Raczej mało to kogo obchodzi. Fakt, jest faktem, że “na dzień dzisiejszy” pieprzą i nic się tu “kupy nie trzyma”. Pieprzą głównie o technologii. Wystąpienia speców od marketingu, prezesów i wiceprezesów firm technologicznych roją się od zachwytów i zadziwień.
iPad ich zadziwia, facebook ich zadziwia i telewizja 3D ich zadziwia. Że tak szybko, że tak łatwo i w ogóle.
Powtarzają wciąż komunały w rodzaju: “Kto by pomyślał?”, “No popatrzcie Państwo tylko jak szybko...”, “A jeszcze 10 lat temu..., “No kto by pomyślał?”
Przede wszystkim sami powinniście pomyśleć - chciałoby się powiedzieć. Ale się nie mówi.
Zadziwia ekspertów i menadżerów, że technologia wyprzedza ich przyzwyczajanie i biznesplany z ostatniego Q. Mogłaby trochę zwolnić i nie zadziwiać w takim tempie. Ledwie człowiek ochłonął po całym tym internecie i komórkach, a tu wciąż nowe wynalazki. Siedzą jacyś cholerni gówniarze w jakichś cholernych garażach i coś tam sobie kombinują. I co raz takiemu się uda.
I kolejny kłopot. Strategie trzeba zmieniać, założenia na następny Q. I znowu zrobić prezentację w pałerpoincie - a jeszcze ta cholerna stara wersja się zawiesza i filmiku nie można wkleić. A najfajniejsze filmiki - śmieszne takie - są na jutubie i nie wiadomo jak je wydłubać. I znowu trzeba się poniżać i prosić jakiegoś małolata z marketingu, żeby coś poskładał.
Mogliby innowatorzy-gówniarze dać sobie trochę na wstrzymanie. Przystopować trochę. A oni ciągle swoje - wczoraj skajpy srajpy, trzy gie i nowy serwer, a dziś jakieś blipy, sripy i fejsbuki, dwa de trzy de itepe. W de by se to wsadzili małolaty cholerne!
Był telefon, telewizja i gazeta i świat jakoś funkcjonował. Teraz smartfony i srajfony cholerne. I gazety upadają. Nie ma czym się czym biały człowiek w biznesklasie przykryć. Cholerne małolaty.
A ty rób z siebie wariata. Udawaj, że wiesz o co w tym biega, bo jak nie to cię wysadzą z siodełka. Cholerni gówniarze. Niby można nie udawać. Się nie kompromitować. Ale i tak wysadzą. Srajbuki.
Socjal media im się zachciewa. Gnojkom. Wszystko było dawniej socjal i co z tego wyszło? Mieszkanie było socjal, a oni chcą dla wszystkich socjalu i jeszcze wifi-srifi. Człowiek w końcu skończy na socjalu przez tą bandą przeklętą.
I znowu wszystko trzeba w strategii pozmieniać. I znów się inwestorzy i zarząd wkurzą. Wczoraj tak, dzisiaj siak. Planów żadnych sensownych raz ,a porządnie zrobić nie można. I jeszcze coś trzeba na tej cholernej konferencji powiedzieć. O nowych technologiach, trendach - srendach, awatarch, pijar walju na blogach i innych bzdetach.
Jezus Maria, skąd oni biorą te idiotyczne nazwy? W “Bajkach robotów” takich idiotyzmów nie było, jak w tych cholernych prezi! I jak teraz to całe trzy gie z konfy na fejsa wrzucić? Na łola. No i dlaczego ci wszyscy pseudo-eksperci pieprzą tam jak potłuczeni? Gówniarze cholerni z cholernych garaży!
Tak na marginesie: empatyczna próba dramatyczna po obejrzeniu pewnego reportażu.
"Syngalezi wierzyli w duchy i bóstwa kryjące się za każdym fenomenem natury. Był więc bóg Słońca (iru deviyo), bóg Księżyca (sanda deviyo), duchy planet (graha devatavo). Własnego ducha miał ocean, rzeki, jeziora, ale też kuźnie i mosty (diya rakusa). Gniewni bogowie rządzili też błyskawicami i grzmotami. Własne bóstwo miała każda strona świata. Wierzono, że istnieją bogowie ogrodów (arama devata), bogowie lasu (vana devata), bogowie drzew (rukkha devata), leczniczych ziół (osadhi devata), i traw (tana devata), bogowie drzew leśnych (vanas pati), a także bogowie zaćmienia księżycowego i słonecznego (rahu).
Wiele wskazuje na to się, że istnieje wspólna tradycja pomiędzy Syngalezami i mieszkańcami wschodnich Indii. W tym świecie wierzeń miejsce szczególne zajmowały Yakkas, Rakshasas, Nagas, Ganhabbas, Kumbhandas, Apasmaras itd. Istoty te mogły sprowadzać choroby fizyczne i zaburzenia umysłu. Wierzono, że wszystkie te złe siły polowały na swe ofiary w określonych miejscach: w górach, na drzewach, na cmentarzach, w jeziorach, rzekach, sadzawkach, na mostach, tam, gdzie gdzie kobiety piorą ubranie, na rozstajach dróg oraz w miejscach odosobnionych.
Syngalezi z nadzieją wyczekiwali nadejścia Nowego Roku słonecznego, natomiast z niepokojem obserwowano pojawianie się księżyca. Wierzyli również, że zaćmienie słońca czy księżyca, podobnie jak pojawianie się komet to zły omen – znak nadchodzącego zła i zniszczenia.
Wiera w Najwyższe Bóstwo splatała się z oddawaniem czci zastępom pomniejszych bogów i duchów. Były to z reguły istoty antropomorficzne – tak jak ludzi obdarzano je emocjami, słabościami, cechami charakteru. Istoty te posiadały moce nadprzyrodzone, które mogły być wykorzystywane zarówno w dobrej jak i złej intencji. Oczekiwały składania ofiar w postaci składanych kwiatów, czy intonowanych pieśni. Demony zaś oczekiwały nie tylko smażonych i gotowanych potraw ale również ofiar z ludzkiego ciała i krwi.
Indyjskie wierzenia i przesądy wpłynęły na dawną wiarę Syngalezów. Lankijczycy najprawdopodobniej znajdowalis się pod wpływem kultur plemiennych – tych sprzed rozwoju kultur miejskich w dolinie Indusu. Imigranci przynieśli ze sobą pewne wierzenia, przesądy, elementy stylu życia Arian wedyjskich [?]. Możliwe, że zachodziła też absorpcja mitów, legend i historii notowanych w epice staroindyjskiej. Syngalezki mit wspomina np. o grzybach (mattika) jessalthen, które pozwalały Braminom żyć 65 000 lat, czy o badrilatā (mistletoe) przedłużających życie do 35 000 lat. W czasach Vijaya (indyjski król, najeźdźca) ludność wyspy wierzyła w Yakkhas, Rakshsas oraz Nagas. Wspominana jest wiedza o duchach i ich magicznych mocach. Po wprowadzeniu buddyzmu liczne wierzenia, przesądy i praktyki tego rodzaju schodzą do podziemia.
Tradycyjne wierzenia Syngalezów wpłynęły na ich sposób życia. Z biegiem czasu, pomimo rosnącej edukacji, urbanizacji i uprzemysłowieniu, nawet przy coraz liczniejszych kontaktach z cudzoziemcami Lankijczycy wciąż trzymali się swoich wierzeń. Tolerancyjny buddyzm nie okazywał się w tym przypadku przeszkodą. Być może właśnie dzięki tej tolerancji wiele z pierwotnych wierzeń przetrwało na Cejlonie do dziś.
Wciąż zdarza się, że ku czci dawnych bóstw odprawiane są kosztowne ceremonie. Do dziś zachowało się wiele rytuałów ofiarnych czy przebłagalnych mających na celu zjednanie przychylności bóstwa. Jedne odprawiane są publicznie, inne prywatnie, jeszcze inne sekretnie zgodnie z surowymi zakazami. Nawet imię Kattādiya (czarownik) nie jest ujawniane. Wszyscy zaangażowani w takie praktyki powstrzymują się od nieczystości przestrzegając tabu. Najczęściej dotyczy to mieszkańców obszarów wiejskich. W miastach wierzenia te są nieznane.
Zbiór wierzeń syngaleskich przypomina wiarę w ‘mana’ obecną wśród Melanezyjczyków oraz mieszkańców wysp Pacyfiku. Syngalezi nazywają tą siłę ‘anuhas’ lub ‘anubhāva’ co może oznaczać moralną moc lub magiczną siłę. W większym lub mniejszym stopniu siłą tą dysponują mężczyźni – kobiety są jej pozbawione. Bogowie z mocą tą rodzą się, a królowie, wodzowie i przywódcy są nią obdarzeni w większym stopniu niż zwykli śmiertelnicy. Budda opisywany jest jako ten, który posiada najwyższy stopień anubhāva – stopień nawet wyższy niż posiadany przez innych bogów i duchy. Wyjaśniałoby to dlaczego nawet bóg bogów (Devanmindo) Sakra oraz wódz demonów (Vessavana) składają Buddzie hołd. Tłumaczyłoby to również dlaczego wykonujący taniec demonów, tancerze bali, magowie i czarnoksiężnicy przywołują moc i komendę (anubhaven, agnaven) Buddy przed rozpoczęciem obrzędu czy rytu magicznego. Wierzący uznają, że nie jest to moc fizyczna, ale siła duchowa wrodzona i rozwijana dzięki praktykowaniu prawości.
Ludy plemienne, takie jak Weddowie wierzyli, że opisana wyżej siła rezyduje w wątrobie i zjedzenie części tego narządu wzmacnia tą moc. Praktykowanie siły anuhas w celu zachowania praw nazywa się satyakriya lub satyagraha. Rzekomo Budda praktykował tą cnotę siedząc pod drzewem Bodhi przed oświeceniem. Król Siri Sanga Bo również praktykował tą umiejętność by uniknąć klęski suszy i tragedii związanej z tzw. „plagą czerwonych oczu”. Tak jak siła ta może być wzmacniana i rozwijana, tak może być również zmniejszona lub nawet zniesiona a to za sprawą nieczystych związków wpływów lub kontaktów. W rytuałach prowadzonych przez jakąś osobę w dobrej lub złej intencji warunkiem koniecznym jest nieobecność w jakimkolwiek stopniu czy formie czegokolwiek, co mogłoby bezcześcić. Oznacza to ścisłe przestrzeganie nakazanych tabu.
Na tej samej zasadzie czystości opiera się wiara w moralną siłę pochodzącą z zachowywania przez mnichów pełnego celibatu. Takie zachowanie czystości (pe veema) wymagane jest od kapłanów kapuralas [zob: The Gods & Deity Worship in Sri Lanka], tancerzy, magów i czarowników. Przed rozpoczęciem aktu inwokacyjnego pełniący rytuał musi się wystrzegać wszelkiego zbrukania - kili. Istnieją kili seksualne, kili menstruacyjne, kili narodzin i kili śmierci. Następnie podczas tańca demonów lub tańca bali wymagane jest wypowiedziane przez dziewicę avada (obyś żył długo). Zwyczaj zatrudniania młodych dziewcząt śpiewających strofy jayamangala podczas ceremonii ślubnych (co ma błogosławić młodej parze) bazuje na tym samym wierzeniu. We wszystkich podobnych okolicznościach „czyste” ciało dziewicy jest zasadą determinującą skuteczność rytuału.
Istnieje również przekonanie, że magiczną mocą obdarzone są pewne substancje. Wymienić tu należy liść betelu. Betel pojawia się na specjalnej tacy (mal bulat), podczas rytuału powitalnego, ceremonii bali oraz tovil [zob: Buddhist Ceremonies and Rituals of Sri Lanka], a także podczas składania ślubowań i odprawiania czarów. Z liściem betelu wiąże się jego legendarne pochodzenie. Wierzy się również w magiczną moc limonki (limy), czy noża do rozcinania orzechów palmy arekowej.
Fot.:en.wikipedia.org
Kili jest formą magii negatywnej. Bezcześci to, co święte podczas aktywności religijnych, społecznych, kulturowych czy związanych z uprawą roli. Ponieważ kili osłabia siły wypełniających rytuały i uniemożliwia osiągnięcie celu to należy je uznać za najbardziej aktywny czynnik profanujący. Jest to stan nieczystości wiązany z fizjologiczną nieczystością kobiet, obecnością pewnych pokarmów czy występowaniem epidemii. Kili działa automatycznie - to pozytywny aspekt kili.
Syngalezi wierzą, że kobieta w kili staje się medium niszczenia mocy moralnej w przypadku każdego, kto jej dotknie lub się do niej zbliży. Z tego powodu nie należy wówczas nawet na nią spoglądać. Osoba znajdująca się w kili po pierwszej menstruacji, po urodzeniu dziecka oraz po śmierci pozostaje w nim przez trzy miesiące. Istnieje np. przekonanie, że kili spływające na uczestnika pogrzebu może zostać usunięte przez umycie ciała wodą i limą. Ten sam akt oczyszczenia neutralizować miałby również kili osoby, która miała kontakt z cierpiącymi na takie schorzenia jak wysypka, ospa, odra czy świnka. Według popularnych wierzeń choroby te zsyłane są przez bóstwa – szczególnie przez Pattini. Unikać tez należy pewnych pokarmów takich jak szynka, boczek, czy wieprzowina jako skażonych kili".
Fragment rozdziału z książki: Deities And Demons. Magic And Masks. Part I; Nandadeva Wijesekara, M.D.. Gunasena & Co. Ltd, Colombo 1987, tłumaczenie M.S.
Tak na marginesie: Cejlon odwiedziliśmy w sierpniu 2004 roku. 26 grudnia tego samego roku potężne tsunami zabiło 40 000 osób żyjących na wybrzeżach wyspy 2,5 miliona jej mieszkańców pozostawiając bez dachu nad głową.
Marek Staniszewski: Określenie ‘design’ robi dziś zawrotną karierę. Otwierając jakikolwiek magazyn kolorowy, tygodnik opiniotwórczy czy nawet dziennik znajdujemy artykuły poświęcone tematyce design’u, przeglądy wystylizowanych gadżetów technologicznych, przykłady nowych form przemysłowych. Skąd ta – dosyć nagła mam wrażenie – eksplozja masowego zainteresowania design’em?
Prof. Piotr Bożyk: Słowo „design” oznacza w języku angielskim projekt, zamysł, plan- stąd „designer” to projektant, ktoś, kto opracowuje, planuje to, co ma powstać w przyszłości. W strefie anglojęzycznej „dizajnerskie obiekty”, to te opracowane przez znanych i uznanych projektantów, nie anonimowe, wyjątkowe, drogie.
Ponieważ w wielu dziedzinach coraz więcej rodzimych słów jest wypieranych (niestety) przez odpowiedniki angielskie (zdaje się Bernard Shaw powiedział, że chciałby być Polakiem, żeby móc żałować, że nie jest Anglikiem) wydaje się , że słowa dizajn, dezajner, dizajnerski w naszym języku znaczą: innowacyjny, sprytny, piękny, wysmakowany, autorski.
Słowa są modne, bo świadczą o „światowości” i swego rodzaju wtajemniczeniu mówiącego, a równocześnie przydatne są przy ubieganiu się o dofinansowanie różnych działań, ponieważ w roku 2010 szczególnie popierane są inicjatywy dotyczące rozwoju szeroko pojętej innowacyjności – a design jest jednym ze słów-kluczy...
Całość wywiadu z dr hab. prof. Piotrem Bożykiem, artystą plastykiem, wykładowcą Wydziału Form Przemysłowych Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie (Pracownia Projektowania Produktu) na stronie Fundacji Homo Inquietus.
Unique Selling Proposition (unikalna propozycja sprzedażowa) - pojęcie stworzone w latach 40-tych w USA, dookreślone przez Rosser’a Reeves’a w książce Reality in Advertising; (1961). Reeves uważał, że każda reklama powinna składać konsumentowi propozycję. Nie chodzi jednak o puste obietnice i pochwały dla produktu. Reklama powinna zachęcać odbiorcę przekazem: “Kup ten produkt a otrzymasz konkretną korzyść”. Złożona propozycja powinna być unikalna - taka, której konkurencja nie oferuje i nie może zaoferować i na tyle silna by przyciągnąć do produktu miliony nowych użytkowników.
Dziś pojęcie coraz rzadziej używane w reklamie. Może dlatego, że podejście takie było zbyt ambitne? Konkretna korzyść i w dodatku unikalna jej propozycja - kto może dziś taką złożyć?
Z Reeves’a pozostało więc wciąż stosowane przez wielu marketerów podejście ‘hard-sell’ - mocny, agresywny przekaz, który ma tylko jedno zadanie: sprzedać. Podejście to samo w sobie nie było niczym nowym - Reeves był wielkim orędownikiem Claude’a Hopkins’a - pierwszego teoretyka reklamy, który widział w niej wyłącznie funkcję sprzedażową (swoją teorię Hopkins opublikowała w roku 1923 w książce Scientific Advertising, podkreślał w niej, że “Advertising is salesmanship. Its principles are the principles of salesmanship”).
Claude Hopkins:
Reeves doskonale zdawał sobie sprawę, że jego hard-sell-owe podejście może być irytujące. Zwłaszcza, że nie dbał o tak zwaną “kreatywność”, a wszystkie elementy zakłócające przekaz o produkcie lub odciągające od niego uwagę odbiorców nazywał “wampirami”. Pisał: “Reklama na początku była sztuką, i wielu ludzi reklamy chciałoby aby pozostała nią na zawsze (...) to ich kraina marzeń, w której mogą twierdzić: to jest właściwe, bo tak czujemy”.
Reeves nie dbał o sztukę i kreatywność (przynajmniej tak twierdził - prywatnie uprawiał poezję...), wychodził z założenia, że jeśli już wiemy jakie jest USP i mamy skonstruowany przekaz, to wystarczy go powtarzać, powtarzać, powtarzać....
Pytał nawet klientów: “Czy wolicie być bogaci, czy lubiani?”. Własne spoty dla preparatu Anacin (jedna z najstarszych marek leków na ból głowy - patent z 1916 roku) bez żenady nazywał najbardziej znienawidzonymi w historii reklamy. Złośliwi twierdzili, że od samego oglądania tych spotów zaczyna boleć głowa i na tym polega cały geniusz sprzedażowy. Nota bene to właśnie Reeves’owi i kierowanej przez niego agencji Ted Bates (założycielem agencji był Theodore Lewis "Ted" Bates) zawdzięczamy reklamy w formie ‘spotów’ - 30, 60 sek. filmów emitowanych pomiędzy programami.
Anacin:
Rolaids:
Colgate:
Reeves mierzył efektywność swoich reklam przeprowadzając po każdej kampanii badanie z udziałem tysięcy respondentów w całym kraju. Sprawdzał na ile główny przekaz został zapamiętany. W większości przypadków USP podawane w znienawidzonych spotach było doskonale zapamiętane. Reeves miał twarde dowody na to, że jego reklamy działają.
Podobno, kiedy jeden z magazynów branżowych zacytował stwierdzenie Davida Ogilvy’ego (kolejny wielki orędownik Hopkinsa), że humor w reklamie może być skuteczny, Reeves przesłał do niego telegram o treści następującej: “ODBIŁO CI?”.
‘Ogilvy. Król Madison Avenue’ to świetna książka. Nie tylko dobrze podana biografia Davida Ogilvy’ego, ale również barwne sylwetki współczesnych mu twórców reklamy (m. in.: Bernbach, Burnett, Rubicam). Wiele anegdot i ciekawych historii z czasów kształtowania się branży reklamowej w USA i UK. Pod tym względem przypomina trochę ‘Adland: A Global History of Advertising’.
Rzecz warta polecenia.
‘Ogilvy. Król Madison Avenue’, Keneth Roman, przekł. A. Rogalińska, Studio Emka, Wa-wa 2010.
Ad Land. A Global History of Advertising; Mark Tungate; London, 2007
Tak na marginesie: Amerykanie zapamiętali pierwsze reklamy Anacinu (późne lata 50-te) dzięki pokazywanym w nich sytuacjom “tworzącym napięcie” - połączenie wizualizacji uderzeń, iskrzeń i rozbłysków w bolącej głowie z hasłami w rodzaju: “Napięcie. Presja. Ból” faktycznie tworzyło unikalną kombinację [Reklama Anacin, lata 50-te].
W reklamach z lat 60-tych ukazujących rodziców irytujących się z byle powodu na dzieci (przyczyną jest oczywiście ból głowy) pojawia się “kultowe” zdanie: “"Control yourself! Sure, you're tired, you have a headache, but don't take it out on her!". Fraza często parodiowana i cytowana w programach telewizyjnych czy fimach - m. in. w “Czy leci z nami pilot” (Airplane!) - zob. Wikipedia. http://en.wikipedia.org/wiki/Anacin
Każdego dnia wraz z otwarciem supermarketów rozpoczyna się na ich terenie odwieczna walka rozsądku i emocji. Konsumenci odczepiają ze stanowisk zakupowe wózki i zaczynają tworzyć własne historie.
Atakuje ich niezliczona ilość bodźców: obrazów, dźwięków, zapachów, bodźców dotykowych, ale również smaków - jeśli np zdecydują spróbować sample proponowanych produktów. Towarzyszą temu wszystkie możliwe uczucia – pojawia się radość, nadzieja, duma, miłość, ale też zażenowanie, wstyd, a nawet strach.
W tak złożonym kontekście sprawdza się skuteczność wszelkich marketingowych zabiegów mających sprawić, by konsumenci dodali naszą markę do swojej listy zakupowej. Najlepszym sposobem żeby to osiągnąć jest zaoferowanie im dokładnie tego, czego pragną. Konsumenci zaś szukają tego, co zaspokoi ich potrzeby i zgodne będzie z wyznawanymi wartościami –przy okazji zaś oszczędzi ich czas, energię, zredukuje obawy i oczywiście pozwoli zaoszczędzić pieniądze. Należy także udzielić im pomocy w odnalezieniu tego czegoś na sklepowej półce.
Ponieważ konkurencyjnych ofert pojawi się coraz więcej, w interesie samych marketerów leży dziś współpraca z detalistami w zakresie kreowania lepszego i bardziej przyjaznego środowiska zakupowego – to zaś jest możliwe dzięki głębszemu rozumieniu zachowań zakupowych i przełożeniu tej wiedzy na zarządzaniem miejscem i rodzajem ekspozycji marek. Firmy na całym świecie coraz więcej inwestują zatem w ‚shopper marketing’ - zgodnie z szacunkami TNS Sorenson w roku 2010 będzie to łącznie 25 mld USD.
Koncerny globalne coraz częściej czynią z ‚shopper marketingu’ kluczowy filar swoich strategii biznesowych. Wprowadzony przez P&G program... (cały artykuł w najnowszym numerze Marketing w praktyce 10/2010, s. 12-24).
Artykuł “Kościoły komercji” (Newsweek; 10.10.2010) daje do myślenia. Autor tekstu - Marek Rabij - porównuje w nim marketing do ruchów sekciarskich. Jednocześnie, jak sam zastrzega, porównanie to wydawać się może absurdalne. I w tym należy się z nim absolutnie zgodzić. Tekst jest niezwykle ciekawy pod względem założeń. Można je bez trudu zrekonstruować z ducha litery:
1. Marketing jest niegodziwy. 2. Sekty są niegodziwe. 3. W biznesie chodzi o pieniądze.
Szczególnie ta ostatnia konstatacja brzmi odkrywczo i świeżo - najpierw suspens, a zaraz po nim pointa wywodu. Zadaniem marketingu jest prawdę tą (objawioną - trzymając, się klimatu tekstu) zaciemniać przed maluczkimi odwracając ich uwagę od prawdziwej istoty wymiany handlowej (jaką bądź byłaby).
Aparatura pojęciowa i cały wywód logiczny, które wiodą czytelnika z mroków niewiedzy do światła życia zasługują na uznanie. Zabieg polega na zestawieniu marketingu, który z założenia jest perfidny i niegodziwy, z dowolnym obiektem, osobą, zjawiskiem (niepotrzebne skreślić), które uchodzą za takież. Jeśliby znaleźć przykładowo trzy cechy wspólne dla jednego i drugiego, to dowiedzione by zostało, że są to pojęcia i byty tożsame.
W tekście posłużono się następującymi cechami wspólnymi łączącymi marketing z sekciarstwem: 1. Istnienie charyzmatycznego przywódcy (guru) i bezkrytyczny wobec niego stosunek wyznawców/wiernych. 2. Umacnianie tożsamości poprzez konfrontację z myślącymi/postępującymi inaczej. 3. Poczucie wyjątkowości charakteryzujące członków grupy (wybrańców).
Jak widać słowo “sekty” bez problemu zamienić by można z określeniem “silny naród”, “koło gospodyń wiejskich”, “kibice drużyny X”, “sympatycy zespołu Y”, “oddani pracownicy firmy Z". Tekst byłby nawet mocniejszy, gdyby marketing porównano do faszyzmu czy stalinizmu (w zasadzie każdy “...izm” jest tu zamienny), co zresztą bywało już przez krytykę marketingu czynione.
Używając tej, popularnej ostatnio w tygodnikach opiniotwórczych, zasady dowodzenia (znajdź 3 wspólne cechy A i B a następnie zrób z tego sensację) marketing można porównać na przykład: - do parówki (cechy wspólne: “nie wiadomo jak to powstaje”, “liczy się opakowanie”, “trafia do dzieci i dorosłych”), - do Chucka Norrisa (cechy wspólne: “potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji”, “dużo informacji na jego temat można znaleźć w internecie”, “umie dokopać ale bywa też czuły”) - do komina (cechy wspólne: ................, ...................., .................. - wypełnij zgodnie z własną fantazją)
Właściwie do wszystkiego można porównać marketing (i nie tylko marketing) znajdując cechy wspólne. Wnioskowanie per analogiam to również sztu(cz)ka stara i sprawdzona - dodam, że osobiście niezwykle przeze mnie ceniona.
Typowe cechy sekt Redaktor cytuje za watykańskim raportem: “Sekty, albo nowe ruchy religijne. Wyzwania duszpasterskie”. W samym raporcie zaznaczono, że dokument ten “tylko w niewielkim stopniu zajmuje się precyzowaniem definicji nowych ruchów. Duży nacisk kładzie natomiast na to, co określono jako wyzwanie duszpasterskie”.
Raport zawiera więc ciekawą analizę potrzeb, jakie zaspokajać mogą nowe ruchy religijne i analizę kontekstu społecznego, w jakim potrzeby te się przejawiają. Odnaleźć w nim można poetyckie konstatacje w rodzaju: “Ludzie czujący się zagubionymi pragną być odnalezieni” i sam w sobie stanowi pasjonującą lekturę. Jednak zdefiniowanie czym sekta jest, czym nie jest i czym różni się od Kościoła to temat subtelny i drażliwy, z czego Kościół (pamiętając o sekciarskich początkach chrześcijaństwa) doskonale zdaje sobie sprawę.
Ruchy sekciarskie jako przejaw autentycznych niepokojów społecznych zawsze towarzyszyły działalności Kościoła, były bodźcem do jego reform i wprowadzanych zmian. “Bracia odłączeni” wciąż pozostawali braćmi - być może podstawą braterstwa była wspólna tęsknota za apokatastasis? Nie tego jednak dotyczy tekst w tygodniku.
Najzabawniejsze jest to, że w tekście zrównującym marketing z ruchami sekciarskimi piętnowany jest np. zakup drogich butów, elektroniki użytkowej, biżuterii i actimela (w zasadzie wszystkiego co nie jest “produktem pierwszej potrzeby”) popadając przy tym - chyba nie do końca świadomie w neo-kalwiński ton!
Autor oburza się i zżyma (tak nazywa własne emocje w ostatnim akapicie) na sekciarzy oddających się praktykom, które zgodnie z ogólnie panującymi normami moralności oceniane są jako “nieprzyzwoite” (czyż nie podobnie zachowywali się wszelcy ‘entuzjaści’, ‘rozpustnicy’, ‘radykałowie’?) - zakładam, że oczekując na nadejście Nowego Ładu, lub Trzeciego Królestwa.
Oświeceniowy postęp i racjonalizm czyniony już był bogiem - jednak warto chyba pamiętać o konsekwencjach nowego ładu, w którym człowiek sam siebie “obdarzał łaską” (zob. E. Voegelin). Zastąpienie burżuazji proletariatem, krytyka handlu i “kupieckiej nieuczciwości” jako antychrześcijańskiej (przecież Chrystus był cieślą, rzemieślnikiem, a nie zajmował się lichwą czy akwizycją...) wszystko to już było i nawet tego rodzaju “odnowy” wpisać można w manichejski obraz świata. Od krytyki “nieprzyzwoitości” do nawoływań do redystrybucji bogactwa i władzy w końcu niedaleko. Można by wręcz posądzić autora o tęsknotę za światem, w którym zlikwidowany jest cały ten wredny marketing, a wszyscy są równi wobec produktów i usług... Ale to byłaby przesada.
Odwrócić więc spróbujmy całe rozumowanie. Przecież konsumpcjonizm (w tym amoralne sięganie po luksusowe produkty) to dziś nie żadna sekta, ale regularny... kościół - z prawdziwą tradycją, hierarchią i kontynuacją. Czy głosem sekciarskim nie jest więc głos samego autora, który odczuwa niepokój i domaga się reform czyniąc to na łamach marki należącej do międzynarodowego koncernu wydawniczego, w dodatku za koncernu tego pieniądze? Na pewno nie.
A jeśli tak? To ja do tej sekty wstępuję. I znam nawet zaciszne katakumby.
Tak na marginesie: w temacie sekt: Eric Voegelin; Lud Boży, (Das Volk Gottes. Sektenbewegungen und der Geist der Moderne), tłum. Monika Umińska, Znak, Kraków, 1994.
Dragan Sakan (1950-2010) odszedł niespodziewanie w tą niedzielę (03.10.10), w Belgradzie.
Z wykształcenia psycholog, człowiek pasji, autor trzech książek na temat kreatywnego myślenia i niezliczonej ilości kampanii reklamowych. Przede wszystkim jednak pionier reklamy na Bałkanach.
Przygodę z reklamą rozpoczął w 1975 roku (Jugosławią rządzi wówczas J. Tito i Komunistyczna Partia Jugosławi). Przygodę tą zamierzał rozpoczynać jako krytyk reklamy ale od razu... zakochał się w niej i postanowił założyć agencję reklamową.
To dzięki niemu “propaganda gospodarcza” przekształciła się w wysokiej jakości reklamę.
Fascynował go fenomen twórczego myślenia. Prowadził poświęcone temu projekty m. in. wraz z Edwardem de Bono, stworzył European School of Ideas, założył agencję i magazynNew Moment, był również gospodarzem niezwykłych, prowadzonych w Piran warsztatów Ideas Campus (na których miałem szczęście dwukrotnie zagościć i poznać Dragana).
Sam o sobie pisał przewrotnie, że jest “psychologiem, naukowcem, pisarzem, dziennikarzem, reżyserem, designerem, artystą, wykładowcą, biznesmenem oraz ‘rzemieślnikiem odwiedzający najsłynniejsze restauracje świata’”.
Uhonorowany wieloma tytułami (Człowiek Roku, Serbski Ambasador Twórczości, New Europe Creative Director i wiele innych), członek jury wielu festiwalów artystycznych i reklamowych odbywających się na całym świecie, wykładowca na Akademii Sztuk Pięknych w Belgradzie, prowadził również zajęcia jako visiting professor na uczelniach w całej Europie.
Jak przyznawał, jego dwie ulubione marki to Zaki (Zarko) i Laki (Łazarz) - synowie.
Kochał życie i palił jak smok.
Wielki Człowiek.
Prawdziwy Idea Man.
Cysorz to ma klawe życie.
Cysorz może i tak, ale nie Premier.
Premier czujny musi być, zwarty i gotowy.
Zwłaszcza, że prezydent gdzieś ostatnio zniknął.
Premier kłopotów ma bez liku.
Ale od czego czwarta władza.
“Droga redakcjo - co robić?” Pyta premier.
“Zajmij się Synu tym, czym każdy polityk zajmować się winien w sytuacjach dla niego krytycznych. Zajmij się problemem zastępczym - weźmy na to dopalaczy”.
Odpowiada życzliwa, jak zwykle, redakcja.
Premier przywołuje więc skuteczną w walce z każdą pandemią Minister Zdrowia,
Wypowiadają brutalną walkę dopalaczom.
Dopalacze stają się głównym tematem mediów.
Paski informacyjne wszystkich stacji podają stan “na dzień dzisiejszy” - ilość ofiar dopalaczy zarejestrowanych od momentu, kiedy media zajęły się tematem.
Darmowe publicity dla dopalaczy.
A najlepiej smakuje owoc mediowo opakowany.
Premier zapowiedział, że będzie działał na pograniczu prawa. I działa.
“Nikt już przez tych Panów życia pozbawiony nie będzie” mógłby zacytować Premier innego słynnego polityka.
Ale nie cytuje.
Nie ma na to czasu bo walczy z dopalaczami.
Z powodzią i jej skutkami walczył równie brutalnie.
I z KRUS-em.
I z podatkiem VAT też walczył.
Generalnie jest walecznym premierem.
Tak jak jego otoczenie.
W końcu polityka to walka.
Co prawda o dostęp do koryta.
Ale walka jakby nie było.
Dopóki Premier nie zajął się dopalaczami problem nie istniał.
Ofiar nie było. Nawet Pani Zdrowaś, Łaski Pełna Minister o niczym nie wiedziała.
Premier oko (wilcze, jak powiadają) baczne zwrócił na problem i ten się urzeczywistnił.
Nie tylko w Rosji urok spojrzenia premiera czynić cuda może.
I nie tylko w Rosji działanie “ma granicy prawa” za szlachetne uchodzić może.
Giluliani drugi na naszych oczach się rodzi.
Zero tolerancji złu wszelkiemu zapowiada.
Przyjdzie czas na ofiary narkotyków.
I smogu na ulicach.
I bójek kibiców,
Następne będą ofiary papierosów.
Później ofiary alkoholu.
I wszelkich przyczyn zawałów.
Brutalna walka z cholesterolem się zapowiada.
I pijanymi kierowcami, co w weekend śmierć wiozą.
Następnie brutalna walka, “na pograniczu prawa” z rakiem prostaty.
I z samą prostatą.
Pani Minister wesprze Premiera.
W końcu przyjdzie czas na brutalną walkę z korupcją.
I kumoterstwem.
I polityczną obłudą.
Kto mieczem wojuje od miecza ginie - powiadają.
Ale Premier mieczem nie walczy.
Bo Premier jest piłkarzem.
Kopać potrafi.
Nie tylko dołki.
I sam w nie wpada.
Tak na marginesie: na pohybel dopalaczom, ale na Boga (jak mawia Pani Minister), czy jest jeszcze szansa na normalność?
Jak wygląda państwo idealne wg Janusza Palikota (palikotopia)? Byt ten można zrekonstruować na podstawie tzw. 15 postulatów programowych przedstawionych na wczorajszym evencie w PKiN. Byt ten wygląda kuriozalnie i żałośnie.
Większość postulatów nawiązuje do obsesji seksu, religii i władzy. Seks i religia przebijają najwyraźniej. Nic w tym nadzwyczajnego - Janusz Palikot zabiega o poparcie mas, więc odwołuje się do masowych popędów i archetypów. Masy zaś, jak zauważył m. in Z. Freud są “leniwe i nieinteligentne, bynajmniej nie pragnąc wyrzec się popędów”. Niechęć do pracy i bezsilność argumentów wobec namiętności sprawiają wg niego, że nawet w obszarze kultury wobec mas należałoby stosować zamordyzm.
Eros i Ananke to rodzice ludzkiej kultury. Janusz Palikot (filozof) doskonale rozumie masy - na co dostarczył wielu dowodów - stąd większość jego postulatów dotyczyło właśnie kultury i jej ograniczeń. Kultura w ujęciu Freuda opiera się na hamowaniu popędów, niezaspokojeniu, wyparciu i stłumieniu. Filozof postawił więc na konsekwentne łamanie tabu. Przy okazji uderzył w narodowy totem.
Palikot postuluje zatem państwo 300 domorosłych amatorów filozofii (liczba 300 symbolizować ma zapewne słynnych Spartan), którzy wybierani w jednomandatowych okręgach bawić się będą przez dwie kadencje w kulturowe prowokacje - do momentu, aż chwalebnie polegną ustępując miejsca kolejnym. Janusz Palikot, Magdalena Środa (prof. filozofii), Manuela Gretkowska (ukończyła filozofię) oraz Pani Filozof (niestety nie usłyszałem nazwiska) - przywołująca słowa Arystotelesa i jego poglądy na temat celu polityki -występowali więc wspólnie w “kabarecie metafizycznym”, którego preludium stanowił fragment symfonicznego poematu Straussa “Also Sprach Zarathustra” (szerokiej publiczności utwór znany jest pod tytułem “muzyka do filmu Odyseja kosmiczna”). Wszystko niezwykle “filozoficzne” Szkoda, że sam Zaratustra nie został na kongres zaproszony.
Walenie w Kościół Katolicki, jak w pusty bęben (z podkreśleniem, że to postawa antyklerykalna, a nie antyreligijna) i nawoływania do rozdziału tej instytucji od państwa nie były więc niczym zaskakującym. Podobnie jak hiperfeministyczne tezy.
Polska ma być przecież wyzwoloną kobietą z prawem do wielokrotnego orgazmu i aborcji na życzenie. M. Gretkowska co prawda nie postulowała refundacji wszczepiania drugiej łechtaczki (opisywała kiedyś te fantazje), ale przecież kongres był dopiero początkiem.
W palikotopii wszyscy obywatele mają przede wszystkim zapewniony darmowy dostęp do facebooka, gdzie odbywa się notoryczna edukacja seksualna i spontanicznie zawiązują się, a następnie są rejestrowane kolejne związki partnerskie zarówno hetero, jak i homoseksualne (nie wyjaśniono na czym ta “darmowość” dostępu ma polegać, ale pewnie chodzi o to, że za wszystko zapłaci “państwo”, pewnie z podatków).
Związki te otrzymują od państwa darmowe prezerwatywy, spirale, pigułki, pianki, żele, wibratory - co kto sobie zażyczy - wszystko poza dopalaczami. O sposobach używania wszystkich tych imponderabiliów życia codziennego nauczają na (powszechnie dostępnych) lekcjach etyki liberalne, wyzwolone feministki w czarnych pończochach i seksownych okularach w rogowej oprawce (szkła zerowe).
Ryszard Kalisz próbował się nieco dystansować od tego cyrku transcendencji (przekraczanie ograniczeń obyczajowych byłoby głównym celem w palikotopii) przypominając, że nosi w okularach szkła optyczne i cytując pierwszy artykuł Konstytucji RP: “Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli”! Wpadł jednak w szybko w lewicowe uniesienie i... zapomniał co chciał powiedzieć.
Wizja państwa rządzonego przez filozofów nie jest niczym nowym - tradycję zapoczątkował Platon, jednak każdemu, kto wierzy w mrzonkę wprowadzania cnót do polityki dźwięczeć wciąż powinno w uszach pewne słowo: Syrakuzy.
Tak na marginesie: w postulatach Palikota zabrakło rzecz jasna kwestii gospodarki, rozwoju cywilizacyjnego i problemów socjalnych. To jednak nie dziwi - niechęć do pracy, lenistwo i próżniactwo to przecież ukryta istota ludzkiej natury (znowu Freud). Ciemne masy nie chcą słuchać o pracy. Masy chcą bezkarnie i bez poczucia winy kopulować na ołtarzach za państwowe pieniądze - to ukryte założenie palikotopii.
Co do logotypu ruchu to najlepiej chyba pasuje tu tekst piosenki Lao Che - “Anioły bierzta mnie!”. Symbolika historyczno-mitologiczna raczej wykluczona: husaria, jeśli już to posługiwała się jednym skrzydłem, a nie dwoma. Skrzydło zaś mocowano do siodła, a nie wtykano sobie w tyłek. Chyba, że pióra wetknięto tam w celach np. leczniczych? Można przecież przyjąć następującą interpretację: oto błękitna postać (oderwana od rzeczywistości) wypina się i rozkłada ramiona w arcyciekawym geście ponieważ właśnie dostała solidnego kopa. Ale żeby od razu masaż ptasim piórem? Tak czy owak zadek zamienił się w kuper. Może to właśnie o to w tym wszystkim chodzi?
Rozumienie pojęcia “społeczna odpowiedzialność”, które pojawia się w salach konferencyjnych, na blogach korporacyjnych i w ilustrowanych magazynach branżowych zasadniczo zdaje się różnić od tego, co sądzą na ten temat “ludzie jak my” (tylko David Byrne mógł to napisać, a John Goodman właśnie TAK zaśpiewać).
Polacy z jakichś niejasnych powodów wciąż nie chcą przepłacać (przepraszam: płacić wyższej marży) za szlachetne idee i wartości (ekologia, prawa pracownika, etyka biznesu, innowacja społeczna itp.). Wolą po prostu kupować taniej. Wciąż nie dorośli do idei CSR, czy już je przerośli?
“Społecznie odpowiedzialny” oznacza dla nas - “swój człowiek”, “ten który działa w moim interesie” (niekoniecznie “w naszym interesie”). Etymologia rządzi: odpowiedzialny, czyli “ten, który MNIE odpowiada”. Odpowiada mi bo kupię dzięki niemu taniej, albo po prostu odpowiada mi... kiedy go o coś zapytam. Wciąż zbyt odległe od tego, jak należałoby wg ekspertów pojęcie to rozumieć. Ale Polak potrafi. wycinek a. wycinek b.
Czy to oznacza, że Spend Shift nie ma u nas szans? Niezupełnie. Może po prostu oznaczać, że już kiedyś zostaliśmy lekko “przesunięci”. I tak nam zostało.
Cyberaktywiści (czy nie brzmi to nieco romantycznie?) nie stworzą nowego ładu. Zwłaszcza “TU I TERAZ” jak to się dziś mówi... Impulsywny charakter działań w SM, formuła “zrywu i zgrywu” to nic innego jak słomiany zapał. W rozniecaniu tegoż od wieków celujemy. Tylko nigdy nie możemy trafić.
Marshall McLuhan gdyby żył, to by pił. Inaczej nie byłby w stanie określić czy fejsbuk (albo inny blip) jest “zimny” czy “gorący” (zwłaszcza, że i tak wystarczająco zagmatwał własną teorię). Facebook wyposaża w informacje w nadmiarze. I co z tego wynika dla wyposażonych?
2.0 Konferencja(w zasadzie wszystko dziś powinno być 2.0...) Al Ries i Laura Ries z bliska i na żywo wyglądają dokładnie tak, jak na zdjęciu. Al Ries i Laura Ries są silną marką. Silna marka - co właściwie znaczy? Jaka jest relacja marki Al i Laura. Czy można o nim mówić, że jest dla niej “marką macierzystą”, czy należałoby ożywać określenia: “marka ojczyźniana”? “Marka ojczyźniana” czy “marka ojczysta”? Obie wersje są nieprofesjonalne. Al Ries i Laura Ries są profesjonalni. Profesjonalnie to mówi się “endorsement”, a Al jest “endorser”. Napisałem kiedyś do Laury i Ala i to właśnie Al mi odpisał. 22 niezmienne prawa marketingu wciąż pozostają niezmienne. Al i Laura stosują swoje prawa do budowania swojej marki. Prawo ekspansji, prawo, redukcji, prawo rozgłosu, prawo reklamy, prawo słowa, prawo marek podrzędnych, prawo rodziny, prawo ogólników itd. Wszystkie, o których piszą. Dlatego są silną marką. Konsumenci mają skłonność przepłacania, gdy sięgają po silne marki. Po to buduje się buduje silne marki by były rentowne. 22 niezmienne prawa skłaniają do przepłacania. Miałem więc szczęście, że “22 prawa...” kupiłem na wyprzedaży. Wczoraj znowu miałem szczęście: od obojga otrzymałem autograf. Miałem potrójne szczęście: Grzegorz, wielkie dzięki!
Tak na marginesie: Al i Laura to marka luksusowa - produkt, który oferują jest najwyższej jakości. Al i Laura prezentują w sposób perfekcyjny. Wszystko jest doskonale przemyślane, wymierzone, zaplanowane i przećwiczone. Prezentacja przypomina profesjonalny w formie i kaznodziejski w sposobie wywoływania emocji występ. Występ w najlepszej oprawie. Lata ćwiczeń. Malcolm Gladwell pewnie by nawet obliczył ile godzin. Al: 10.000 godz + Laura 10.000 godz = 20.000 godz. Czyli ok. 6 godzin dziennie, albo ok. 40 godzin tygodniowo przez 10 lat. Łącznie. Hipotetycznie: gdyby ktoś już dziś zaczął sypiać mniej, to już za 5 miałby szansę im dorównać. Poziomowi Ala i Laury dziś. A oni, wówczas? Echhh..... Może za 5 lat znowu będę miał szczęście?