Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historyjki i historie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Historyjki i historie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 listopada 2014

Morrissey znowu w Polsce - dwuaktówka.

Obydwa koncerty – zarówno ten feralny w warszawskiej Stodole (19.11.14), jak i ten w krakowskim (czy też nowohuckim) Teatrze Łaźnia Nowa (21.11.14) nie były poprzedzane występem supportującego zespołu tylko projekcją półgodzinnego filmu. Film ten to moim zdaniem swoista kontynuacja projektu ‘Under the Influence’ – Morrissey w humorystyczno-nostalgiczny sposób przywołuje tu lub cytuje artystów i dzieła, które ukształtowały jego wrażliwość artystyczną oraz styl wokalny i sceniczny. Tak jakby mówił: „To kim jestem i to co robię nie jest wyłącznie moją indywidulaną kreacją czy zasługą. Stoję przecież na barkach olbrzymów. Ale ja i tak jestem większy...”.

Jest w tej egotycznej autointerpetacji pewna przewrotność (a nawet perwersja) obecna zresztą w jego twórczości od samego początku. Światem Morrisseya jest on sam i jest to świat na tyle bogaty, że nie domaga się dopełnienia. Poetyckie teksty piosenek powstałych w najlepszym okresie The Smiths, czy w pierwszej fazie solowych dokonań nawiązują często albo do dziecięcej traumy związanej np. ze szkołą czy jakimś makabrycznym wydarzeniem opisywanym w lokalnej prasie, albo np. do próby współodczuwania z niedocenianymi aktorami telewizyjnych seriali czy sitcomów. Moz jest konsekwentny w swojej autoanalizie – postrzeganej czasem jako niemal patologiczny narcyzm. W tym sensie wciąż pisze on własną wersję  „Portretu Doriana Graya” – bo właśnie Oscar Wilde to jeden z tych twórców literackich, którzy wywarli na niego największy wpływ.

W filmie są zarówno teledyski, jak i recytacja poezji, fragmenty starych filmów, skeczy i kabaretowych występów. Można tu więc obejrzeć fragment jednego z wczesnych występów The Ramones (Morrissey w tym roku zaangażował się w wydanie kompilacji utworów grupy), teledysk ‘Seven DeadlyFinns’ (1974), w którym Brian Eno charakterystycznie jodłuje pod koniec utworu (por. ze słynną, irytującą dla wielu manierą wokalną Moza), ‘Yesterday Man’ Chris’a Andrews’a (1967), balladę Gordona Lightfoota pt. ‘I’m Not Sayin’’w wykonaniu Nico z 1965 (występowała później m. in z The Velvet Underground), uchodzącej za muzę wielu rockmanów, czy fragment występu punkowego Penetration – utwór ‘Don’t Dictate’, zarejestrowany w manchesterskim The Electric Circus (1977). W zestawie nie mogło też zabraknąć młodzieńczej fascynacji Morrisseya czyli The New York Dolls.

Jest tu również kolaż zdjęć z podkładem piosenki ‘Ding-Dong! The Witch Is Dead’ z filmu „Czarnoksiężnik z krainy Oz” (wersja z 1939). Wiosną 2013 r. piosenka ta niespodziewanie powróciła i błyskawicznie wspięła się na drugie miejsce zestawienia UK Sigles Chart co wywołało wiele kontrowersji – BBC nie chciało odtwarzać tej miniatury. Powodem zamieszania był kontekst – głosujący na utwór chcieli w ten sposób „uczcić” śmierć Margaret Thatcher (zmarła w kwietniu 2013). Morrissey w ‘Margaret on the Guillotune’ (Viva Hate, 1988) śpiewał: „The kind people / Have a wonderful dream / Margaret on the guillotine / Because people like you / Make me feel so tired / When will you die?”.

Pojawia się także Charles Aznavour brawurowo wykonujący ‘Emmenez-moi’ (1967). Oglądając ten fragment miałem nieodparte wrażenie, że same gesty – ekspresyjne wyrzucanie ramion, rozedrgana dłoń nad głową czy sposób traktowania mikrofonu przez Aznavour’a bardzo przypominają to, co skrępowany i mocno jeszcze niepewny Morrissey próbuje robić na scenie w początkach swojej kariery (np. występ zarejestrowany w manchesterskim klubie Hacienda, 1983).
Na jednym z materiałów obejrzeć można zarejestrowany w 1972 r. w londyńskim pubie The Black Cap występ performera Rex’a Jameson’a wcielającego się w postać drag-queen - Mrs Shufflewick – kreacja ta, to wg Morrisseya jedna z najzabawniejszych rzeczy jaka powstała w Wielkiej Brytanii...
Jest też łamiąca wiele kulturowych i obyczajowych tabu amerykańska poetka - AnneSexton (1928-1974) czytająca swoje wiersze (‘Wanting To Die'), których pisanie zgodnie z zaleceniem jej lekarza miało być terapią na depresję, z którą zmagała się przez całe życie. Terapia, jak się okazało średnio skuteczna - Sexton popełniła w końcu samobójstwo. Deklamowane przez nią jednostajnie frazy przypominają rytmikę i nastrój wielu tekstów – szczególnie tych z pierwszych dwóch płyt The Smiths.
„ (…) Balanced there, suicides sometimes meet,
raging at the fruit a pumped-up moon,
leaving the bread they mistook for a kiss,
leaving the page of the book carelessly open,
something unsaid, the phone off the hook
and the love whatever it was, an infection”.

Większość filmowych materiałów pochodzi z okresu kiedy Morrissey przestawał już być niewinnym chłopcem i stawał się coraz bardziej skomplikowanym nastolatkiem.
Patrząc na te wszystkie obrazy można się zanurzyć w nieco sentymentalną i ckliwą ale magnetycznie wciągającą podróż do krainy jego kształtującej się wyobraźni. Zaproszenie jest szczere i sądząc po reakcji publiczności wszyscy z niego chętnie skorzystali.

Największe poruszenie następuje pod koniec projekcji kiedy pojawia się filmowa ilustracja do pochodzącego z najnowszego albumu utworu ‘Bullfighter Dies’. Publiczność mocno się ożywia. Kiedy ciała powalonych matadorów miażdżą ciężkie kopyta a rogi poranionych byków wbijają się w ich gardła i brzuchy rozlegają się spontaniczne brawa i okrzyki – w końcu „…nobody cries, because we all want the bull to survive”.

Filmy kończą się, płachta białego ekranu opada, gasną światła i w zupełnych ciemnościach rozlegają się patetyczne akordy „Waward Sisters” (orszak czarownic) z ‘Dydony i Eneasza’ Henry’ego Purcella w wykonaniu Klausa Nomi. Motyw intrygujący ponieważ może się np. kojarzyć np. z ‘Shakespeare's Sister’ (Louder Than Bombs; The Smiths, 1987). Już po śmierci Szekspira ponoć dzięki tej właśnie arii powstała nowa tradycja, by role czarownic na scenie odgrywali mężczyźni (czyżby nawiązanie do groteskowej niby-androgynicznej figury, którą Morrissey wykreował na własny użytek?).

Inna rzecz, że czarownice w ‘Makbecie’ spotykają się na wrzosowiskach – te zaś są kluczową scenerią w opisującym parę bestialskich dzieciobójców ‘Suffer Little Children’ (album debiutancki The Smiths, 1984): „Over the moor, take me to the moor. Dig a shallow grave and I'll lay me down…”
Napięcie na sali rośnie, w głębi sceny widać już jakiś ruch, któremu towarzyszy operowe brzmienie i kolejne wersy libretto:
Wayward sisters, you that fright
the lonely traveller by night,
Who, like dismal ravens crying,
beat the windows of the dying.
Appear! Appear at my call, and share in the fame.
Of a mischief shall make all Carthage flame.
APPEAR!

Wraz z ostatnim „Appear” światło wydobywa z mroku postać Artysty.
I rozpoczyna się misterium – albo coś w tym stylu… 

Nie wiem czy takie właśnie było zamierzenie, ale cały ten wstęp, zabawa konwencjami i symboliką wyglądały na przemyślaną całość, która stanowić miała integralny element występu. Nawiązania te mogły podkreślać autoironiczny i zarazem obsesyjny stosunek Morrisseya do własnego wizerunku jako scenicznej diwy, która świadoma swej wielkości i geniuszu jest przy tym zupełnie niezrozumiana i dramatycznie samotna w obliczu tłumu. Romantyczna nadwrażliwość i neurotyczność zostały tu najpierw przybliżone i oswojone by kreowany później reżyserowany dystans i status Gwiazdy stały się ewidentne. Gra doskonała.

Zestaw zagrany w Warszawie to:
The Queen Is Dead, Speedway, Suedehead, I’m Throwing My Arms Around Paris, World Peace Is None Of Your Business, Staircase At The University.

Z kolei program wykonany w Krakowie wyglądał następująco:
The Queen Is Dead, Suedehead, Certain People I Know, Istanbul, The Bullfigter Dies, Kiss Me a Lot, Kick The Bride Down The Aisle, How Soon Is Now, I’m Throwing My Arms Around Paris, World Peace Is None Of Your Business, One Of Our Own, Neal Cassady (Drops Dead), Meat Is Murder, Yes, I Am Blind, Staircase At The University, I’m Not A Man, Speedway.
Bisami w Krakowie były: Asleep oraz Everyday Is Like Sunday.

Występ krakowski był zdecydowanie lepszy jeśli chodzi o wykonanie - nawet te kilka utworów zagranych w Stodole daje jakieś wyobrażenie, jak mógłby brzmieć cały koncert. Morrissey w Krakowie był w znacznie lepszej formie wokalnej – np. ‘Asleep’ zabrzmiało niemal tak dobrze jak wersja studyjna sprzed lat. Nie mówiąc już o tym, że w jednym z utworów Mozz – jak za starych dobrych czasów - wykonywał nawet akompaniament na marakasach…

Cały koncert wzbogacony był o formę wizualną – poza wyświetlanymi nad głowami muzyków fragmentami filmów i fotosami (zdjęcia z okładek płyt, postaci aktorów – m. in. Bruce Lee na tle wazonu z kwiatami) stworzono ciekawą aranżację świetlną. Znakomicie wykonany ‘How Soon Is Now’ zakończył się żywiołowym solo na perkusji, która rozbłyskiwała dzięki ledowemu oświetleniu bębnów zsynchronizowanemu z grą reflektorów.

Już pierwszy obraz, który się pojawił podczas ‘The Queen Is Dead’ (Kraków) miał nieco dwuznaczny charakter. Morrissey wskazując za siebie na karykaturę Królowej rzucił coś w rodzaju ‘Get behind me Satan’ co mogło odnosić się zarówno do prezentowanej postaci jak i stanowić jedyny komentarz do incydentu w Stodole.

Muzycy na warszawskiej scenie ubrani byli niczym drużyna futbolowa – w białe koszulki z czerwonym pasem i orłem na lewej piersi, a Morrissey w luźnych sportowych spodniach chciał być może skomentować nasze ostatnie wyczyny w tej dziedzinie (nie zakładam raczej, że komentował dresiarski styl niedzielnej elegancji macho z nad Wisły). Po prawej stronie od sceny stała niewielka grupa fanów z UK (ktoś tu też machał szkocką flagą) i to właśnie z tej strony poleciały teksty m. in. na temat Old Trafford – miejsca, gdzie znajduje się historyczny stadion Manchester United.

Morrissey spędził w tej okolicy dzieciństwo (dom na Kings Road) więc być może właśnie ten „kibicowski” komentarz poruszył jakąś czułą strunę? Ale nie chodziło raczej sportowe emocje – Morrissey wobec tej dyscypliny wydaje się być raczej  pozytywnie obojętny (choć istnieje wiele spekulacji na temat tego komu naprawdę kibicuje – pojawiają się tu zarówno Manchester United jak i londyńskie Chelsea czy Arsenal) – wydaje się, że większe emocje budzi w nim boks czy wyścigi żużlowe.

Inne „futbolowe” odniesienie – tym razem osadzone w kontekście „szowinistycznym” odnaleźć można na albumie ‘Your Arsenal’ (1992) w piosence pt. ‘We’ll Let youknow’, której słowa nawiązywać miałyby do okrzyków „kibców-huliganów” drużyny Arsenal. Tekst utworu wywołał wiele kontrowersji – media zaczęły Mozowi zarzucać obronę chuligańskiego nacjonalizmu, a nawet popieranie skinheadów (!).
We may seem cold, or
We may even be
The most depressing people you’ve ever known
At heart, what’s left, we sadly know
That we are the last truly British people you’ll ever know
We are the last truly British people you will ever know

Jest jeszcze inny trop. Drugą stronę wydanego w 2004 r. singla ‘Irish Blood, English Heart’ (album You Are The Querry) stanowi utwór ‘Munich Air disaster 1958’. Piosenka poświęcona jest tragedii, która wydarzyła się w lutym 1958 r. kiedy to piłkarze Manchester United wracali z meczu o Puchar Europy do domu. Podróż z Belgradu odbywała się z międzylądowaniem w Monachium. Po zatankowaniu paliwa i kilku próbach startu rozpędzony samolot, którego nie udało się poderwać do lotu, wypadł z pasa startowego i rozbił się o pobliskie zabudowania. Większość z 38-miu pasażerów zginęła na miejscu lub po kilku godzinach zmarła w szpitalu. Na stadionie Old Trafford umieszczono tablicę poświęcona pamięci ofiar katastrofy. Kwestia tablicy pojawiła się ponownie w połowie lat 70-tych, kiedy to podczas renowacji stadionu tablicę należało przenieść w inne miejsce.
…I wish I’d gone down
Gone down with them
To where Mother Nature makes their bed.
Incydent w Stodole doczekał się już wielu interpretacji co do możliwej przyczyny zerwania koncertu (m. in. szowinistyczne okrzyki, komentarz na temat raka czy homoseksulanej orientacji Mozzera). Morrissey - poza lakonicznym oświadczeniem ogłoszonym przez organizatorów - nie wyjaśnił dotychczas co go tak naprawdę uraziło i/lub wyprowadziło z równowagi. I mam dziwne przekonanie, że nigdy tego nie zrobi...

W Krakowie zespół ubrany był w t-shirty z napisem „Fuck Harvest Records” co było komentarzem do sporu, do którego doszło pomiędzy wytwórnią Capitol/Harvest  i artystą po tym, jak ten zarzucił producentowi, że nie wydaje żadnych pieniędzy na promocję video jego najnowszej płyty. Wytwórnia z kolei po kolejnych potyczkach wycofała krążek z największych sklepów on-line i w tej chwili ani iTunes, ani Amazon MP3, Spotify czy Deezer płyta „World Peace Is None Of Your Business” jest praktycznie niedostępna.  

Wracając jeszcze do strony wizualnej – przed zagraniem ‘Meat is Murder’ wyświetlony został wzór graffiti z tym tytułem – przesłaniem, a Morrissey poprosił by wszystkie uliczne mury pokryte zostały tym rysunkiem, co wg niego nie powinno stanowić większego problemu jako że Kraków, jak zauważył, to przecież miasto artystów.

Oglądanie samego filmu wyświetlanego podczas utworu wymaga stalowych nerwów – pisklęta, którym maszynowo miażdżone są dzioby przed stłoczeniem ich w ciasnych klatkach, wijące się w konwulsjach ciała zarzynanych w rzeźniach prosiąt, indyki zabijane wielokrotnym uderzeniem młotka i inne obrazy ilustrujące zautomatyzowany zwierzęcy holocaust (poprzedzający podanie soczystego hamburgera) działa paraliżująco – prawie tak jak uderzenie krowy elektryczną pałką, która wleczona na łańcuchach wpada jeszcze żywa pod ostrze mechanicznej piły tarczowej.

Występ w Krakowie to był piąty koncert Morrisseya, jaki miałem okazję oglądać na żywo (włączając w to warszawski „minirecital”). Pewnie nie tak dobry jak ten - legendarny już – powrót na scenę Manczesteru z utworami The Smiths (2004) czy pierwszy polski koncert (2009 r) ale na pewno porównywalny pod wieloma względami jeśli chodzi o emocje i pozostawiający niezapomniane wrażenia. Szczególnie zaś miłe okazało się zachowania organizatorów, którzy na miejscu bezproblemowo wymienili warszawskie bilety na nowe.  Dzięki temu choć przez chwilę można się było poczuć tak, jakby człowiek znalazł się w jakimś normalnym, miłym i odległym miejscu – na pewno nie w Polsce.

Tak na marginesie: cytując słowa z ostatniego singla:  “Each time you vote you support the process”… Jaki jest proces, każdy widzi.


Inne wpisy na temat Moza:



poniedziałek, 18 marca 2013

Brukowanie piekła...


Ponad pięć i pół wieków temu, kiedy Inkami – zgodnie z ich legendą – rządził dziewiąty władca – Pachacutec, na jednej z malowniczych przełęczy andyjskich szczytów powstało miasto: Patallaqta. Miasto z nieznanych przyczyn opuszczone zostało przez mieszkańców zaraz po jego zbudowaniu. Nie tylko to stanowi wciąż zagadkę dla archeologów i badaczy. Do dziś niezrozumiałe są funkcje tajemniczego kompleksu kamiennych budowli. Właściwie nie wiadomo czy było to miasto, czy jedynie osada administracyjna, obserwatorium, górska twierdza, miejsce kultu – a może wszystko jednocześnie?Zagadkowe budowle oparły się upływowi czasu i działaniu niszczycielskich czynników atmosferycznych. Banda żądnych łupów konkwistadorów nigdy tu nie dotarła. Patallaqta oszczędzono grabieży i destrukcji, które stały się udziałem inkaskiej stolicy. Miasto zarośnięte dziką roślinnością, w zupełnym zapomnieniu przetrwało w stanie nienaruszonym aż do końca XIX wieku. Formalne odkrycie Patallaqta nastąpiło nieco później bo w 1911 roku.
W tym samym niemal czasie (1909 r.) przedsiębiorczy niemiecki browarnik Ernesto Günther rozpoczyna w leżącym 120 km od Patallaqta mieście Cuzco pierwsze warzenie piwa, które przez następne dekady sprzedawane będzie w Peru przez browar Cervesur pod nazwą Cusqueña. Nowy smak pszenicznego napoju szybo trafia w lokalne gusta i śmiało zaczyna konkurować o podniebienia z tradycyjnym chicha – pradawnym inkaskim napojem powstającym z przeżutej i sfermentowanej kukurydzy (określenie ślinka cieknie można w tym przypadku rozumieć dosłownie…).

...............................>>> CAŁY TEKST NA: Blog Biznesowy Harvard Business Review

Creative Commons License



piątek, 15 marca 2013

Masajowie (czyli parki narodowe i paradoksy komercjalizacji różnic kulturowych)


Padliśmy ofiarami przemysłu turystycznego.
Miejscem wykonania wyroku last minute okazuje się Kenia.
Lecimy więc sobie do Mombasy.
Lektura podstawowa: magazyn pokładowy z ofertą wolnocłową.
Lektura uzupełniająca: Bunt miast. Prawo do miasta i miejska rewolucja Davida Harvey’a.
Po drodze międzylądowanie w Hurghadzie i bezcenny widok laisure camps z lotu ptaka.
Równe rzędy podświetlonych basenów otoczone kompleksami wypoczynkowymi przypominają widok baraków karnych i strażniczych wież.
Niestety, nas też to czeka.

Największy dylemat moralny to oczywiście Masajowie.
Z jednej strony chęć zobaczenia ich w końcu na własne oczy (może nawet dotknięcia, jeśli zdarzy się okazja), z drugiej zaś świadomość, że każda taka wizyta przyczynia się do coraz szybszej destrukcji ich oryginalnej kultury.
Ale co zrobić?
Status turysty (kategoria: turystyka wypoczynkowa) jest niejakim usprawiedliwieniem i wycisza głos sumienia. W końcu Kenia żyje przecież z turystyki (i rolnictwa). W latach 90-tych 12% PKB generowane było przez turystykę, dziś ponad połowa kenijskiej gospodarki napędzana jest przez usługi, z czego główną część stanowi turystyka. Można więc się łudzić, że część pieniędzy, które wydamy na miejscu trafi do Masajów i pomoże im zachować resztki autentyczności kulturowej.
No właśnie - można?

Masajowie zwrócili na siebie uwagę Europy już pod koniec XIX w. za sprawą relacji niemieckiego misjonarza  Johanna Ludwiga Krapfa. Pierwszym zaś Europejczykiem, który przewędrował przez cały Maasiland (lata 1883-84) był szkocki geolog i odkrywca Joseph Thomson.
Początkowo – zgodnie z ówczesnym kanonem myślenia – Masajów traktowana jako typowych “natural men” – społeczność żyjącą na najniższym etapie rozwoju (nie uprawiają roli) i charakteryzowano ich dosadnie (opis z 1905 r.): Nomadzi którzy jedynie dwie rzeczy postrzegają jako warte troski i zainteresowania - bydło i wojaczkę”.
Postrzegano ich jako plemię, które wraz ze swoim bydłem zajmuje większe obszary ziemi niż te, których faktycznie potrzebuje. W dodatku jest groźne i wojownicze – w przeciwieństwie do pokojowo nastawionych i bardziej „cywilizowanych” (czyli uprawiających rolę) sąsiadów.
Następują kolejne próby porządkowania kwestii masajskiej. I tak np. pierwsze niejasności co do tego kim Masajowie faktycznie są i kogo do nich w ogóle zaliczyć pojawiają się kiedy Brytyjczycy dla celów administracyjnych próbują przyporządkować poszczególne plemiona i grupy etniczne do sztucznych granic geograficznych.
 Rugowani systematycznie ze swoich terenów Masajowie zaczynają zmieniać odwieczny „styl życia”. Część z nich, z konieczności, już w XIX w przestawia się z nomadyzmu na uprawę roli (zboża, kukurydza). Od początku trwają też próby kolonizatorów aby przestawić Masajów ze stanu „naturalnego” na „bardziej cywilizowany” (program masowej edukacja Masajów wprowadzono w 1929 r). Służyć mają temu również tzw. obiektywne metody „ulepszania” i „unowocześniania” Masajów – np. zachęta do zmiany stylu życia w zamian za dostęp do dobrodziejstw medycyny zachodniej. Pomimo licznych wysiłków cywilizacyjnych wielu Masajom udaje się pozostać przy dawnym stylu życia - czyli mieszkaniu w chatkach z gliny i krowiego łajna i wypasie – coraz mniej licznych – stad bydła. 
Dziś populacja Masajów licząca niecały milion zamieszkuje na terenie Kenii (ok. 400 tys.) i sąsiedniej Tanzanii. Lud ten stanowi obecnie „wspólne dobro” narodowe Kenii (zaraz obok parków przyrody), choć zdecydowana większość jej mieszkańców (ludy Bantu) ma do nich stosunek co najmniej ambiwalentny. Masajowie z jednej strony stanowią turystyczny magnez i są ważnym paliwem gospodarki, z drugiej zaś uchodzą za aroganckich, niepokornych „troublemakers”. Świadomi i dumni ze swojej tożsamości marzyli kiedyś nawet o autonomii i suwerenności jeśli nawet nie w postaci samodzielnego państwa, to choćby stanu. Dziś jednak ich głównym celem jest zachowanie tożsamości kulturowej.
Masajowie (i pewne nieliczne, podobne im rdzenne plemiona Afryki) uparcie trzymające się pradawnych obyczajów i „prymitywnego” stylu życia (zob. wpis „Dylematy dumnych Mursi…) stanowią swoistą zagadkę antropologiczną. Społeczności te z niezrozumiałych przyczyn uporczywie odrzucały większość „dobrodziejstw” zachodniej cywilizacji lub adaptowały je niezwykle wybiórczo. Dzięki temu udało im się zachować duży stopień autentyzmu i oryginalności, co nie obyło się bez poniesienia kulturowych kosztów.
Masajowie – dawniej nomadzi i łowcy, dziś prowadzą z konieczności bardziej osiadły tryby życia. Zajmują się również uprawą roli (zboże i kukurydza), oraz wszelkimi usługami dla turystów (pracują jako przewodnicy, tropiciele, strażnicy lub niby-strażnicy, specyficzni ochraniarze w lodżdżach – tzw. „security Maasai”, ale też jako zwykli kelnerzy czy obsługa hotelowa).

Momentem kluczowym dla historii Masajów było powstanie narodowych parków przyrody, kiedy to dokonano bezwzględnego odgrodzenia „naturalnych zasobów” od przemieszczających się od wieków po tych terenach ludzi. W tym też momencie nastąpiło kulturowe repozycjonowanie Masajów. Traktowani wcześniej jako „część natury”, nagle stali się dla niej największym zagrożeniem.
 Nowe podejście do ochrony przyrody zaczyna się kształtować w świecie Zachodu w czasach rewolucji przemysłowej. Przyspieszony rozwój technologiczny (niszczenie i zanieczyszczanie środowiska), który wpływa również na dynamizację upraw rolnych i agresywna eksploracja natury przyczyniają się do wyginięcia i wytrzebienia kolejnych gatunków dzikich zwierząt zamieszkujacych Europę. Zachód zbyt późno uświadamia sobie błąd a tym samy z coraz większym sentymentem spogląda na „dziką naturę” Afryki, Azji czy obu Ameryk.
W tym samym czasie (XIX w.) kolonialne safari i polowania w Afryce Wschodniej stają się dla zamożnej klasy średniej wyraźnym symbolem statusu i przynależności klasowej. Są przy okazji wyrazem dominacji i „władzy” białego człowieka nad tym co jeszcze nieujarzmione.
Spotkanie z „dziką naturą” postrzegane jest jako opozycja dla zgiełku i stresu miejskiego życia prowadzonego w stylu „kapitalistycznym”. Tu,w Afryce pojawia się okazja przeżycia czegoś naprawdę niezwykłego i egzotycznego, a jednocześnie romantycznego i zaspokajającego tęsknotę za spotkaniem z tym, co pierwotne. Jak to wyraził lubujący się w polowaniach T. Roosvelt:

There are no words that can tell the hidden spirit of the wilderness that can reveal its mystery, its melancholy and its charm. There is delight in the hardy life of the open, in the fight with rifle in hand, in the thrill of the fight with dangerous game”.

Postępujące procesy gospodarczo-społeczne w Europie, urbanizacja i przyspieszony rozwój destrukcyjnego dla środowiska przemysłu sprawia, że coraz bardziej pewni siebie i świadomi swych celów stają się aktywiści broniący natury. Są nimi często romantyczni pionierzy i podróżnicy, którzy znając uroki polowania na afrykańskiej sawannie, zdają sobie przy okazji sprawę z konsekwencji zjawiska, jakim jest systematyczne trzebianie gatunków.
Powstają pierwsze organizacje walczące o zachowanie nienaruszonych obszarów „dzikiej natury”.

Wzrastająca w oczach klasy średniej wartość estetyczna i środowiskowa „dzikiej natury” oraz działalność posiadających odpowiedni status i siłę wpływu obrońców przyrody sprawia, że rządy kolejnych państw wydzielają obszary chronione by zabezpieczyć „światowe dziedzictwo” – zasoby, które w stanie nienaruszonym przekazane winny zostać kolejnym pokoleniom.
W tym też okresie powstają w Ameryce Północnej parki narodowe (Yellowstone, Great Smoky Mountains czy Rocky Mountains). W roku 1903, w Anglii powołane zostaje do życia Societyfor the Preservation of Fauna of the Empirea w latach 50-70 tych XX w. rząd brytyjski ustanawia w Kenii kolejne parki przyrody takie jak: Mount Kenya, Masai Mara, Tsavo czy Amboseli. Decyzję utrzymywania parków narodowych uzasadnia - zgodnie z zachodnią filozofią ochrony natury - następującym celem: „zachowanie w rozsądnie naturalnym stanie przykładów głównych typów gatunków występujących na terenie Kenii dla celów estetycznych, naukowych oraz kulturowych”. 

Równocześnie rozpoczyna się coraz silniejsza promocja turystyki opartej na naturze. Rząd Kenii, już po uzyskaniu niepodległości (1963) utrzymuje taki stan rzeczy (w zasadzie kontynuując przy okazji politykę kolonialną...). W roku 1966 powstaje Miniesterstwo Turystyki i Dzikiej Przyrody (The Ministry of Tourism and Wildlife), którego zadaniem jest uczynienie z parków, jednego z kół zamachowych młodego państwa.
Tym samym losy Masajów zostają ostatecznie przesądzone. Jak zauważa Harvey: „Gdy rezerwat przyrody zostaje ogrodzony odmawia się publicznego dostępu niego. Jednak założenie, że najlepszym sposobem zachowania jednego rodzaju dobra wspólnego jest odmówienie dostępu do innego, jest niebezpieczne” [„Bunt miast...”, s. 107].
Masajowie – dawniej dumni łowcy (tradycja zabicia lwa przed inicjacją) zmieniają się nagle w potencjalnych kłusowników, którzy zagrażają bioróżnorodności oraz stabilności populacji dzikich zwierząt (także również roślin – Masajów posądzano np. o wytępienie jednego z endogenicznych gatunków akacji). Idea parków narodowych przyczynia się tym samym do zredukowania rdzennej ludności do roli robiących zabawny hałas i podskakujących swawolnie turystycznych atrakcji.
Masajowie wyrzuceni ze swych terenów łowieckich, pozbawieni ziemi i możliwości swobodnej migracji wpadają w tryby komercyjnej machiny „marketingu miejsc” mielącej wszystko na łatwo zjadliwą papkę. Stają się zwykłym towarem na sprzedaż.

Walka w wysoce konkurencyjnym świecie toczy się o akumulację znaków dystynkcji i kolektywnego kapitału symbolicznego. Niesie to ze sobą przebudzenie wszelkich lokalnych pytań o to czyja zbiorowa pamięć, czyja estetyka i czyje korzyści mają mieć pierwszeństwo” [„Bunt miast...”, s. 150].
Masajowie nie mają wpływu na decyzję o tym co jest faktycznie wyjątkowe i dystynktywne dla Kenii – o tym decyduje wolny rynek. Choć stanowią w tym kraju nieliczną mniejszość (ok. 1,5%) stają się jednym z kluczowych „ wyróżników markowych”, systematycznie komercjalizowanym i spieniężanym na globalnym rynku usług turystycznych.
Masajowie nie należą jednak do społeczności, które pokornie przyjmują utowarowienie własnej historii, kultury, jej estetyki i dziedzictwa. Świadomi faktu wysokiej wartości kulturowego i symbolicznego kapitału, który stworzyli, wiedzą też doskonale, że dystrybucja kosztów i korzyści jest w tym przypadku mocno zachwiana. 

„…roszczenia do wyjątkowości i autentyczności najłatwiej wyrażane są jako charakterystyczne i niepowtarzalne roszczenia kulturowe” [„Bunt miast...”, s. 139].

Pomimo postępującego zjawiska, określanego przez Harvey’a „disneyizacją” Masajowie wciąż próbują zachować to, co stanowiło o ich wyjątkowości. Jak zauważa Kakuta Ole Maimai, założyciel Maasai Association: „Masaj bez kultury jest jak zebra bez pasków. Gdybyśmy porzucili własny sposób życia, to kolejnym krokiem byłoby nasze zupełne wyginięcie”.
Walec komercyjnej machiny równa jednak wszystko w sposób nieubłagalny. Status "turystycznej atrakcji" komplementarnej do atrakcji parków przyrody skazuje kulturę Masajów na nieuchronną i przyspieszoną degenerację. Już teraz znaleźli się w stadium przejściowym, a już niebawem staną się kolejnym skansenem egzotycznych ciekawostek i kulturowych osobliwości (do czego przyczyniła się również nasza wizyta...).
Więc sam już nie wiem czy warto było ich oglądać.


Przystaję na chwilę z boku i zagaduję syna wodza odwiedzanej wioski. Pytam go o to jak daleko wstecz sięga ich pamięć pokoleniowa – w jaki sposób i czy w ogóle przekazywali sobie historię skoro nie znali pisma. Nie do końca rozumie moje intencje, więc pytam jak daleko on sam jest w stanie odtworzyć historię swego rodu. Okazuje się, że poza imieniem ojca i dziada nie potrafi wymienić żadnych przodków. Optymistyczne jest więc to, że jego prawnukom niczego już nie będzie żal – nie będą nawet wiedzieć jak miał na imię.

Tak na marginesie: podczas gdy my oglądamy Masajów, małpy, bawoły i dzikie lwy, w kenijskich lokalach wyborczych trwa gorączkowe liczenie głosów. W lokalnej telewizji prowadzący wciąż podkreślają, że tym razem wszystko jest naprawdę ‘peaceful’ i powtórka wydarzeń z 2007 r. na pewno nie będzie miała miejsca. Zwłaszcza, że podczas tych wyborów zastosowano „najnowocześniejsze komputery”, które wykluczają jakiekolwiek ludzkie błędy.
Jest faktycznie spokojnie – nawet kiedy supernowoczesne komputery psują się i cały elektroniczny system zawodzi. Poza drobnymi incydentami wybory przebiegają bez zakłóceń i wylatujemy tuż po oficjalnym ogłoszeniu zwycięstwa Uhuru Kenyatty (syn pierwszego prezydenta Kenii).
Zamieszki z 2007 poważnie uderzyły w kenijski przemysł turystyczny powodując dotkliwe straty dla gospodarki. Turysta to taki gatunek, który dla pełnego relaksu potrzebuje przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Żeby spokojnie zrobić zdjęcie.
Masajowi na przykład.

-       David Harvey, Bunt miast. Prawo do miasta i miejska rewolucja; tłum. A. Kowalczyk, W. Marzec, M. Mikulewicz, M. Szlinder; Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Warszawa 2012.

Korzystałem również z:

  • Peter D. Little, Maasai Identity on the Periphery; American Anthropologist • VOL. 100, No. 2, 1998,
  • John L. Berntsen, The Enemy Is Us: Eponymyin The Historiography of The Maasai; History in Africa, Vol. 7 (1980), pp. 1-21,
  • Edward M. Bruner; Maasai and the Lion King: authenticity, nationalism, and globalization in African tourism; American Ethnologist, 2000,
  • Joan N. Knowles and D. P. Collett, Nature as Myth, Symbol and Action: Notes Towards a Historical Understanding of Development and Conservation in Kenyan Maasailand; Africa: Journal of the International African Institute, Vol. 59, No. 4 (1989), pp. 433- 460.
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: