środa, 29 lipca 2009

Gdzie kończy się składanie hołdu bohaterom, a zaczyna marketing (nie tylko polityczny)?

„Warszawa walczy!
Warszawa szarpie wroga. Nareszcie na rękach naszych niemiecka krew, tych wściekłych psów, tych zbójów, którzy poniewierali i plugawili przez pięć niekończących się lat wszystko co dla nas było święte”.

Biuletyn Informacyjny, Wydanie Codzienne, Warszawa 02.08.1944 Nr 35-242


Prezentacje multimedialne, komiksy, gry komputerowe, gadżety, płyty, murale, koncerty gwiazd rocka transmitowane na żywo w telewizji. Wszystko zorganizowane wokół najnowocześniejszego w kraju muzeum (nazywanego przez niektórych złośliwie „przyczółkiem pewnej partii”). Debaty na temat wielkości sektora dla VIP-ów na Powązkach, polityczne demonstracje i przepychanki nad grobami poległych. Zażenowani kombatanci.
Zbliża się 65 rocznica Powstania Warszawskiego.

Usilne starania, by Powstanie Warszawskie stało się centralnym elementem historii Polski nie ustają. Przygotowania do obchodów kolejnej sierpniowej rocznicy rozpoczynają się równolegle z celebracją bieżącej. Z roku na rok coraz głośniejsze, coraz bardziej przerysowane, coraz bardziej pompatyczne, coraz bardziej kontrowersyjne...

Organizatorzy kolejnych rocznic zdają się balansować wzdłuż cienkiej granicy. Nikt już chyba nie potrafi jasno odpowiedzieć na pytanie: gdzie kończy się narodowa refleksją, oddanie czci poległym, a zaczyna agresywna propaganda polityczna? Chociaż może właśnie na tym sztuka propagandy polega – by granica ta była jak najbardziej rozmyta i niewidoczna?

Dlaczego właśnie Powstanie Warszawskie? Skąd idea żeby symbolem narodowego ducha uczynić zryw zakończony klęską? Chociaż słowo „klęska” otaczane jest coraz rozleglejszą sferą tabu. Powstanie ulega przyspieszonej sakralizacji.
Kiedy jednak dogmaty wiary zostaną już instytucjonalnie potwierdzone, to czy nie istnieje ryzyko, że nawet wątpliwości np. na temat sensowności podejmowania walki, która skończyć się musi porażką nie będą dopuszczane do publicznego dyskursu?
Oby nie.

Sacrum i charyzma mogą się przeradzać w zaślepienie i fanatyzm religijny – usprawiedliwiony poprzez wiarę. Czy mechanizm taki ma też zastosowanie w odniesieniu do narodowych fanatyzmów historycznych?

W ostatnich latach coraz wyraźniejsza staje się tendencja aby polską tożsamość organizować wokół uświęconych mitów i Narodowych Świętości. Świętość zaś płynnie przechodzi w rytualne świętowanie, celebrację – w naszym przypadku zawsze celebrację martyrologii.
Misja Wybranego Męczennika Narodów dominuje w masowej wyobraźni. I okazuje się bardzo medialna – pozwala łatwo zamieniać bohaterską mękę w „produkt” masowo dostępny, łatwo strawny i błyskotliwie opakowany.

„Historia spotkała się z legendą, a legenda z historią...” jak ładnie powiedziano w pewnej stacji telewizyjnej relacjonując wizytę Dalajlamy w słynnym Muzeum.
No właśnie – czy chodzi tu o historię, czy o symbole i legendy?

Jeśli w przyszłym roku pojawi się pomysł stworzenia „strategii marki” dla Powstania Warszawskiego, ogłoszony zostanie konkurs na stworzenie logo i innych elementów identyfikacji wizualnej, a agencje reklamowe zostaną poproszone o walkę w przetargu o powstańczy budżet komunikacyjny, oznaczać to będzie koniec historii i początek marketingowej legendy.
Może się jednak pojawić także pytanie: jak zwiększyć marżę?

Tak na marginesie: muzeum w Hiroszimie jest wyposażone dużo skromniej niż Muzeum Powstania Warszawskiego. Ma także znacznie słabszy marketing.
Także w tej dziedzinie niestety (?) prześcigamy Japonię. (dla ułatwienia: tą drugą dziedziną jest oczywiście odgrywanie chopinowskich mazurków).

środa, 22 lipca 2009

KDT - konserwatywno-liberalny szczękościsk estetyczny

Obrona kupieckiego Głogowa zakończyła się spektakularną klęską wszystkich zaangażowanych. Przejdzie jednak do historii – podobno rozważana jest idea „eventu” turystycznego – rokrocznej rekonstrukcji „Bitwy o szczęki”. Powstał też pomysł zbudowania Muzeum Powstania Kupieckiego, w którym można będzie zwiedzać wystawę multimedialną (patronat mediowy Youtube) obrazującą rozwój polskiego kapitalizmu, a nawet spróbować samodzielnego wystawić paragon na zabytkowej kasie fiskalnej z lat 90-tych.

Intrygujące jest to, że wydarzenia pod Pałacem Kultury (nomen omen) były prawdopodobnie przygotowaniem do mających się odbyć dnia dzisiejszego obchodów uchwalenia manifestu KPWN (22 lipca). Dzień ten na pewno radośnie czcić będą wszyscy zwolennicy idei nacjonalizacji ziemi i przemysłu, do czego manifest gorąco wzywał. Sam zresztą Pałac oficjalnie oddano właśnie 22 lipca 1955 roku. W innych latach tego dnia (22.07) oddawano Trasę WZ czy Trasę Łazienkowską.
Ciekawe co dziś zostanie oddane do publicznego użytku?

Bitwa o szczęki miała jeszcze jeden wymiar symboliczny. Oto Warszawiacy mogli na własne oczy zobaczyć ilustrację zasady działania sławnego modelu polaryzacyjno-dyfuzyjnego. Polaryzacji dokonano pomiędzy biegunami: scentralizowana władza Miasta/Państwa versus rozproszona, (i jednocześnie skupiona) drobna przedsiębiorczość i inicjatywa prywatna.
Polaryzacji towarzyszyła dyfuzja gazów łzawiących oraz piany z gaśnic samochodowych.

O co w tym wszystkim chodzi? Oczywiście o estetykę przestrzeni miejskiej. Poza spornymi argumentami prawnymi, w które nie ma pewnie sensu wnikać działa najcięższego kalibru wytoczono przeciwko rażącemu oczy paskudztwu, jakie pobudowano w samym centrum sarmackiej stolicy. Chaotycznie rozrzucone „szczęki” i leżaki (leżak - przewrotny symbol rodzącego się wolnego rynku w Polsce) próbowano „ucywilizować” zamykając je w jednej metalowej puszce. Nadal jednak osoby cierpiące na nadwrażliwość narażone były na gwałt estetyczny w samym centrum zachodnio-azjatyckiej metropolii.

Tak będzie wyglądać nowa Stolica (źródło: Urząd Miasta Stołecznego Warszawa):



Spór dotyczy więc kwestii zasadniczej: ile państwa i władzy w kulturze i estetyce przestrzeni miejskiej? Spór ten rzecz jasna posiada głębszy wymiar jest bowiem dyskursem pomiędzy dwoma światopoglądami: liberalnym i konserwatywnym. Samodzielność, autonomia i wolność jednostki do zaspokajania indywidualnych pragnień, czy realizowania własnych aspiracji ściera się z suwerennością władzy państwowej – uosabiającej konformizm „dobra wspólnego” i będącej emanacją wyidealizowanej wspólnoty kulturowej...

Przestrzeń miejska zamienia się tym samy w scenę, na której rozgrywa się dramat dwoistej ludzkiej natury. Przyjąć przecież można, że przestrzeń, w której ludzie na co dzień żyją i przebywają odzwierciedla relacje panujące w danym społeczeństwie.

Odpowiedź na pytanie: jakie relacje społeczne (albo ich brak) można odtworzyć oglądając bitwę o KDT (czytaj: spór o estetyzację warszawskiej przestrzeni) – jest więc odpowiedzią równie łatwą jak odpowiedź na pytanie: co łączy słowo „ochrona” ze słowem „ochroniarz”.

Idzie jak zwykle o to samo: znalezienie konsensu, złotego środka pomiędzy indywidualną wolnością (w tym przedsiębiorczością) i poszanowaniem dobra wspólnego jest dla Polaków w żaden sposób nie możliwe. Z jednej strony „sprawiedliwość musi być po mojej stronie” z drugiej roszczenia i postawa „nam się należy”. Z jednej strony robię co chcę, bo moje, z drugiej oczekiwanie że inni mojego nie ruszą i za bardzo robić co zechcą sobie nie pozwolą. PiS i PO odzwierciedlają ten spór w sposób upartyjniony - choć konia z rzędem temu, kto dojdzie która strona jest tu konserwatywna, a która liberala i co sprawia, że obie mają socjalistyczne zapędy?

Tak na marginesie: jeśli władzom Miasta/Państwa Warszawy tak bardzo leży na sercu estetyzacja przestrzeni miejskiej, to dlaczego dopuściły do zbudowania nowego gmachu TVP? Budynek, który wygląda jak wielka kupa zrobiona przez Mechagodzillę stanowi doskonałą syntezę estetyki jaka panuje w niemal całym mieście.
Argument, że coś „szpeci” przestrzeń w Warszawie jest naprawdę niesmaczny – jak ta kupa.

wtorek, 21 lipca 2009

Pan Pikuś i Wojna Lemurów – Tribute To Leszek Kolakowski

– Wojna? - zapytał przybysz. – Wojna? Nie wiedziałem wcale, że jest wojna Lemurów. A o co jest ta wojna?
- Jakże, czy doprawdy nie słyszałeś o tym, co duże Lemury wymyśliły? Czy wiesz, że duże Lemury – co niemal przechodzi Lemurową wyobraźnię – twierdzą bezczelnie, że Lemuria tak się nazywa, ponieważ w niej mieszkają lemury, a nie – że Lemury tak się nazywają, bo mieszkają w Lemurii? Czy możesz sobie przedstawić podobną niegodziwość?

Leszek Kołakowski; Wojna u Lemurów [1]

17-tego lipca zmarł profesor Leszek Kołakowski wielki polski myśliciel.
Określenia „filozof” nie lubił zbytnio. I chyba nie dlatego, że kojarzone jest z bezużyteczną akademicką „profesją” – zawodem medialnych komentatorów aktualnej problematyki moralno-etyczno-religijnej (w Polsce: eutanazja, klonowanie ludzi, zapłodnienie in-vitro, religia w szkole, seks bez zabezpieczeń...). Powiedzieć komuś „nie filozofuj” wciąż dla nas – Polaków - oznacza „nie bądź idiotą” lub „bądź realistą”, czyli: „nie zadawaj niemądrych pytań – wszyscy biorą...”. Filozof to dla nas figura tragikomiczna, osoba nieprzystosowana do życia i „prawdziwej rzeczywistości”, postać bardzo „nie na czasie”.

Ponieważ groteskowa żałoba medialna opada (Michael Jackson miał chyba niestety nieco dłuższe 5 minut w mediach o największej oglądalności, słuchalności i poczytności) i wszyscy już zdążyli się dowiedzieć jak wiele znaczył Leszek Kołakowski i jak ważny był szczególnie dla tych, którzy właśnie dowiedzieli się, że ktoś taki w ogóle istniał - powracamy bezboleśnie do naszej „prawdziwej”, swojskiej rzeczywistości.

Nasza rzeczywistość jest przewidywalna. Przyspieszona mitologizacja osób zaraz po ich śmierci to cecha uwielbiającej obrzędowość i symbolikę polskiej natury. Nie ma w tym jednak zbyt wiele szacunku czy zrozumienia. Mit to w tym przypadku jedynie jaskrawy przejaw duchowego skarłowacenia.

Szkoda, że tak bardzo potrafimy cenić jedynie tych, którzy odchodzą. To nasza narodowa specjalność (jedna z wielu). Iluż dziś mamy miłośników poezji Zbigniewa Herberta, iluż fanów reportaży i prozy Ryszarda Kapuścińskiego. Iluż wielbicieli Leszka Kołakowskiego...

Ci, którzy odeszli stają się niegroźni. Można z nich szybko uczynić symbol, zbudować pomnik, a na nim wyryć aktualnie nośne epitafium. Co prawda gorliwi zaraz rozpoczną prześwietlanie życiorysów i wzorem „Rzeczpospolitej” wspomnienia o „filozofie-rewizjoniście” rozpoczynające się od słów:

Co wyróżniało Leszka Kołakowskiego z otoczenia? Nie był ochrzczony.”
(Rz-lita, 18-19.07)

Dziś pytanie.. Dziś odpowiedź. O ileż to łatwiejsze niż „filozofowanie”. I jakże skuteczne. W końcu sam Kołakowski napisał:
„Nie ma takiej idei, za którą nie można by, gdybyśmy chcieli, odkryć jakiejś innej, i nie ma takiej ludzkiej motywacji, której nie da się, jeśli się tylko dobrze postaramy uznać za zwodniczą ekspresję innej, jakoby głębszej. Rozróżnienie między tym, co głębsze, bardziej „autentyczne”, „prawdziwe”, „ukryte”, a tym, co jest zaledwie przebraniem, formą mistyfikującą, zniekształconym przekładem – ustalane jest przez najwyższe filozoficzne fiat antropologów, psychologów, metafizyków. Myśliciele owładnięci wizją monistycznego porządku, którzy próbują zredukować wszelkiego rodzaju zachowania ludzkie, wszelkie myśli i wszelkie reakcje do jednego typu motywacji, niezmiennie odnoszą sukces”.[2]

Pomysłowość i monistyczna redukcja pozwala wyjaśniać rzeczywistość w taki sposób, który zmieści się w krótkiej wypowiedzi-komentarzu (tzw. „setce”), okrasić to infografiką albo „intrygującym” zdjęciem i gładko przejść do kolejnego tematu – oczywiście po przerwie na reklamę.

Mit znajduje tu swoje zasadne miejsce, jest wręcz konieczny by „storytelling” posuwał się do przodu. Ujmując to słowami Kołakowskiego:

Z pewnością, potrzeby, które zwracają ludzi ku samorelatywizacji w mitach, są do pewnego stopnia przeciwne wolności. Głód zakorzenienia w świecie zorganizowanym przez mit zmierza bowiem ku określeniu siebie samego w zastanym i charyzmatycznym doświadczeniu porządku wartości; jest pragnieniem wykroczenia poza siebie w ład, w którym traktuję siebie jako obiekt o wyznaczonym zakresie możności, jako rzecz, jako wypełnienie miejsca w budowie przede mną – choćby wirtualnie – gotowej”.[3]

Mit zmarłego, polskiego myśliciela powstał już za jego życia. Oto teoretyk marksizmu-stalinizmu, który stopniowo prostuje swój niewłaściwy pogląd na świat, a wraz z upływem czasu ulega niemal nawróceniu. Zgodnie z tą wykładnią, gdyby dane mu było żyć jeszcze lat kilka, przed śmiercią przyjąłby wszelkie sakramenty. Może nawet wzorem anabaptystów (u nas popularnych jako Świadkowie Jehowy) jako dorosły człowiek, świadomie zanurzyłby się w nowy wymiar transcendencji.

Monistyczna redukcja właściwa dla coraz bardziej popularnego dla mediów masowych mitu o Kołakowskim przedstawia go w sposób żenująco trywialny. Niektórzy dziennikarze i komentatorzy silący się na obraz ewolucji jego poglądów zdają się dawać do zrozumienia, że to oni są TU i TERAZ ekspertami od historii idei – także tej w wymiarze jednostkowym. Tak jakby intelektualne zmagania Kołakowskiego z ich całym kontekstem politycznym i biograficznym były dla nich przysłowiowym, reklamowym „pikusiem” (panem Pikusiem, żeby nie było wątpliwości...). Nie mogą się jednak silić na inny ogląda świata, inną, od powszechnie przyjętej, interpretację. Widz, „konsument mediów” nie toleruje złożoności, albo jak mówił Kołakowski”

Potencjał nietolerancji jest w każdym z nas, bo potrzeba narzucania innym własnego obrazu świata jest na ogół silna. Chcemy by wszyscy wierzyli w to samo, co my, bo wtedy czujemy się duchowo bezpieczni i nie musimy rozważać własnych wiar albo ich konfrontować z innymi. Toteż agresji w konfrontacji wiar – religijnych, filozoficznych czy politycznych – jest bardzo dużo”.

I jak dodawał:

Gdyby jednak nietolerancja, ochota do nawracania innych przez agresję i przemoc, miała być usuwana przez taką obyczajowość, w której nikt w nic nie wierzy, nikomu o nic nie chodzi, byleby życie było zabawne – biada nam, staniemy się ofiarami takiej czy innej ideokracji. Nie zwalczymy pochwały gwałtu przez pochwałę powszechnego zobojętnienia”[4]

Zmarł wielki, polski myśliciel Leszek Kołakowski.
Cześć Jego Pamięci.

Tak na marginesie: Wojna lemurów, tak jak Leszek Kołakowski przewidywał, trwa i będzie trwać nadal. I nikt nie będzie rzucał groszkiem...

[1] Leszek Kołakowski; Wojna u Lemurów (z „Bajek o identyczności”) w: „Bajki Różne. Opowieści biblijne. Rozmowy z diabłem”; Iskry, Warszawa, 1990, s. 261
[2] Leszek Kołakowski; „Jeśli Boga nie ma... O Bogu, Diable, Grzechu i innych zmartwieniach tak zwanej filozofii religii”, przekł. Tadeusz Baszniak i Maciej Panufnik, Aneks, Londyn, 1987, s. 138
[3] Leszek Kołakowski, „Obecność mitu”; Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław, 1994, s.25
[4] Leszek Kołakowski, „O tolerancji”, Gazeta Wyborcza, 1996 (cykl mini wykładów emitowanych wówczas w jesienne czwartkowe wieczory przez państwowo- abonamentowo-zależną TVP...)

piątek, 17 lipca 2009

Puszczanie baniek na Madagaskarze, czyli humanitarna akcja o. Rydzyka

Istnieje jeszcze jedna figura, bardziej spektakularna niż chwyt, a mianowicie manszeta, wielkie klaśnięcie przedramieniem, ukryty cios pięścią w klatkę przeciwnika (...) W przypadku manszety katastrofa jest wyniesiona do granic oczywistości do tego stopnia, że w końcu gest okazuje się wyłącznie symbolem; lecz tego już za wiele, to wykroczenie poza moralne reguły wolnoamerykanki, gdzie każdy znak musi przesadnie czytelny, ale nie wolno mu ujawniać własnej intencji czytelności; publiczność krzyczy wówczas „Udawane” nie z żalu za rzeczywistym cierpieniem, ale dla potępienia sztuczności; tak jak w teatrze jednak fałszywie brzmi nadmiar szczerości, jak i nadmiar wykończenia

Roland Barthes, Mitologie

Dziesięć procent globalnej populacji stanowią czarnoskórzy, (w USA tzw. afro-amerykanie) – nie myjące się brudasy. Przynajmniej tak wyraził się o ich przedstawicielach ojciec Rydzyk na Jasnej Górze. To był oczywiście żart!

Ponieważ pojawiły się pytania czy aby na pewno żart, w obronie Rydzyka z odsieczą ruszyli poważni (pa pozór) posłowie PiS. Argumentowali całkiem serio, że takie żarty są w zasadzie polską normą kulturową. Powoływali się przy tym na kanoniczne utwory literackie przywołując np. strofy „Murzynka Bambo”, którego mama musiała ciągnąć do kąpieli.

Żyjemy w kraju niezwykle tolerancyjnym jak wiadomo, więc wiele żartów u nas uchodzi. Pożartować sobie można i należy – śmiech, to w końcu zdrowie, a patrząc na kondycję polskiej służby zdrowia, żartować wręcz trzeba i to jak najczęściej.

Można by sobie pożartować np. z art. 13 Konstytucji RP, który wyraźnie zakazuje istnienia organizacji naołujących do rasowej nienawiści. Konstytucja rzecz jasna nigdzie i nikomu nie zabrania jednak żartów z czarnoskórych misjonarzy.

Osoby, które potraktowały wypowiedź o. Rydzyka jako żart, dowcip, krotochwilę nie dostrzegają oczywiście nic poniżającego w utożsamianiu innego koloru skóry z nieprzestrzeganiem elementarnych zasad higieny. To tylko żart! Może jest to żart na własny temat – troska o higienę podczas pielgrzymki bywa dramatycznie utrudniana? Brudasy śmieją się z brudasa? Ale to tylko żart!

Trudno sobie wyobrazić, że ktoś może poczuć się lepiej wyłącznie z tego tytułu, że jest biały, a inni są czarni i nie znają polskiego. W naszym kraju to się nie zdarza, więc to chyba jednak żart...

A jeśli to nie był żart? A jeśli była to wyrafinowana i jakże gorzka refleksja na temat cierpiącej na niedobory wody Afryki? Byłoby to więc głęboko humanitarne przesłanie do całej ludzkości i przy okazji samego Boga: Panie, widzisz i nie grzmisz! (choć tej samej nocy podtopiło Polskę południową...) Ta nietypowa modlitwa o ulewne deszcze w Afryce głęboko ukryta w niby-żarcie byłaby wyraźnym przejawem prawdziwie „ojcowskiej” troski, współczucia i miłosierdzia.

W ten oto sposób o. Rydzyk poszedł śladem Boba Geldofa, Bono i wielu innych charyzmatycznych postaci scenicznych – akcja „Rain for Africa” będzie się rozwijać. Podobno Paul Simon kończy właśnie pracę nad muzycznym lejtmotywem, który będzie towarzyszył całej akcji. Do akcji włączyć się zamierzają największe koncerny kosmetyczne – producenci mydła, szamponów i dezodorantów. Wsparciem ma być limitowana CSR-owa seria mydełek z podobizną Duchowego Przywódcy oraz wybranymi cytatami z przełomowego „Murzynka Bambo”

Plotka głosi, że na centrum akcji wybrano miejsce, które od zawsze ciągnęło polską duszę: Madagaskar. Właśnie tam powstanie największa na świecie fabryka baniek mydlanych. Bańki będą kupować wierni (tak jak cegiełki), a cały dochód przeznaczony zostanie dla spragnionych.

Ilustracją niech więc będzie piosenka o bańkach:



Tak na marginesie: Jak Kali żartować, to wszyscy się śmiać, jak z Kalego żartować to być duża problem.

W kolejnym wpisie: być może znajdzie się coś na temat kredytowego IQ. Spróbuje udostępnić testy, jakie banki przygotowały dla próbujących korzystać z produktów finansowych.

czwartek, 16 lipca 2009

Czy „Wieża ariańska” w Wojciechowie, faktycznie była ariańska?

Leżący na Lubelszczyźnie Wojciechów słynie z kultywowania tradycji artystycznego kowalstwa. Znajduje się tu także muzeum kowalstwa, którego zbiory mieszczą się w budynku o niezwykłym kształcie - tzw. „Wieży ariańskiej”.

Jak można dowiedzieć się na miejscu – wieża ta nazywana jest „ariańską” zgodnie z ustnym przekazem miejscowej ludności, która wszystkich przedstawicieli reformacji religijnej XVI w. nazywała „arianami”, właściwie zaś powinna się nazywać wieżą „kalwińską”[1]. Czy faktycznie?



Murowana wieża obronna z Wojciechowa pojawia się po raz pierwszy na kartach historii w 1534 roku (sam „Woycechow” po raz pierwszy pojawia się w źródłach kościelnych w roku 1328). Prawdopodobnie w tym też okresie wieża powstała (1520-1530 r.) służąc do XVII wieku jako budowla mieszkalna. W skład kompleksu obronnego wchodziły również wał obronny i sucha fosa[2]. Pierwszymi mieszkańcami wieży była rodzina Pileckich (herbu Leliwa).

Pileccy - Jan i jego żona Zofia ze Szczekockich (herbu Odrowąż) przejęli klucz Wojciechowski w latach 1481-89, wcześniej – 1446 r. nabyli mające już prawa miejskie pobliskie Bełżyce.

Przez około 50 lat wieża znajdowała się w posiadaniu – a właściwie dzierżawie rodziny Firlejów (herbu Lewart) oraz Spinków (herbu Prus).

Spinkowie dzierżawili Wojciechów od Pileckich (herbu Leliwa), a kupili od nich ostatecznie w roku 1580[3] .

W murze okalającym kościół wojciechowski można dziś obejrzeć odnalezioną pod koniec XIX w. tablicę, na której znajduje się następujący napis:
„S. † S. Thu liezy zaczny maz Pan Stanisław Spinek z Wojciechowa, któri umarł XX dnia Marca roku Pańskiego MDLXXVIII”.

„Ten to właśnie mąż, biorący gorliwy udział w rozkrzewieniu u nas arjanizmu, połączywszy się z innemi zwolennikami tej sekty, około 1560 r. napadł zbrojnie na kościół w Wojciechowie, grunty kościelne zabrał w posiadanie, jak o tym świadczą akta miejscowe, a w zamku swoim założył zbory kalwiński i arjański. W niedługim czasie, staraniem wyznawców i protektorów arjanizmu, w obrębie murów zamkowych wzniesiono oddzielny gmach na pomieszczenie świątyni arjańskiej, która zarazem służyć miała za strażnicę zamkową, a przetrwała do dni naszych”[4] .

Spinek urządził zbór kalwiński nie tylko w wieży – zgodnie z informacjami z kościoła w Wojciechowie podczas zbrojnego napadu, kiedy zagarnąć miał "ziemie, ornaty i naczynia liturgiczne" zmienił ówczesny kościół katolicki w kalwiński zbór.

To właśnie za sprawą Stanisława Spinka (pastora zboru kalwińskiego z Wodzisławia jak podaje tablica informacyjna w kościele wojciechowskim) jeszcze w czasach jego dzierżawy, trzecią kondygnację budynku przeznaczono na różnowierczy zbór.



Przedtem jednak, schronienie znalazł w wieży początkowo duchowny katolicki, a później zwolennik kalwinizmu i (w końcu?) antytrynitaryzmu - Marcin Krowicki. Krowicki był postacią ciekawą – zasłynął m. in. tym, że wyłamał się spod kościelnej jurysdykcji poślubiając ostatecznie młodą szlachciankę, czym wywołał obyczajowy skandal.

Krowicki był również mówcą i pisarzem - m. in. autorem wydanej w Pińczowie w 1560 r. „Obrony nauki i wiary starodawnej krześciańskiej” czy napisanego w Wittenberdze w roku 1554 manifestu polskiej reformacji: „Chrześcijańskie, a żałobliwe napominanie do […] wszystkich, aby Pana Jezusa Chrystusa przyjęli”[5] .

Wojciechowska wieża miała pełnić funkcję zboru kalwińskiego do roku 1598. Rok później (1599) Wojciechów kupiony zostaje od Spinków przez wyznającego kalwinizm, podkomorzego chełmskiego Pawła Orzechowskiego (herbu Rogala)[6] .

Orzechowski, sympatyk kalwinizmyu po 1570 r. pod wpływem przyjaciół - ministra zboru w Lublinie („papieża nurzałowskiego”) Marcina Czechowica i Jana Niemojewskiego zwraca się w stronę arianizmu. Swoją pozycję będzie wykorzystywał do nakłaniania szlachty obu wyznań do zaprzestania sporów religijnych i obrony wyznaniowej tolerancji[7] .

W 1603 dziedzic dóbr wojciechowskich Paweł Orzechowski burzy kościół w Wojciechowie oraz przyległe budynki parafialne – Wojciechów staje się wówczas filią parafii w Bełżycach (tablica inf.).

W pobliżu wieży, na północ od niej, syn Orzechowskiego – również Paweł w 1632 zbudował renesansowy pałac-dwór, do którego przenosi się z rodziną, a wieżę przeznacza na cele gospodarcze.

Orzechowscy (jeden z najzamożniejszych rodów między Wisłą i Bugiem w XVII stuleciu) trwali przy wyznaniu kalwińskim do 1730 roku. Wtedy to po raz pierwszy Teodor Konstanty Orzechowski wymieniony jest jako katolik[8] . Jak podaje tablica informacyjna kościoła w Wojciechowie już w roku 1725 Teodor Orzechowski funduje w Wojciechowie kościół (unikalny budynek z modrzewia) jako wotum po przejściu na katolicyzm.

Orzechowscy opuszczają Wojciechów w 1778 roku. W połowie wieku XIX wieża zostaje przeznaczona na spichlerz. Coraz mniej majętni właściciele pozwalają wieży coraz bardziej podupadać. Wieży udaje się jeszcze znaleźć w „Albumie lubelskim” Kazimierza Stroczyńskiego – był to „atest zabytkowości” (rysunek Adama Lerue z 1857 r.).

Dla kuracjuszy z pobliskiego Nałęczowa wieża była swoistą atrakcją turystyczną. W 1910 r. wieża zostaje ofiarowana działającemu od 1906 r. Towarzystwu Opieki nad Zabytkami Przeszłości w Warszawie. Była ta organizacja skupiająca patriotyczną elitę kulturalną – architektów, artystów, historyków sztuki[9] .

Dokładny opis wieży znaleźć można w jednym z dzieł Stefana Żeromskiego pt. „Nawracanie Judasza” Bohater, młody pozytywista – architekt Ryszard Nienaski zamierza zrealizować własną wizję – wyremontować zniszczoną wieżę i założyć w niej szkołę oraz muzeum arianizmu.

Pierwowzorem Nienaskiego był zięć i przyjaciel Żeromskiego – Jan Koszyc-Witkiewicz. To właśnie on dostarczył inspiracji oraz rzetelnych danych historycznych. Obrazowy opis wieży znalazł się w zeszytach do słówek Witkiewicza zapisanych w Zakopanem w 1913 roku. Ponoć są one przechowywane (czy wciąż?) w Muzeum Żeromskiego w Nałęczowie[10] .

Przy odrobinie szczęście trzytomowe dzieło Żeromskiego („Nawracanie Judasza”, „Zamieć”, „Charitas”) można jeszcze dziś wygrzebać na jarmarku staroci w Kazimierzu nad Wisłą. Żeromski dla potrzeb powieści przenosi wieżę z Wojciechowa do miasteczka „Posuchy w sandomierskiej ziemi”. Oto jak ją opisuje:

„Pradawna, w założeniu swym kwadratowa wieża miała z północnej strony dwie potężne skarpy, które trzema skośnymi skokami zwężały się ku górze i po sam szczyt sięgały. Spadki tych pochyłych uskoków były niegdyś nakryte, jak świadczyły resztki, kamieniami z wystającym dla ścieku gzymsem o gotyckim profilu. Z tyłu od północy, była przybudówka, niższa i węższa od głównej budowli. […] Zarówno wieża, jak przybudówka pokryte były starą dachówką holenderską wielkiego wymiaru
[…] Bliższe i szczegółowsze dochodzenia […] wykazały, że tam to właśnie, w tej sali [pierwszego piętra] mieściło się ariańskie zborzyszcze. Ona też nadała charakter moralny całej budowli.
[…] Bywał tu pewnie magnat zubożały Jan Niemojewski, który na sejm w Lublinie między tłumy szlachty szumne, wspaniałe […] wchodził w pokornej postawie, milczący, bez oręża, bez służby i towarzystwa, w szarym kopieniaku i z torbą na plecach. Bywali tu może Budny, Czechowic, Farnowski, może zbiegowie z ziemi włoskiej i tylu ziem innych – Lismanin, Stankar, Blandrata, Leliusz Socyn, Ochino, którzy w Polsce gościnę i ucho powolne dla swej myśli znaleźli.”[11]

Czy zatem wieża w Wojciechowie powinna być nazywana „arianską” czy też „kalwińską”? W czasach kiedy Spinek przekształca wieżę na zbór arianizm (ruch Braci Polskich) dopiero się kształtuje. Jako odrębny kościół powstaje w latach 1562-63. Dzieje się to na skutek rozłamu w łonie małopolskiego kościoła kalwińskiego. Grupa, która dokonała tego podziału nazwała się ecclesia minor (zborem mniejszym) w celu odróżnienia od „większego” zboru – kalwińskiego. „Arianie” było to słowo o charakterze pogardliwym (od. Ariusza) – kalwini chcieli w ten sposób zohydzić grupę rozłamowców w oczach kościołów chrześcijańskich. Sami arianie nigdy tej nazwy nie uznali, a nazywali siebie chrystianami lub po prostu Braćmi[12] .

Zbór „mniejszy” cieszył się dużym poparciem lubelskiej szlachty. Obejmowała ona różnowierców patronatem, spośród niej rekrutowali się także opiekunowie (świeccy seniorzy) powoływani na synodach. Zabiegali ono o zabezpieczenie materialne oraz prawne bezpieczeństwo. Bardzo ważnym ośrodkiem reformacji na Lubelszczyźnie były wspomniane Bełżyce, dzięki zasłużonej dla protestantów rodzinie Orzechowskich[13] .

Faktycznie więc, wiele wskazuje na to, że wojciechowska „Wieża ariańska” może chyba przynajmniej z nazwy taką pozostać.

Tak na marginesie: ciekawe jak wyglądałaby dzisiejsza Lubelszczyzna i cała tzw. „Polska Wschodnia”, gdyby arianizm, kalwinizm i luteranizm oparł się kontrreformacji?

[1] Siurawska Ewa, „O wieży i ludziach – z dziejów wieży zwanej ariańską w Wojciechowie”, s. 115-116…
[2] Tamże.
[3] Kutyłowska Irena, „Wojciechów, woj. lubelskie. Dokumentacja z badań archeologicznych prowadzonych w dniach 15.07-3.08.1992 r., Lublin, 1992
[4] Wisła, tom XVII, zeszyt 3, 1903 r.
[5] Tazbir Janusz, „Reformacja w Polsce. Szkice o ludziach i doktrynie” Książka i Wiedza, Warszawa, 1993.
[6] Kutyłowska Irena, „Wojciechów, woj. lubelskie…”
[7] Gmiterek Henryk, „Bełżyce w refomacyjnym tyglu” w: „Studia z dziejów Bełżyc”, Bełżyce 2006, s. 61
[8] Tamże.
[9] Siurawska Ewa, „O wieży…”
[10] Tamże.
[11] Żeromski Stefan, „Nawracanie Judasza”, Czytelnik, 1954, s.86-92
[12] Ogonowski Zbigniew, „Socynianizm polski”, Wiedza powszechan, Warszawa, 1960, s. 7
[13] Gmiterek Henryk, „Bełżyce w refomacyjnym tyglu”, s. 59-60

wtorek, 14 lipca 2009

Geniusz i berecik, czyli studium przypadku doskonałości marketingowej.

geniusz – najwyższy stopień talentu, uzdolnień umysłowych; zdolność specjalna do twórczości wybitnie oryginalnej; człowiek w najwyższym stopniu twórczy, genialny.
- łac. genialis ‘weselny’, jowialny (...) od genius ‘mit. rz. duch opiekuńczy, anioł stróż, bóstwo opiekujące się człowiekiem albo miejscem (genius loci); duch dobry albo zły od gingere, zob. genitalia.
Władysław Kopaliński; „Słownik wyrazów obcych”


Jarosław Kaczyński w swoim płomiennym, pełnym intelektualnych podnieceń Kazaniu na Górze (Jasnej), wygłoszonym do uczestników 17-tej Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja, pomysł na telefonię komórkową dyrektora Radia Maryja o. Tadeusza Rydzyka określił jako "genialny". Widziałem tą wypowiedź w TVN, w dodatku przy świadkach – i ręczę, że nie jest żadna krotochwila. Tak było.

Ponieważ autorytet Prezesa jest dla mnie niepodważalny, a sam Jarosław Kaczyński niejednokrotnie udowodnił, że nawet Machiavelli wiele by się od niego nauczył, od razu zacząłem zachodzić w głowę co też Wielki Brat mógł mieć tym razem na myśli. Słowo „genialny” nie mogło przecież paść zupełnie przypadkowo z jego ust – użyte zostało zapewne z rozmysłem. Myślałem, myślałem, myślałem (tak mi się przynajmniej wydawało) i... nic. Wielkie słowa Prezesa tłukły się po mojej pustej czaszce jak przysłowiowy „Żyd po pustym sklepie” (jakże wiele o naszym przepełnionym tolerancją duchu narodowym mówią przysłowia...). Ponieważ ciężar semantyczny słów niektórych przygniata skutecznie co wątlejsze umysły postanowiłem zmienić kanał i pooglądać reklamy. I nagle olśnienie! Jarosław Kaczyński nie miał zapewne na myśli żadnej konwergencji religijno-patriotyczno-telekomunikacyjnej. Słowo „genialny” odnosiło się po prostu do strategii marki!

Z ulgą i sercem ukojonym mogłem się teraz spokojnie zmarszczyć [1] nad analizą genialnej strategii reklamowej nowego biznesu przedsiębiorczych redemptorystów. Zasadność łączenia biznesu z religią nie zaprzątała rzecz jasna mej głowy – tym problemem zajmował się już m. in. Luter (np. niewyjaśniona do dziś sprawa sprzedaży odpustów...) i z tego, co donoszą wiarygodne źródła (IPN mógłby to potwierdzić) nie został spalony na stosie.

Niektóre interpretacje myśli Webera sugerują wręcz, że pewne odmiany religii chrześcijańskiej mogą być świetnym stymulantem przedsiębiorczości. Jeśli nawet odrzucimy takie stwierdzenia, to nadal słuszna wydaje się, opinia R. Senneta:
Zdaniem Webera wiarę chrześcijańską wyróżnia to, że zmusza ona ludzi do zanurzenia się w bolesnej rozterce, stawiając ich przed koniecznością zadania sobie pytania: ‘Czy jestem w ogóle coś wart?’” [2]

Wypożyczalnia samochodów Avis ze swoim legendarnym „We try harder” wpisywałaby się wówczas w kalwińskie rozumienie relacji: Człowiek – Bóg. Jeśli nigdy nie wiemy czy postępujemy źle czy też dobrze (któż zna wyroki Opatrzności?), to jedyna sensowna postawa sprowadzałaby się do „starania się bardziej”. Choć i tak żadne starania wystarczająco dobre okazać się nie powinny...

Wróćmy jednak do problemów bardziej aktualnych niż kwestia predestynacji (czy skłonność do dygresji jest już objawem obłędu?) i spójrzmy na „case study” telefonii komórkowej Ojca Rydzyka. Warto to zrobić już dziś, ponieważ tak oryginalne „studium przypadku” zdarza się raz na 2000 lat. Historia więc dzieje się na naszych oczach (nawiązując do wspomnianego TVN).

Grupa docelowa nie wymaga raczej głębszych analiz, ponieważ usługi telefonii mobilnej oferowane przez Fundację Lux Veritatis o. Rydzyka oraz spółkę CenterNet kierowane są do każdego prawdziwego Polaka, czyli Polaka-Katolika (Polki, także w roli matek należą rzecz jasna do tak zdefiniowanego zbioru).

Tzw. „source of business” bije więc poważnie w wielu zakątkach naszego kraju. Wydaje się jednak, że poza kategorią tzw. „non-users” nowy operator zamierza przejmować użytkowników markom bardziej zlaicyzowanym (może wręcz pogańskim?). Świadczyłaby o tym wypowiedź w rodzaju:

Obecnie jesteśmy w trakcie przygotowania systemu przenoszenia numerów i negocjujemy porozumienie z innymi operatorami w tej sprawie. W połowie maja złożyliśmy wniosek o zawieszenie obowiązku realizacji uprawnień abonenckich wynikających z art. 71 ust. 1 (MNP)do końca września 2009 r. Zbieżność w czasie przygotowania przez nas tej usługi z nowelizacją ustawy jest bardzo korzystna. Pracujemy od razu nad modelem, w którym CenterNet będzie mógł świadczyć przyjaźniejsze dla klientów usługi a tym samym wywiązywać się z wymogów znowelizowanej ustawy”.

Operatorzy chcący zachować bazę klientów powinni więc już teraz poważnie pomyśleć nad lobbingiem w sprawie poprawek konkordatowych. Umowy ze Stolicą Apostolską mogą być jedyną strategią utrzymania wskaźników retencji na sensownym poziomie.

Analizując kolejne elementy marketing-mix możemy zidentyfikować unikalne, a pomijane w większości marketingowych hand-booków pozycjonowanie cenowe. Jest to segment „miracle price”. Oparty o pre-paid (20 zł zestaw startowy) system rozliczeń umożliwia użytkownikom BEZPŁATNE „wdzwanianie się bezpośrednio na antenę Radia Maryja i Trwam” z tym, że „O rozmowie na antenie decyduje ojciec redaktor prowadzący audycję” (cytuję za instrukcją operatora: www.wrodzinie.com.pl). Pozycjonowanie cenowe jest więc „cudowne” ponieważ kosztów takich „Usług” w żaden racjonalny sposób nie można porównać do niegodnych cenników komercyjnej konkurencji.

Dystrybucja jest dziś nader skromna (w Warszawie ponoć działa już punkt na Hożej), można jednak z dosyć dużym prawdopodobieństwem założyć, że wykorzystane zostaną kanały więcej niż „tradycyjne”.

Spójrzmy teraz na elementy składowe „brand identity”. Usługi dostarczane są obecnie dzięki umowie o roaming krajowy zawartej z innym operatorem – stąd użytkownicy nowej sieci widzą na wyświetlaczu pojawiającą się nazwę „Era”. Jest to kwestia tymczasowa, właściwa nazwa nowej marki brzmi: wRodzinie. Jak mówią sami twórcy:

Marka wRodzinie w swojej filozofii zakłada wspieranie wartości rodzinnych. Jest ciepła przyjazna, opiekuńcza, pomaga i uczy. Pamięta o dzieciach, rodzicach i dziadkach. Jest ambasadorem dialogu międzypokoleniowego. Telefonia wRodzinie ma służyć pomocą we wzajemnej komunikacji oraz utrzymywaniu bliskich więzi społeczności skupionej wokół Radia Maryja, TV Trwam, Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej, Naszego Dziennika oraz Fundacji Nasza Przyszłość”.

Idealnym dopełnieniem tożsamości marki jest więc logotyp:



Logo marki wRodzinie symbolizuje znaczenie rodziny w świecie i dla świata. Rodzina przedstawiona na tle globu przypomina, że niezależnie od szerokości geograficznej, kochająca się rodzina jest gwarancją szczęścia i rozwoju. Wykorzystana kolorystyka ma podwójne znaczenie. Z jednej strony łącząc profesjonalny niebieski z ciepłym i wesołym żółtym, pokazuje profesjonalny i przyjazny charakter marki. Dodatkowo nawiązuje do znaczenia kolorów w tradycji katolickiej”.

Ponieważ trudno dziś znaleźć przykład tak spójnie i sensownie opisanej strategii marki (może ONZ?), nie ma chyba potrzeby czegokolwiek dodawać w tym miejscu. Kolejnym elementem wartym uwagi jest tzw. „słuchawka” – aparat oferowany w sieci. Tu również zastosowano rozwiązanie pragmatyczne i zarazem oryginalne:

Przyjazny dla użytkownika, ergonomiczny telefon z dużymi przyciskami, zaprojektowany we współpracy z naukowcami, specjalnie dla tych osób, które cenią sobie niezawodność oraz prostotę obsługi. Telefon posiada duże klawisze oraz wyraźny podświetlany ekran LCD o wysokim kontraście, wyświetlający duże czytelne cyfry i litery. Ergonomiczne, duże, oddzielone od siebie podświetlane przyciski umożliwiają łatwe operowanie w ciemnościach również przez osoby słabiej widzące. Posiada na wyposażeniu standardowym dwie ładowarki - przenośną i biurkową”.



Zadbano zatem by osoby słabo widzące mogły bez trudu operować w każdych przychodzących na myśl ciemnościach. W tym celu aparat wyposażono dodatkowo w latarkę i lampkę sygnalizującą połączenia.

Ten trendy-gadżet nadchodzącej jesieni (raczej dosyć ciemnej, jak się zapowiada...) czuwać może nieprzerwanie przez 250 godzin!. Film instruktażowy dostępny jest w tym miejscu.
W przemyślanym marketingu uwzględniono również serwis posprzedażowy (jak twierdzą psychologowie po dokonaniu zakupu może się czasem pojawić „dysonans poznawczy”). Na rozpaczliwe pytanie (oczywiście hipotetyczne) użytkownika: „Co oznaczają te wszystkie znaczki na wyświetlaczu"? operator uspokajająco odpowiada:

W większości aparatów oprócz opisu klawiszy nawigacyjnych standardowo na wyświetlaczu pokazywane są: nazwa operatora, data i godzina oraz ikonka graficzna stanu naładowania baterii (im więcej kresek tym więcej energii w baterii) i ikonka graficzna zasięgu sieci (im więcej kresek tym lepszy sygnał do/z nadajnika tzn. jakość rozmowy jest lepsza, nie ma przerw w transmisji głosu itp.)

Strategię komunikacji reklamowej w tzw. fazie „launchowej” skonstruowano w oparciu o „celebrity endorsment” (postać uznanej gwiazdy polityki) i wszystko wskazuje na to, że kolejnym etapem będzie połączenie roli „celebrity” z zabiegiem zwanym „testimonial” – Jarosław Kaczyński zapowiedział na Jasnej Górze, że da świadectwo i dowód uznania, kiedy tylko telefon nabędzie (akceleracja zainteresowania).

Chcąc wykorzystać pozytywny „word of mouth” zadbano również o „event marketing” i „sampling”. Plotka, „buzz”, szum medialny i spontaniczne polecenie generowane są przez akcję „berecik”. Jak donosi (łatwo jak widać dająca się zmanipulować Gazeta Wyborcza):

Zgromadzeni na jasnogórskich błoniach przypięli (...) do piersi moherowe bereciki. Apelował o to o. Rydzyk. – To będzie znak, że kochamy Boga, Kościół i każdego człowieka – mówił. Sam miał berecik biało-czerwony.” (GW 13.07.09)

Wolontariusze przygotowali ponad pół miliona takich unikalnych ozdób – każdy pielgrzym mógł więc bez problemu okryć wychylającą się skądinąd główkę.

I na tym chyba należałoby zakończyć analizę strategii marki wRodzinie. Każde kolejne nieopatrzne słowo wciskałoby nas bowiem w coraz czulsze objęcia „żydokomuny”, „pedalstwa”, „morderców nienarodzonych” czy innych „jehowych”. Zakończmy więc budującym cytatem z wypowiedzi ojca Rydzyka:

Jesteście podobni do ewangelicznego siewcy, który wyszedł siać. Gdyby tak wszyscy zaczęli siać, to jakby było inaczej w tej Polsce.
Bo teraz to jest takie dziadostwo i w takie dziadostwo jest Polska wprowadzana
”. [3]

A ojciec Rydzyk sieje niezgorzej. Oj sieje.

Pomyślmy teraz o słowach J. Kaczyńskiego na temat „genialności” tych przedsięwzięć –
Ach, gdyby tak wszyscy zaczęli siać....

Tak na marginesie: będąc świadom wszelkich konsekwencji moralnych oraz prawnych chciałbym w tym miejscu zaręczyć, że opisując wszystkie wymienione wyżej zdarzenia NIE BYŁEM pod wpływem żadnych legalnych, ani nie legalnych środków odurzających, nie zamierzam też pisać powieści z gatunku fantasy ani też z nikim się o nic nie zakładałem.

Świadom swoich słów i czynów poświadczam, że widziałem powyższe na własne oczy, słyszałem na własne uszy – to wszystko dzieje się w Polsce, w Roku Pańskim 2009 i jest to prawda. Prawda, która „określa nasze człowieczeństwo”, której wielki deficyt w życiu publicznym zauważył Jarosław Kaczyński we wspomnianym nawoływaniu na Jasnej Górze.
Tak mi dopomóż Bóg.

[1] „zmarszczyć się nad czymś” - usiąść, pochylić się nad problemem a. zagadnieniem – zob. nie napisany słownik języka polskiego marketingu.
[2] Sennet Richard, Korozja charakteru. Osobiste konsekwencje pracy w nowym kapitalizmie, przeł. J. Dzierzgowski, Ł. Mikołajewski, Muza, Warszawa, 2006, s. 140
[3] Cytat z mającej wiadomą w opinii Słuchaczy reputację podejrzanej "Gazety" więc do końca też nie wiadomo na ile szatańsko pozamieniano słowa ojca dyrektora.

Everything That Happens...

Człowiek, który od urodzenia cierpi na „polyattentiveness” wystąpił wczoraj w „Stodole”. Pomocne w leczeniu związanej z „Gesamtkunstwerk” przypadłości były dwa zestawy perkusyjne oraz skaczący nad jego głową zespół tancerzy. Sam główny bohater w pewnej chwili również ubrał się w baletową spódniczkę. I nie było to raczej nawiązanie do koncertu Morrisseya, który miał miejsce tydzień temu na tej samej scenie. Morrissey nie zaśpiewał przecież „Vicar in a tutu”. Choć, z drugiej strony artysta dnia wczorajszego podczas wykonania „Once In a Lifetime” wyglądał chwilami jak rasowy kaznodzieja....

Jeśli używasz stworzonego przez Microsoft systemu Windows, to zawsze go możesz posłuchać. Wybierz na swoim PC ikonę „Start” (lewy, dolny róg). Następnie „Wszystkie programy”. Teraz „Windows Media Player”. W „Bibliotece” znajdziesz folder-płytę „Look Into The Eyeball”, a w niej trwający 3 minuty i 33 sekundy utwór „Like Humans Do”.
Teraz wybierz „Odtwórz”. Świetnie!
To jest właśnie David Byrne.

Media masowe, media cyfrowe, reklama, kultura popularna zawdzięczają mu tyle samo, co on im. Oto przykład idealnej symbiozy, a może czegoś więcej? Byrne to chyba jedyny artysta, który przekraczając wszelkie medialne ograniczenia bawi się samym fenomenem intertekstualności – tworzy na abstrakcyjnie niedostępnym dla „zwykłych gwiazd” pułapie meta-narracji. Postmoderniści mogliby pewnie wygenerować na jego temat jeszcze więcej groteskowego bełkotu. Byrne także krytyczny bełkot zamieni w sztukę, wizerunek medialny dzieło i komentarz do tego dzieła.



David Byrne nie potrzebuje żadnej krytyki ponieważ sam dokonuje krytycznej refleksji na temat własnej twórczości. Teoretyzuje na temat mediów, pop-kultury czy miejsca sztuki w biznesie albo reklamie. Nawet jednak forma refleksji teoretycznej jest dla niego sztuką. Ponieważ Byrne jest artystą totalnym – określenie „człowiek witruwiański” pasuje do niego najdokładniej.

Byrne współtworzył genialny muzycznie band „Talking Heads”, w którego samej nazwie zawarty był stosunek do istoty massmediów – w tym przypadku TV. Co ciekawe gdyby nie jeden z utworów Talking Heads pewien brytyjski zespół nie nazywałby się dziś „Radiohead”...

David Byrne pisze muzykę filmową i teatralną, jest reżyserem filmów i teledysków, ożywia muzycznie budynki, pisze książki, a w galeriach pokazywane są jego zdjęcia, tworzy multimedialne instalacje i performance, zajmuje się scenografią i choreografią, prowadzi projekty o etnograficznym charakterze.
I to nie wszystko...

Niezależna wytwórnia, którą stworzył Luaka Bop pozwala mu wspomagać twórczość innych obiecujących artystów z całego świata. Jego przemyślane i dopracowane w każdym detalu koncerty po zarejestrowaniu śmiało mogą konkurować z ambitnym kinem. „Stop Making Sense” nagrane jeszcze w czasach Talking Heads to gatunek video, który do dziś trudno jednoznacznie sklasyfikować.

Stosunek Byrne’a do muzyki jest na pozór prosty: muzyka jednoczy ludzi – jednoczy muzyków oraz artystę z publicznością. Muzyka jest doświadczaniem transcendencji, odwołuje się do uczuć i emocji. Mistyczna rola muzyki nie jest jednak sprzeczna z jej fizycznością. Muzykę tworzą ciała, które poruszają inne ciała. Muzyka to pierwotna forma głębokiego uczestnictwa w rzeczywistości. Muzyka jest wg niego mistyczną komunią.

W biblioteczce Byrne’a można więc znaleźć Jamesa Frazera, Carla Gustawa Junga, Josepha Campbella. Mit, archetyp, rola podświadomego to tematy, które Byrne poddaje konceptualnej obróbce, której efekt można znaleźć np. w... prezentacji Power Point. Wydany w 2003 roku album „Envisioning Emotional Epistemological Information” zawiera nie tyle muzykę, co impresje wykonane w popularnym programie służącym na co dzień do tworzenia nudnych prezentacji. Slajd „The End of Reason” zawiera m. in. następujące „bullety”:

• Wyzwania sprzedaży – planeta sprzedawcy
• Teamwork – dla jednych naturalna, ale trudna dla innych
• Testimonials – jak to zrobiłeś w ten sposób, jak mogę ci pomóc, gdzie to prowadzi?
• Strategie inwestycyjne – dla ludzi impulsywnych, myślących „out-of-the-box”
• Z sypialni na zarząd – sex, emocje osobiste i sukces w świecie korporacji
• Zdolności telefonowania i e-mailowania – kiedy ich używać i jak improwizować

W zawierającym ręczne rysunki albumie „Arboretum” idea „mind-mapping” sprowadzona została do artystycznego absurdu. „Anioły”, „Ektoplazma”, „Poczucie piękna”, „Wartości moralne” i „Duchy” przeplatają się z „Narodowymi przywódcami” „Masochizmem”, „Kondomami” „Nylonem”, „OPEC” i „NATO”.

„The New Sins” inspirowane legendami i historią nieistniejącego plemienia Kortac przypomina światy tworzone w recenzjach nigdy nie napisanych książek, jakie pisał Stanisław Lem.

Jaki koncert może dać artysta taki jak Byrne?
Pytanie pozostawiam bez odpowiedzi.

Tak na marginesie: wczorajszy koncert potwierdził status Byrnea jako racjonalnego artysty, który skupiony jest przede wszystkim na projekcie. Koncert był złożonym projektem, a perfekcjonista Byrne doskonale zapanował nad każdym jego szczegółem.

Nawet nad tym aby pomimo usilnych próśb publiczności NIE wykonać oryginału poniższego:

piątek, 10 lipca 2009

Nieużywane ręczniki, czyli nieudolność w promowaniu Polski

Warsztaty brandingowe na temat marki Polska, które odbyły się w Sheratonie 19.06 okazały się spotkaniem na tyle dziwnym, że aż interesującym.

Ponieważ debata dotyczyć miała Polski spotkanie zostało zorganizowane przez Sieglinde Willig – regionalnego dyr. ds. marketingu i sprzedaży Starwood Hotels & Resorts. Komu bowiem bardziej może zależeć na budowaniu i promowaniu silnej marki naszego kraju niż amerykańskiemu koncernowi hotelarskiemu?

S. Willig zrobiła profesjonalne wprowadzenie (rzecz jasna po angielsku). Wynikało z niego, że zaproszeni przedstawiciele biznesu, władz samorządowych i urzędnicy państwowi winni w ciągu następnych 3 godzin zrobić to, z czym nie poradziły sobie liczne instytucje w ostatnich latach: opracować listę „kluczowych wartości” (core values) niezbędnych do wypromowania Polski.

By ułatwić wszystkim zadanie Adam Mikołajczyk z patronującego przedsięwzięciu magazynu Brief dzięki konkretnej prezentacji przypomniał o co chodzi w promowaniu marek terytorialnych – zaprezentował m. in. „najlepsze i najgorsze praktyki”. Wśród tych ostatnich nie zabrakło rzecz jasna Polski

Głos następnie zabrał przedstawiciel MSZ, który stwierdził, że czym prędzej należy opracować dla Polski „Brand Book”, a najlepiej zrobić to na zasadzie „outsourcingu”. W żadnym bowiem ministerstwie nie ma nikogo kto mógłby się czymś takim zająć na poważnie – zwłaszcza, że ministerstwa zajmują się kwestiami znacznie bardziej poważnym niż jakaś tam strategia promocji.

Po tym wystąpieniu rozpoczęła się część zasadnicza – debata właściwa, oparta na sprawdzonej formule sejmików szlacheckich. Bez ładu i składu padały więc zarzuty i wyrzuty – wszystko zgodnie z „najlepszymi” tradycjami polskiej sarmacji.

W chaosie i zgiełku zarysowywać się jednak zaczynała pewna nieśmiała konstatacja: skoro Polska nie ma żadnej strategii rozwoju, to skąd do diaska mieć ma jasną i konsekwentną strategię promocji?

Brak ciągłości instytucjonalnej oraz koordynacji w zakresie wdrażania strategii promocji skutkuje ogólnym bałaganem i żenadą – permanentnym stanem lat ostatnich. Przykładowo: przywoływane rozproszone działania w rodzaju Polska Year (będące dumą samych twórców) okazywały się absolutnie nieznane docelowym odbiorcom (!) jak zapewniała osoba na co dzień mieszkająca w Londynie.

Padały również stwierdzenia, że skuteczna promocja jest funkcją budżetu – ten zaś niepewny co do wielkości i rozproszony po różnych instytucjach funkcji tej realizować nie pozwala.
Dywagacja na temat tego czy zachodni turysta skłonny jest słuchać muzyki Chopina nieco dłużej jeśli napije się polskiej wódki oddają merytoryczny charakter całego spotkania.

Kolejni uczestnicy „debaty” znikali z sali jak przysłowiowa kamfora – przykład dał wszystkim przedstawiciel MSZ, który jak się okazało ma na głowie ważniejsze sprawy niż dyskutowanie o nieudolnej promocji Polski.

Pozostali w pozbawionej okien sali obrad przedstawiciele MSZ. POT, UMW podkreślali zgodnie, że administracja wszystkich szczebli „sama z siebie zrobić nic nie może”, a przepisy, których brakuje (!), co „jest przykre ale trzeba omijać”...

Przy okazji wyszło na jaw, że miliony oszczędności z pieniędzy przeznaczonych na działania promocyjne Polski wynikają bynajmniej nie z gospodarności, ale braku jakiegokolwiek pomysłu na ich wydawanie – nie wspominając o organizacji działań.
Wyrzuty i zarzuty gęstniały.

Pani Willig była wyraźnie niepocieszona obrotem sprawy. Tłumaczka w jej imieniu próbowała strofować rozemocjonowane towarzystwo odpytując jak niesforne dzieciaki podczas ustnego sprawdzianu co też mają do powiedzenia na temat tematu głównego – jakie „core values” proponują dla promowania swojej ojczyzny. Chcąc nie chcąc każdy więc musiał je w końcu wydusić (aspekt promocji bez braku strategii pozostawmy na boku).

Przyciśnięci profesjonalnie do muru wciąż jeszcze obecni przedstawiciele spółek Skarbu Państwa oraz największych, działających w Polsce koncernów wymieniali takie ‘core values’ jak:
- „polska gościnność”
- „walory naturalne”
- “zalety polskiej kuchni”
- „value for money” (???)
Nieśmiało pojawiła się również propozycja programu 3W (Wojtyła, Wódka, Wałęsa), a na liście znalazło się nawet określenie “damy radę”, stanowiące jakoby esencję naszych “core values”.

Jednak uszy zebranych drażnił wciąż powracający jak echo lament: „nie ma szansy by wspólnie coś zrobić”. Chocholi taniec nabierał przy tej muzyce dodatkowego uroku.

Grzegorz Kiszluk (red. naczelny mag. Brief) podsumował w końcu zaawansowane już dywagacje zauważając, że edukacja co do istotności działań marketingowych przy promowaniu Polski ma przed sobą jeszcze wielkie zadanie do wykonania.

Nie mam pojęcia czym zakończyła się debata (sam również przyłączyłem się do fenomenu znikania...) ale mam przynajmniej pewność, że na następną nikt mnie już nie zaprosi.

Przykre jest to, że utrzymywana z podatków administracja wykazuje tak dalece idącą beztroskę w odniesieniu do zarządzania reputacją i wizerunkiem Polski. Kolejne dmuchawce, latawce, konturki, kolejne zapraszanie zewnętrznych expertów (Welly Ollins), którzy po miesiącach pracy dochodzą do wniosku, że Polska to „Twórcze Napięcie” (Creative Tension), kolejne puste debaty udowadniają jedynie nieudolność instytucji powołanych do wywiązywania się ze swoich zadań statutowych.

MSZ, MS, MG, POT wciąż nie potrafią zbudować sensownej płaszczyzny porozumienia co do tego w jaki sposób promować nasz kraj. Wizerunek Polski budowany jest więc głównie przez awanturujących się o samoloty (lub w samolotach) polityków, tudzież poprzez egzotyczne sensacje w rodzaju bojkotu koncertu Madonny przez obrońców Polskiej Madonny.

Branża reklamowa pomimo chęci i gotowości będzie chyba musiała na spójną strategię promocji Polski długo jeszcze poczekać. Chyba, że zdarzy się tradycyjnie wyczekiwany cud nad Wisłą i w kwestii wizerunku naszego kraju zapanuje taki ład jak w łazienkach hoteli należących do Starwood Hotels & Resorts.

No właśnie, każdy gość hotelowy wie, że rzadkie stosowanie ręczników to mniejsza degradacja natury (tego się przynajmniej dowie z ulotek w hotelowych łazienkach...). Rzadkie korzystanie z urzędniczo-administracyjnych mózgów nie oznacza jednak mniejszej degradację wizerunku Polski.

Tak na marginesie: atrakcyjność marki Polska (turystyka i biznes) zależy od wielu czynników. Tak jak w przypadku innych marek narodowych pod uwagę można brać następujące:

• Powierzchnia kraju i ukształtowanie/geografia kraju (plaże, jeziora, góry, jaskinie itp.)
• Populacja (demografia, dynamika)
• Gospodarka kraju (PKB)
• Ogólny standard życia
• Kultura / Sztuka / Historia
• Rozrywka (imprezy, lokale, standard)
• Ogólna kondycja gospodarki i atrakcyjność inwestycyjna
• Infrastruktura drogowa / łatwość podróżowania
• Infrastruktura telekomunikacyjna
• Infrastruktura noclegowa (hotele, restauracje)
• Ilość portów lotniczych
• Bezpieczeństwo / porządek prawny / stopień wolności politycznej
• Innowacje / technologia / nauka / znaczące konferencje
• Osiągnięcia w sporcie (np. ilość medali olimpijskich)
• Infrastruktura sportowa / wypoczynkowa
• Łatwość komunikacji (znajomość jęz. wśród przez mieszkańców)

środa, 8 lipca 2009

Czy ujrzymy go kiedyś w reklamie?

Piękność zginie wraz z młodością, a wtedy przekonasz się nagle, że nie ma już dla ciebie triumfów i że wypadnie zadowolić się drobniutkimi zwycięstwami, które pamięć przeszłości uczyni przykrzejszymi od porażek.
Oscar Wilde, Portret Doriana Graya

Wszyscy byliśmy zlani potem. Pot spływał po naszych twarzach i plecach. Krople obcego potu pryskały w powietrzu. To był najbardziej zapocony koncert, jaki można sobie wyobrazić. On także obficie się pocił. Kilkakrotnie zmieniał jaskrawe koszule z eleganckimi mankietami, ale i to nie na długo pomagało. Zresztą nawet zapocony zdawał się nic nie tracić z klasy i elegancji ostatniego prawdziwego dandysa, playboya pop-kultury – przynajmniej takim chcieliśmy go wszyscy oglądać na pierwszym w Polsce koncercie.

Długo czekaliśmy na ten koncert. Może zbyt długo? Minęło przecież ćwierć wieku od wydania pierwszej płyty „Kowalskich”. Polskie radio w latach 80-tych z uporem godnym lepszej sprawy (to był przecież symboliczny rok: 1984...) muzycznym milczeniem ostentacyjnie dawało do zrozumienia, że jego fenomen nie jest godzien publicznej uwagi. Dziś nawet w programie 3-cim można usłyszeć jego piosenki. Ale program 3-ci pomimo wpływów z abonamentu emituje także reklamy. Skoro zdecydował dostosować się do reguł wolnego rynku, to nie może sobie obecnie pozwolić na udawanie, że taki artysta nie istnieje. Odcięty od reklam, skazany na niepopularny politycznie abonament program II-gi PR puszcza już tylko Warszawiankę...

„This Charming Man” którym otworzył swój pierwszy koncert nad Wisłą to utwór pochodzący właśnie z pierwszej płyty. A ta dotarła również do nas. Od dyktatu gustów dziennikarzy Polskiego Radia wybawił nas (cóż za paradoks) państwowy Tonpress. Kadr przedstawiający spuszczoną na goły tors głowę Joe Dallesandro stał się ikoną wielkiej przemiany wrażliwości muzycznej, której mieliśmy być świadkami. Alain Delon na wkładce kolejnej winylowej płyty, którą mogliśmy się cieszyć, także zagościł na naszych półkach za sprawą Tonpressu.
Dzięki ci zatem Tonpressie!

Zbuntowana w dopuszczalnych granicach Rozgłośnia Harcerska (program IV) okazała się bardziej otwarta na alternatywne brzmienia znad Tamizy. Na jej „nieprzemakalnych” falach (czy ktoś jeszcze pamięta Sztywny Pal Azji?) mogliśmy słuchać jego głosu. Mogliśmy, choć nie każdy mógł to wytrzymać. On sam wiele lat później tłumaczy swoją manierę wokalną fascynacją luizjańskim stylem Cajun. Warto więc posłuchać śpiewającego w Acadian French zespołu Sundown Playboys zanim wpisze się go w nurt popularnych w latach 80-tych „niemęskich falsecików”.



Kiedy usłyszał, że nabita po brzegi „Stodoła” chóralnie odśpiewuje wraz z nim „...he knows so much about these things” był wyraźnie wzruszony. Był wzruszony jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że publiczność to nie tylko fani legendarnych „Kowalskich”. Słowa utworów kolejnych solowych płyt były doskonale znane spoconym fanom. Postanowił więc spłacić dług wobec wszystkich tych, których tak długo omijał podczas tourne. Rzucone mimochodem: „Warsaw. Finally...” brzmiało jak prośba o wybaczenie.

Dał z siebie wszystko. Razem z nim przenieśliśmy się w czasie i znaleźliśmy w zatłoczonych klubach Manchester. Te same ruchy, ta sama żywiołowość, ten sam bezwstydnie zdystansowany kontakt z publicznością. Ile go to kosztowało wie chyba tylko bodyguard, który po pierwszym i ostatnim bisie pomagał mu zejść ze sceny.

Fragmenty filmów i piosenki stanowiły kolejne ukłony w stronę przeszłości. The New York Dolls, Nancy Sinatra, postaci z emitowanych na BBC seriali pojawiały się i znikały ze sceny. Proste i zarazem dramatyczne wykonanie „Life is a pigsty” powinno przejść do historii muzycznego performance. Większość z nas widziała go pewnie na koncertach w innych miejscach, ale nic nie mogło się równać dawce emocji, jaką zafundował wiernym fanom w „Stodole” siódmego lipca.

Podczas gdy sala śpiewała wraz z nim “Black Cloud”, „Ask”, „You just haven’t earned it yet, baby”, „Girlfriend in a coma”, „When last I spoke to Carol”, “I’m throwing my arms around Paris”, “One day goodbye will be farewell”, “First of the gang to die”, “Let me kiss you”, “Irish blood, English heart”, “The world is full of crashing bores”, “That’s how people grow up”, “Please, please, please, let me get what I want” media grzebały po raz kolejny Michaela Jacksona. Grzebały go już od dawna – jeszcze za życia żerując na łatwo dostępnym nieszczęściu - tuczącej pożywce oglądalności. Teraz udając przećwiczone po śmierci Diany cyniczne współczucie urządziły prawdziwe funeralne show. Szkoda więc, że nie zaśpiewał „Cemetry Gates”, choć wyraźnie też zaznaczył, że NIE będzie nic o Michaelu Jacksonie (przed wykonaniem "The World Is Full Of Crashing Bores").

Słowa „How Soon Is Now”, rockowego monumentu, o który rozbiły się jazgotliwe głosiki rosyjskich pseudo-lesbijek z Tatuu przy próbie wejścia na brytyjski rynek tylnymi drzwiami (jak inaczej nazwać brawurową próbę wykonania coveru jednego z najlepszych – i zarazem najtrudniejszych - utworów żyjącej legendy niezależnej sceny muzycznej UK) brzmiały jak dedykacja dla wszystkich komercyjnych i niekomercyjnych nadawców:

you shut your mouth
how can you say
I go about things the wrong way
I am Human and I need to be loved
Just like everybody else does...


Tak na marginesie: podobno Morrissey podczas jednego z wywiadów przyznał, że nigdy w życiu nie wystąpi w reklamie, choć o wykorzystanie radykalnego obrońcy zwierząt jako „celeba” zabiegali przedstawiciele np. takiej marki jak marki Kit-Kat.
Ale nic straconego. Parafrazując słowa uznanego brytyjskiego poety współczesnego: „Pewne honoraria są wyższe niż inne”.

czwartek, 2 lipca 2009

Kościół kontra Sejm – wynik? Bój się Boga!

Niepokojące są ogłoszone właśnie wyniki badania SEI (social equity index – indeks kapitału społecznego) prowadzonego przez firmę Good Brands. Wynik najwyższy zgodnie z opublikowanymi danymi uzyskał Kościół katolicki, sprawujący władzę ustawodawczą Sejm otrzymał jeden z najniższych wyników (Prezydent wypadł nie wiele lepiej...).

Kapitał społeczny to przede wszystkim zaufanie oraz wola współpracy w ramach pewnej grupy. Członkowie grupy o wysokim kapitale społecznym są wobec siebie uczciwi w zamiarach i potrafią kooperować. Interpretacja wyników badania wydaje się więc prosta: Polacy postrzegają Kościół, dokładnie tak, jak chciałby być postrzegany – jako pewną i niezmienną „Skałę”. Kościół postrzegany jest jako spójna wewnętrznie, wzajemnie wspierająca się grupa (dostojników czy wiernych?), której można pod wieloma względami zaufać.

Na tym tle polski Sejm jawi się (zgodnie z wynikami badania), jako kłótliwa zgraja egoistycznych indywiduów, którzy nie dość, że wzajemnie się zwalczają i atakują, to w dodatku z zewnątrz postrzegani są jako „instytucja” nieprzewidywalna i nie dotrzymująca żadnych obietnic.

Zaskakujące? Raczej nie, w kontekście codziennych doniesień mediowych relacjonujących „prace” wybieranych przez nas posłów. Najgorsze tradycje Sarmacji przekazywane są z sejmowego pokolenia na pokolenie.

By sytuacja była barwniejsza, prezydent często daje do zrozumienia, że nie ma ochoty (i nie jest w stanie) sprawnie wykonywać tego, co powstaje w rozgrzanych kłótnią głowach przedstawicieli wszystkich stanów. Na pewno dużo wygodniejsza jest postawa kontestacji.

Na temat Kościoła pojawia się wiele negatywnych opinii nawet wśród samych wiernych – pytanie: skąd zatem tak rewelacyjny wynik?

Otóż Kościół w przeciwieństwie do Sejmu posiada cel, którego jest świadom, i który konsekwentnie realizuje przez ostatnie 2000 lat. Kościół można lubić lub nie, można wierzyć lub być agnostykiem, trudno jednak zaprzeczyć, że jest to instytucja zorganizowana i zarządzana niemal doskonale (kapitał doświadczenia?). Przykładowe elementy dostarczające zasoby kapitału społecznego Kościoła, mogłyby wyglądać następująco:

- Kościół katolicki, który dla wiernych jawi się jako autorytet, posiada jednocześnie własny autorytet: Papieża.
- Kościół jest również zdyscyplinowany – nawet jeśli pojawiają się wewnętrzne spory, drobne lub większe ‘herezje’, to na zewnętrz prezentowany jest jako monolit opinii i sądów.
- Kościół jest przewidywalny i nie zmienia zdania ani opinii (jeśli to robi to raczej ewolucyjnie i z wielkim samo-oporem) – w tym sensie można na nim polegać.
- Wiadomo czego się spodziewać od Kościoła – Kościół nie dostarcza niespodzianek.

W porównaniu z Kościołem Sejm na powyższych wymiarach wypadłby raczej licho. Choć jeśli wziąć pod uwagę fakt, że niemal na pewno można się po kolejnych kadencjach spodziewać awantur, politycznego chamstwa, samochciejstwa, kompromitujących waśni i sporów – to pod tym względem przewidywalność osiągnęłaby wynik najwyższy...

Jak zapisano w Konstytucji RP w art. 25:
1. Kościół i inne związki wyznaniowe są równouprawnione.
2. Władze publiczne w RP zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.
3. Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dobra człowieka i dobra wspólnego.
Jest w tym samym artykule mowa o stosunkach dwóch państw (RP i Watykanu), nie ma rzecz jasna mowy o stosunkach RP z głowami innych „związków wyznaniowych”.

Przy porównaniu tego artykułu z tekstem preambuły przychodzą co prawda na myśl paradoksy pewnego Zenona, jednak przyznać należy, że zapisy te są choćby pozorną próbą zasygnalizowania, że RP jest jakby nie było państwem neutralnym w kwestiach światopoglądowych.

Rzeczywistość wygląda inaczej – także ta przedstawiana przez badanie SEI. Kościół posiada, jak się okazuje potężną siłę i spójność, która gwarantuje zwycięstwo w każdym ewentualnym konflikcie z państwem.
Polak katolik, zawsze wygra z Polakiem obywatelem.

Dyskusje na temat celowości włączania średniej z ocen z religii do świadectw nauczania, dysputy na temat zapłodnienia in vitro, sensowność dodawania kolejnych dni świąt religijnych (katolickich) wolnych od pracy – wszystko to nie ma sensu i stanowi polityczne bicie piany. Kościół już z góry jest tu górą – chciałoby się rzec.

Nie ma też oczywiście sensu krytykowanie siły Kościoła, ani zastanawianie się jak tą siłę osłabić – Kościół jako wspólnota wiernych, wzmacniany jest ich siłą i za to należy mu się chwała. Należałoby raczej zapytać, w jaki sposób odzyskać szacunek, autorytet i realną siłę Sejmu, Senatu, Prezydenta czy Rady Ministrów. Chyba, że zamierzamy w przyszłości zamieszkiwać najbardziej religijne rubieże gospodarczych struktur UE (fundusze strukturalne jako datki?) - myślę, że nawet „wierzącym praktykującym” nie tylko o to idzie.

Tak na marginesie:
Ja Panu nie przerywałem!
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: