczna redukcja pozwala wyjaśniać rzeczywistość w taki sposób, który zmieści się w krótkiej wypowiedzi-komentarzu (tzw. „setce”), okrasić to infografiką albo „intrygującym” zdjęciem i gładko przejść do kolejnego tematu – oczywiście po przerwie na reklamę.

Mit znajduje tu swoje zasadne miejsce, jest wręcz konieczny by „storytelling” posuwał się do przodu. Ujmując to słowami Kołakowskiego:

Z pewnością, potrzeby, które zwracają ludzi ku samorelatywizacji w mitach, są do pewnego stopnia przeciwne wolności. Głód zakorzenienia w świecie zorganizowanym przez mit zmierza bowiem ku określeniu siebie samego w zastanym i charyzmatycznym doświadczeniu porządku wartości; jest pragnieniem wykroczenia poza siebie w ład, w którym traktuję siebie jako obiekt o wyznaczonym zakresie możności, jako rzecz, jako wypełnienie miejsca w budowie przede mną – choćby wirtualnie – gotowej”.[3]

Mit zmarłego, polskiego myśliciela powstał już za jego życia. Oto teoretyk marksizmu-stalinizmu, który stopniowo prostuje swój niewłaściwy pogląd na świat, a wraz z upływem czasu ulega niemal nawróceniu. Zgodnie z tą wykładnią, gdyby dane mu było żyć jeszcze lat kilka, przed śmiercią przyjąłby wszelkie sakramenty. Może nawet wzorem anabaptystów (u nas popularnych jako Świadkowie Jehowy) jako dorosły człowiek, świadomie zanurzyłby się w nowy wymiar transcendencji.

Monistyczna redukcja właściwa dla coraz bardziej popularnego dla mediów masowych mitu o Kołakowskim przedstawia go w sposób żenująco trywialny. Niektórzy dziennikarze i komentatorzy silący się na obraz ewolucji jego poglądów zdają się dawać do zrozumienia, że to oni są TU i TERAZ ekspertami od historii idei – także tej w wymiarze jednostkowym. Tak jakby intelektualne zmagania Kołakowskiego z ich całym kontekstem politycznym i biograficznym były dla nich przysłowiowym, reklamowym „pikusiem” (panem Pikusiem, żeby nie było wątpliwości...). Nie mogą się jednak silić na inny ogląda świata, inną, od powszechnie przyjętej, interpretację. Widz, „konsument mediów” nie toleruje złożoności, albo jak mówił Kołakowski”

Potencjał nietolerancji jest w każdym z nas, bo potrzeba narzucania innym własnego obrazu świata jest na ogół silna. Chcemy by wszyscy wierzyli w to samo, co my, bo wtedy czujemy się duchowo bezpieczni i nie musimy rozważać własnych wiar albo ich konfrontować z innymi. Toteż agresji w konfrontacji wiar – religijnych, filozoficznych czy politycznych – jest bardzo dużo”.

I jak dodawał:

Gdyby jednak nietolerancja, ochota do nawracania innych przez agresję i przemoc, miała być usuwana przez taką obyczajowość, w której nikt w nic nie wierzy, nikomu o nic nie chodzi, byleby życie było zabawne – biada nam, staniemy się ofiarami takiej czy innej ideokracji. Nie zwalczymy pochwały gwałtu przez pochwałę powszechnego zobojętnienia”[4]

Zmarł wielki, polski myśliciel Leszek Kołakowski.
Cześć Jego Pamięci.

Tak na marginesie: Wojna lemurów, tak jak Leszek Kołakowski przewidywał, trwa i będzie trwać nadal. I nikt nie będzie rzucał groszkiem...

[1] Leszek Kołakowski; Wojna u Lemurów (z „Bajek o identyczności”) w: „Bajki Różne. Opowieści biblijne. Rozmowy z diabłem”; Iskry, Warszawa, 1990, s. 261
[2] Leszek Kołakowski; „Jeśli Boga nie ma... O Bogu, Diable, Grzechu i innych zmartwieniach tak zwanej filozofii religii”, przekł. Tadeusz Baszniak i Maciej Panufnik, Aneks, Londyn, 1987, s. 138
[3] Leszek Kołakowski, „Obecność mitu”; Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 1994, s.25
[4] Leszek Kołakowski, „O tolerancji”, Gazeta Wyborcza, 1996 (cykl mini wykładów emitowanych wówczas w jesienne czwartkowe wieczory przez państwowo- abonamentowo-zależną TVP...)

środa, 13 maja 2009

De Vito i totalizator bankowy, czyli: niech żyje bal!

Motto:
...i tylko ponad ziemią unosił się opar toksycznych aktywów.”
autor nieznany


Totalizator Sportowy, którego właściwą domeną działania są gry liczbowe i loterie pieniężne doczekał się poważnej konkurencji. I to nie kasyna czy zakłady bukmacherskie stały się konkurencją totalizatora (Polacy nie lubią zbyt dużego ryzyka), ale poważne banki.

Jeden z największych rzucił rękawicę dotychczasowemu liderowi i urządził taką loterię, jakiej jeszcze świat usług finansowych nie oglądał. W telewizji zachęca do niej sympatyczny aktor kojarzący się z odtwarzanymi humorystycznymi postaciami gangsterskiego półświatka (i nie tylko). Klimat zatem dobrany idealnie: jest hazard, jest ryzyko, jest przygoda.

Danny De Vito zna się również na finansach, o czym najlepiej świadczy ta wypowiedź:



Po emisjach spotów zachęcających graczy do zakupu losów (czyli zakładania lokat) okazało się, że wciąż nikt nie trafił szóstki. Ogłoszono więc Wielką Kumulację: do łatwego wzięcia 1 333 000 zł! I tak jak w przypadku Dużego Lotka bardzo mała bariera wejścia – wystarczy tylko założyć lokatę.

Przykład powyższy jest doskonałą ilustracją tego, jak błyskawicznie banki wyciągają wnioski z finansowego kryzysu. Skoro coś w gospodarce tąpnęło, to przecież nie czas na łzy. Trzeba po raz ostatni zaszaleć na całego – kto wie, co przyniesie jutro (nawet światowej klasy ekonomiści ostatnio już przyznają, że sami też nie wiedzą)?

Co prawda nie wszystkie banki wykazują taką ułańską fantazję. Są np. takie, które postawiły na promowanie polskiego szkolnictwa wyższego – stetryczali rektorzy i profesorowie odziani w gronostaje próbują sobie w spocie przypomnieć jak się odmienia czasownik „oszczędzać”.

Doskonała metafora stanu polskiego szkolnictwa wyższego (w tym prywatnego). Idealne skwitowanie naszego dorobku naukowego - jak wiemy Polska słynie z ilości cytowań prac naukowych, nie wspominając o doskonałej kondycji finansowej młodych doktorantów, czy badaczy, którzy wprost palą się, by po skończeniu uczelni podjąć pracę w jakże sprzyjającym ich wysiłkom środowisku….

Inny bank sięgając po kody laseczek i meloników, lotów balonem i podróży dookoła świata kojąco przenosi nas w bajkowy świat wyidealizowanych przepływów pieniężnych. Miłe dla oka i jakże nostalgiczne.

Jeszcze inny reklamuje taki-sobie film pt. „Slumdog” (a przy okazji turniej Milionerzy – a może odwrotnie?). Nieco ryzykowne. Pamiętając zwłaszcza w co się wpakował bohater filmu i jak został potraktowany przez indyjską policję za to, że znał zbyt dużo właściwych odpowiedzi …

Jaki z tego morał mamy? Otóż, jak zwykle żaden, bo banki nie są od moralizowania, tylko jak mężczyźni – od zarabiania.

A gospodarka, jak fortuna kołem się toczy. Po fali agresywnej akwizycji pożyczkobiorców, nastąpił zwrot w stronę budowania w narodzie poczucia gospodarności i oszczędności.

„Oszczędzają bogaci, nam też się opłaci” – to zapamiętałem z plakatu w podstawówce. Wtedy nie bardzo rozumiałem o co chodzi, dziś dzięki edukacyjnej misji banków zaczynam pojmować.

Nie śmiem oczywiście pytać skąd banki biorą pieniądze na wypłatę 1 333 000 zł jako nagrody w loterii liczbowo-lokatowej. Jest to prawdopodobnie bankową (więc ściśle strzeżoną) tajemnicą lub… kosztem marketingowym.
Można się jednak zastanowić – na przykładzie loterii kontrolowanych przez Państwowy Monopol Loteryjny (jak to pięknie brzmi!) – na czym zarabia ten, który loterię organizuje? No bo założyć chyba trzeba, że zarabia?

Ilu tzw. frajerów (czytaj „graczy”) musi kupić los, by po odjęciu kosztów całej akcji i własnego (zakładam, że godziwego) zysku wypłacić jeszcze te cholerne wygrane – w dodatku skumulowane w kolejnych losowaniach?

Hazard cieszy się w naszym kraju coraz większą popularnością – automaty do gier wracają na scenę w wielkim stylu. My Polacy wierzymy przecież w Opatrzność i sytuacja, w której niewiele ryzykując, wiele można zyskać jest naszym ulubionym paradygmatem szczęścia. Jak to ładnie określił Leszek Kołakowski „…jeśli nieoczekiwanie wydarzy mi się coś pomyślnego, bez żadnych szczególnych zasług, którymi mógłbym się w sposób widoczny do tego przyczynić, to może to być zachęta, albo po prostu wspaniałomyślny gest Opatrzności”

A czy można nie wierzyć w Opatrzność? Raczej nie wypada. Zamiast więc do czegokolwiek przyczyniać się w sposób widoczny zagrajmy na wielkiej życiowej loterii – załóżmy lokatę! Kolejne generacje polskich konsumentów na pewno będą coraz bardziej oszczędne i finansowo uświadomione. Jak to ładnie wyraziła A. Osiecka: „Niech żyje bal…”

Tak na marginesie: biorąc udział w loterii zawsze też warto pamiętać o słowach Epikura: „Bogactwo nie jest ulgą w kłopotach, jest tylko zmianą kłopotów”.
Kłopoty zawsze kuszą.
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: