poniedziałek, 2 listopada 2020

List do Jaśnie Wielmożnego Pana Jarosława (trochę współczucia, do diaska!)

Jaśnie Wielmożny Panie Jarosławie,

w pierwszych słowach mego listu tuszę, żem zastał Waszmość w dobrym zdrowiu. Bo jak mawia moją Babka, która mając dziewięć dziesiątek roków dziarska jest wciąż i żwawa (choć głucha): „Zdrowie jest najważniejsze”. Dodaje też tajemniczo: „Nie za nas się zaczęło i nie za nas się skończy”. Ale niewiasty ponoć lubują się w tajemnicach. 

Mamć więc nadzieję, że zdrowie Wielmoży dopisuje, regularnie badają Waspanowi prostatę, ciśnienie i cukra mierzą. Nadzieję mam takoż, że regularnie i jak zwykle umywasz Pan ręce, zakładasz przy tem cocullo i dystansa zachowujesz, jak zalecają doktory. Zresztą samć Pan jest doktor to wie jak jest i być należy.

Pozwoli Waszość, że się przedstawię. Podobnie, jak Pan człekiem jestem majętnym i smak dobry posiadającym. Bogactwem mem i darem jest, że pod rządem Wielmoży żyć mi dane, a gustum żem po Babcem napomkniętej odziedziczył. Nauczyła mnie ona tradycyjnych sztuk kilku. Z wikliny więc koszę wyplatać potrafię, a i Pan jako mniemam pleść umie bo sztuka to zacna i życie ułatwia.

Zapyta Jaśnie Pan zapewne: a pocóżem pióro dziś umoczyć raczył? Otóż słuchy mię doszły coby niepokój w sercu Wielmoży zagościł; niespokojność tumultem tłuszczy powodowana. A poruszony spiritus w naszym wieku (wie Waść co mam na myśli) apopleksyji sprzyja, a i podagry bóle ponoć wywołuje. 

Jako wierny poddany i sługa Waćpana uniżony słów kilka otuchy przesyłam więc przez umyślnego o błogosławieństwo i odpust przy okazji się upraszając.

Rozumiemć ja dobrze frasunek Jaśnie Pana. Waść Brata przeca umiłowanego utracił – pokój jego duszy. Bliźniak ci on był, a to jakobyś Pan duszy swej własnej i ciała połówkę utracił. Marna część tedy z człowieka się ostaje i kirem czarnym serce ból przesłania. Mam ci ja brata zrodzonego, niewyskrobanego – na emigracyji on teraz rzemiosło swe dzięki Waszmości uprawiać może. I jakoby pomyślę jeno, że w tragedyji jakowejś Pan Nasz w zastępy powołać by go kazał, to aże mnie pot zimny oblewa i ciało me drętwieje. I ziemskiej sprawiedliwości wszelkiemi dostępnemi mnie maluczkiemu środkami bym szukać ruszył, co by winni śmierci jego przykładnie zawiśli. 

Człek więc jak Asan tak ciężko doświadczon żałobne łzy latami lać musi. Pociechą to nijaką być nie może, ale słowa mistrza Jana z trenów ostatnich niechaj jakowąś otuchą marną tu będą:

„Pańska ręka mię dotknęła,

Wszystkę mi radość odjęła.

Ledwie w sobie czuję duszę..."

Na koniec zaś mawia poeta i radzi: „Ludzkie noś; jeden jest Pan smutku i nagrody”.

Ale nie tylko wyrok niezbadany (wciąż) ten niebiański serce Twe Wćmość i rozum psowają. Jakomć w diariuszu heretyków przypadkiem wypatrzał tumult w stolicy nie tylko ciżba ciemna czyni, ale i biesa głosem wiedźmy rozjątrzone. Pan Bóg zachowaj nas od Mefista! Jeślić to prawda i niecne Belzebuba knowania czarownic tłumy pod locum twe wiodą, to modlitwa moja cicha ratunku Waszmości dać nie zdoła.

Językam więc zaciągnął u alchemika wiejskiego, co w Padwie i u jezuitów nauki pobierał. Dumał ci on wielce nad fenomenum owem i remedijum takowe zalecił. Winieneś Asan pale brzozowe zakupić i służbom nakazać co by je naostrzyli łacnie. Wiedźmy co w furyji najbardziej zawzięte niechaj odarte z odzienia i w łańcuch pokutny zakute zostaną, a pale te niechaj traktem ciągną. I krzyże niechaj same z nich wiążą. A jakoż krzyż święty nasz Pański zawiążą, to niechaj borsuczem sadłem, pieprzem i laudanum czubki smarują i nieachaj zlizują pod groźbą łamania kołem. Modlitwę przy tem do Maryji Panny Zawsze Dziewicy Patronki naszej, Obrończyni i Bogarodzicy niech wnoszą. I niechaj później bruszą. A ty poczywaj.

Tyś Waćpan już roków nadto przeżył. Spokoju ci teraz najwięcej trzeba i o przejściu na pensione zasłużone czas myśleć. Czynu wielkiego Tyś jednak człek i do działań skory. Toć rozumiem, że w komnatach zimnych nie spoczniesz, gdzie ino szczur z kotem harcują. Dziad mój Stanislavus – świeć Panie nad jego duszą – kiedy go siły upuszcać poczęły i obowiązki w cechu zaniechać musiał podobne miał naonczas quaestio.

Rybami w stawach się tedy zajął, a i mnie maluczkiego nad wodę zaciągał cobym poza pleceniem z wikliny inne novum zapoznał. Nie w smak mi była ta przygoda, jakoż ryba zimna i śliska. Mękę robactwu i jej samej zadawać nie po myśli mej było. Jakoż nie była ryba symbolem Jezusa Chrysta Zbawiciela naszego?

Tyś człek pobożny i prawy mniemam zatem, że takowoż wędziska nie ułapisz bo herezją i grzeszną torturą się nie parasz – od tego ostatniego masz przeca Asan katów usłużonych.

Inną jednak dziad mój pasyję napotkał. Machine on umyślną od Żyda zakupił – motociclum na to szelmowskie organum mawiają. Całemi dniami potrafiłć on rozbierać to apparatibus i na nowo komponować. Jamci mu jako urwis i pacholęcie jeno instrumenta donosił i sadzę z okopconych części przecierał.

Tyś jest Waćpan wielki analityk i jasny jest wciąż - niczym słowa Chrystusa Pana naszego - Twój intelectus. Tyś w księgach uczony i rozbiór gramatyczny Ci bez trudu idzie. Tyś już nie jedną res chyżo i dokumentnie na części rozebrał.

Takowom myśl zatem sługa Twój wierny i uniżony podsunąć Ci się waży. A i białogłowy okiem pożądliwem z ukradka zerkają na patrona z trybunału, co na oklep ujeżdżać potrafi.

Rzecz insza, że w pamięć mą słabowitą słowa Acana zapadły i dzwonią, słowa com je wyczytał w Merukriuszu Polskim:

„W pierwszym dniu urzędowania powiedziałem mojemu rzecznikowi, żeby nawet nie próbował mnie namawiać, bo nie będę jeździł po kinderbalach, nie będę publicznie jeździł quadem - choć prywatnie to lubię. Ale podkreślam: prywatnie”.

Daruj więc już sobie Wasza Miłość, Podatuj sobie te odrobinum prywaty i luksusu. Jesteś tego wart - ze szechmiar.

Tu zmierza ma epistoła do verbum finitum, bo żołdaków rozochoconych jazgot i szablek pobrzękowania larum nieznośne czynią myśl mą wątłą mieszając srodze. 

Bóg niechaj będzie z Tobą Jaśnie Panie i Maryja Matka Boża, której opiece polecam Twą duszę umęczoną i ciało. A ciało, czego raz jeszcze życzę niechaj jak najdłużej zdrowe i krzepkie się pozostawa. Cobyś latek najmniej tyle, co Babka moja użył i po łez ziemskim padole jak najdłużej chodził Ci życzę. Koronkę błagalną na kolanach przed Panną Jasnogórską za Ciebie i bliskich Twoich dziś zaniosę. 

Pan z Wami.

Podpisywać się pozwól Waćpan nie będę.

Mam nadzieję, że zgadniesz moje imię.

Post Scriptum.

A na pociechę, kiedyś ciosami fortuny zewsząd doświadczon przesyłam Ci przez gońca pieśń od trubadura wędrownego zasłyszaną. Każ mu jeno niechaj solidnie sprężynę na lirze korbowej naciągnie, jak ci ją nucić pocznie.

Niechaj ból Twój, większy niż mój złagodzą jej słowa. Uważnie się w nie wsłuchaj, gdy spożywać będziesz ostatnią wieczerzę. Ostatnią, bo na tą dzisiejszą list pewnie dotrzeć nie zdoła (zresztą czasy i odmiany przez tą łacinę na ulicach wciąż mi się mieszają).

Chleba i wina niechaj na biesiadzie Ci nie zbraknie. Gońcowim wręczył 30 srebrników, co by jadła dokupił, jak skąpo. Jeśli uznasz, że to gorsząca obraza Uczuć, to każdy Twój wyrok przyjmę twardy, przed mocą Twoją się ukorzę. I chętnie dam się powiesić za nogi na grodzkich murach. Uprzedzam jednak, żem Twój stronnik i konserwatysta - nie golę się zatem pod pachami. Więc, jak członki me połamane luźno już zwisną, to zgorszenie jeszcze większe być może.

Bądź więc wola Twoja.




niedziela, 1 listopada 2020

Efekt torowania, czyli dlaczego nie powinniśmy zakładać czarnych masek.


Efekt torowania, czyli dlaczego nie powinniśmy zakładać czarnych masek.


W pewnym klasycznym już eksperymencie psychologicznym prowadzonym przez Johna Bargh’a, Marka Chena i Larrę Burrows uczestnicy otrzymali zadanie ułożenia z rozsypanki słownej całego zdania. Jedna grupa badanych otrzymała w zestawie takie słowa jak np.: „niegrzeczny”, „denerwujący”, „intruz”, „agresywny”. W grupie drugiej były to: „honor”, „uprzejmy”, „wrażliwy” czy „grzeczny”. Kiedy badani sądzili, że eksperyment dobiegł końca przechodzili do drugiej sali, gdzie czekało na nich inne zadanie. Osoba prowadząca próbowała wytłumaczyć to zadanie mało rozgarniętemu uczestnikowi (był to podstawiony pomocnik eksperymentatora). I tu następowały najciekawsze reakcje. Otóż cierpliwość szybciej (już po 5,5 min.) kończyła się w grupie, która otrzymała wcześniej „niegrzeczny zestaw” – tu badani szybciej przerywali prowadzącemu pytając co właściwie mają dalej robić. Grupa pracując wcześniej z zestawem „grzecznym” wytrzymywała dłużej (9,3 min).

Jeszcze ciekawsza była druga faza eksperymentu, w której część uczestników pracowała nad zestawem, w którym znajdowały się słowa: „Floryda”, „bingo”, „pradawny”. Badaczy, jak już się można domyślić, nie interesowało to, co ułożą uczestnicy, ale w sposób w jaki będą się zachowywać po opuszczeniu sali. Otóż mierzono czas w jakim uczestnicy przechodzili do wyjścia budynku. Okazało się, że w porównaniu do grupy kontrolnej, grupa pracująca nad słowami związanymi ze starością maszerowała do wyjścia znacznie wolniej.

Eksperymentów tego rodzaju prowadzono wiele i są one dobrą ilustracją zjawiska o nazwie „priming podprogowy / prymowanie podprogowe” lub torowanie. Polega ono na tym, że w skutek powtarzanej ekspozycji jakiegoś bodźca (wizualnego lub słownego) powiązanego afektywnie z daną kategorią poznawczą, zwiększa się prawdopodobieństwo zmiany struktur mentalnych przejawiające się np. w wystąpieniu określonych zachowań. Jest to zjawisko odbywające się poza naszymi procesami świadomymi – nie możemy zatem w żaden sposób wpłynąć na jego przebieg i nie mamy praktycznie żadnego wpływu ani kontroli nad utorowaną reakcją. W przypadku tzw. „torowania strategicznego” efekty ekspozycji na bodziec mogą się pojawiać nawet po długim czasie – np. po kilku miesiącach.

Zjawisko primingu wykorzystywane bywa celowo np. poprzez aranżowanie środowiska i otoczenia poprzez umieszczanie w nim bodźców mających „zaprogramować” jednostki - wywołać zamierzony sposób reagowania: myślenie, odczuwanie czy zachowanie. Wielu wiec badaczy i przedstawicieli służb więziennych zaobserwowało związek pomiędzy tym, że jeśli ściany pomieszczenia zatłoczonej celi, w którym np. przebywać ma grupa pijanych mężczyzn pomalowane zostaną różową farbą, to wśród osadzonych spada skłonność do przemocy. Jeśli z kolei chcemy np. podnieść kreatywność pracowników, to służyć temu będzie otoczenie, w którym znajduje się wiele elementów niebieskich lub zielonych (czerwonego należy unikać), a dodatkowo… ekspozycja logo Apple. Z kolei, jeśli podajemy komuś kubek z ciepłym napojem – np. z kawą lub herbatą, to tym samym zwiększamy prawdopodobieństwo, że człowiek ten będzie nas odbierać jako osobę bardziej ciepłą, serdeczną i generalnie bardziej sympatyczną.

Torowanie możliwe jest m.in. dlatego, że nasze mózgi nieustannie przejawiają aktywność polegającą na „skanowaniu” otoczenia. Wiele bodźców dociera do nas w sposób zupełnie przypadkowy i nieuświadomiony, co nie oznacza, że są one obojętne dla naszego organizmu i jego przetrwania. Mózg rejestruje i przetwarza wszystkie docierające z zewnątrz informacje, aby modulować nasze zachowania. Każdy zatem bodziec nawet jeśli nie jest świadomie przetwarzany może działać na mózg pobudzająco lub hamująco, a często zostanie również umieszczony w naszej pamięci.

Na jaki nowy bodziec wizualny byliśmy najczęściej wystawiani w ostatnim okresie? Bardzo znaczący – była to maska na twarzach ludzi, których mijamy co dzień na ulicach, w sklepach, w biurach, których oglądamy w telewizji i każdym innym miejscu. Pandemia sprawiła, że od wielu miesięcy funkcjonujemy w „zamaskowanym” otoczeniu społecznym, co z punktu widzenia nauk behawioralnych i procesów poznawczych nie mogło być obojętne dla sposobu naszego funkcjonowania.

Co ciekawe zmieniał się również wygląd i charakter zasłon naszych twarzy – śledząc jego ewolucję można zaobserwować, że początkowo były to najczęściej tradycyjne maseczki sanitarne – dokładnie takie, jakie wcześniej widzieliśmy na twarzach chirurgów lub personelu medycznego. Stanowiły one jednocześnie pewien kod kulturowy – sugerowały związaną z zapewnieniem aseptyczności ostrożność, kojarzyły się z medyczną mądrością, pomocą chorym, ratowaniem i ochroną życia – szeroko rozumianym poczuciem bezpieczeństwa.

Z biegiem czasu wygląd osłon coraz szybciej się zmieniał. Pojawiły się nowe kolory i wzory. Kolory „szpitalne” zaczęły znikać, zastępować je zaczęły barwy coraz ciemniejsze – obecnie dominującą stała się czerń. Zmieniać również zaczął się wygląd samych masek – z pierwotnych, „niewinnych” maseczek chirurgicznych zmieniać się zaczęły w coraz bardziej wymyślne osłony z elementami zaczerpniętymi z masek przeciwgazowych (filtry, usztywnienia, specjalne wyloty itp.). Tego rodzaju maski p-gaz konotują wysoki stopień zagrożenia i charakter działań wojennych. Kojarzyć się mogą z gazem bojowym w okopach, bronią biologiczną i ostrzeżeniami „biohazard”.

Obok samych masek na popularności zyskiwać zaczęły również „przyłbice”. Już samo słowo „przyłbica” pochodzi z nieco innego porządku „semantyczno-afektywnego”. Przyłbica to część zbroi kojarzonej z zaciekłą i krwawą walką. Przyłbice opuszczali średniowieczni rycerze, współcześnie zaś używają ich uzbrojone służby, takie jak policja czy wojsko. Zasłonięcie twarzy przyłbicą oznacza gotowość do konfrontacji - podjęcia walki. Kojarzyć się więc może z agresją, przemocą i dominacją.
Bodźce w postaci kodów wizualnych w przyspieszony sposób zmieniły się zatem z tych kojarzonych z altruizmem, pomocą i zachowaniem życia przechodząc w obszar wojny, przemocy i śmierci.

Inna rzecz, że dochodzi do tego długotrwała ekspozycja na obraz (i pojęcia) związane z samymi maskami. Zasłonięcie twarzy (trudność identyfikacji i nieczytelność pełnej mimiki) przy użyciu czarnej maski towarzyszyło wcześniej czynnościom niepożądanym, zakazanym lub wręcz przestępczym. Ciemnymi maskami zasłaniali przestępcy, bandyci rabujący banki, włamywacze czy w końcu terroryści (motyw ten wykorzystano np. w serialu „Dom z papieru”).

Sięgając głębiej sama maska oznacza anonimowość – próbę ukrycia indywidualnej tożsamości i wejścia w określoną rolę – w „personę”. To właśnie maski Guya Fawkes’a były symbolem ruchu aktywistów „Anonymous” i innych „oburzonych” (lub też, jak sami siebie określali” „wkurwionych” – rok 2011) wyrażających sprzeciw wobec decyzji władz i walkę o prawa wolnościowe (w popkulturze motyw pojawił się m. in. w filmie „V jak Vendetta”).

Maska to również świat teatru (maski w teatrze antycznym) – gry, lub zabawy (klown) – igrania. W kulturach pierwotnych rytualne maski zakładane były przez czarowników, szamanów, uzdrowicieli, których indywidualna tożsamość musiała zniknąć (np. w trakcie transu), kiedy łączyli się z nadnaturalną lub boską mocą np. w postaci siły „mana”. W każdym z tych przypadków chodzi o to samo – o roztopienie się „ja” – wyzbycie „ego” na rzecz możliwości partycypacji w wyższym porządku lub ponadjednostkowej energii (w tym nieświadomej energii zbiorowej).

W jaki sposób długotrwałe obcowanie z maskami, z których większość przybrała czarny kolor oraz z przyłbicami mogło mieć wpływ na nasze zachowania? Przede wszystkim zupełnie nieświadomie zaczęliśmy traktować innych ludzi, jako podmioty niosące śmiertelne zagrożenie. W znaczący sposób przyczyniło się również do wzrastającej nieufności wobec innych – niebezpiecznie obcych i jeszcze bardziej anonimowych (zwłaszcza, że oparty na zaufaniu kapitał społeczny nigdy nie był u nas wysoki). Jednocześnie nieświadomie zaczęliśmy identyfikować się z narzuconą rolą – „zamaskowanych” – odczuwać przynależność do zbiorowości tych, którzy mają śmiertelnego wroga, z którym wszelkimi środkami trzeba walczyć. Wszyscy zaczęliśmy się czuć niczym terroryści walczący w zagazowanych okopach z innymi anonimowymi bojownikami.

Zwłaszcza, że „programowani” jesteśmy nie tylko kodem w postaci maski, ale również fizyczną czynnością – utrwalanym nawykiem jej codziennego zakładania. W pewnym sensie każdego dnia musimy narzucać sobie dodatkowe ograniczenie i powodować własny dyskomfort (nie spotkałem nikogo, kto faktycznie uwielbiałby chodzić w masce) – jakiś rodzaj zniewolenia, musimy inaczej oddychać – tu również tracimy swobodę i zaczynamy dosłownie i w przenośni „dusić się” całą zaistniałą sytuacją.

W połączeniu z długotrwałym lękiem, napięciem, niepokojem i frustracją wynikającymi z narastającego poczucia zagrożenia (nasilająca się pandemia, niepewność co do pracy, długotrwała izolacja) stała ekspozycja na powtarzający się kod wizualny i narzucany sobie mechaniczny odruch nakładania maski – wszystko to musiało w jakiś sposób silnie wpłynąć na nasze sposoby zachowania i reagowania na inne bodźce. A co za tym idzie na zachowania w praktycznie każdej sferze naszego życia.

Nie chcę wysuwać zbyt daleko idącego wniosku i twierdzić, że np. obecny „bunt” społeczny (abstrahując od samego strajku kobiet, ponieważ jest to bunt i protest znacznie większej grupy i dotyczy nie tylko praw kobiet) wynika w dużej mierze z długotrwałego noszenia masek, ale jestem przekonany, że odegrały one niebagatelną rolę w jego natężeniu i sile eksplozji (inna rzecz, że jednym z symboli obecnej rewolucji jest czarna maska z czerwoną błyskawicą). Felieton ten jest głównie amatorską gawendą, ale zachęcam tych, którzy cenią paradygmat standardów naukowych do systematycznej analizy korelacji pomiędzy charakterem i rodzajem niepokojów społecznych w poszczególnych krajach (lub regionach) w ciągu ostatniego roku, a regulacjami związanymi ze sposobem profilaktyki covidowej – szczególnie zalecanego, lub narzucanego sposobu zasłania twarzy (czynnik: „zalecany” vs „prawnie nakazany” również wydaje się tu niebagatelny). Sama korelacja o niczym rzecz jasna świadczyć nie musi.
Ale może.

Można więc zadać sobie pytanie: co stanie się w niedalekiej przyszłości, kiedy nadal będziemy zmuszani okolicznościami (i jednocześnie przepisami) do zasłaniania twarzy maską lub przyłbicą? Moim zdaniem nic dobrego z tego nie wyniknie. Bo choć na pewno w jakiejś mierze zżyliśmy się i będziemy nadal z tym oswajać, to jednak jest to wciąż nowy i silny bodziec torujący nieoczekiwane zachowania. Przy tego rodzaju bodźcowym warunkowaniu stopień wzajemnej nieufności i agresji wyrażanej przemocą będzie tylko narastał.

Co może być rozwiązaniem?
Być może popularyzowanie noszenia błękitnych (tudzież różowych?) maseczek higienicznych, odchodzenie od przyłbic i stylizacji na maski p-gaz. Może więcej takich zwykłych – „uspokajających” maseczek powinno być zakładane przez wpływowe osoby w telewizji, komentatorów, a szczególnie polityków (obecnie premier nosi wzór p-gaz, a prezes maskę czarną)? Może producenci powinni w ramach swoistej kampanii społecznej promować nowe wzory – w jasnych barwach, ewentualnie oferować częściej te z motywami radosnymi lub humorystycznymi?
Poza tego rodzaju intuicjami nie mam żadnego sensownego rozwiązania. Jest zresztą wielu znacznie mądrzejszych, którzy mogliby się tym zająć. Ale obawiam się, że nie pochylą się raczej nad tematem, bo mają mnóstwo innych rzeczy na głowie (w tym czarną maskę).

To, co mogę zrobić, to rzecz najprostsza – wychodząc dziś na spacer sięgam po najprostszą, błękitną maseczkę higieniczną. Takim spacerem rzeczywistości nie zmienię, ale przynajmniej spoglądając na sylwetkę odbijającą się w sklepowej witrynie zobaczę kogoś podobnego. I już będzie nas dwóch.
Zawsze to raźniej.

Tak na marginesie: Ktoś może zapytać: a co ze społecznościami, które od dekad używały już masek w „erze przedcovidowej”? Ponieważ miałem okazję zwiedzić w przeszłości wiele państw Wschodu, jedną z pierwszych rzeczy, które rzuciły mi się w oczy było to, co zwracało uwagę każdego turysty: maseczki higieniczne na twarzach ściśniętych jak sardynki pasażerów japońskiego metra, czy też przechodniów na pekińskich ulicach. Jeszcze bardziej zaskakująca mogła się wydać informacja np. wyczytana w przewodniku, że osoby te zauważyły u siebie jakieś symptomy lub zostały zdiagnozowane i po prostu nie chcą zarażać innych – dbają o dobro wspólne.
Jest to jedna z cech silnie zakorzenionych w myśleniu ludzi Dalekiego Wschodu (podobnie jak fakt, że myślą oni bardziej holistycznie, rzeczywistość postrzegają jako proces ciągłej zmiany, mają wyższą tolerancję na sprzeczności, inaczej postrzegają kategorię czasu, mają inny stosunek do władzy itp.). Dobro wspólne wyniesione ponad dobro jednostki jest tu swego rodzaju oczywistością – podobnie jak fakt, że „My” (całość) jest zawsze ważniejszy niż „ja” i całość jest czymś więcej niż suma „części”.
Wschód posiada zatem dużo wyższy tzw. współczynnik kolektywizmu niż indywidualizmu w społeczeństwie. I to był pewnie jedne z powodów, dla którego nie zrzucały się w oczy mocno oryginalne lub „odlotowe” maseczki na twarzach przechodniów – wszyscy nosili identyczne. Żyjąc w społeczeństwach Zachodu nie zauważamy nawet jak ważną i silnie zakorzenioną wartością jest dla nas indywidualizm – na każdym więc kroku staramy się podkreślić odrębność i autonomię własnego „ja” rysując wyraźne granice lub dążąc do wyróżnienia. Nie jest więc w żaden sposób zaskakujące, że od samego początku pandemii nasze maseczki nie mogły być takie, jak „takie same, jak noszą inni”.

A co z kobietami islamu? W tym przypadku myślę, że tam zasłony w rodzaju: kwef, burka, czador stanowią prastary element kulturowy. W przeszłości były również noszone przez mężczyzn. Islam świetnie przyjął się w społecznościach nomadów czy górskich pasterzy zamieszkujących rejony suche i gorące. Osłona twarzy przed piaszczystym pyłem miała w takich warunkach uzasadnienie czysto funkcjonalne. Tradycyjną część stroju wmontowano więc w tradycyjną rolę i wygląd kobiet. Islam jest mocno osadzony w tradycji. Więc np. przesłonięta tradycyjną kefiją (arafatką) twarz także zaczęła być kojarzona z radykalnym fundamentalizmem, który sięga po środki terroru. Intencje mogą być niewinne a powody prozaiczne – lęk jednak pozostaje.

piątek, 30 października 2020

W Czechach ratunek i w igrzyskach

Co łączy wszystkich Polaków niezależnie od przekonań, światopoglądu itp.?
Odpowiedź jest oczywista: nie co, ale kto.
- Iga Świątek.
- Robert Lewandowski.
- Adam Małysz.
- Agnieszka Radwańska.
- Robert Korzeniowski.
- Kamil Stoch.
Itd. Łączy nas umiłowanie naszych mistrzów sportowych, podziw dla ich osiągnięć, fascynacja i zdrowe emocje, kiedy wspólnie kibicujemy ich wysiłkom. Jednoczymy się wtedy w wielogłowego kibica o jednym sercu bijącym w miarowym, wspólnym rytmie biało-czerwonych tarabanów.

I to jest moja kreatywno-innowacyjna podpowiedź dla rządzących – idźcie za starą, sprawdzoną maksymą cesarską: „panem et circenses”.

Chleba dziś jednak ludziom nie dacie, bo kiesa cesarstwa pusta (na tarcze drewniane wszystko poszło), gastronomia zamknięta, a zresztą przy dzieleniu się chlebem (w każdej postaci) można się czymś zarazić. Dajcie więc pospólstwu igrzyska! Przynajmniej na to lud durny i chmurny zasługuje.

Zwłaszcza, że czas odpowiedni i trzeba by zaraz odpalić znicza. Tu zresztą przychodzą na myśl inne kwestie, które wszystkich łączą – śmierć i podatki.
Przy podatkach na znicze (i nie tylko) cichcem już majstrujecie, a miejsc w kostnicach ubywa (przynajmniej tu ubywa, więc kolejny sukces władzy).
Pospólstwo mocno więc niespokojne i zacznie coraz mocniej wierzgać. Zwłaszcza, że nowy pobór do legionów przez cesarstwo już ogłoszony i matki żegnać będą swych synów. I wszyscy dziś raźno śpiewają: „Ave Casar morituri te salutant!” A Prezes-Cezar ćwiczy lapidarność stylu.

Piszę „pospólstwo”, bo prawdziwa władza i prawdziwi politycy (a nie jakieś tam mięczaki filozofy, co płaczą na yutubach) myśli w takich kategoriach: „pospólstwo”, „masy”, „tłumy” i myśleć tak musi. Dlatego najdłuższe kadencje zawsze zachowują buce o dyktatorskich zapędach – bo wiedzą doskonale jak za ryło trzymać.
Chcecie zatem powstrzymać tumult?
Igrzyska – to jedyny ratunek.
Jak mogłoby to wyglądać?

Oto kilka propozycji:
- Para-olimpiada, bo pasuje idealnie do obecnego dyskursu, ale dla ścisłości – „para” bo przez Zooma. Zresztą para-państwo powinno się tylko parać z rzeczywistością.
- Walki gladiatorów – w studiu komentować będą Zenek Maximus i Russell Crowe Crowe dobrze pasuje, bo jest z antypodów, a tam też wszystko stoi na głowie. Na arenie tradycyjnie (to się sprawdza w wiadomościach) polscy biznesmeni w skarpetkach kontra rydwany biur centralnych anty.
- Maraton, albo ściślej: samotność długodystansowca – tu wiadomo kto chętnie sam się zgłosi i pobiegnie po hipodromie.
 A na deser: pankration – antyczna dyscyplina, która idealnie wpasowuje się w naszą mentalność – ujmując rzecz w skrócie: ostra napierdalanka (dziś już pisać tak wypada i wręcz należy), gdzie wszystkie chwyty dozwolone.

Do tego ostatniego wybrać należy pysznie wyglądających młodzieńców, spełniających ideały „kalos kagathos”  – „piękny i dobry” (dobry sobie w tym przypadku) – coby plebs ślinić mógł się z zachwytu i pożądliwości patrząc na błyszczące w słońcu, gibkie, naoliwione ciała i sprężyste pośladki. 
Antyk pod tym względem był mniej pruderyjny niż sama Margot.
Bo dziś może się to wydać szokujące nawet dla moralnych ruchów wyzwoleńczych, ale antyczni zawodnicy występowali zupełnie nago. Nie tylko jednak dlatego by można było podziwiać ich lędźwie, rzeźbione ramiona i wspomniane pośladki (nawet słowo jest piękne), ale także aby jasne było dla wszystkich, że walczący nie mają nic do ukrycia – np. żadnej dodatkowej broni w zanadrzu. Nadmienić warto, że „zanadrze” to z czeskiego, po naszemu, czyli z ruska byłoby: „za pazuchą”: „pod pachą”, tudzież „w pachwinie”. Więc publika łacno mogła stwierdzić, co jest, a czego nie ma pod pachą.

Szczegół być może drobny, ale niektórym wyda się istotny, ponieważ pytania nasuwają się same: co działo się z przyrodzeniem zawodnika (bywało ono przeca dorodne – jako i sami zawodnicy), kiedy np. dawał on susy, miotał dyskiem i przekleństwem, albo wykonywał inne rącze ruchy?
Otóż samo przyrodzenie, co by się za przeproszeniem (choć to dziś niepotrzebny wtręt) zbytnio nie majtało, przywiązywano rzemykiem lub sznurkiem okręcanym wokół smukłych bioder delikwenta (jeśli ktoś uważa, że kpię w tym momencie, to się może mocno zdziwić).

Określenie „przy-rodzenie” z wiadomych względów może tu brzmieć jak językowe prowokacja i patriarchalno-szowinistyczne łajdactwo, ale niestety takie to były czasy – kobietom nie wolno było walczyć na igrzyskach – mogły sobie tylko popaczać (jak mawiają koty w memach i w domu Prezesa) i powzdychać.
Dziś sytuacja się zmieniła – kobiety noszą spodnie, palą ajkosy, klną jak szewcy (i sam Witkacy) oraz walczą. Więc faceci mogą sobie tylko powzdychać i wciągnąć ten np. dym z ajkosów. Skończyło się panowie Marlboro Country. To se newrati (kolejny ukłon w stronę Czechów i generalnie rodziny pansłowiańskiej bez której, w ostatnio użytym „której” musiałbym napisać u-umlaut, a przyznam, że nie wiem jak klawiaturę przełączyć?).

Na czym to stanęliśmy?
Na przyrodzeniu.
Bolesna to zatem pauza, ale udawajmy, że nic się nie stało i idźmy dalej.
Któż zatem mógłby wystąpić w roli naoliwionych, sprężyście gibkich zawodników?
Filozof polityk, jak wspomniano odpada – bo beksa.
Rafael jest piękny, jak z obrazka i pewnie piękne ma dłuto – ale, jak to Rafael głowa w chmurach i tylko rzeźbi, wiadomo w czym. Ściekami do Vistuli młodzian się musi zajmować i pomniki syrenki albo rzeźbi, albo czyści, albo się tłumaczy, że to nie on, ale jakby co, to on powyciera papierem (towar deficytowy – skąd on to bierze? Do wyjaśnienia przez służby!). Przesrane ma chłopak jednym słowem (w zasadzie dwoma słowami) przez tą rzekę i te ciągle zawodzące na kapitolu syrenki.
Gladiator Kristofus - nomen omen - pięty ma gołe, a wiadomo jak Achilles skończył. I na strzał(ę) się nie wystawi, bo nie głupi - radia słucha, ma rodzinę i ojca musiałby zapytać.
Robertus Eritque Arcus ciało ma do oliwy stworzone i nawet, jak w koszuli stawa na trybunie, to jakby go sam Zeus oburącz namaścił, a poza ciałem serce na dłoni (czyli trochę jak Religa dusz). Poza tym ostre ma pióro a i na Europy salonach bywał (Europa w końcu córą z Krety) – uwielbienie tłumów rozpala. Ale niestety tylko biegać potrafi – na secutora czy nawet andabatesa się nie nada. I machejrą pewnie nie włada.
Dostojnikom z Senatu i samemu Brutusowi nie wypada zaproponować, bo znowu się obrażą. I zasną.
Kto mógłby i chciał się zgodzić? Kto najchętniej pręży muskuły i pcha się na afisz?
Nikt mi już nie przychodzi do głowy.
Bo gdyby na arenie znalazł się np. taki Dura-Lex Zbignievus.
Gdyby obok niego stanął Mateus Gracius.
Gdyby istniał choćby jakiś Andreas Tubus. 
Wtedy by ci to były igrzyska!
A tak, co?
Hovno jak mawiają Czesi.
Hezký den miejcie zatem.

Tak na marginesie: 
A Czesi to są cwane bestie swoją drogą i dowcipne – wystarczy posłuchać, jak mówią (mają poczucie humoru, więc myślę, że się nie obrażą). Może jakby tak czeski teraz wprowadzić do TVP i na mównicę to by ludziska trochę wyluzowały? Ja tam przykładowo posrałbym się ze śmiechu. Po czesku „posrał” to chyba „do prdele” – brzmi już prawie jak „wypierdalać”. Tak, czy srak szybciej byśmy się może dogadali. 
Kurde, fajnie się żyje w takim kraju, gdzie człowiek zewsząd jest zachęcany żeby se w końcu ulżyć! To dobrze robi. Więc jak komuś jeszcze mało, to niech se ulży – tu w komentarzach: mocnym słowem, mięsem niech rzuci – byle na temat!





czwartek, 29 października 2020

Storytelling – studium przypadku (ciężkiego)

Historię piszą zwycięzcy. Dla nich jest ona zamkniętą całością – z perspektywy czasu wszystko układa się w sensowny bieg zdarzeń. Dla przegranych historia się nie kończy, próbują więc przyspieszać jej bieg - bo jak mawiają gesztaltowcy nie lubimy niedomkniętych figur, pozostawiają one pewien niepokój.
Są też historie, w których nie ma wygranych i przegranych. I takie bez morału. Te są najciekawsze – pozostawiają poznawczy niedosyt.

Z czego składa się dobra historia? Elementy struktury narracyjnej dla wciągających narracji są uniwersalne i zawsze te same:
- Bohater i jego cel – protagonista, motor opowieści.
- Konflikt – w każdej postaci.
- Antagonista – zaciekły wróg Bohatera.
- Pomocnik / przewodnik / mentor – ten, który w krytycznych chwilach wspierać będzie bohatera.
- Wezwanie do wyprawy.
- Przeszkody, próby i upadki w drodze Bohatera.
- Dramatyczny zwrot.
- Rozstrzygnięcie (pozytywne – komedia, katastrofalne – tragedia).

Historia pisana przez jedną ze "stron" (popularne dziś określenie, podobnie jak "siły") zdarzeń byłaby w takim ujęciu łatwa do ułożenia. Warto sobie jednak czasem życie skomplikować, choćby, wychodząc z założenia, że to co łatwe, miłe i przyjemne nie musi być interesujące dla odbiorców (widzów, czytelników czy światowej opinii publicznej).

Można więc popatrzeć co też powstanie, jeśli zamiast zajmować się historią jakichś „stron” skupimy się na historii jednego protagonisty – powiedzmy jakiegoś wybranego narodu, albo stosując szyk przestawny: Narodu Wybranego (z punktu widzenia logiki nie powinno to chyba mieć znaczenia?) – dalej będziemy go nazywać po prostu „Bohaterem”.

Bohater ma złożoną osobowość. Odpowiadają za to w dużej mierze jego rodzice. Choć nie do końca wiadomo kim byli. Po polach, na których Bohater postawił swą chatę, grasowały oniegdaj różne hordy – nordyckie, germańskie, scytyjskie, aryjskie itd. Wszystkie na pewno bardzo ruchliwe i wojownicze. Bohater odziedziczył więc po przodkach ognisty temperament, zadziorność, impulsywność i skłonność do brawury. Trudno mu usiedzieć spokojnie w chałupie na dupie. Coś musi się zawsze dziać, bo inaczej zaczyna się nudzić. 

Kolejny czynnik, który ukształtował Bohatera, to jego najbliższe otoczenie – sąsiedzi. Zwłaszcza dwie rodzinki. Jedna surowa, zdyscyplinowana i pracowita. Druga szalona, nieprzewidywalna i groźna. Bohater (osierocony dosyć szybko) nie miał więc łatwego dzieciństwa. Sąsiedzi potrafili urządzać np. huczne imprezy – a bywało, że robili je w domu Bohatera, gdzie zdarzało im się pomieszkiwać. Kazali sobie wtedy donosić jadła i napitków, a Bohaterowi nie wolno się było odzywać w języku, do jakiego przywykł. 

Wszystko to musiało stanowić silną traumę i odcisnąć się na psyche Bohatera. Albo więc popadał w religijne uniesienie i szukał wsparcia w domowej kapliczce, albo zakładając kontusz i czapę z pawim piórem urządzał radujące serce biesiady – wydając przy okazji cały majątek. Ponieważ kończyły się one zazwyczaj tym, że opity wzmocnionym miodem wskakiwał na oklep na starą chabetę i gnał z szabelką po lesie sąsiedzi mówili mu w ramach złośliwego komplementu, że ma ułańską fantazję.
No ale to już przeszłość. 

Dziś Bohater zmądrzał i dojrzał. Zaczął nawet być zapraszany na obiady do UE, ONZ i innych ważnych klubów dla dorosłych. Co prawda wszędzie potrafił zepsuć atmosferę zionąc oparem wódy na kacu i i krzycząc „veto!” (jako katolik uwielbiał łacinę - szczególnie fonetyczny urok słowa "zakręt"). Wszyscy już jednak do tego przywykli i puszczali mu to płazem (dosłownie płazem, bo ułan w końcu). Zwłaszcza, że ładnie grał na fortepianie mazurki i pisał wiersze. Za co dostawał pochwały i upominki, z których bardzo był dumny. Po wielu mozołach nauczył się nawet odbijać piłkę i latać na nartach. Dostawał za to brawa i kolejne upominki, które skrzętnie gromadził w kredensie, by każdy gość widział z kim ma do czynienia (choć goście i bez tego widzieli).

Pewnego dnia Bohater – podobnie jak sąsiedzi złapał katar. Prawdopodobnie puszczając chińskie latawce. Ale w tym momencie żarty się kończą. Lekarz zmierzył mu temperaturę, przypisał dwie pigułki (niebieską i czerwoną) i kazał siedzieć w domu, aż wydobrzeje. Ponieważ Bohater bardziej ufał medycynie ludowej niż „dohtorom” (lata okupacji chałupy przez imprezowiczów nauczyły go nie ufać nikomu i niczemu), schował pigułki do szuflady i zaczął się leczyć na własną rękę. Stwierdził, że skoro jest ciepło, to wirusy są niegroźne. Wskoczył rączo na chabetę i jeździł po łąkach i polach. Wołał też do innych: „Wirus w odwrocie! Nie ma się czego bać!”. Nikt z sąsiadów go jednak, jak zwykle nie słuchał – „Wariat, jak to wariat” – mówili pukając się w czoło i spluwając pogardliwie spod maseczki.

Wirus się niestety nie chciał odwrócić – a gorączka rosła. Bohater wrócił więc do chałupy i owinął się baranicą. Włączył telewizję, patrzy i gada sam do siebie: „No, nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Taka, proszę pana… Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje”.
Włączył komputer – to samo: nuda. Sąsiedzi zapraszają go na imprezę na skypie, ale co to za impreza, jak na nartach nie da się polatać?

Książkę otworzył – nuda. Zwłaszcza, że jedna tylko w biblioteczce stoi i już na pamięć się całej nauczył (tytuł” Potop”).
Wstaje więc i łazi od okna, do okna. Bije się z myślami i toczy wewnętrzny dialog:
- Może by do lasu?
- Nie, doktor ci zabronił.
- A może tak po cichu, to nie zobaczy?
- Daj spokój, siedź w chałupie…
Wędruje tak od okna do okna i sam ze sobą gada. 

Otwiera z nudów szufladę – patrzy, a tam dwie pigułki. „Cholera” – myśli – „Receptę zapodziałem, szlag by to!”.
Niebieska miała być od gorączki, a czerwona jak zasłabnie? A może odwrotnie – czerwona na zbicie temperatury, a niebieska, jak dech straci? Nie pamięta. Bo nie może – gorączka rośnie.
„Wezmę se czerwoną” – myśli – „Taka bardziej atrakcyjna i błyszcząca”. I jak pomyślał (?), tak zrobił popijać medykament kubkiem samogonu.
„Wtem gdy wódkę pił z kielicha. Kielich zaświstał, zazgrzytał; Patrzy na dno: Co u licha? Po coś tu, kumie, zawitał? Diablik to był w wódce na dnie, Istny Niemiec, sztuczka kusa…”

Bohater z niedowierzaniem przeciera oczy i patrzy na „patrona z TRYBUNAŁU, co milczkiem wypróżniał rondel, zadzwonił kieską pomału, z patrona robi się kondel…”
„No” – myśli Bohater – „Skoro trybunał w kundla mogę zmienić, to już mi lepiej i wszystko mi teraz wolno!” (niczego nie miłował Bohater tak bardzo, jak wolności właśnie).

Pędzi zatem by osiodłać chabetę, ale biegnąc przez sień zerka przypadkiem w lustro. Patrzy i oczom (czerwonym już od gorączki) nie wierzy. Stoi tam jakoby on sam, ale obcy: „nos jak haczyk, kurzą nogę i krogulcze ma paznokcie!” (gorączka rośnie).
Niewiele myśląc Bohater sięga po naftową lampę (sam ją kiedyś wymyślił, o czym sąsiedzi nie raczą pamiętać, bo postawili na odnawialne, a nie kopalne) i ciska nią w lustro słysząc „jak zgrzyt żelaza po szkle - przejął wszystkich dreszczem i wesołość pomięszał przeczuciem złowieszczem”. Bohater uznaje bowiem, że podzielił się na dwie połówki, więc musi walczyć sam ze sobą – choć przy tak wysokiej gorączce nie do końca już wie kto z kim w nim walczy.
Rozpełzła się płonąca nafta po podłodze – „niczym olej rozlany przez Anuszkę na turnikiecie” – myśli Bohater. 

„Anuszka!” – to słowo dźwięczy mu w uszach niczym cygański romans. Zwłaszcza, że jesienna melancholia nastraja do muzyki. Odwraca się więc na pięcie i biegnie do patefonu. Dmucha na starą płytę i ostrożnie opuszcza na nią igłę nie przejmując się płomieniami, które pełzają mu już po stopach i liżą stary szlafrok. Z patefonu rozlegają się słowa niesione radosną muzyką:
„Od gorąca twych promieni zapłonęły liście drzew, od zieleni do czerwieni krążył lata senny lew, mała chmurka nad jej czołem, mała łezka słony smak Pociemniało, poszarzało - jesień jak to tak Jesień, jesień - jak to tak!
Jesień, jesień, jesień - jak to tak?”

I Bohater puszcza się w samotny tan. Wiruje w izbie starej chałupy (o której myśli zwykle czule: ”mój mały dworek”) i wyrzuca w górę ręce w chasydzkim uniesieniu (Bohater w przeszłości często zapraszał na kolację Żydów, Cyganów, Ormian i bardzo polubił ich pierogi, muzykę i tańce) .
A za oknem złote liście, nabrzmiałe dynie, nabrzmiałe chmury i nagle: błyskawica!
W tym momencie Bohater staje jak wryty – oto iluminacja!
„To już jesień! Połączę się z Anuszką i jednocześnie urządzimy Hellowen! Cukiereczek mój i psikus!” – krzyczy sam do siebie.
„Zrobię tu zaraz „Wesele” i „Dziady” – a niech sąsiedzi patrzą, niech się uczą co to jest „creative tension”, jak to nazwał Welly Ollins!” 
Zakaz gastronomii, wesel i pogrzebów? – a Wypierdalać!

Chałupa stoi już cała w ogniu, ale „Niech się stopi, niech się spali,
byle ładnie grajcy grali!” – śpiewa Bohater przywdziewając słomianą spódnicę, pozłacanym rogiem wypróżnia dynię i zakłada ją sobie na głowę. No ale gdy tylko ją zakłada, robi się „ciemno wszędzie, głucho wszędzie”.

Kamera w tym momencie robi odjazd. Z wysoka i z oddali widać płonące zgliszcza, wokół których biega przerażona chabeta i jakiś bezpański pies. Miniaturowa postać podryguje jeszcze w ostatnich spazmach, ale cały obraz znika z wolna przesłaniany przez gęsty, ciemny dym….

Pojawiają się napisy końcowe:
Scenariusz: Prezes i Sp. z. o.o.
Reżyseria: Matka (nota bene Courage) i jej dzieci.
W rolach głównych: Polak mały.
Jaki znak twój: Grom Dojrzały.
Oświetlenie: Mefistofeles, tudzież Lucyfer („niosący światło”).
Muzyka: F. Chopin, M. Grechuta, Jankiel, szum brzóz.
Montaż: brak (nastąpił demontaż).
Tłumaczenie: z polskiego na nasze.
Oscara wręczą: sami swoi.
Data premiery: trudno ustalić.

Ktoś może powiedzieć: to nie jest dobry moment na robienie sobie głupich żartów. Zgadzam się. Nie jest. Więc na sieriozno: czego zabrakło w tej historii? W zasadzie wszystko jest. Na pewno dzieci będą miały co sobie opowiadać siedząc na obozie (pewnie już dla uchodźców) przy ognisku.
Nie, przepraszam – jedna postać się zawieruszyła! Zabrakło przecież Mentora – Przewodnika – tego, który udzieli wskazówek i ogarnie Bohatera, pokazując co i jak. 

Kiedyś Bohater znając swoje sceniczne ograniczenia potrafił kogoś szybko obsadzić w tej roli – Józefa, marszałka z wąsem (na koniu i z szabelką rzecz jasna) albo dobrego Pasterza Jana Pawła, albo brał kogoś z ekipy oświetleniowej – choćby Lecha, elektryka. Później zaczął się gubić. Bo uznał, że sam da radę bo już jest duży chłopak i czegoś się w życiu nauczył. Nie daje jednak jak widać. I raczej nic nie wskazuje na to by mu się udało.

Historia zaczyna mu się rozłazić – jej wątki się rozplatają coraz prędzej. Może więc potrzebny nie jest Mentor, ale Mentorka – ta, która zna się na splataniu i snuciu wątków – taka powiedzmy Prząśniczka.
No ale prząśniczki działają nieśpiesznie, cierpliwie, z uważnością – a to nie jest w stylu Bohatera. Z ballady wybrać więc może teraz tylko jeden wers:
„Czyja dłuższa nić!?”
- No czyja?
- Mojsza jest dłuższa niż twojsza!
c.d.n.

Tak na marginesie: na ewentualne pytanie: „A dlaczego właściwie Bohater, a nie Bohaterka?” nie znam żadnej sensownej odpowiedzi. Bohater pewnie też nie zna.
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: