Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W drodze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W drodze. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 lipca 2016

W poszukiwaniu strategii

Jedną z ciekawszych książek, jakie wpadły mi ostatnio w ręce jest „Człowiek w poszukiwaniu sensu” Viktora E. Frankla. Frankl poza tym, że był twórcą logoterapii (poszukiwanie sensu) i jednym z twórców nurtu humanistycznego w psychoterapii, był bez wątpienia filozofem.
Filozofia życia, która proponuje Frankl opiera się (wiem że to, co poniżej to duże uproszczenie…) na zaakceptowaniu wewnętrznego napięcia – swoistego konfliktu, który nieustannie powinien nam towarzyszyć. Poniższy rysunek jest próbą opowiedzenia w syntetycznej formie tak zdefiniowanej postawy życiowej.


            Korzenie filozofii Frankla sięgają freudowskiej psychoanalizy. Jednak drzewo wiedzy (czy też mądrości), które rozwija Frankl stoi w wyraźnej opozycji do „zasady przyjemności”. Konary tego drzewa sięgają „woli sensu”.
Gdzieś obok rosną: Adlerowski „plan życia” (inspiracja nietzscheańską wolą mocy), czy lakanowski symbolizm. Drzew w tym zagajniku rośnie rzecz jasna dużo więcej i być może pojawią się wkrótce na tym blogu. Wróćmy jednak do Frankla i jego życiowych „strategii”. Spróbuję przy okazji szkicowo odnieść tą filozofię do strategii marek.
            Podstawowe napięcie rozciąga się tu wzdłuż linii: kim jestem obecnie vs kim mógłbym/powinien się stać. I właśnie to jest często głównym dylematem w zarządzaniu brandem:  jaka jest osobowość marki, jej system wartości i propozycja obecnie, a jaka być powinna w przyszłości? Słowem: jaki sens powinien być wypełniany – czeka na wypełnienie działaniem.
            Zaraz za tym pytaniem pojawiają się kolejne – ilustrujące inny (ale powiązany z poprzednim) dylemat: co już w życiu osiągnąłem vs co jeszcze mogę osiągnąć? W przypadku marek jest to; z jednej strony cała jej historia, dziedzictwo, dorobek, z drugiej zaś potencjał możliwy do zrealizowania.
            To niby proste, dwubiegunowe pole napięć skłania do refleksji na temat strategii działania. Przestrzeń pomiędzy tym co jest a tym, co być powinno/mogłoby się wydarzyć można wypełniać na różne sposoby. Można tu wstawić hipotezy i próbować je weryfikować działaniem, mnożna ją wypełnić gdybaniem i analizą „szans” i „zagrożeń”. Można w końcu uczynić pierwszy krok i po prostu działać.


Tak na marginesie: zainteresowanym polecam Viktor E. Frankl; Człowiek w poszukiwaniu sensu; wyd. Czarna Owca; Wa-wa 2013.

           

poniedziałek, 14 października 2013

Bieszczadzka turystyfikacja i (nie)jawna manipulacja.

Przy okazji 11 Objazdowego Festiwalu Filmowego WatchDogs – Prawa Człowieka w Filmie (Ustrzyki Dolne, 10-13.10) mieliśmy okazję zobaczyć parę świetnych dokumentów, przespacerować się szlakiem na Tarnicę, wziąć udział w kilku ważnych rozmowach ale przede wszystkim poznać fantastycznych ludzi – prawdziwych pasjonatów.
I to wszystko w niecałe trzy dni!
Poniżej kilka luźnych refleksji i rozproszonych uwag związanych z oglądanymi filmami przeplatanych z wybranymi wątkami dyskusji na temat mediów i reklamy, na którą byłem zaproszony.

„Z kamerą wśród ludzi” (Framing the Other) ukazuje złożoność i wielopłaszczyznowość fenomenu, jakim jest spotkanie z Innym. Bohaterkami są dwie kobiety – holenderska turystka, która wybrała się do Etiopii by zrobić zdjęcia kobietom z plemienia Mursi (zob. Dylematy dumnych Mursi...) oraz przedstawicielka tegoż plemienia. I tyle z samej historii by nie zdradzać zbyt wiele tym, którzy filmu nie widzieli...


Oglądając ten dokument pomyślałem o zjawisku „turystyfikacji” (touristification) analizowanym przez N. Taleba w Antifragile… (por. też jeden z typów osobowości ponowoczesnej opisywanych przez Z. Baumana).
Turystyfikacja to celowe dostosowywanie rzeczywistości do potrzeb i oczekiwań turysty, dodawanie czemuś wrażeń i emocji kosztem utraty autentyczności i redukcji przypadkowości. Turysta oczekuje, że przeżyje jakiś „dreszczyk emocji”, zobaczy coś nowego, ciekawego. Jednocześnie oczekuje komfortu, przewidywalności, zorganizowania. Tym też różni się od podróżnika, który przyjmuje rzeczywistość taką jaka jest nie roszcząc wobec niej żadnych pretensji.

Turysta (który jest jednocześnie konsumentem) płaci za „towar”, który „nabywa” i chce mieć pewność, że nie są to pieniądze wyrzucone w błoto – że istnieje jakaś przemyślana agenda, zamysł i plan, który zostanie zrealizowany. Akt dokonania płatności jest jednocześnie aktem „twórczym” –  w tym samym momencie konstytuuje się „scena”, na której „aktorzy” mają obowiązek odegrać swoje role. Podobnie jak osoba wybierająca się do kina by zobaczyć film chce być bawiona i zaskakiwana, turysta również oczekuje wzruszeń, i niespodzianek. Jednak ich charakter, stopień i intensywność powinny być jasno określone i wcześniej zapoznane – z innym przecież nastawieniem wybieramy się na komedię, z innym na horror czy dramat psychologiczny.

Sztaby specjalistów (agencje turystyczne, biura podróży itp.) pracują dziś nad „turystyfikacją” otoczenia, które odwiedzi niebawem turysta – konsument.  Przygotowują ogólne strategie rozrywki i szczegółowo kreślą plany wrażeń i doznań, które kolejno dozowane będą odbiorcy. Współpracują przy tym z autochtonami – kupując od nich usługi takie jak np. ubierania się w tradycyjne stroje czy rekonstruowanie dawno już niepraktykowanych zwyczajów. Wszystko to przypomina trochę groteskowe sceny z „Awansu” E. Redlińskiego, ale wszyscy wydają się zadowoleni następującym w efekcie przepływem gotówki.
Ważne jest również to, że wszyscy wiedzą w jakiej inscenizacji uczestniczą. Zarówno turysta, jak i „aktorzy” doskonale znają i orientują się w regułach prowadzonej gry, akceptują jej zasady i starają się ich przestrzegać by nie psuć sobie wzajemnie zabawy i biznesu. I wszystko wydaje się być fair… (film okazał się ciekawą inspiracją również w kontekście debaty na temat turystycznej przyszłości Bieszczadów).

Mechanizm turystyfikacji dotyczy jednak nie tylko turystyki i zwiedzania – rozciąga się dziś niemal na każdą sferę kultury, życia społecznego i międzyludzkich relacji. Jak zauważa Taleb turystyfikacja sprawia, że Innego zaczynamy traktować tak, jak gdyby był… np. pralką – oczekując prostego mechanizmu „obsługi” i reakcji na wydawane komendy oraz szczegółowej „instrukcji działania” (zob. też wpis).
Nie ma tu miejsca na przypadkowość i chaotyczność – wszystko powinno działać efektywnie, być jak najłatwiejsze w obsłudze i posiadać wbudowany w tym celu „programator”. Autentyczność i spontaniczność nie są w takim świecie mile widziane – chyba, że jest to „spontaniczność” kontrolowana i uprzednio zaprogramowana, w przeciwnym razie może budzić niepotrzebne wątpliwości a nawet niepokój .
Spotkanie z drugą osobą odbywające się w schemacie turystyfikacji posiada identyczną strukturę, jak wykupiona w „egzotyczne” miejsce wycieczka. Obie strony powinny być więc świadome reguł i konwencji. Odgrywanie ról zachodzi wtedy bezboleśnie a uczestnicy „gry” otrzymują zakładane korzyści. „Turysty” po zrealizowaniu „programu” nic już nie obliguje do dalszego podtrzymywania relacji czy jakiegokolwiek zainteresowania „tubylcem”. Wraca do swoich spraw i kolejnych kupowanych rozrywek. Podróż zostaje dodana do katalogu kolekcjonowanych „przeżyć” i zamienia się ewentualnie w walutę konwersacyjną przydatną na towarzyskim rynku.

Wszystko, co powyżej dotyczy również mnie samego – kategorię „czasu wolnego” wypełniam często turystyką (prawdziwe podróże i wędrówki to rzadkość, choć i one się zdarzają). Kupuję turystyczne wrażenia (zazwyczaj przepłacam) i zdarza mi się płacić tubylcom za możliwość zrobienia im zdjęcia.
I nie mam nic na swoje usprawiedliwienie.

„Biały skarb: zbieracze soli z Caqueny” (Der Weisse Schatz und die Salzarbeiter von Caquena) to impresja na temat małej wspólnoty Indian Aymara żyjących w pobliżu Salar de Uyuni (Boliwia) i trudniących się wydobyciem soli z tego niezwykłego jeziora – największego na świecie solniska. Słone jezioro jest jednocześnie obfite w rzadki i coraz bardziej pożądany dla nowoczesnego przemysłu lit (szacuje się, że Salar de Uyuni może zawierać ponad połowę światowych zasobów tego pierwiastka). Oglądamy więc scenki z życia, które ulegnie za chwilę diametralnej przemianie. Zgodnie z ukrytą w filmie tezą wielkie korporacje wydobywcze zamienią jezioro w olbrzymią kopalnię litu, a sielski krajobraz i lokalna tradycja pozostaną jedynie wspomnieniem.
Podobnie, jak w filmie „Z kamerą wśród ludzi” można tu odnaleźć tęsknotę za światem, który znika na naszych oczach równany cywilizacyjnym walcem. Kolejna nostalgia za ideałem „szlachetnego dzikusa”, który żyje SZCZĘŚLIWIE z dala od technologii, konsumpcji, pogoni za zyskiem, bliski naturze i tradycji przodków.


Salar de Uyuni - fot. wikimedia.org

Jest w tym oczywiście spora doza europocentrycznej hipokryzji – oglądając takie wzruszające obrazki zazdrościmy tym „szczęśliwcom” jednocześnie głęboko im współczując np. braku dostępu do osiągnięć współczesnej medycyny, centrów handlowych, tabletów,  smartfonów, ciepłej wody w kranie i płatnej telewizji. Automatycznie pojawiają się dwie przeciwstawne skłonności: „należy to ocalić i zostawić tak jak jest” oraz „przecież ci ludzie mają prawo żyć tak jak my”. I nie wiadomo za czym podążać, co jest bardziej „etyczne” (ulubione słowo klucz obrońców „dziewiczych kultur”, którzy sami na co dzień chętnie korzystają ze wszelkich dobrodziejstw cywilizacyjnego postępu). Zdanie samych zainteresowanych jest w tym przypadku najmniej istotne – zwłaszcza, że ich głosu i tak nikt nie zamierza słuchać.

„Miraż” S. Keca to opowieść o dwóch światach: twórców finansujących gigantomachię o nazwie Dubaj oraz hinduskich robotników realizujących utopijną wizję wybudowania tu turystycznego raju. Pracujący w fatalnych warunkach Hindusi tęsknią więc za zostawionymi daleko rodzinami a zamożni Arabowie za dawnym "stylem życia" pustynnych nomadów. Jest w tym jakiś nadrealizm i groteska, które metaforycznie ilustrują paradoksy współczesności. Strategia „uciec do przodu” wydaje się często jedyną drogą, gdy kończą się dostępne zasoby i należy jak najszybciej „zainwestować w przyszłość”. Kształt przyszłości wynika zaś z materializacji wyolbrzymionych nadziei, pragnień i kompleksów. Ci zaś, którzy ponoszą największy koszt uczestnictwa w tym wyścigu z czasem zdobyte doświadczenia i środki zainwestują w przyspieszone popełnianie takich samych błędów. Bo każdy ma takie samo prawo do szczęścia.


„Plaża szowinistów” D. Adringa to doskonała wiwisekcja mechanizmów medialnej manipulacji. Kilka marnej jakości zdjęć zrobionych na leżącej pod Lizboną plaży Carcavelos czarnoskórym młodym ludziom staje się pretekstem do sterowanej przez media masowej histerii bazującej na anty imigranckich nastrojach i rasistowskich lękach. Oglądając ten film od razu przypomina się „Czeski sen” (2004) albo historia paniki, jaka wybuchła po emisji słuchowiska radiowego „Wojna światów” Orsona Wellesa (1932 r.).
Jako odbiorcy mediów wciąż widzimy i słyszymy, to co chcemy zobaczyć. Jesteśmy podatni na medialną sugestię i manipulację (uwielbiamy nawet jej ulegać) a stereotypy, uprzedzenia, archetypy i nieświadome lęki sprawiają, że niezwykle łatwo sterować można naszą wyobraźnią.


Tu pojawia się pewien szkopuł: dopóki „manipulacja” odbywa się za naszą zgodą i przyzwoleniem (a tak dzieje się wtedy gdy świadomie i celowo stajemy się odbiorcami fikcji) wszystko wydaje się być w porządku. Jeśli jednak nie jesteśmy świadomi, że gdy my obcujemy z przekazem ktoś właśnie wywiera na nas wpływ (lub próbuje to zrobić) by realizować własny interes, to mamy słuszne prawo do gniewu.
Paradoks polega na tym, że choć na ogół nie życzymy sobie instrumentalnego traktowania i zamieniania nas w przedmiot manipulacji, to w rzeczywistości bardzo często sami się jej wręcz dopraszamy i coraz chętniej wystawiamy na jej działanie.
W jaki sposób? Najprostszy – korzystając zupełnie naiwnie i bezrefleksyjnie z mediów masowych.

Jako odbiorcy mediów już dawno podpisaliśmy symboliczny cyrograf, którego konstrukcja jest niezwykle prosta i sprowadza się do jednego paragrafu: „Oddajemy wolność za darmową rozrywkę”. Bo chyba każdy zgodzi się z tym, że:

  • media utrzymywane są dziś głównie z wpływów reklamowych,
  • nie istnieje coś takiego jak „darmowy lunch”.
Chcąc oglądać atrakcyjne treści, musimy za nie płacić. Dziś najczęściej płacimy uwagą i czasem poświęcanym na odbiór reklamy lub wysiłkiem związanym z próbą dekodowania tego, co jest komunikatem płatnym (w postaci reklamy, sponsoringu, product placement itp.), a co „prawdziwą i rzetelną” informacją, co jest walorem wizerunkowym a co merytoryczną treścią?
W przypadku reklamy sprawa jest o tyle prostsza, że ta sama i w dodatku głośno przyznaje, że jest umowną konwencją, którą jako konsumenci i odbiorcy dobrze już oswoiliśmy i potrafimy rozpoznać. Coraz częściej też żądamy od reklamy nie tyle informacji o produkcie, co po prostu dobrej rozrywki. Humor, zabawa, wciągająca historia to część „estetyczna” przekazów komercyjnych, która dostarcza nam – odbiorcom/konsumentom niewielkiej dawki przyjemności w zamian za poświęconą uwagę. Reklamy (od dawna) nie traktujemy literalnie, nie oczekujemy, że zaczną nam np. „wyrastać skrzydła”, że „miniratka” wleci przez okno i sypnie banknotami w wysokich nominałach, a w naszych ustach zaraz po umyciu zębów zatańczą radosne skrzaty (choćby zdrowy rozsądek nakazywałby pozbycia się takich oczekiwań).
Do reklamy mamy też zdrowy dystans – doskonale dziś wiemy jak działa i czemu ma służyć. Dlaczego więc z uporem godnym lepszej sprawy oczekujemy jakiejś „prawdy” od mediów (skoro te, niemal w całości utrzymują się z emisji reklam)?
Kwestię abonamentu pominę...

Powyższe to oczywiście czysty cynizm. Mamy rzecz jasna prawo oczekiwać od mediów (a na pewno od tych, które mienią się „publicznymi”) prawdziwych i rzetelnych informacji wyraźnie oddzielanych od politycznej propagandy, komercyjnej agendy czy sponsorskiego efektu (podobnie jak mamy pełne prawo do prywatności gdy zakładamy skrzynkę pocztową u internetowego giganta). Nie łudźmy się jednak, że prawa te będą posłusznie respektowane bo chyba trudno nie zgodzić się z potoczną mądrością wyrażaną w stwierdzeniu, że „sprawy już zaszły za daleko”. Żadna osoba, instytucją czy przepis  nie zmieni z dnia na dzień kształtowanych od dekad relacji pomiędzy koncernami medialnymi, wpływowymi reklamodawcami i innymi interesariuszami medialno-rozrywkowo-biznesowo-politycznego ekosystemu/establishmentu.
Każdy jednak odbiorca mediów ma do dyspozycji najprostszą i dostępną strategię. Jeśli „konsumując” przekaz medialny przynajmniej raz na jakiś czas poświęci chwilę na krótką refleksję i świadomą analizę tego, w czym uczestniczy i zada sobie np. pytanie w rodzaju: „w czyim właściwie interesie leży, że muszę TO oglądać”?
Paranoja?
Być może.

Tak na marginesie: festiwalowe pokazy, dyskusje i prelekcje odbywały się w prężnie działającej klubokawiarni - nomen omen - DobreMiejsce (rewelacyjna kawa i tarty) prowadzonej przez Martę Niwczyk. Festiwalowe dyskusje moderował Marcin Kowalczyk, który to właśnie wkręcił mnie w rozmowę na temat mediów i reklamy za co mu przy okazji serdecznie dziękuję, podobnie jak za gościnę i parypatetyckie pogawędki w drodze do lasu…
Pozdrowienia!

sobota, 20 kwietnia 2013

Z cyklu: Ludzie niespokojni


Co można robić w Ustrzykach Dolnych?
Można się na przykład wybrać na kawę. Choćby do kawiarni Dobre Miejsce. Trudno do niej nie trafić, ponieważ znajduje się w samym centrum tego niewielkiego miasteczka. Można tu spędzić miłą chwilę pijąc bardzo dobrą kawę – parzoną i podawaną na sposób oryginalny i wyrafinowany.
Wychodząc z kawiarni można zauważyć na drzwiach plakat informujący o tym, że jeszcze dziś odbędzie się tu jakiś tajemniczy recital. Wieczorem, na pierwszym piętrze małej kamieniczki można zobaczyć jak gromadzi się grupa stałych bywalców. Przy blasku zapalonych świec można wysłuchać gitarowego koncertu Marcela i jego żony Oli, która choć w zaawansowanej ciąży, dzielnie akompaniować mu będzie wybijając rytm na bębnie. Można wysłuchać autorskich utworów, sanskryckich tekstów, śpiewanych fragmentów Ewangelii św. Jana.
...

poniedziałek, 18 marca 2013

Brukowanie piekła...


Ponad pięć i pół wieków temu, kiedy Inkami – zgodnie z ich legendą – rządził dziewiąty władca – Pachacutec, na jednej z malowniczych przełęczy andyjskich szczytów powstało miasto: Patallaqta. Miasto z nieznanych przyczyn opuszczone zostało przez mieszkańców zaraz po jego zbudowaniu. Nie tylko to stanowi wciąż zagadkę dla archeologów i badaczy. Do dziś niezrozumiałe są funkcje tajemniczego kompleksu kamiennych budowli. Właściwie nie wiadomo czy było to miasto, czy jedynie osada administracyjna, obserwatorium, górska twierdza, miejsce kultu – a może wszystko jednocześnie?Zagadkowe budowle oparły się upływowi czasu i działaniu niszczycielskich czynników atmosferycznych. Banda żądnych łupów konkwistadorów nigdy tu nie dotarła. Patallaqta oszczędzono grabieży i destrukcji, które stały się udziałem inkaskiej stolicy. Miasto zarośnięte dziką roślinnością, w zupełnym zapomnieniu przetrwało w stanie nienaruszonym aż do końca XIX wieku. Formalne odkrycie Patallaqta nastąpiło nieco później bo w 1911 roku.
W tym samym niemal czasie (1909 r.) przedsiębiorczy niemiecki browarnik Ernesto Günther rozpoczyna w leżącym 120 km od Patallaqta mieście Cuzco pierwsze warzenie piwa, które przez następne dekady sprzedawane będzie w Peru przez browar Cervesur pod nazwą Cusqueña. Nowy smak pszenicznego napoju szybo trafia w lokalne gusta i śmiało zaczyna konkurować o podniebienia z tradycyjnym chicha – pradawnym inkaskim napojem powstającym z przeżutej i sfermentowanej kukurydzy (określenie ślinka cieknie można w tym przypadku rozumieć dosłownie…).

...............................>>> CAŁY TEKST NA: Blog Biznesowy Harvard Business Review

Creative Commons License



piątek, 15 marca 2013

Masajowie (czyli parki narodowe i paradoksy komercjalizacji różnic kulturowych)


Padliśmy ofiarami przemysłu turystycznego.
Miejscem wykonania wyroku last minute okazuje się Kenia.
Lecimy więc sobie do Mombasy.
Lektura podstawowa: magazyn pokładowy z ofertą wolnocłową.
Lektura uzupełniająca: Bunt miast. Prawo do miasta i miejska rewolucja Davida Harvey’a.
Po drodze międzylądowanie w Hurghadzie i bezcenny widok laisure camps z lotu ptaka.
Równe rzędy podświetlonych basenów otoczone kompleksami wypoczynkowymi przypominają widok baraków karnych i strażniczych wież.
Niestety, nas też to czeka.

Największy dylemat moralny to oczywiście Masajowie.
Z jednej strony chęć zobaczenia ich w końcu na własne oczy (może nawet dotknięcia, jeśli zdarzy się okazja), z drugiej zaś świadomość, że każda taka wizyta przyczynia się do coraz szybszej destrukcji ich oryginalnej kultury.
Ale co zrobić?
Status turysty (kategoria: turystyka wypoczynkowa) jest niejakim usprawiedliwieniem i wycisza głos sumienia. W końcu Kenia żyje przecież z turystyki (i rolnictwa). W latach 90-tych 12% PKB generowane było przez turystykę, dziś ponad połowa kenijskiej gospodarki napędzana jest przez usługi, z czego główną część stanowi turystyka. Można więc się łudzić, że część pieniędzy, które wydamy na miejscu trafi do Masajów i pomoże im zachować resztki autentyczności kulturowej.
No właśnie - można?

Masajowie zwrócili na siebie uwagę Europy już pod koniec XIX w. za sprawą relacji niemieckiego misjonarza  Johanna Ludwiga Krapfa. Pierwszym zaś Europejczykiem, który przewędrował przez cały Maasiland (lata 1883-84) był szkocki geolog i odkrywca Joseph Thomson.
Początkowo – zgodnie z ówczesnym kanonem myślenia – Masajów traktowana jako typowych “natural men” – społeczność żyjącą na najniższym etapie rozwoju (nie uprawiają roli) i charakteryzowano ich dosadnie (opis z 1905 r.): Nomadzi którzy jedynie dwie rzeczy postrzegają jako warte troski i zainteresowania - bydło i wojaczkę”.
Postrzegano ich jako plemię, które wraz ze swoim bydłem zajmuje większe obszary ziemi niż te, których faktycznie potrzebuje. W dodatku jest groźne i wojownicze – w przeciwieństwie do pokojowo nastawionych i bardziej „cywilizowanych” (czyli uprawiających rolę) sąsiadów.
Następują kolejne próby porządkowania kwestii masajskiej. I tak np. pierwsze niejasności co do tego kim Masajowie faktycznie są i kogo do nich w ogóle zaliczyć pojawiają się kiedy Brytyjczycy dla celów administracyjnych próbują przyporządkować poszczególne plemiona i grupy etniczne do sztucznych granic geograficznych.
 Rugowani systematycznie ze swoich terenów Masajowie zaczynają zmieniać odwieczny „styl życia”. Część z nich, z konieczności, już w XIX w przestawia się z nomadyzmu na uprawę roli (zboża, kukurydza). Od początku trwają też próby kolonizatorów aby przestawić Masajów ze stanu „naturalnego” na „bardziej cywilizowany” (program masowej edukacja Masajów wprowadzono w 1929 r). Służyć mają temu również tzw. obiektywne metody „ulepszania” i „unowocześniania” Masajów – np. zachęta do zmiany stylu życia w zamian za dostęp do dobrodziejstw medycyny zachodniej. Pomimo licznych wysiłków cywilizacyjnych wielu Masajom udaje się pozostać przy dawnym stylu życia - czyli mieszkaniu w chatkach z gliny i krowiego łajna i wypasie – coraz mniej licznych – stad bydła. 
Dziś populacja Masajów licząca niecały milion zamieszkuje na terenie Kenii (ok. 400 tys.) i sąsiedniej Tanzanii. Lud ten stanowi obecnie „wspólne dobro” narodowe Kenii (zaraz obok parków przyrody), choć zdecydowana większość jej mieszkańców (ludy Bantu) ma do nich stosunek co najmniej ambiwalentny. Masajowie z jednej strony stanowią turystyczny magnez i są ważnym paliwem gospodarki, z drugiej zaś uchodzą za aroganckich, niepokornych „troublemakers”. Świadomi i dumni ze swojej tożsamości marzyli kiedyś nawet o autonomii i suwerenności jeśli nawet nie w postaci samodzielnego państwa, to choćby stanu. Dziś jednak ich głównym celem jest zachowanie tożsamości kulturowej.
Masajowie (i pewne nieliczne, podobne im rdzenne plemiona Afryki) uparcie trzymające się pradawnych obyczajów i „prymitywnego” stylu życia (zob. wpis „Dylematy dumnych Mursi…) stanowią swoistą zagadkę antropologiczną. Społeczności te z niezrozumiałych przyczyn uporczywie odrzucały większość „dobrodziejstw” zachodniej cywilizacji lub adaptowały je niezwykle wybiórczo. Dzięki temu udało im się zachować duży stopień autentyzmu i oryginalności, co nie obyło się bez poniesienia kulturowych kosztów.
Masajowie – dawniej nomadzi i łowcy, dziś prowadzą z konieczności bardziej osiadły tryby życia. Zajmują się również uprawą roli (zboże i kukurydza), oraz wszelkimi usługami dla turystów (pracują jako przewodnicy, tropiciele, strażnicy lub niby-strażnicy, specyficzni ochraniarze w lodżdżach – tzw. „security Maasai”, ale też jako zwykli kelnerzy czy obsługa hotelowa).

Momentem kluczowym dla historii Masajów było powstanie narodowych parków przyrody, kiedy to dokonano bezwzględnego odgrodzenia „naturalnych zasobów” od przemieszczających się od wieków po tych terenach ludzi. W tym też momencie nastąpiło kulturowe repozycjonowanie Masajów. Traktowani wcześniej jako „część natury”, nagle stali się dla niej największym zagrożeniem.
 Nowe podejście do ochrony przyrody zaczyna się kształtować w świecie Zachodu w czasach rewolucji przemysłowej. Przyspieszony rozwój technologiczny (niszczenie i zanieczyszczanie środowiska), który wpływa również na dynamizację upraw rolnych i agresywna eksploracja natury przyczyniają się do wyginięcia i wytrzebienia kolejnych gatunków dzikich zwierząt zamieszkujacych Europę. Zachód zbyt późno uświadamia sobie błąd a tym samy z coraz większym sentymentem spogląda na „dziką naturę” Afryki, Azji czy obu Ameryk.
W tym samym czasie (XIX w.) kolonialne safari i polowania w Afryce Wschodniej stają się dla zamożnej klasy średniej wyraźnym symbolem statusu i przynależności klasowej. Są przy okazji wyrazem dominacji i „władzy” białego człowieka nad tym co jeszcze nieujarzmione.
Spotkanie z „dziką naturą” postrzegane jest jako opozycja dla zgiełku i stresu miejskiego życia prowadzonego w stylu „kapitalistycznym”. Tu,w Afryce pojawia się okazja przeżycia czegoś naprawdę niezwykłego i egzotycznego, a jednocześnie romantycznego i zaspokajającego tęsknotę za spotkaniem z tym, co pierwotne. Jak to wyraził lubujący się w polowaniach T. Roosvelt:

There are no words that can tell the hidden spirit of the wilderness that can reveal its mystery, its melancholy and its charm. There is delight in the hardy life of the open, in the fight with rifle in hand, in the thrill of the fight with dangerous game”.

Postępujące procesy gospodarczo-społeczne w Europie, urbanizacja i przyspieszony rozwój destrukcyjnego dla środowiska przemysłu sprawia, że coraz bardziej pewni siebie i świadomi swych celów stają się aktywiści broniący natury. Są nimi często romantyczni pionierzy i podróżnicy, którzy znając uroki polowania na afrykańskiej sawannie, zdają sobie przy okazji sprawę z konsekwencji zjawiska, jakim jest systematyczne trzebianie gatunków.
Powstają pierwsze organizacje walczące o zachowanie nienaruszonych obszarów „dzikiej natury”.

Wzrastająca w oczach klasy średniej wartość estetyczna i środowiskowa „dzikiej natury” oraz działalność posiadających odpowiedni status i siłę wpływu obrońców przyrody sprawia, że rządy kolejnych państw wydzielają obszary chronione by zabezpieczyć „światowe dziedzictwo” – zasoby, które w stanie nienaruszonym przekazane winny zostać kolejnym pokoleniom.
W tym też okresie powstają w Ameryce Północnej parki narodowe (Yellowstone, Great Smoky Mountains czy Rocky Mountains). W roku 1903, w Anglii powołane zostaje do życia Societyfor the Preservation of Fauna of the Empirea w latach 50-70 tych XX w. rząd brytyjski ustanawia w Kenii kolejne parki przyrody takie jak: Mount Kenya, Masai Mara, Tsavo czy Amboseli. Decyzję utrzymywania parków narodowych uzasadnia - zgodnie z zachodnią filozofią ochrony natury - następującym celem: „zachowanie w rozsądnie naturalnym stanie przykładów głównych typów gatunków występujących na terenie Kenii dla celów estetycznych, naukowych oraz kulturowych”. 

Równocześnie rozpoczyna się coraz silniejsza promocja turystyki opartej na naturze. Rząd Kenii, już po uzyskaniu niepodległości (1963) utrzymuje taki stan rzeczy (w zasadzie kontynuując przy okazji politykę kolonialną...). W roku 1966 powstaje Miniesterstwo Turystyki i Dzikiej Przyrody (The Ministry of Tourism and Wildlife), którego zadaniem jest uczynienie z parków, jednego z kół zamachowych młodego państwa.
Tym samym losy Masajów zostają ostatecznie przesądzone. Jak zauważa Harvey: „Gdy rezerwat przyrody zostaje ogrodzony odmawia się publicznego dostępu niego. Jednak założenie, że najlepszym sposobem zachowania jednego rodzaju dobra wspólnego jest odmówienie dostępu do innego, jest niebezpieczne” [„Bunt miast...”, s. 107].
Masajowie – dawniej dumni łowcy (tradycja zabicia lwa przed inicjacją) zmieniają się nagle w potencjalnych kłusowników, którzy zagrażają bioróżnorodności oraz stabilności populacji dzikich zwierząt (także również roślin – Masajów posądzano np. o wytępienie jednego z endogenicznych gatunków akacji). Idea parków narodowych przyczynia się tym samym do zredukowania rdzennej ludności do roli robiących zabawny hałas i podskakujących swawolnie turystycznych atrakcji.
Masajowie wyrzuceni ze swych terenów łowieckich, pozbawieni ziemi i możliwości swobodnej migracji wpadają w tryby komercyjnej machiny „marketingu miejsc” mielącej wszystko na łatwo zjadliwą papkę. Stają się zwykłym towarem na sprzedaż.

Walka w wysoce konkurencyjnym świecie toczy się o akumulację znaków dystynkcji i kolektywnego kapitału symbolicznego. Niesie to ze sobą przebudzenie wszelkich lokalnych pytań o to czyja zbiorowa pamięć, czyja estetyka i czyje korzyści mają mieć pierwszeństwo” [„Bunt miast...”, s. 150].
Masajowie nie mają wpływu na decyzję o tym co jest faktycznie wyjątkowe i dystynktywne dla Kenii – o tym decyduje wolny rynek. Choć stanowią w tym kraju nieliczną mniejszość (ok. 1,5%) stają się jednym z kluczowych „ wyróżników markowych”, systematycznie komercjalizowanym i spieniężanym na globalnym rynku usług turystycznych.
Masajowie nie należą jednak do społeczności, które pokornie przyjmują utowarowienie własnej historii, kultury, jej estetyki i dziedzictwa. Świadomi faktu wysokiej wartości kulturowego i symbolicznego kapitału, który stworzyli, wiedzą też doskonale, że dystrybucja kosztów i korzyści jest w tym przypadku mocno zachwiana. 

„…roszczenia do wyjątkowości i autentyczności najłatwiej wyrażane są jako charakterystyczne i niepowtarzalne roszczenia kulturowe” [„Bunt miast...”, s. 139].

Pomimo postępującego zjawiska, określanego przez Harvey’a „disneyizacją” Masajowie wciąż próbują zachować to, co stanowiło o ich wyjątkowości. Jak zauważa Kakuta Ole Maimai, założyciel Maasai Association: „Masaj bez kultury jest jak zebra bez pasków. Gdybyśmy porzucili własny sposób życia, to kolejnym krokiem byłoby nasze zupełne wyginięcie”.
Walec komercyjnej machiny równa jednak wszystko w sposób nieubłagalny. Status "turystycznej atrakcji" komplementarnej do atrakcji parków przyrody skazuje kulturę Masajów na nieuchronną i przyspieszoną degenerację. Już teraz znaleźli się w stadium przejściowym, a już niebawem staną się kolejnym skansenem egzotycznych ciekawostek i kulturowych osobliwości (do czego przyczyniła się również nasza wizyta...).
Więc sam już nie wiem czy warto było ich oglądać.


Przystaję na chwilę z boku i zagaduję syna wodza odwiedzanej wioski. Pytam go o to jak daleko wstecz sięga ich pamięć pokoleniowa – w jaki sposób i czy w ogóle przekazywali sobie historię skoro nie znali pisma. Nie do końca rozumie moje intencje, więc pytam jak daleko on sam jest w stanie odtworzyć historię swego rodu. Okazuje się, że poza imieniem ojca i dziada nie potrafi wymienić żadnych przodków. Optymistyczne jest więc to, że jego prawnukom niczego już nie będzie żal – nie będą nawet wiedzieć jak miał na imię.

Tak na marginesie: podczas gdy my oglądamy Masajów, małpy, bawoły i dzikie lwy, w kenijskich lokalach wyborczych trwa gorączkowe liczenie głosów. W lokalnej telewizji prowadzący wciąż podkreślają, że tym razem wszystko jest naprawdę ‘peaceful’ i powtórka wydarzeń z 2007 r. na pewno nie będzie miała miejsca. Zwłaszcza, że podczas tych wyborów zastosowano „najnowocześniejsze komputery”, które wykluczają jakiekolwiek ludzkie błędy.
Jest faktycznie spokojnie – nawet kiedy supernowoczesne komputery psują się i cały elektroniczny system zawodzi. Poza drobnymi incydentami wybory przebiegają bez zakłóceń i wylatujemy tuż po oficjalnym ogłoszeniu zwycięstwa Uhuru Kenyatty (syn pierwszego prezydenta Kenii).
Zamieszki z 2007 poważnie uderzyły w kenijski przemysł turystyczny powodując dotkliwe straty dla gospodarki. Turysta to taki gatunek, który dla pełnego relaksu potrzebuje przede wszystkim poczucia bezpieczeństwa. Żeby spokojnie zrobić zdjęcie.
Masajowi na przykład.

-       David Harvey, Bunt miast. Prawo do miasta i miejska rewolucja; tłum. A. Kowalczyk, W. Marzec, M. Mikulewicz, M. Szlinder; Fundacja Nowej Kultury Bęc Zmiana, Warszawa 2012.

Korzystałem również z:

  • Peter D. Little, Maasai Identity on the Periphery; American Anthropologist • VOL. 100, No. 2, 1998,
  • John L. Berntsen, The Enemy Is Us: Eponymyin The Historiography of The Maasai; History in Africa, Vol. 7 (1980), pp. 1-21,
  • Edward M. Bruner; Maasai and the Lion King: authenticity, nationalism, and globalization in African tourism; American Ethnologist, 2000,
  • Joan N. Knowles and D. P. Collett, Nature as Myth, Symbol and Action: Notes Towards a Historical Understanding of Development and Conservation in Kenyan Maasailand; Africa: Journal of the International African Institute, Vol. 59, No. 4 (1989), pp. 433- 460.
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: