Wydaje się, że dziś już nie wypada być pomysłowym. Nie wypada też rozwiązywać problemów w sposób twórczy. Chcąc być „na czasie” należałoby zamiennie używać dwóch pojęć: „kreatywność” i „innowacja”. Coraz częściej jednak są one nadużywane lub stanowią przykrywkę szarej zwyczajności. Kolejną „bańką” pękającą na naszych oczach jest chyba właśnie idea „kreatywności” za wszelką cenę.
Pomimo tego, że istnieje ponad pół setki definicji kreatywności, nikt do końca nie wie czym ona jest, nie ma bowiem żadnej, powszechnie przyjętej definicji wspólnej. Skoro trudno coś zdefiniować, to jeszcze trudniej tym czymś zarządzać lub to mierzyć. Kreatywność jak widać już od samego początku powoduje problemy i nieporozumienia.
By rzeczy nadmiernie nie komplikować przyjmijmy, że kreatywność to połączenie oryginalnej twórczości z użytecznością. Ważne jest przy tym by oba te warunki (oryginalna idea i użyteczność) zachodziły łącznie. Oryginalne rozwiązanie powinno się opierać na idei nowej, odmiennej od tego, co stosuje się najczęściej w danych okolicznościach. Nie musi więc to być od razu idea nowatorska – może to być po prostu idea przeniesiona z zupełnie innego obszaru. Użyteczność, drugi warunek, oznacza, że twórczość ta służy czemuś konkretnemu – tzw. „sztuka dla sztuki” nie spełnia warunków kreatywności. To Chińczycy wynaleźli proch czy kompas. Wynalazki te zostały jednak „kreatywnie” bo skutecznie wykorzystane dopiero wiele wieków później w Europie.
Tworzenie o jakim mowa, nie zakłada rzecz jasna creatio ex nihilo. Tworzeniem jest często rekombinacją i łączeniem znanych elementów w nowy sposób np. poprzez zmianę ich struktury czy odkrywanie zupełnie nowych zależności pomiędzy nimi.
Gotowych recept na kreatywność można dziś znaleźć tysiące – ilość literatury na ten temat od początku lat 90-tych przyrasta w lawinowym tempie. Wydaje się, że w większości przypadków przepisy na temat kreatywności sprowadzają się tak naprawdę do konieczności spełniania jednego warunku. Jest nim niezależność.
Niezależność tą należy rozumieć szeroko: jako wolność od ograniczeń, posiadanie wystarczających, zapewniających autonomię zasobów oraz brak przymusu kierującego w stronę określonego rozwiązania. Warunek niezależności można dodatkowo wzmocnić warunkiem dysponowania odpowiednią ilością czasu. Powinno go być przynajmniej tyle by wielość generowanych rozwiązań mogła zostać poddana właściwej ocenione i krytycznym próbom.
O tym, że kreatywność czy związana z nią innowacyjność stała się głównym kapitałem firm i marek nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Klasycznie ujmowana innowacyjność oznacza w biznesie podejmowanie nowej działalności gospodarczej lub dostarczanie nowych usług poprzez nowatorskie kombinacje czynników produkcji, nowe wyroby, sposoby dystrybucji dóbr i usług. W ostatnich latach trudno było sobie wyobrazić firmę, która zaniedbywałaby takie podejście. Szybkość dostarczania nowych i lepszych od dotychczas stosowanych rozwiązań stała się głównym miernikiem konkurencyjności. Pasmo nieprzerwanego wzrostu gospodarczego mieliśmy też zawdzięczać rosnącej 'creative class' (pojęcie wypromowane przez Richarda Floridę) nowej społecznej sile napędowej gospodarki post-industrialnej. Funkcjonując w takiej rzeczywistości trudno nie ulec tyranii kreatywności.
Dopóki więc „kreatywność” będzie miała szerokie grono orędowników wierzących w ideę ciągłego postępu istniały będą także problemy związane z tworzeniem nowych idei i oceną tego, co kreatywne...
WIĘCEJ: "Marketing w praktyce", nr 9(139), 09.09.
środa, 23 września 2009
wtorek, 22 września 2009
Neopragmatyzm imperatywem na niepewną przyszłość.
XIX Forum Ekonomiczne w Krynicy powoli odchodzi do historii. W mediach wydarzanie to zostało już przeanalizowane i ocenione z każdej strony. Będzie jednak jeszcze pewnie nie raz powracać – ilość wystąpień i bogactwo tematyczne były doskonałą inspiracją w czasach niedoskonałej gospodarki.
Trzeciego, ostatniego dnia forum (11 września) wysłuchałem dwóch debat o tematyce gospodarczej. Pierwsza zatytułowana była: „Świat po kryzysie. Nowy ład ekonomiczny” - moderator: Krzysztof Rybiński (Ernst & Young, SGH), laureat ekonomicznego Nobla Edmund Phelps, ekonomista Peter Schiff (prezes Euro Pacific Capital), Francis Bailly (GE international), Wolfgang Clement (Forum Unia Europejska) i Jan V. Rostowski (Minister Finansów. Druga dyskusja nosiła tytuł „Dokąd zmierza kapitalizm? W poszukiwaniu odpowiedniej polityki w dramatycznie zmieniającym się świecie”. Tę drugą dyskusję moderował prof. ekonomii Daniel Daianu, panelistami zaś byli: Grzegorz Kołodko (obecnie dyr. TIGER), Keith Boyfield (Instytut Adama Smitha, UK), Arkadiusz Mularczyk, poseł na sejm, Brigita Schmögnerova (Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju) oraz korespondent ekonomiczny z European Voice – Stewart Fleming.
Pierwsza dyskusja – ta z udziałem Phelpsa i Schiffa - była właściwie wielkim ekonomicznym show. Aula Domu Zdrojowego nabita była po brzegi i trudno było znaleźć nawet miejsce stojące. Wymieszani słuchacze, dziennikarze, operatorzy kamer i fotoreporterzy – wszyscy przeszkadzali sobie nawzajem chcąc np. zrobić jak najlepsze zdjęcie i w tym celu przesunąć się choćby o cal do przodu. Druga debata – moim zdaniem równie interesująca - była znacznie skromniejsza i odbywała się w kameralnych warunkach, a pamiątkowe zdjęcia można było zrobić bez żadnych przeszkód.
Obie dyskusje łączyła zbliżona troska o przyszłość świata – i nie tylko tą gospodarczą. Paneliści obu debat z równą gorliwością atakowali ten temat by następnie z równą szczerością stwierdzać, że jest to jedna wielka niewiadoma. Padały co prawda propozycje cząstkowych prognoz, ostrożnie stawiano niepewne hipotezy, jednak obszarem dużo bezpieczniejszym niż nieznana przyszłość okazywała się kryzysowa teraźniejszość. I to właśnie ona stanowiła najczęściej odniesienie dla skrywanej za pseudoobiektywizmem krytyki „tego drugiego obozu” myślicieli czy też możliwości dyskretnego przypomnienia w rodzaju „a nie mówiłem...”
Najwięcej rzecz jasna dostało się gospodarce USA. Jej pozycja ekonomiczna i militarna została już zagrożona, teraz wróżono jej czarną przyszłość (była by nią druga Ameryka Łacińska), jeśli nie zacznie pożyczanych pieniędzy inwestować bardziej produktywnie, a nie wyłącznie przeznaczać na dalszą konsumpcję. Europa w porównaniu do USA ma dużo solidniejsze podstawy trwałego wzrostu, może też wiele zyskać dzięki słabnącemu dolarowi (Schiff).
Wskazywano również na problemy cywilizacyjne, z którymi nikt do końca nie potrafi dziś sobie poradzić. Skoro zgodnie z niektórymi prognozami w niedalekiej przyszłości na mapie świata pojawić się mają przerośnięte aglomeracje (mega miasta wielkości Norwegii), w których żyła będzie przeważająca liczba mieszkańców globu, to może się okazać, że wyzwania w rodzaju infrastruktury energetycznej, zdrowia mieszkańców czy zanieczyszczeń okażą się zbyt trudne dla przyszłych pokoleń (F. Belly). Pomimo wielu niewiadomych jedno jest pewne: tworzymy właśnie niełatwą przyszłość dla tych, którym żyć tu przyjdzie po nas.
Nikt też do końca nie jest w stanie przewidzieć jakie konsekwencje przyniesie szybki rozwój państw, które na pewno trudno nazwać w pełni demokratycznymi, ale które dysponują olbrzymim kapitałem ludności głodnej owoców produkowanego dziś na cudze zamówienie dobrobytu (problem tego rodzaju zaadresował J. V. Rostowski). Gospodarczo-polityczna geografia, której finansowy i rozwojowy punkt ciężkości przesuwa się na Wschód i Południe już w najbliższym czasie może przynieść wiele niespodzianek – niekoniecznie przyjemnych.
Interesujące były lapidarne, ale niezwykle cenne uwagi noblisty. Phelps przyznał, że z teorią ekonomii miał problem już podczas studiów – wydawał mu się (zwłaszcza makroekonomia) nauką sztuczną, bazującą na wyabstrahowanych „mechanicystycznych” modelach niewiele mających wspólnego z prawdziwą naturą rynku. Ta ostatnia – tak jak natura w ogóle – pełna jest przypadkowości, chaosu, i tego co nieoczekiwane. „Rutynowe kalkulacje” w oparciu o wydarzanie w przeszłości mogą prowadzić co najmniej do nieporozumień, lub co gorsza – tak, jak w przypadku ostatnich wydarzeń – do finansowych katastrof.
Phelps postulował konieczność podejmowania większego wysiłku w celu tworzenia, nowych, bardziej adekwatnych do współczesnej rzeczywistości teorii ekonomicznych. Kładł nacisk na otwartość wobec aktualnych odkryć innych prężnie rozwijających się dziedzin nauki – np. psychologii. Jego zdaniem światopogląd ekonomiczny wymaga gruntownej reformy. Skonstatował także, że choć przyszłość na zawsze pozostanie wielką niewiadomą, to właśnie ona powinna stać się jednym z głównych tematów ekonomicznych rozważań. Firmy i gracze rynkowi, całe gospodarki muszą przecież formułować oczekiwania wiązane właśnie z przyszłością (ze świadomością, że pozostanie nieznana). Paradoks ten wymusza stworzenie nowych modeli dla opisu świata relacji, jakie zachodzą pomiędzy różnymi interesami i celami realizowanymi przez rynkowe podmioty. Zwłaszcza, że wszyscy przyznać musimy, że nie do końca potrafimy przewidzieć i rozumieć przyszłe konsekwencji zapadających dziś decyzji i podejmowanych działań.
Phelps nazwał rzecz po imieniu – filozofia (ściślej - podejście epistemologiczne) powinna być częściej wykorzystywana przez zajmujących się ekonomią. Pomimo, że próby badania i przewidywania przyszłości, refleksji nad różnymi jej scenariuszami są dziś koniecznością, noblista zauważył, że wciąż niewiele osób stara się systematycznie zajmować tak niewdzięcznym zagadnieniem. Należałoby więc dodać, że sztuka ta pozostaje tradycyjnie domeną astrologów, wróżów, i wszelkiej maści szalbierzy...
Analogii różnicy pomiędzy astrologią i astronomią użył w nieco innym kontekście również Schiff (chyba on – robienie notatek w stojącym tłumie ma wiele minusów...). Także jego zdaniem wielkim błędem jest utrzymywanie mniemania, że receptą wiecznego wzrostu może być gospodarka oparta jedynie na konsumpcji. Choć jak dotąd nie znaleziono lepszego modelu niż gospodarka kapitalistyczna wsparta demokracją, to winna to być dziś gospodarka kładąca większy nacisk na oszczędzanie i inwestowanie. Jego opinię można by wyrazić w stwierdzeniu: jeśli zachodnie społeczeństwa nie opamiętają się i nie zaczną przejawiać większej odpowiedzialności nadal żyjąc na jeden wielki przysłowiowy kredyt, to tworzymy społeczeństwo „no future” - przyszłe pokolenia mogą nie być w stanie zadłużenia tego spłacić.
Podobny (w zasadzie kasandryczny ton) dominował na drugim, wspomnianym panelu. Tu punktem wyjścia było pytanie: czy warto za wszelką cenę ratować ideę globalizacji oraz jak sprawić by więcej ludzi mogło korzystać z jej owoców? G. Kołodko debatujący z Phelpsem na poprzednim, XVIII forum – był z nim w wielu punktach zgodny (mam również wrażenie, że było mu trochę przykro, że nie uczestniczył w tegorocznej debacie). On także bardzo krytycznie odnosił się do abstrakcyjnej, oderwanej od rzeczywistości ekonomii. „Reganomia”, thacheryzm, skrajny liberalizm, ekonomia zaangażowana w walki ideologiczne i polityczne dostawały równo po głowie. Przyszłość ekonomii widzi prof. Kołodko w podejściu interdyscyplinarnym – łączącym sposób myślenia właściwy dla socjologii, historii, psychologii czy antropologii.
Kołodko ostrzegał również by nie łudzić się, że oto wraz pierwszymi symptomami ożywienia możemy odtrąbić koniec kryzysu. Jak zauważył odroczone konsekwencje kryzysu finansowego przesunęły się w obszar społeczno-polityczny (nikt dziś np. nie zna przyszłych konsekwencji społecznych zwiększonego bezrobocia związanego z zamknięciem na świecie wielu przedsiębiorstw). Jedno jest pewne – kiedy tylko negatywne konsekwencje pojawią się, pojawi się tym samym to, na czym politycy (zwłaszcza nasi) uwielbiają zbijać własny kapitał - poszukiwanie winnych...
Generalnie opinia G. Kołodki była jednoznaczna: kryzys z jakim mamy dziś do czynienia jest głównie kryzysem moralnym i ideologicznym.
Brigita Schmögnerova również mocno skrytykowała to, co nazwała „anglosaksońskim” modelem neoliberalizmu, który został jej zdaniem totalnie skompromitowany i ukazał swoją nieprzydatność. Modyfikacja głównych założeń ekonomii społecznej wiązanej z takim modelem jej zdaniem staje się pilną koniecznością.
Mam wrażenie, że neoliberałom dostało się także – choć w zupełnie inny sposób - od S. Fleminga. W humorystyczny na brytyjską modłę sposób, krytykował on złudę samoregulujących się rynków – w tym finansowych dążących zdaniem ich zwolenników do „gospodarczej nirwany”. Zwracał także uwagę, że twórcy takich modeli (dziś zupełnie nieadekwatnych) tworzyli je w czasach, kiedy pewne zjawiska związane z rynkiem giełdowym, te w rodzaju ‘assets price inflation’, czy możliwość pojawienia się czegoś takiego jak ‘private equity bubble’ nie były raczej brane pod uwagę jako realny problem. Dyskusję wywołało przypomnienie założeń niektórych rządów ratujących zagrożone banki pieniędzmi podatników (banki szybko zamieniły te pieniądze na bonusy...), że instytucje te na przykładzie angielskim, są to: ‘banks too big to fail’ (skoro posiadają zasoby finansowe większe niż Wielka Brytania). Dyskusja dotyczyła znalezienia właściwego punktu widzenia: czy faktycznie są to banki zbyt duże by pozwolić im upaść, czy może zbyt duże aby je ratować (‘banks too big to save’)?
K. Boyfield zwrócił w tym kontekście uwagę, że jedno z największych ryzyk gospodarczych wiąże się dziś z sytuacją kompletnego zaniku osobistej odpowiedzialności ludzi zarządzających bankami czy innymi instytucjami finansowymi.
Próbę swoistego podsumowania dyskusji, będącą w istocie dobrą propagacją wyznawanego podejścia, podjął G. Kołodko. Przypomniał, że ekonomia powinna się zmieniać tak, jak zmieniają się cele podejmowanych w gospodarkach aktywności. Zmienia się wszystko – w tym sposoby mierzenia podstawowych zdawałoby się wskaźników w rodzaju PKB. Wciąż jednak tematem zasadniczym i jądrem zainteresowań ekonomii pozostaje odwieczny konflikt różnych interesów. Kołodko zwracał więc uwagę na dwa różne podejścia do ekonomii:
- podejścia opisowego – próby opisu, badania, mierzenia zjawisk gospodarczych i ich rozumienia
- podejścia normatywnego – próby ustalania tego, co zamierzamy zrobić, jakie są nasze cele - w oparciu o ukształtowane wcześniej teorie i przyjęte na ich podstawie założenia. Podsumował to w duchu właściwym dla pragmatyzmu. Miarą i podstawowym warunkiem działań ekonomicznych byłaby SKUTECZNOŚĆ. Stwierdzając, że neoliberalizm nie ma żadnej przyszłości zaproponował więc na zakończenie swojego wystąpienia neo-pragmatyzm. Właściwe podejście ekonomiczne w zreformowanej wersji powinno też uwzględniać ujmowanie zależności tworzących się w „trójkącie”: instytucje (potrzeba instytucjonalizacji ekonomii), zasady (właściwa teoria i długoterminowo określane cele), wartości (w rozumieniu etycznym).
Tak na marginesie: bardzo chętnie sięgnę w wolnej chwili po nową książkę G. Kołodki. Podejście neopragmatyczne wydaje się na pozór kuszące. Ciekaw jestem na ile udana może być próba przeniesienia filozofii pragmatycznej Pierca czy Jamesa na grunt ekonomii. Jak zauważył prof. Stefan Symotiuk – cała mentalność amerykańska przesiąknięta jest duchem protestanckiego fatalizmu – którego wyrazem jest również kultywowany przez dawnych religijnych uchodźców pragmatyzm. Pragmatyzm wydaje się być przesiąknięty specyficzną metafizyką. I to mnie intryguje – czy ekonomia będzie zmierzała w stronę rozważań metafizycznych? Byłoby to chyba zbyt piękne, by mogło się okazać prawdziwe...
Trzeciego, ostatniego dnia forum (11 września) wysłuchałem dwóch debat o tematyce gospodarczej. Pierwsza zatytułowana była: „Świat po kryzysie. Nowy ład ekonomiczny” - moderator: Krzysztof Rybiński (Ernst & Young, SGH), laureat ekonomicznego Nobla Edmund Phelps, ekonomista Peter Schiff (prezes Euro Pacific Capital), Francis Bailly (GE international), Wolfgang Clement (Forum Unia Europejska) i Jan V. Rostowski (Minister Finansów. Druga dyskusja nosiła tytuł „Dokąd zmierza kapitalizm? W poszukiwaniu odpowiedniej polityki w dramatycznie zmieniającym się świecie”. Tę drugą dyskusję moderował prof. ekonomii Daniel Daianu, panelistami zaś byli: Grzegorz Kołodko (obecnie dyr. TIGER), Keith Boyfield (Instytut Adama Smitha, UK), Arkadiusz Mularczyk, poseł na sejm, Brigita Schmögnerova (Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju) oraz korespondent ekonomiczny z European Voice – Stewart Fleming.
Pierwsza dyskusja – ta z udziałem Phelpsa i Schiffa - była właściwie wielkim ekonomicznym show. Aula Domu Zdrojowego nabita była po brzegi i trudno było znaleźć nawet miejsce stojące. Wymieszani słuchacze, dziennikarze, operatorzy kamer i fotoreporterzy – wszyscy przeszkadzali sobie nawzajem chcąc np. zrobić jak najlepsze zdjęcie i w tym celu przesunąć się choćby o cal do przodu. Druga debata – moim zdaniem równie interesująca - była znacznie skromniejsza i odbywała się w kameralnych warunkach, a pamiątkowe zdjęcia można było zrobić bez żadnych przeszkód.
Obie dyskusje łączyła zbliżona troska o przyszłość świata – i nie tylko tą gospodarczą. Paneliści obu debat z równą gorliwością atakowali ten temat by następnie z równą szczerością stwierdzać, że jest to jedna wielka niewiadoma. Padały co prawda propozycje cząstkowych prognoz, ostrożnie stawiano niepewne hipotezy, jednak obszarem dużo bezpieczniejszym niż nieznana przyszłość okazywała się kryzysowa teraźniejszość. I to właśnie ona stanowiła najczęściej odniesienie dla skrywanej za pseudoobiektywizmem krytyki „tego drugiego obozu” myślicieli czy też możliwości dyskretnego przypomnienia w rodzaju „a nie mówiłem...”
Najwięcej rzecz jasna dostało się gospodarce USA. Jej pozycja ekonomiczna i militarna została już zagrożona, teraz wróżono jej czarną przyszłość (była by nią druga Ameryka Łacińska), jeśli nie zacznie pożyczanych pieniędzy inwestować bardziej produktywnie, a nie wyłącznie przeznaczać na dalszą konsumpcję. Europa w porównaniu do USA ma dużo solidniejsze podstawy trwałego wzrostu, może też wiele zyskać dzięki słabnącemu dolarowi (Schiff).
Wskazywano również na problemy cywilizacyjne, z którymi nikt do końca nie potrafi dziś sobie poradzić. Skoro zgodnie z niektórymi prognozami w niedalekiej przyszłości na mapie świata pojawić się mają przerośnięte aglomeracje (mega miasta wielkości Norwegii), w których żyła będzie przeważająca liczba mieszkańców globu, to może się okazać, że wyzwania w rodzaju infrastruktury energetycznej, zdrowia mieszkańców czy zanieczyszczeń okażą się zbyt trudne dla przyszłych pokoleń (F. Belly). Pomimo wielu niewiadomych jedno jest pewne: tworzymy właśnie niełatwą przyszłość dla tych, którym żyć tu przyjdzie po nas.
Nikt też do końca nie jest w stanie przewidzieć jakie konsekwencje przyniesie szybki rozwój państw, które na pewno trudno nazwać w pełni demokratycznymi, ale które dysponują olbrzymim kapitałem ludności głodnej owoców produkowanego dziś na cudze zamówienie dobrobytu (problem tego rodzaju zaadresował J. V. Rostowski). Gospodarczo-polityczna geografia, której finansowy i rozwojowy punkt ciężkości przesuwa się na Wschód i Południe już w najbliższym czasie może przynieść wiele niespodzianek – niekoniecznie przyjemnych.
Interesujące były lapidarne, ale niezwykle cenne uwagi noblisty. Phelps przyznał, że z teorią ekonomii miał problem już podczas studiów – wydawał mu się (zwłaszcza makroekonomia) nauką sztuczną, bazującą na wyabstrahowanych „mechanicystycznych” modelach niewiele mających wspólnego z prawdziwą naturą rynku. Ta ostatnia – tak jak natura w ogóle – pełna jest przypadkowości, chaosu, i tego co nieoczekiwane. „Rutynowe kalkulacje” w oparciu o wydarzanie w przeszłości mogą prowadzić co najmniej do nieporozumień, lub co gorsza – tak, jak w przypadku ostatnich wydarzeń – do finansowych katastrof.
Phelps postulował konieczność podejmowania większego wysiłku w celu tworzenia, nowych, bardziej adekwatnych do współczesnej rzeczywistości teorii ekonomicznych. Kładł nacisk na otwartość wobec aktualnych odkryć innych prężnie rozwijających się dziedzin nauki – np. psychologii. Jego zdaniem światopogląd ekonomiczny wymaga gruntownej reformy. Skonstatował także, że choć przyszłość na zawsze pozostanie wielką niewiadomą, to właśnie ona powinna stać się jednym z głównych tematów ekonomicznych rozważań. Firmy i gracze rynkowi, całe gospodarki muszą przecież formułować oczekiwania wiązane właśnie z przyszłością (ze świadomością, że pozostanie nieznana). Paradoks ten wymusza stworzenie nowych modeli dla opisu świata relacji, jakie zachodzą pomiędzy różnymi interesami i celami realizowanymi przez rynkowe podmioty. Zwłaszcza, że wszyscy przyznać musimy, że nie do końca potrafimy przewidzieć i rozumieć przyszłe konsekwencji zapadających dziś decyzji i podejmowanych działań.
Phelps nazwał rzecz po imieniu – filozofia (ściślej - podejście epistemologiczne) powinna być częściej wykorzystywana przez zajmujących się ekonomią. Pomimo, że próby badania i przewidywania przyszłości, refleksji nad różnymi jej scenariuszami są dziś koniecznością, noblista zauważył, że wciąż niewiele osób stara się systematycznie zajmować tak niewdzięcznym zagadnieniem. Należałoby więc dodać, że sztuka ta pozostaje tradycyjnie domeną astrologów, wróżów, i wszelkiej maści szalbierzy...
Analogii różnicy pomiędzy astrologią i astronomią użył w nieco innym kontekście również Schiff (chyba on – robienie notatek w stojącym tłumie ma wiele minusów...). Także jego zdaniem wielkim błędem jest utrzymywanie mniemania, że receptą wiecznego wzrostu może być gospodarka oparta jedynie na konsumpcji. Choć jak dotąd nie znaleziono lepszego modelu niż gospodarka kapitalistyczna wsparta demokracją, to winna to być dziś gospodarka kładąca większy nacisk na oszczędzanie i inwestowanie. Jego opinię można by wyrazić w stwierdzeniu: jeśli zachodnie społeczeństwa nie opamiętają się i nie zaczną przejawiać większej odpowiedzialności nadal żyjąc na jeden wielki przysłowiowy kredyt, to tworzymy społeczeństwo „no future” - przyszłe pokolenia mogą nie być w stanie zadłużenia tego spłacić.
Podobny (w zasadzie kasandryczny ton) dominował na drugim, wspomnianym panelu. Tu punktem wyjścia było pytanie: czy warto za wszelką cenę ratować ideę globalizacji oraz jak sprawić by więcej ludzi mogło korzystać z jej owoców? G. Kołodko debatujący z Phelpsem na poprzednim, XVIII forum – był z nim w wielu punktach zgodny (mam również wrażenie, że było mu trochę przykro, że nie uczestniczył w tegorocznej debacie). On także bardzo krytycznie odnosił się do abstrakcyjnej, oderwanej od rzeczywistości ekonomii. „Reganomia”, thacheryzm, skrajny liberalizm, ekonomia zaangażowana w walki ideologiczne i polityczne dostawały równo po głowie. Przyszłość ekonomii widzi prof. Kołodko w podejściu interdyscyplinarnym – łączącym sposób myślenia właściwy dla socjologii, historii, psychologii czy antropologii.
Kołodko ostrzegał również by nie łudzić się, że oto wraz pierwszymi symptomami ożywienia możemy odtrąbić koniec kryzysu. Jak zauważył odroczone konsekwencje kryzysu finansowego przesunęły się w obszar społeczno-polityczny (nikt dziś np. nie zna przyszłych konsekwencji społecznych zwiększonego bezrobocia związanego z zamknięciem na świecie wielu przedsiębiorstw). Jedno jest pewne – kiedy tylko negatywne konsekwencje pojawią się, pojawi się tym samym to, na czym politycy (zwłaszcza nasi) uwielbiają zbijać własny kapitał - poszukiwanie winnych...
Generalnie opinia G. Kołodki była jednoznaczna: kryzys z jakim mamy dziś do czynienia jest głównie kryzysem moralnym i ideologicznym.
Brigita Schmögnerova również mocno skrytykowała to, co nazwała „anglosaksońskim” modelem neoliberalizmu, który został jej zdaniem totalnie skompromitowany i ukazał swoją nieprzydatność. Modyfikacja głównych założeń ekonomii społecznej wiązanej z takim modelem jej zdaniem staje się pilną koniecznością.
Mam wrażenie, że neoliberałom dostało się także – choć w zupełnie inny sposób - od S. Fleminga. W humorystyczny na brytyjską modłę sposób, krytykował on złudę samoregulujących się rynków – w tym finansowych dążących zdaniem ich zwolenników do „gospodarczej nirwany”. Zwracał także uwagę, że twórcy takich modeli (dziś zupełnie nieadekwatnych) tworzyli je w czasach, kiedy pewne zjawiska związane z rynkiem giełdowym, te w rodzaju ‘assets price inflation’, czy możliwość pojawienia się czegoś takiego jak ‘private equity bubble’ nie były raczej brane pod uwagę jako realny problem. Dyskusję wywołało przypomnienie założeń niektórych rządów ratujących zagrożone banki pieniędzmi podatników (banki szybko zamieniły te pieniądze na bonusy...), że instytucje te na przykładzie angielskim, są to: ‘banks too big to fail’ (skoro posiadają zasoby finansowe większe niż Wielka Brytania). Dyskusja dotyczyła znalezienia właściwego punktu widzenia: czy faktycznie są to banki zbyt duże by pozwolić im upaść, czy może zbyt duże aby je ratować (‘banks too big to save’)?
K. Boyfield zwrócił w tym kontekście uwagę, że jedno z największych ryzyk gospodarczych wiąże się dziś z sytuacją kompletnego zaniku osobistej odpowiedzialności ludzi zarządzających bankami czy innymi instytucjami finansowymi.
Próbę swoistego podsumowania dyskusji, będącą w istocie dobrą propagacją wyznawanego podejścia, podjął G. Kołodko. Przypomniał, że ekonomia powinna się zmieniać tak, jak zmieniają się cele podejmowanych w gospodarkach aktywności. Zmienia się wszystko – w tym sposoby mierzenia podstawowych zdawałoby się wskaźników w rodzaju PKB. Wciąż jednak tematem zasadniczym i jądrem zainteresowań ekonomii pozostaje odwieczny konflikt różnych interesów. Kołodko zwracał więc uwagę na dwa różne podejścia do ekonomii:
- podejścia opisowego – próby opisu, badania, mierzenia zjawisk gospodarczych i ich rozumienia
- podejścia normatywnego – próby ustalania tego, co zamierzamy zrobić, jakie są nasze cele - w oparciu o ukształtowane wcześniej teorie i przyjęte na ich podstawie założenia. Podsumował to w duchu właściwym dla pragmatyzmu. Miarą i podstawowym warunkiem działań ekonomicznych byłaby SKUTECZNOŚĆ. Stwierdzając, że neoliberalizm nie ma żadnej przyszłości zaproponował więc na zakończenie swojego wystąpienia neo-pragmatyzm. Właściwe podejście ekonomiczne w zreformowanej wersji powinno też uwzględniać ujmowanie zależności tworzących się w „trójkącie”: instytucje (potrzeba instytucjonalizacji ekonomii), zasady (właściwa teoria i długoterminowo określane cele), wartości (w rozumieniu etycznym).
Tak na marginesie: bardzo chętnie sięgnę w wolnej chwili po nową książkę G. Kołodki. Podejście neopragmatyczne wydaje się na pozór kuszące. Ciekaw jestem na ile udana może być próba przeniesienia filozofii pragmatycznej Pierca czy Jamesa na grunt ekonomii. Jak zauważył prof. Stefan Symotiuk – cała mentalność amerykańska przesiąknięta jest duchem protestanckiego fatalizmu – którego wyrazem jest również kultywowany przez dawnych religijnych uchodźców pragmatyzm. Pragmatyzm wydaje się być przesiąknięty specyficzną metafizyką. I to mnie intryguje – czy ekonomia będzie zmierzała w stronę rozważań metafizycznych? Byłoby to chyba zbyt piękne, by mogło się okazać prawdziwe...
czwartek, 17 września 2009
Jak się wzbogacić, czyli skąd wziąć przepis na życie
Władysław Tatarkiewicz napisał kiedyś pięknie, że szczęściem jest życie, które daje trwałe, pełne i uzasadnione zadowolenie. Zaznaczył przy tym, że czym innym bywa szczęścia doznawanie, a czym innym życie szczęśliwe – choć jedno z drugim nierozerwalnie jest związane. Przykładem takiego rozróżnienia jest chwila, w której mówimy: „byłem wtedy szczęśliwy ale… nie zdawałem sobie z tego sprawy”.
Trwałe zadowolenie z życia w całości można chyba nazwać szczęściem. I właśnie szczęście, choć różnie rozumiane, jest celem, do którego większość ludzi dąży. Ponieważ jednak pojmowanie tego, czym jest zadowolenie z życia bywa dosyć subiektywne, każdy tworzy własną definicję szczęścia i szuka sposobów na jego osiągnięcie. Definicji takich zatem mamy tyle, ilu ludzi zamieszkuje naszą zieloną planetę – obecnie niemal 7 mld – nie licząc tych, którzy tworzyli je na swój użytek przed nami.

Trzy oblicza szczęścia
Arystoteles podzielił ludzi ze względu na sposoby osiągania szczęścia na trzy typy (dziś nazwane byłyby one pewnie „stylami życia”):
1. poszukujących przyjemności,
2. dążących do zaszczytów,
3. poświęcających się kontemplacji.
Poszukujący przyjemności cenią głównie „wino, kobiety i śpiew”. Nie wysilają się na wielkie refleksje, chwytają chwilę. Czasem popadają w „rozpaczliwy hedonizm” goniąc za wszelką cenę za tym, co zapewnia przyjemność. Uznają, że „raz się żyje”, trzeba więc spróbować wszelkich dostępnych przyjemności. Pełni energii uwielbiają się bawić i bawić innych - lubią towarzystwo, choć i sami potrafią ulubionym przyjemnościom się oddawać.
Dążący do zaszczytów pracują ciężko na rzecz wspólnoty. Chcą być podziwiani za wkład, jaki wnoszą w życie zbiorowości, jej organizację i sposób funkcjonowania. Udzielają się społecznie, lubią piastować ważne stanowiska i osiągać przynależny im status (zapewniający podziw innych). To właśnie opinie innych (zwłaszcza te pochwalne) oraz insygnia osiągnięć są tym, co nadaje sens ich życiu.
Poświęcający się kontemplacji największą wartość widzą w myśleniu, poszukiwaniu prawdy i ciągłym zadawaniu pytań. Świat doczesnych dóbr materialnych mają za nic. Bujają więc często w obłokach, tworzą romantyczne (lub utopijne) idee i wizje, nie bacząc na to, czy zostaną one (lub w ogóle mogą zostać) zrealizowane. Wytrwale dążą do znalezienia odpowiedzi na wszystkie „problemy ostateczne”, choć często z góry przy tym zakładają, że ignorabimus - „nie będziemy wiedzieć”.
Można pewnie spotkać ludzi reprezentujących tak skrajne postawy, rzeczywistość jest jednak barwniejsza i znamy wielu osobników „pośrednich”. Postawy lubią się też zmieniać z wiekiem. Często młodzieńcza pogoń za przyjemnością naturalnie przechodzi w wieku dojrzałym w dążenie do zaszczytów, a pod koniec życia zamienia się w jego kontemplację...
CAŁY ARTYKUŁ W: CR NAVIGATOR, NR O3
Tak na marginesie: polecam gorąco - cały magazyn powięcony tym razem Dobremu Życiu
Trwałe zadowolenie z życia w całości można chyba nazwać szczęściem. I właśnie szczęście, choć różnie rozumiane, jest celem, do którego większość ludzi dąży. Ponieważ jednak pojmowanie tego, czym jest zadowolenie z życia bywa dosyć subiektywne, każdy tworzy własną definicję szczęścia i szuka sposobów na jego osiągnięcie. Definicji takich zatem mamy tyle, ilu ludzi zamieszkuje naszą zieloną planetę – obecnie niemal 7 mld – nie licząc tych, którzy tworzyli je na swój użytek przed nami.

Trzy oblicza szczęścia
Arystoteles podzielił ludzi ze względu na sposoby osiągania szczęścia na trzy typy (dziś nazwane byłyby one pewnie „stylami życia”):
1. poszukujących przyjemności,
2. dążących do zaszczytów,
3. poświęcających się kontemplacji.
Poszukujący przyjemności cenią głównie „wino, kobiety i śpiew”. Nie wysilają się na wielkie refleksje, chwytają chwilę. Czasem popadają w „rozpaczliwy hedonizm” goniąc za wszelką cenę za tym, co zapewnia przyjemność. Uznają, że „raz się żyje”, trzeba więc spróbować wszelkich dostępnych przyjemności. Pełni energii uwielbiają się bawić i bawić innych - lubią towarzystwo, choć i sami potrafią ulubionym przyjemnościom się oddawać.
Dążący do zaszczytów pracują ciężko na rzecz wspólnoty. Chcą być podziwiani za wkład, jaki wnoszą w życie zbiorowości, jej organizację i sposób funkcjonowania. Udzielają się społecznie, lubią piastować ważne stanowiska i osiągać przynależny im status (zapewniający podziw innych). To właśnie opinie innych (zwłaszcza te pochwalne) oraz insygnia osiągnięć są tym, co nadaje sens ich życiu.
Poświęcający się kontemplacji największą wartość widzą w myśleniu, poszukiwaniu prawdy i ciągłym zadawaniu pytań. Świat doczesnych dóbr materialnych mają za nic. Bujają więc często w obłokach, tworzą romantyczne (lub utopijne) idee i wizje, nie bacząc na to, czy zostaną one (lub w ogóle mogą zostać) zrealizowane. Wytrwale dążą do znalezienia odpowiedzi na wszystkie „problemy ostateczne”, choć często z góry przy tym zakładają, że ignorabimus - „nie będziemy wiedzieć”.
Można pewnie spotkać ludzi reprezentujących tak skrajne postawy, rzeczywistość jest jednak barwniejsza i znamy wielu osobników „pośrednich”. Postawy lubią się też zmieniać z wiekiem. Często młodzieńcza pogoń za przyjemnością naturalnie przechodzi w wieku dojrzałym w dążenie do zaszczytów, a pod koniec życia zamienia się w jego kontemplację...
CAŁY ARTYKUŁ W: CR NAVIGATOR, NR O3
Tak na marginesie: polecam gorąco - cały magazyn powięcony tym razem Dobremu Życiu
niedziela, 13 września 2009
Perwersyjne rekonstrukcje bitew ideą promocji Polski. Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień po i dzień kolejny.
Powrót z Krynicy za nami. Żyjemy. Po raz kolejny udało nam się przeżyć i ominął nas jeden ze 140 wypadków (opcja do wyboru: zabity lub inwalida), które statystycznie i nie tylko mają miejsce każdego dnia na pięknych naszych polskich drogach.
Nie skasował nas wiec żaden idiota wyprzedzający na trzeciego ani kierowca na bani ostrożnym slalomem odwożący do domu rodzinę z imprezy weselnej . Nam także udało się omijać w ostatniej chwili nieoświetlone rowery pędzące w noc poboczem pod prąd, czy zawianych fanów wiejskich dyskotek pojawiających się znienacka na środku jezdni.
Test wypadł pomyślnie, co zgodnie z powszechnym w Polsce rozumieniem oznaczać może jedno: Opatrzność nad nami czuwała.
Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że kolejne krzyże i wieńce rozkładane obok dziurawego asfaltu nie wynikają wyłącznie ani z ilości tych dziur, ani z obecności drzew stojących przy drogach (masowo ostatnio wycinanych). Główną przyczyną śmierci zabierającej codziennie członków naszych rodzin, przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych jest nasza własna mentalność automobilowa – szczególna choroba psychiczna, którą można nazwać „polskim debilizmem motoryzacyjnym” (w skrócie syndrom PDM).
PDM jest częścią naszej kultury duchowej – są tu odniesienia do straceńczej szarży, brawury spontanicznego ataku. Są też kompleksy prestiżu i symboli władzy. Jest skłonność do patologicznego indywidualizmu i walki o niczym nie skrępowaną wolność osobniczą. W PDM odnaleźć też można wrodzony nam brak szacunku dla dobra publicznego, norm społecznych czy autorytetów władzy.
Czy kulturę narodową można w jakiś sposób zmieniać, kształtować, nawet ulepszać. Czy raczej należy ją jedynie konserwować, zachowywać jej przejawy i dbać o ciągłość dziedzictwa? Co jest właściwsze? Czy w ogóle jest kultura narodowa?
Próbowaliśmy sobie odpowiedzieć na to pytanie, w drodze. Niestety ryk samochodów pozbawianych celowo tłumików, hałas wydawany przez karoserie za sprawą ciągłego podskakiwania na szwach i łatach produktu asfaltopodobnego, ale także wrzask i pisk uskakujących spod kół w ostatniej chwili nieoświetlonych kobiet i dzieci nie pozwalał na uważną dyskusję.
W szarpanej rozmowie próbowaliśmy wracaliśmy do ciekawego wystąpienia Magdaleny Vasaryovej wygłoszonego podczas wspomnianego panelu „Kultura wobec żywiołów rynku – 20 lat po...”.
Deputowana Zgromadzenia Narodowego Republiki Słowackiej, jako była aktorka teatralna teatru narodowego, aktorka filmowa (zob. filmik poniżej), ambasador Czechosłowacji w Austrii (lata 90-te) a w latach 2000-2005 ambasador Słowacji w Polsce potrafi na problem kultury spoglądać z wielu perspektyw.
Jak zauważyła lament nad upadającą kulturą to postawa dosyć powszechna. I ma w tym absolutną rację. Upadek kultury i cywilizacji czy rozkład tradycyjnie pojmowanych wartości to przecież te preteksty do narzekania, po które najchętniej sięgają dziś media. Media masowe rzecz jasna. Lamentują również ci, którzy o kulturę powinni dbać i wspierać jej rozwój. Szczególnie odpowiedzialni za to politycy.
Vasaryova zauważa przy tym, że sami płaczący oczywiście nie poczuwają się do żadnej winy za takowy stan rzeczy. Cóż bowiem można zrobić by przeciwstawić się samodzielnemu rynkowi i jego nieokiełznanym żywiołom – jak walczyć z destrukcyjną siłą wolnego rynku, która niszczy kulturę? Pozostaje więc wylewanie łez i nostalgiczna zaduma, jakiej oddają się nad smutną mogiłą kultury.
Skargi i skomlenia na tych drugich, „tamtych”, „tych winnych”, tych którzy marzeń lamentujących nie spełnili stają się coraz donośniejsze.
Wylewanie łez idzie w parze z mówieniem o tym co miało być, a nie jest – stąd jakże uprawniony lament i żal, że czegoś niema.
Na samym końcu należy zrobić, to co najchętniej robi się w sytuacjach tak potwornego zaniedbania – poszukać winnych!
Nikt z lamentujących nie przyznaje jednocześnie, że sam nie zrobił nic dla dobra upadającej kultury. Nie tylko nie napisał przełomowej na skale europejską powieści, która otwiera oczy i duszę na świat wyższych wartości, ale najczęściej nic ostatnio nie napisał... „Chciałem ale mi się nie udało – przepraszam” – nawet do tego nie potrafią się przyznać.
Potrafią jednak dokonać bezwzględnej wiwisekcji kapitalizmu. I nie robią tego wyłącznie w duchu marksistowskim, gdzie kultura – część świadomości społecznej obok religii i sztuki - traktowana jest jako „nadbudowa”. („Bazą” jest ekonomia, w niej zawarte jest określenie stosunków społecznych, a świadomość społeczna odzwierciedla warunki bytu materialnego i warunki historyczne).
Utrzymywani dawniej z państwowych pieniędzy artyści oraz działacze instytucji kulturowych postrzegają rynek jako destrukcyjną siłę sprzęgniętą obecnie ze skorumpowaną demokracją. O ileż lepiej i łatwiej żyłoby im się w kulturze i kulturę tą tworzyło gdyby nie wolny rynek!
Obserwują też uważnie tych, którym się udało: stworzyli np. coś co zdobywa uznanie innych – w innym kraju, w innym otoczeniu. I jeśli ktoś wyłamie się z prowincjonalnego otoczenia, to jedno jest pewne: nikt mu tego nie wybaczy.
Wystarczy przypomnieć sobie w jakim otoczeniu znajdowała się kultura narodowa 20 lat temu, kiedy ludzie utalentowani nie mogli pracować - w przeciwieństwie do tych talentu żadnego nie mających, ale spolegliwych wobec władzy – i oto rodzi się wielka pokusa oddania się ponownemu zniewoleniu.
Vasaryova wspominając o istniejących w Czechosłowacji, a następnie na Słowacji strukturach instytucji kulturowych z lat 60-tych, 70-tych czy 90-tych użyła określenia „czarne dziury”. Dziury te zdolne były wchłonąć każde pieniądze przeznaczone na kulturę, czy wśród ludzi za nią odpowiedzialnych pojawiała się jakakolwiek intencja by cokolwiek zmienić, to już odrębna kwestia.
Problemem byli i pozostają ci ZBYT AMBITNI (konkretny przykład dotyczył zdjęcia z funkcji zbyt ambitnej dyrektor Teatru Narodowego Słowacji). Dziś stają się jeszcze większą plagą mając za sobą wsparcie myślących wolnorynkowo klakierów.
Vasaryova użyła słowackiego określenia na ludzi pracujących dla kultury i zajmujących się jej rozwijaniem – są to „svjetlonosy” (świetlonosi). Zapożyczone z niemieckiego określenie „kulturträgerzy” nie do końca oddaje komiczny charakter nazwy tych, którzy niosąc światło mają je na nosie – częściej zaś nie „na”, a „w”. Ludzie ci nie chcą żadnych reform i coraz bardziej tęsknią za czasami, kiedy wszystkim zajmowało się państwo, a ich pracy nikt nie oceniał.
Kolejnym panelistą, który odniósł się do problemu odpaństwowienia kultury był były minister gospodarki i wicepremier lewicowych rządów Jerzy Hausner. Zauważył, że gospodarczy kryzys jest równocześnie testem na to, czy to co osiągnęliśmy jest trwałe i na ile. Wg niego „trajektoria rozwoju Polski” lokuje nas w orbicie krajów wysokorozwiniętych. Poza „trajektorią” i „orbitą” używał również określenia „model molekularny” i „mikroskale”. Z tego co zrozumiałem miał na myśli fakt, że my Polacy jeśli chodzi o drobne, indywidualne przedsięwzięcia całkiem dobrze potrafimy sobie radzić. Przedsiębiorczość w strefie prywatnej, zaradność i aktywność to nasze z dawna potwierdzone atuty.
Dużo gorzej sprawa wygląda w sferze zbiorowej i przestrzeni publicznej – tu jako społeczeństwo, czy naród nie radzimy sobie właściwie z niczym. Większe przedsięwzięcia infrastrukturalne, czy jakiekolwiek problemy wymagające reform bardziej złożonych i angażujące wielość niezbędnych do weryfikacji reguł wymykają się naszej zdolności do ich objęcia. „Makroskala” jest więc dla nas Polaków nie do ogarnięcia i nie do pojęcia (mamy nawet na ten fenomen barwne określenie: „to się w palę nie mieści”). Bariery rozwoju leżą więc głównie w sferze zbiorowej, źródłem zaś naszej niemocy do barier tych przekraczania jest sposób rozumienia kultury i roli samej kultury w szeroko pojmowanym rozwoju.
J. Hasusner przywołał trzy sposoby rozumienia kultury w takim kontekście:
1. Kultura jako działalność kulturalna (w zasadzie chyba „kulturowa”). W tym przypadku wciąż ciągną się za nami obciążenia poprzedniej epoki politycznej – kultura mocno upaństwowiona, osadzona w modelu „korporacyjnym” z dominującym i typowym dla takiego modelu podejściem wyrażającym się w postawie: „Dajcie, dajcie i niczego nie wymagajcie”.
2. Kultura jako swoisty zasób, zakumulowane dziedzictwo (pewnie również lokalna tradycja). Z takiego rozumienia korzystamy często w rozrywce i turystyce masowej. Instytucjom do tego powołanym brak jednak wciąż głębszego spojrzenia na nasze dziedzictwo kulturowe, a podmioty i sposoby sensownego finansowania tych zasobów to wciąż wielki znak zapytania.
3. Kultura jako przestrzeń komunikacji. Kultura tak pojmowana to pewien gwarant spójności społecznej, czynnik wzmacniający i chroniący tożsamość narodową. Tak rozumiana kultura wciąż powinna być redefiniowana by móc tworzyć w ten sposób adekwatną przestrzeń dla wyobraźni, kreacji, która wychodzi poza doraźność.
Biorąc pod uwagę wszystkie te rozumienia nasuwa się smutny wniosek, że myśląc o naszej kulturze narodowej wciąż karmimy się mitami – najchętniej zaś robią to politycy korzystając z tych mitów w celach gry politycznej. Wg Hausnera dopowiedź na wszystkie problemy z kulturą powinna paść nie ze strony twórców, społeczeństwa czy rynku, ale ze strony samego państwa.
Rolą państwa byłoby więc bycie dla kultury nie tylko:
- organizatorem,
- zarządcą,
- płatnikiem.
Państwo dodatkowo (a może nawet głównie?) powinno wobec kultury przyjmować również funkcje:
- stratega,
- przewodnika,
- moderatora,
- partnera.
Pozostaje więc pytanie o samo państwo oraz o to w jaki sposób powinny być zorganizowane i jak ze sobą współdziałać wszelkie instytucje i organy administracji publicznej zajmującej się kulturą.
W przypadku dziedzictwa kulturowego Jerzy Hausner proponuje zwiększenie roli kapitału prywatnego i mecenatu firm, które znacznie mogłyby pomóc w pełnym wykorzystaniu tego zasobu. Dziś państwo w celu pełnego korzystania z tych zasobów daje dużo mniej niż się od niego oczekuje, mogłoby jednak i powinno tworzyć odpowiednie warunki dla sfery prywatnej i obywatelskiej.
Jak podsumowano tą część wystąpienia na styku państwo-kultura brakuje nam wciąż dwóch najważniejszych rzeczy: kreacja i normatywności cokolwiek miałoby to znaczyć.
[Wieloaspektowe i raczej mało optymistyczne raporty o stanie naszej kultury, w tym autorstwa J. Hausnera, można znaleźć na stronie Kongresu Kultury Polskiej]
Tak na marginesie: oglądając telewizję zaraz po powrocie z Krynicy mogliśmy dowiedzieć się o wspaniałej inicjatywie mieszkańców Będzina, jaką była plenerowa rekonstrukcja pierwszych dni II Wojny Światowej na ulicach tego miasta. Widzowie mogli na własne oczy zobaczyć np. wysiedlenie Żydów z getta czy galerię zabytkowej broni targanej dziarsko przez przystojnych będzińskich młodzieńców przebranych w mundury gestapo.
Rekonstrukcje bitew stają się naszą narodową specjalnością i kalendarz imprez masowych coraz gęściej dziś się zapełnia kolejnymi tego rodzaju wydarzeniami. Przybywa też przebierańców-amatorów chętnie wcielających się w role mordowanych Polaków i Żydów oraz na tych na niby mordujących.
Nie jest to chyba przejaw postępującego ogólnonarodowego nihilizmu – z przyczyn obiektywnych rekonstrukcje odtwarzać muszą w większości nieudane obrony czy klęski, ale coraz mniej też wygląda na zdrowy przejaw patriotyzmu czy historycznej ciekawości.
Po mnożących się jak króliki bractwach rycerskich okładających się radośnie toporami na dożynkowych imprezach masowych, przybywa dziś coraz więcej imprez ilustrujących ponadwiekową mękę narodu polskiego.
Można więc odnieść wrażenie, że ten historyczny masochizm połączony z martyrologicznym ekshibicjonizmem staje się niezauważalnie naszą małą narodową perwersją.
Trend ten sprzyjający jakby nie było powiększaniu ‘cultural equity’ należy jednak jak najszybciej skapitalizować zamieniając w ideę promocji Polski na świecie. Z tym ostatnim mamy wciąż bowiem ogromny problem i ani latawiec jako nasze logo, ani stworzone przez W. Ollinsa „creative tension”, ani nawet „Polska Year!” czy smak zimnej polskiej wódki na eksporty problemu tego nie rozwiązały.
Promocja Polski poprzez stworzenie kalendarza rekonstrukcji bitew na naszych ziemiach wydaje się ideą nośną z wielu względów. Przykładowo wymienić warto:
- Produkt uniwersalny – wszyscy uwielbiają widowiska masowe szczególnie te z wykorzystaniem broni, elementów walki bezpośredniej czy pokazami zmechanizowanych urządzeń służących do masowego zabijania (zob. fenomen pikników lotniczych).
- Produkt przełamujący sezonowość w promowaniu kraju. Przez cały rok coś się dzieje – wystarczy spojrzeć na historyczne wydarzania z sierpnia i września oraz towarzyszące im emocje.
- Produkt osadzony w ramach idei „zrównoważonego rozwoju” – żaden region Polski nie będzie pokrzywdzony – wszędzie odbyła się kiedyś jeśli nie bitwa, to choćby partyzancka potyczka z siłami naszych odwiecznych wrogów.
- Produkt angażujący miejscową ludność, pobudzający przedsiębiorczość i innowację, ale też wpływający na wzrost kapitału społecznego. Przygotowanie strojów, budowa rusztowań dla publiczności, uruchamianie czołgu, którego sąsiad przez lata używał jako traktora czy pieczenie lokalnych specjałów integruje ludność i władze lokalne na wszystkich poziomach.
- Produkt ekologiczny. W przeciwieństwie do podejrzewanych o zatruwanie dzieci sztuczną trawą „Orlików” rekonstrukcje odbywają się na świeżym powietrzu, a przypadkowo stratowana publiczność idealnie nadaje się do recyklingu i przerobienia na kompost w gospodarstwach bio-dynamicznych.
- Produkt nastawiony na tolerancję – znoszący bariery rasowe, likwidujący podziały religijne i światopoglądowe. Możliwa jest rotacja ról - np. przedstawiciele mniejszości mogą się swobodnie wcielać w prześladujących i vice versa.
- Produkt wysoce rentowny. W większości przypadków, przy nieznacznym wysiłku i koszcie (jak w pewnym opowiadaniu Redlińskiego) wystarczy jedynie odkręcić szyldy wybranych banków i operatorów telekomunikacji z fasad budynków polskich miasteczek by uzyskać właściwy efekt imitacji historycznej. Większość naszych dróg lokalnych bez żadnej charakteryzacji wygląda dokładnie tak jakby przejechał właśnie po nich sznur ciężkich pojazdów opancerzonych, ich nawierzchnia zaś pięknie imituje rany zadawane ręczną bronią zaczepną.
Renta zacofania działa u nas w każdym obszarze z tą samą siłą.
- Produkt pobudza ukryty potencjał przedsiębiorczości. Produkcja map bitewnych, figurek walczących, przewodników, gier komputerowych, gadżetów typu lornetki, wachlarze, krzesełka turystyczne to tylko wybrane z morza przykładów. W ciągu krótkiego czasu bezrobocie stanie się słowem o niezrozumiałym dla nas znaczeniu.
Liczba turystów odwiedzających nasz kraj znacznie spadła w tym roku – także dzięki nieustającym wysiłkom kilkudziesięciu nie potrafiących się ze sobą skomunikować instytucji zajmujących się promowaniem Polski.
„Polska – tu się zawsze biją” ma więc szansę stać się hasłem, ideą przewodnią i potężnym magnesem dla turystów z całego świata.
By zaś nie być posądzonym jedynie o lamentowanie i nie zaliczyć się tym samym do nieudaczników kulturowych scharakteryzowanych przez Magdalenę Vasaryovą pragnę się czynnie przyczynić do realizacji powyższej idei i tym samym ogłaszam konkurs na kreatywne tłumaczenie proponowanego hasła na wszystkie możliwe języki świata.
Nagrodą będzie poczucie dobrze spełnionego obowiązku prawdziwego patrioty.
Margines okazał się dziś nadspodziewanie obszerny...
Nie skasował nas wiec żaden idiota wyprzedzający na trzeciego ani kierowca na bani ostrożnym slalomem odwożący do domu rodzinę z imprezy weselnej . Nam także udało się omijać w ostatniej chwili nieoświetlone rowery pędzące w noc poboczem pod prąd, czy zawianych fanów wiejskich dyskotek pojawiających się znienacka na środku jezdni.
Test wypadł pomyślnie, co zgodnie z powszechnym w Polsce rozumieniem oznaczać może jedno: Opatrzność nad nami czuwała.
Wszyscy doskonale zdają sobie sprawę, że kolejne krzyże i wieńce rozkładane obok dziurawego asfaltu nie wynikają wyłącznie ani z ilości tych dziur, ani z obecności drzew stojących przy drogach (masowo ostatnio wycinanych). Główną przyczyną śmierci zabierającej codziennie członków naszych rodzin, przyjaciół, bliższych i dalszych znajomych jest nasza własna mentalność automobilowa – szczególna choroba psychiczna, którą można nazwać „polskim debilizmem motoryzacyjnym” (w skrócie syndrom PDM).
PDM jest częścią naszej kultury duchowej – są tu odniesienia do straceńczej szarży, brawury spontanicznego ataku. Są też kompleksy prestiżu i symboli władzy. Jest skłonność do patologicznego indywidualizmu i walki o niczym nie skrępowaną wolność osobniczą. W PDM odnaleźć też można wrodzony nam brak szacunku dla dobra publicznego, norm społecznych czy autorytetów władzy.
Czy kulturę narodową można w jakiś sposób zmieniać, kształtować, nawet ulepszać. Czy raczej należy ją jedynie konserwować, zachowywać jej przejawy i dbać o ciągłość dziedzictwa? Co jest właściwsze? Czy w ogóle jest kultura narodowa?
Próbowaliśmy sobie odpowiedzieć na to pytanie, w drodze. Niestety ryk samochodów pozbawianych celowo tłumików, hałas wydawany przez karoserie za sprawą ciągłego podskakiwania na szwach i łatach produktu asfaltopodobnego, ale także wrzask i pisk uskakujących spod kół w ostatniej chwili nieoświetlonych kobiet i dzieci nie pozwalał na uważną dyskusję.
W szarpanej rozmowie próbowaliśmy wracaliśmy do ciekawego wystąpienia Magdaleny Vasaryovej wygłoszonego podczas wspomnianego panelu „Kultura wobec żywiołów rynku – 20 lat po...”.
Deputowana Zgromadzenia Narodowego Republiki Słowackiej, jako była aktorka teatralna teatru narodowego, aktorka filmowa (zob. filmik poniżej), ambasador Czechosłowacji w Austrii (lata 90-te) a w latach 2000-2005 ambasador Słowacji w Polsce potrafi na problem kultury spoglądać z wielu perspektyw.
Jak zauważyła lament nad upadającą kulturą to postawa dosyć powszechna. I ma w tym absolutną rację. Upadek kultury i cywilizacji czy rozkład tradycyjnie pojmowanych wartości to przecież te preteksty do narzekania, po które najchętniej sięgają dziś media. Media masowe rzecz jasna. Lamentują również ci, którzy o kulturę powinni dbać i wspierać jej rozwój. Szczególnie odpowiedzialni za to politycy.
Vasaryova zauważa przy tym, że sami płaczący oczywiście nie poczuwają się do żadnej winy za takowy stan rzeczy. Cóż bowiem można zrobić by przeciwstawić się samodzielnemu rynkowi i jego nieokiełznanym żywiołom – jak walczyć z destrukcyjną siłą wolnego rynku, która niszczy kulturę? Pozostaje więc wylewanie łez i nostalgiczna zaduma, jakiej oddają się nad smutną mogiłą kultury.
Skargi i skomlenia na tych drugich, „tamtych”, „tych winnych”, tych którzy marzeń lamentujących nie spełnili stają się coraz donośniejsze.
Wylewanie łez idzie w parze z mówieniem o tym co miało być, a nie jest – stąd jakże uprawniony lament i żal, że czegoś niema.
Na samym końcu należy zrobić, to co najchętniej robi się w sytuacjach tak potwornego zaniedbania – poszukać winnych!
Nikt z lamentujących nie przyznaje jednocześnie, że sam nie zrobił nic dla dobra upadającej kultury. Nie tylko nie napisał przełomowej na skale europejską powieści, która otwiera oczy i duszę na świat wyższych wartości, ale najczęściej nic ostatnio nie napisał... „Chciałem ale mi się nie udało – przepraszam” – nawet do tego nie potrafią się przyznać.
Potrafią jednak dokonać bezwzględnej wiwisekcji kapitalizmu. I nie robią tego wyłącznie w duchu marksistowskim, gdzie kultura – część świadomości społecznej obok religii i sztuki - traktowana jest jako „nadbudowa”. („Bazą” jest ekonomia, w niej zawarte jest określenie stosunków społecznych, a świadomość społeczna odzwierciedla warunki bytu materialnego i warunki historyczne).
Utrzymywani dawniej z państwowych pieniędzy artyści oraz działacze instytucji kulturowych postrzegają rynek jako destrukcyjną siłę sprzęgniętą obecnie ze skorumpowaną demokracją. O ileż lepiej i łatwiej żyłoby im się w kulturze i kulturę tą tworzyło gdyby nie wolny rynek!
Obserwują też uważnie tych, którym się udało: stworzyli np. coś co zdobywa uznanie innych – w innym kraju, w innym otoczeniu. I jeśli ktoś wyłamie się z prowincjonalnego otoczenia, to jedno jest pewne: nikt mu tego nie wybaczy.
Wystarczy przypomnieć sobie w jakim otoczeniu znajdowała się kultura narodowa 20 lat temu, kiedy ludzie utalentowani nie mogli pracować - w przeciwieństwie do tych talentu żadnego nie mających, ale spolegliwych wobec władzy – i oto rodzi się wielka pokusa oddania się ponownemu zniewoleniu.
Vasaryova wspominając o istniejących w Czechosłowacji, a następnie na Słowacji strukturach instytucji kulturowych z lat 60-tych, 70-tych czy 90-tych użyła określenia „czarne dziury”. Dziury te zdolne były wchłonąć każde pieniądze przeznaczone na kulturę, czy wśród ludzi za nią odpowiedzialnych pojawiała się jakakolwiek intencja by cokolwiek zmienić, to już odrębna kwestia.
Problemem byli i pozostają ci ZBYT AMBITNI (konkretny przykład dotyczył zdjęcia z funkcji zbyt ambitnej dyrektor Teatru Narodowego Słowacji). Dziś stają się jeszcze większą plagą mając za sobą wsparcie myślących wolnorynkowo klakierów.
Vasaryova użyła słowackiego określenia na ludzi pracujących dla kultury i zajmujących się jej rozwijaniem – są to „svjetlonosy” (świetlonosi). Zapożyczone z niemieckiego określenie „kulturträgerzy” nie do końca oddaje komiczny charakter nazwy tych, którzy niosąc światło mają je na nosie – częściej zaś nie „na”, a „w”. Ludzie ci nie chcą żadnych reform i coraz bardziej tęsknią za czasami, kiedy wszystkim zajmowało się państwo, a ich pracy nikt nie oceniał.
Kolejnym panelistą, który odniósł się do problemu odpaństwowienia kultury był były minister gospodarki i wicepremier lewicowych rządów Jerzy Hausner. Zauważył, że gospodarczy kryzys jest równocześnie testem na to, czy to co osiągnęliśmy jest trwałe i na ile. Wg niego „trajektoria rozwoju Polski” lokuje nas w orbicie krajów wysokorozwiniętych. Poza „trajektorią” i „orbitą” używał również określenia „model molekularny” i „mikroskale”. Z tego co zrozumiałem miał na myśli fakt, że my Polacy jeśli chodzi o drobne, indywidualne przedsięwzięcia całkiem dobrze potrafimy sobie radzić. Przedsiębiorczość w strefie prywatnej, zaradność i aktywność to nasze z dawna potwierdzone atuty.
Dużo gorzej sprawa wygląda w sferze zbiorowej i przestrzeni publicznej – tu jako społeczeństwo, czy naród nie radzimy sobie właściwie z niczym. Większe przedsięwzięcia infrastrukturalne, czy jakiekolwiek problemy wymagające reform bardziej złożonych i angażujące wielość niezbędnych do weryfikacji reguł wymykają się naszej zdolności do ich objęcia. „Makroskala” jest więc dla nas Polaków nie do ogarnięcia i nie do pojęcia (mamy nawet na ten fenomen barwne określenie: „to się w palę nie mieści”). Bariery rozwoju leżą więc głównie w sferze zbiorowej, źródłem zaś naszej niemocy do barier tych przekraczania jest sposób rozumienia kultury i roli samej kultury w szeroko pojmowanym rozwoju.
J. Hasusner przywołał trzy sposoby rozumienia kultury w takim kontekście:
1. Kultura jako działalność kulturalna (w zasadzie chyba „kulturowa”). W tym przypadku wciąż ciągną się za nami obciążenia poprzedniej epoki politycznej – kultura mocno upaństwowiona, osadzona w modelu „korporacyjnym” z dominującym i typowym dla takiego modelu podejściem wyrażającym się w postawie: „Dajcie, dajcie i niczego nie wymagajcie”.
2. Kultura jako swoisty zasób, zakumulowane dziedzictwo (pewnie również lokalna tradycja). Z takiego rozumienia korzystamy często w rozrywce i turystyce masowej. Instytucjom do tego powołanym brak jednak wciąż głębszego spojrzenia na nasze dziedzictwo kulturowe, a podmioty i sposoby sensownego finansowania tych zasobów to wciąż wielki znak zapytania.
3. Kultura jako przestrzeń komunikacji. Kultura tak pojmowana to pewien gwarant spójności społecznej, czynnik wzmacniający i chroniący tożsamość narodową. Tak rozumiana kultura wciąż powinna być redefiniowana by móc tworzyć w ten sposób adekwatną przestrzeń dla wyobraźni, kreacji, która wychodzi poza doraźność.
Biorąc pod uwagę wszystkie te rozumienia nasuwa się smutny wniosek, że myśląc o naszej kulturze narodowej wciąż karmimy się mitami – najchętniej zaś robią to politycy korzystając z tych mitów w celach gry politycznej. Wg Hausnera dopowiedź na wszystkie problemy z kulturą powinna paść nie ze strony twórców, społeczeństwa czy rynku, ale ze strony samego państwa.
Rolą państwa byłoby więc bycie dla kultury nie tylko:
- organizatorem,
- zarządcą,
- płatnikiem.
Państwo dodatkowo (a może nawet głównie?) powinno wobec kultury przyjmować również funkcje:
- stratega,
- przewodnika,
- moderatora,
- partnera.
Pozostaje więc pytanie o samo państwo oraz o to w jaki sposób powinny być zorganizowane i jak ze sobą współdziałać wszelkie instytucje i organy administracji publicznej zajmującej się kulturą.
W przypadku dziedzictwa kulturowego Jerzy Hausner proponuje zwiększenie roli kapitału prywatnego i mecenatu firm, które znacznie mogłyby pomóc w pełnym wykorzystaniu tego zasobu. Dziś państwo w celu pełnego korzystania z tych zasobów daje dużo mniej niż się od niego oczekuje, mogłoby jednak i powinno tworzyć odpowiednie warunki dla sfery prywatnej i obywatelskiej.
Jak podsumowano tą część wystąpienia na styku państwo-kultura brakuje nam wciąż dwóch najważniejszych rzeczy: kreacja i normatywności cokolwiek miałoby to znaczyć.
[Wieloaspektowe i raczej mało optymistyczne raporty o stanie naszej kultury, w tym autorstwa J. Hausnera, można znaleźć na stronie Kongresu Kultury Polskiej]
Tak na marginesie: oglądając telewizję zaraz po powrocie z Krynicy mogliśmy dowiedzieć się o wspaniałej inicjatywie mieszkańców Będzina, jaką była plenerowa rekonstrukcja pierwszych dni II Wojny Światowej na ulicach tego miasta. Widzowie mogli na własne oczy zobaczyć np. wysiedlenie Żydów z getta czy galerię zabytkowej broni targanej dziarsko przez przystojnych będzińskich młodzieńców przebranych w mundury gestapo.
Rekonstrukcje bitew stają się naszą narodową specjalnością i kalendarz imprez masowych coraz gęściej dziś się zapełnia kolejnymi tego rodzaju wydarzeniami. Przybywa też przebierańców-amatorów chętnie wcielających się w role mordowanych Polaków i Żydów oraz na tych na niby mordujących.
Nie jest to chyba przejaw postępującego ogólnonarodowego nihilizmu – z przyczyn obiektywnych rekonstrukcje odtwarzać muszą w większości nieudane obrony czy klęski, ale coraz mniej też wygląda na zdrowy przejaw patriotyzmu czy historycznej ciekawości.
Po mnożących się jak króliki bractwach rycerskich okładających się radośnie toporami na dożynkowych imprezach masowych, przybywa dziś coraz więcej imprez ilustrujących ponadwiekową mękę narodu polskiego.
Można więc odnieść wrażenie, że ten historyczny masochizm połączony z martyrologicznym ekshibicjonizmem staje się niezauważalnie naszą małą narodową perwersją.
Trend ten sprzyjający jakby nie było powiększaniu ‘cultural equity’ należy jednak jak najszybciej skapitalizować zamieniając w ideę promocji Polski na świecie. Z tym ostatnim mamy wciąż bowiem ogromny problem i ani latawiec jako nasze logo, ani stworzone przez W. Ollinsa „creative tension”, ani nawet „Polska Year!” czy smak zimnej polskiej wódki na eksporty problemu tego nie rozwiązały.
Promocja Polski poprzez stworzenie kalendarza rekonstrukcji bitew na naszych ziemiach wydaje się ideą nośną z wielu względów. Przykładowo wymienić warto:
- Produkt uniwersalny – wszyscy uwielbiają widowiska masowe szczególnie te z wykorzystaniem broni, elementów walki bezpośredniej czy pokazami zmechanizowanych urządzeń służących do masowego zabijania (zob. fenomen pikników lotniczych).
- Produkt przełamujący sezonowość w promowaniu kraju. Przez cały rok coś się dzieje – wystarczy spojrzeć na historyczne wydarzania z sierpnia i września oraz towarzyszące im emocje.
- Produkt osadzony w ramach idei „zrównoważonego rozwoju” – żaden region Polski nie będzie pokrzywdzony – wszędzie odbyła się kiedyś jeśli nie bitwa, to choćby partyzancka potyczka z siłami naszych odwiecznych wrogów.
- Produkt angażujący miejscową ludność, pobudzający przedsiębiorczość i innowację, ale też wpływający na wzrost kapitału społecznego. Przygotowanie strojów, budowa rusztowań dla publiczności, uruchamianie czołgu, którego sąsiad przez lata używał jako traktora czy pieczenie lokalnych specjałów integruje ludność i władze lokalne na wszystkich poziomach.
- Produkt ekologiczny. W przeciwieństwie do podejrzewanych o zatruwanie dzieci sztuczną trawą „Orlików” rekonstrukcje odbywają się na świeżym powietrzu, a przypadkowo stratowana publiczność idealnie nadaje się do recyklingu i przerobienia na kompost w gospodarstwach bio-dynamicznych.
- Produkt nastawiony na tolerancję – znoszący bariery rasowe, likwidujący podziały religijne i światopoglądowe. Możliwa jest rotacja ról - np. przedstawiciele mniejszości mogą się swobodnie wcielać w prześladujących i vice versa.
- Produkt wysoce rentowny. W większości przypadków, przy nieznacznym wysiłku i koszcie (jak w pewnym opowiadaniu Redlińskiego) wystarczy jedynie odkręcić szyldy wybranych banków i operatorów telekomunikacji z fasad budynków polskich miasteczek by uzyskać właściwy efekt imitacji historycznej. Większość naszych dróg lokalnych bez żadnej charakteryzacji wygląda dokładnie tak jakby przejechał właśnie po nich sznur ciężkich pojazdów opancerzonych, ich nawierzchnia zaś pięknie imituje rany zadawane ręczną bronią zaczepną.
Renta zacofania działa u nas w każdym obszarze z tą samą siłą.
- Produkt pobudza ukryty potencjał przedsiębiorczości. Produkcja map bitewnych, figurek walczących, przewodników, gier komputerowych, gadżetów typu lornetki, wachlarze, krzesełka turystyczne to tylko wybrane z morza przykładów. W ciągu krótkiego czasu bezrobocie stanie się słowem o niezrozumiałym dla nas znaczeniu.
Liczba turystów odwiedzających nasz kraj znacznie spadła w tym roku – także dzięki nieustającym wysiłkom kilkudziesięciu nie potrafiących się ze sobą skomunikować instytucji zajmujących się promowaniem Polski.
„Polska – tu się zawsze biją” ma więc szansę stać się hasłem, ideą przewodnią i potężnym magnesem dla turystów z całego świata.
By zaś nie być posądzonym jedynie o lamentowanie i nie zaliczyć się tym samym do nieudaczników kulturowych scharakteryzowanych przez Magdalenę Vasaryovą pragnę się czynnie przyczynić do realizacji powyższej idei i tym samym ogłaszam konkurs na kreatywne tłumaczenie proponowanego hasła na wszystkie możliwe języki świata.
Nagrodą będzie poczucie dobrze spełnionego obowiązku prawdziwego patrioty.
Margines okazał się dziś nadspodziewanie obszerny...
piątek, 11 września 2009
Obrona Zatoki Piratów, czyli Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień trzeci.
„Nikifor żebrał i malował, z tą możliwością zmiany, że zależnie od nastroju władzy miejscowej, odbierano mu prawo do jednego albo drugiego. Gdy mu konfiskowano obrazki, prosił o jałmużnę”.
Nikifor, Andrzej Banach, Arkady Warszawa 1983
Sejm podtrzymał dziś weto Prezydenta i tym samym przepadła ustawa medialna. Gdy w Krynicy rozpoczynał się panel „Jakich mediów publicznych potrzebujemy? Doświadczenia europejskie w zakresie finansowania mediów publicznych”, obecny na nim Witold Kołodziejski, przewodniczący KRRiT nie znał jeszcze losów prezydenckiego weta. Podobnie jak pozostali uczestnicy debaty: publicysta „Polityki” Edwin Bendyk, Gabriel Tar z francuskiego Ministerstwa Kultury, prof. Tadeusz Kwiatkowski z Uniwersytetu Warszawskiego, Gyorgy Ocsko z Komitetu Sterującego rady Europy ds. Mass Mediów (Węgry), Vaclav Zak z czeskiej Rady Radiofonii i Telewizji (tak wynikało z programu, podczas spotkania prelegent sprostował, że tą informację i występował już jako niezależny publicysta) oraz Laszlo Majtenyj z węgierskiej KRRiT (nic nie prostował).
Witold Kołodziejski z obrotu sprawy pewnie się ucieszył (chodzi wyłącznie o abonament) – podczas spotkania pokazywał, w jak drastyczny sposób spadły wpływy z abonamentu po zapowiedzi Donalda Tuska, że będzie walczył o jego zlikwidowanie. Wielu rodaków zapowiedź tą potraktowało nie jako życzenie, ale fakt dokonany i z dnia na dzień przestało media publiczne wspierać.
Podczas debaty pojawiła się nieśmiała teza, że być może wielu Polaków nie chce płacić abonamentu, bo nie widzi w tym żadnego sensu. W. Kołodziejski tezę zbił z miejsca stwierdzając, że „jak nie muszą, to nie płacą”, a sens płacenia polega po prostu na obowiązku. Przywołał w tym miejscy przykład kablówek – jeśli ktoś nie płaci rachunku, to po prostu odcinają mu sygnał – w rezultacie wielu uzależnionych od TV w sposób zdyscyplinowany pilnuje daty na rachunku i płaci za kabel pilniej niż za światło (są to prawdopodobnie ci, którzy mają plazmę na baterie).
W Czechach takich modeli telewizorów widocznie nie sprzedają – tam, jak relacjonował.
Kwestia, na co powinien być przeznaczany abonament, jest faktycznie pogmatwana w dobie mediów cyfrowych, konwergentnych technologii, zmiany stylu życia i innych współczesnych przekleństw. Ciekawie opowiadał o tym Edwin Bendyk podając przykład nastolatków przeżywających 40 godzin w ciągu doby. Nie, nie jest to pomyłka. Okazuje się bowiem, że nastolatki przez 16 godz. konsumują media, przez 8 godz. śpią w pozostałym czasie odrabiają lekcje i oddają się innym, równie pociągającym uciechom wieku naiwnego. Jak to możliwe? Oczywiście dzięki postępowi cywilizacyjnemu, którego wynikiem jest tzw. „multitasking”, czyli mówiąc po polsku „wieloczynnościowość”. Wieloczynnościowość, odkryty niedawno fenomen zdolności do jednoczesnego wysyłanie sms-a, oglądania TV połączonego z popijaniem kawy stawianej na magazynie prasowym przy włączonym radioodbiorniku, konsoli playstation czy Wii i laptopie leżącym na kolanach. Jeśli na laptopie włączone jest gadugadu, naszaklasa, facebook i youtube to mamy do czynienia z kompulsywnym „multitasking”, które z czasem przechodzi w łagodną postać patologiczną.
Ponieważ zjawisko „multitasking” jest trudne do wyobrażenia dla kogoś, kto np. wychował się przy czarno-białym odbiorniku TV stojącym w odległości 2 km od najbliższej budki telefonicznej (należę do takich nieszczęśników), publiczność współczesna została przez publicystę podzielona na dwa typy:
1. Publiczność „Tradycyjna” (należę bez wątpienia do tej grupy).
2. Publiczność „Nowa”.
Moim zdaniem już ten prosty podział wnosi wiele komplikacji w i tak mocno pogmatwaną sprawę abonamentu płaconego (lub nie) na media skądinąd „publiczne”. Należałoby się teraz np. zastanowić czy nie stworzyć dwóch niezależnych Misji – dla publiczności „Nowej” i „Tradycyjnej”.
Misja kierowana do publiki „Tradycyjnej” mogłaby zostać oparta na przywołanym przez Gabriela Tara modelu francuskim, z całą jego elegancją, wyrafinowaniem i tzw. „wyjątkiem kulturowym” (pasuje i do modelu i do Gabriela). Misja ta odzwierciedlałaby różnorodność potrzeb wszystkich widzów przed telewizorem przy jednoczesnym łączeniu tej różnorodności i otwieraniu na świat zewnętrzny różnorodny jeszcze bardziej (jakby znane: „telewizja oknem na świat”...). Telewizja taka (radio również) uczy, bawi, wychowuje pełniąc te same role co publiczny żłobek, przedszkole, szkoła, uniwersytet i w końcu uczelnia trzeciego wieku. Ponieważ edukacyjny aspekt telewizji publicznej w modelu francuskim zgrany jest ze szkolnym programem odpada problem rokrocznej awantury politycznej związanej z wymianą podręczników. „Wyjątek kulturowy” (jest nim również cała Francja) zakłada, że wszelkie zasady UE kończą się tam, gdzie zaczynają granice francuskiej kultury i języka. Media publiczne w takim modelu funkcjonujące w naszym, rodzimym wykonaniu byłyby więc mocno zorientowane na dbałość o dygitalizację polskiego cywilizacyjno-duchowego dziedzictwa. TVP Kultura stałaby się wówczas kanałem wiodącym (nazwę rozszerzono by do TVP Polska Kultura), a wszystkie debilne programy masowe zamieniono by „relewantne” dla nas produkcje w rodzaju „Śpiewających na kacu”, „Tańczących z chochołami”, teleturnieje „Jaka to Madonna” czy też neoawangardowe multimedialne spektakle „Dziadów” z piosenkami Mieczysława Fogga. Równocześnie uruchomiony by został kanał TVP 44, w którym przez cała dobę nadawano by wiadomości i zachowane relacje z powstania warszawskiego przeplatane z aktualnymi informacjami podawanymi w powstańczym anturażu (próby takie prowadziła ostatnio nawet stacja komercyjna).
Pieniądze w spolszczonym modelu francuskim inwestowane byłyby również w produkcje filmowe. Powstałby w końcu przyzwoity prequel i sequel do „Czterech pancernych” i z zapartym tchem moglibyśmy śledzić losy wnuków Gustlika i Marusi oraz dowiedzieć się skąd właściwie przywędrowali dalecy przodkowie Szarika (do tego seria edukacyjnych filmów o wilkach stepowych na blue-ray z wyraźnie zdygitalizowanym głosem Krystyny Czubówny).
Telewizja na francuską modłę szyta jest przedsięwzięciem, do którego nie odnoszą się żadne wskaźniki w rodzaju ratingów, zasięgów, GRP, CPP, CTR i inne medialne cholerstwa, ponieważ w telewizji takiej reklama emitowana jest jedynie po godzinie 24-tej i dozwolona jest wyłącznie dla produktów oznaczonych godłem „Teraz Polska”. Tu widz jest w centrum i nie można mu przerywać meczu „Złotek”, czy transmisji z Jasnej Góry żadną reklamą środków na biegunkę czy „pożyczki - chwilówki”. Targetowanie i segmentacja, słusznie zauważył Gabriel Tar to zabiegi odhumanizowane, stworzone przez szatańsko pazerne domy mediowe. Widz jest częścią różnorodnej, acz harmonijnej publiczności, a nie targetem dla maści na grzybicę pięt.
W powyższym modelu mediów publicznych opłata abonamentowa w dużej mierze przeznaczana jest więc na produkcję „contentu”, ale dystrybucją takiej treści z chęcią zajęłyby się pewnie media komercyjne oraz operatorzy telekomunikacyjni. Abonament można by po prostu doliczyć do rachunku za usługi triple-play, w każdym miesiącu dołączając wyciąg z zaznaczeniem, które programy w ramówce zostały wyprodukowane za publiczne pieniądze (+ VAT)

Ramówka nie wchodzi w grę w przypadku publiczności nastoletniej. Jak zauważył Edwin Bendyk młodzież nie wie czym jest ramówka, ponieważ i tak wszystko sobie obejrzy na youtube albo ściągnie zzipowane o dogodnej porze – zegar biologiczny młodych jak już wiemy pracuje na przyspieszonych obrotach i nie uwzględnia czasu kosmicznego (nazywa się to „time-shifting” i ma związek z „place-shifting” – mózg Kanta i Einsteina połączony w jeden organizm być może pojąłby o co tu chodzi).
Jeśli młodzi nie uznają nie tylko żadnych norm moralnych związanych z prawami autorskimi, ale też podstawowych kategorii czasu i przestrzeni, media publiczne muszą dopasować się do charakteru rebelii totalnej.
Misja kierowana dla publiczności określanej jako „Nowa” mogłaby więc częściowo korzystać z połączonych doświadczeń modelu węgierskiego i polskiego. Ten pierwszy określony został jako „permanentny kryzys zarządzania” (ciekawe, do naszego też pasuje...) i pewnie bardzo by rozedrganym i anarchistycznie nastawionym nastolatkom odpowiadał.
Abonament zostałby zastąpiony podejściem „płacę, to mam”. Młodzi płaciliby wyłącznie za dostęp do medium – kanału dystrybucji treści, które i tak sobie shackują, zripują, dowolnie skopiują itp. zgodnie z własnym uznaniem. Sprawdzony jest w tym przypadku model pre-paid – zasilanie konta możliwe byłoby przez SMS, bankomat czy kartę zdrapkę.
Opłaty pobierane w ten sposób przeznaczane byłyby na prawników broniących „Zatoki Piratów”, właścicieli serwisów Peer-to-peer oraz utrzymywanie szkół publicznych dla początkujących hackerów.
Dwa niezależne porządki mediów publicznych koegzystowałyby bezkonfliktowo do momentu wymarcia ostatnich przedstawicieli „Tradycyjnej” publiczności. Być może sprawnie przeprowadzona niegdyś reforma emerytalna znacznie to zjawisko przyspieszy. Pojawić się może jednak problem, o którym wspominali wszyscy paneliści. Otóż media publiczne w krajach o raczkującej lub odbudowującej się demokracji działają na polityków, tak jak lep na muchy. „Okazja czyni złodzieja” mówi ludowa mądrość – w tym przypadku także trudno sobie odmówić sięgnięcia po darmową tubę w celu utrzymania się na stołku.
Wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej zdają się mieć także inny problem: jak zauważył Tadeusz Kowalski - wszędzie udało się zbudować instytucję, ale nigdzie nie udało się ukształtować etosu mediów publicznych.
Ludzie nie widzą więc sensu płacenia abonamentu. Telewizja przecież tak jak państwowa szkoła, szpital, czy droga po prostu „nam się należy”. Płacimy przecież podatki – tak, czy nie? A podatki i tak są za wysokie – każdy musi to przyznać.
Jak wyglądają publiczne instytucje i rozwiązania wszyscy dobrze wiemy i widzimy jak się zmieniają na lepsze – z każdym dniem.
Teraz jest potrzebny mądry, który obniży podatki, podniesie wszystkim płace, zapewni darmową edukację, leczenie i sanatorium (np. w Krynicy) i oznajmi nam to wszystko w naszej Publicznej Telewizji
A dla „Nowych” na youtube.
Tak na marginiesie: znalezienie idealnego modelu powiązania świata gospodarki z polityką było tematem dwóch innych paneli, jakich mogłem dziś wysłuchać. O tym co nas czeka do roku 2030 opowiem innym razem.
Nikifor, Andrzej Banach, Arkady Warszawa 1983
Sejm podtrzymał dziś weto Prezydenta i tym samym przepadła ustawa medialna. Gdy w Krynicy rozpoczynał się panel „Jakich mediów publicznych potrzebujemy? Doświadczenia europejskie w zakresie finansowania mediów publicznych”, obecny na nim Witold Kołodziejski, przewodniczący KRRiT nie znał jeszcze losów prezydenckiego weta. Podobnie jak pozostali uczestnicy debaty: publicysta „Polityki” Edwin Bendyk, Gabriel Tar z francuskiego Ministerstwa Kultury, prof. Tadeusz Kwiatkowski z Uniwersytetu Warszawskiego, Gyorgy Ocsko z Komitetu Sterującego rady Europy ds. Mass Mediów (Węgry), Vaclav Zak z czeskiej Rady Radiofonii i Telewizji (tak wynikało z programu, podczas spotkania prelegent sprostował, że tą informację i występował już jako niezależny publicysta) oraz Laszlo Majtenyj z węgierskiej KRRiT (nic nie prostował).
Witold Kołodziejski z obrotu sprawy pewnie się ucieszył (chodzi wyłącznie o abonament) – podczas spotkania pokazywał, w jak drastyczny sposób spadły wpływy z abonamentu po zapowiedzi Donalda Tuska, że będzie walczył o jego zlikwidowanie. Wielu rodaków zapowiedź tą potraktowało nie jako życzenie, ale fakt dokonany i z dnia na dzień przestało media publiczne wspierać.
Podczas debaty pojawiła się nieśmiała teza, że być może wielu Polaków nie chce płacić abonamentu, bo nie widzi w tym żadnego sensu. W. Kołodziejski tezę zbił z miejsca stwierdzając, że „jak nie muszą, to nie płacą”, a sens płacenia polega po prostu na obowiązku. Przywołał w tym miejscy przykład kablówek – jeśli ktoś nie płaci rachunku, to po prostu odcinają mu sygnał – w rezultacie wielu uzależnionych od TV w sposób zdyscyplinowany pilnuje daty na rachunku i płaci za kabel pilniej niż za światło (są to prawdopodobnie ci, którzy mają plazmę na baterie).
W Czechach takich modeli telewizorów widocznie nie sprzedają – tam, jak relacjonował.
Kwestia, na co powinien być przeznaczany abonament, jest faktycznie pogmatwana w dobie mediów cyfrowych, konwergentnych technologii, zmiany stylu życia i innych współczesnych przekleństw. Ciekawie opowiadał o tym Edwin Bendyk podając przykład nastolatków przeżywających 40 godzin w ciągu doby. Nie, nie jest to pomyłka. Okazuje się bowiem, że nastolatki przez 16 godz. konsumują media, przez 8 godz. śpią w pozostałym czasie odrabiają lekcje i oddają się innym, równie pociągającym uciechom wieku naiwnego. Jak to możliwe? Oczywiście dzięki postępowi cywilizacyjnemu, którego wynikiem jest tzw. „multitasking”, czyli mówiąc po polsku „wieloczynnościowość”. Wieloczynnościowość, odkryty niedawno fenomen zdolności do jednoczesnego wysyłanie sms-a, oglądania TV połączonego z popijaniem kawy stawianej na magazynie prasowym przy włączonym radioodbiorniku, konsoli playstation czy Wii i laptopie leżącym na kolanach. Jeśli na laptopie włączone jest gadugadu, naszaklasa, facebook i youtube to mamy do czynienia z kompulsywnym „multitasking”, które z czasem przechodzi w łagodną postać patologiczną.
Ponieważ zjawisko „multitasking” jest trudne do wyobrażenia dla kogoś, kto np. wychował się przy czarno-białym odbiorniku TV stojącym w odległości 2 km od najbliższej budki telefonicznej (należę do takich nieszczęśników), publiczność współczesna została przez publicystę podzielona na dwa typy:
1. Publiczność „Tradycyjna” (należę bez wątpienia do tej grupy).
2. Publiczność „Nowa”.
Moim zdaniem już ten prosty podział wnosi wiele komplikacji w i tak mocno pogmatwaną sprawę abonamentu płaconego (lub nie) na media skądinąd „publiczne”. Należałoby się teraz np. zastanowić czy nie stworzyć dwóch niezależnych Misji – dla publiczności „Nowej” i „Tradycyjnej”.
Misja kierowana do publiki „Tradycyjnej” mogłaby zostać oparta na przywołanym przez Gabriela Tara modelu francuskim, z całą jego elegancją, wyrafinowaniem i tzw. „wyjątkiem kulturowym” (pasuje i do modelu i do Gabriela). Misja ta odzwierciedlałaby różnorodność potrzeb wszystkich widzów przed telewizorem przy jednoczesnym łączeniu tej różnorodności i otwieraniu na świat zewnętrzny różnorodny jeszcze bardziej (jakby znane: „telewizja oknem na świat”...). Telewizja taka (radio również) uczy, bawi, wychowuje pełniąc te same role co publiczny żłobek, przedszkole, szkoła, uniwersytet i w końcu uczelnia trzeciego wieku. Ponieważ edukacyjny aspekt telewizji publicznej w modelu francuskim zgrany jest ze szkolnym programem odpada problem rokrocznej awantury politycznej związanej z wymianą podręczników. „Wyjątek kulturowy” (jest nim również cała Francja) zakłada, że wszelkie zasady UE kończą się tam, gdzie zaczynają granice francuskiej kultury i języka. Media publiczne w takim modelu funkcjonujące w naszym, rodzimym wykonaniu byłyby więc mocno zorientowane na dbałość o dygitalizację polskiego cywilizacyjno-duchowego dziedzictwa. TVP Kultura stałaby się wówczas kanałem wiodącym (nazwę rozszerzono by do TVP Polska Kultura), a wszystkie debilne programy masowe zamieniono by „relewantne” dla nas produkcje w rodzaju „Śpiewających na kacu”, „Tańczących z chochołami”, teleturnieje „Jaka to Madonna” czy też neoawangardowe multimedialne spektakle „Dziadów” z piosenkami Mieczysława Fogga. Równocześnie uruchomiony by został kanał TVP 44, w którym przez cała dobę nadawano by wiadomości i zachowane relacje z powstania warszawskiego przeplatane z aktualnymi informacjami podawanymi w powstańczym anturażu (próby takie prowadziła ostatnio nawet stacja komercyjna).
Pieniądze w spolszczonym modelu francuskim inwestowane byłyby również w produkcje filmowe. Powstałby w końcu przyzwoity prequel i sequel do „Czterech pancernych” i z zapartym tchem moglibyśmy śledzić losy wnuków Gustlika i Marusi oraz dowiedzieć się skąd właściwie przywędrowali dalecy przodkowie Szarika (do tego seria edukacyjnych filmów o wilkach stepowych na blue-ray z wyraźnie zdygitalizowanym głosem Krystyny Czubówny).
Telewizja na francuską modłę szyta jest przedsięwzięciem, do którego nie odnoszą się żadne wskaźniki w rodzaju ratingów, zasięgów, GRP, CPP, CTR i inne medialne cholerstwa, ponieważ w telewizji takiej reklama emitowana jest jedynie po godzinie 24-tej i dozwolona jest wyłącznie dla produktów oznaczonych godłem „Teraz Polska”. Tu widz jest w centrum i nie można mu przerywać meczu „Złotek”, czy transmisji z Jasnej Góry żadną reklamą środków na biegunkę czy „pożyczki - chwilówki”. Targetowanie i segmentacja, słusznie zauważył Gabriel Tar to zabiegi odhumanizowane, stworzone przez szatańsko pazerne domy mediowe. Widz jest częścią różnorodnej, acz harmonijnej publiczności, a nie targetem dla maści na grzybicę pięt.
W powyższym modelu mediów publicznych opłata abonamentowa w dużej mierze przeznaczana jest więc na produkcję „contentu”, ale dystrybucją takiej treści z chęcią zajęłyby się pewnie media komercyjne oraz operatorzy telekomunikacyjni. Abonament można by po prostu doliczyć do rachunku za usługi triple-play, w każdym miesiącu dołączając wyciąg z zaznaczeniem, które programy w ramówce zostały wyprodukowane za publiczne pieniądze (+ VAT)
Ramówka nie wchodzi w grę w przypadku publiczności nastoletniej. Jak zauważył Edwin Bendyk młodzież nie wie czym jest ramówka, ponieważ i tak wszystko sobie obejrzy na youtube albo ściągnie zzipowane o dogodnej porze – zegar biologiczny młodych jak już wiemy pracuje na przyspieszonych obrotach i nie uwzględnia czasu kosmicznego (nazywa się to „time-shifting” i ma związek z „place-shifting” – mózg Kanta i Einsteina połączony w jeden organizm być może pojąłby o co tu chodzi).
Jeśli młodzi nie uznają nie tylko żadnych norm moralnych związanych z prawami autorskimi, ale też podstawowych kategorii czasu i przestrzeni, media publiczne muszą dopasować się do charakteru rebelii totalnej.
Misja kierowana dla publiczności określanej jako „Nowa” mogłaby więc częściowo korzystać z połączonych doświadczeń modelu węgierskiego i polskiego. Ten pierwszy określony został jako „permanentny kryzys zarządzania” (ciekawe, do naszego też pasuje...) i pewnie bardzo by rozedrganym i anarchistycznie nastawionym nastolatkom odpowiadał.
Abonament zostałby zastąpiony podejściem „płacę, to mam”. Młodzi płaciliby wyłącznie za dostęp do medium – kanału dystrybucji treści, które i tak sobie shackują, zripują, dowolnie skopiują itp. zgodnie z własnym uznaniem. Sprawdzony jest w tym przypadku model pre-paid – zasilanie konta możliwe byłoby przez SMS, bankomat czy kartę zdrapkę.
Opłaty pobierane w ten sposób przeznaczane byłyby na prawników broniących „Zatoki Piratów”, właścicieli serwisów Peer-to-peer oraz utrzymywanie szkół publicznych dla początkujących hackerów.
Dwa niezależne porządki mediów publicznych koegzystowałyby bezkonfliktowo do momentu wymarcia ostatnich przedstawicieli „Tradycyjnej” publiczności. Być może sprawnie przeprowadzona niegdyś reforma emerytalna znacznie to zjawisko przyspieszy. Pojawić się może jednak problem, o którym wspominali wszyscy paneliści. Otóż media publiczne w krajach o raczkującej lub odbudowującej się demokracji działają na polityków, tak jak lep na muchy. „Okazja czyni złodzieja” mówi ludowa mądrość – w tym przypadku także trudno sobie odmówić sięgnięcia po darmową tubę w celu utrzymania się na stołku.
Wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej zdają się mieć także inny problem: jak zauważył Tadeusz Kowalski - wszędzie udało się zbudować instytucję, ale nigdzie nie udało się ukształtować etosu mediów publicznych.
Ludzie nie widzą więc sensu płacenia abonamentu. Telewizja przecież tak jak państwowa szkoła, szpital, czy droga po prostu „nam się należy”. Płacimy przecież podatki – tak, czy nie? A podatki i tak są za wysokie – każdy musi to przyznać.
Jak wyglądają publiczne instytucje i rozwiązania wszyscy dobrze wiemy i widzimy jak się zmieniają na lepsze – z każdym dniem.
Teraz jest potrzebny mądry, który obniży podatki, podniesie wszystkim płace, zapewni darmową edukację, leczenie i sanatorium (np. w Krynicy) i oznajmi nam to wszystko w naszej Publicznej Telewizji
A dla „Nowych” na youtube.
Tak na marginiesie: znalezienie idealnego modelu powiązania świata gospodarki z polityką było tematem dwóch innych paneli, jakich mogłem dziś wysłuchać. O tym co nas czeka do roku 2030 opowiem innym razem.
czwartek, 10 września 2009
Czekając na herezję, czyli Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień drugi.
Muzeum Nikifora znajduje się kilkadziesiąt metrów od strefy najważniejszych debat ekonomiczno-politycznych. Forum przyciągnęło międzynarodowy tłum uczestników, jednak muzeum (na szczęście) świeci pustkami. Można więc bez pośpiechu i w ciszy podziwiać szkice, akwarele i rysunki miejscowego Matejki.
Nikifor pojawił się dziś na Forum. Jego duch został przywołany przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego moderującego dyskusję na temat: „Różnorodność religijna bogactwem kulturowym czy przyczyną niezgodności politycznych”. W panelu brali udział: Gejdar Dżemal (Islamski Komitet Rosji), Alexander Gisser (Machon Steinsaltz, Izrael), Wolodymyr Jaworiwskyj (Najwyższa Rada Ukrainy), Filip Jury Riabych (Departament Cerkiewnych Stosunków Zagranicznych, Patriarchat Moskiewski), Aurel Vainer (Izba Deputowanych, Rumunia) oraz Liviu Beris (Stowarzyszenie Rumuńskich Żydów Ofiar Holocaustu, Rumunia).
Nikifor przywołany został jako figura ilustrująca nie tylko ważne dla głowy Fundacji im. Brata Alberta kwestie związane z wykluczeniem osób upośledzonych, ale też symbol problematyki różnorodności kulturowej i religijnej. Przy okazji Ks. Isakowicz-Zaleski przypomniał, że sama Krynica jest wciąż miejscem takiej różnorodności – znajduje się tu cerkiew prawosławna, cerkiew greckokatolicka, kościoły katolickie oraz dwa zbory protestanckie. Zaznaczył, również że jemu samemu - jako Polakowi - Ormianinowi, księdzu dwu obrządków (katolicki i ormiański) tematyka jest osobiście bardzo bliska.
Pytając: „skąd tyle zła pojawiło się na świecie w XX wieku i co zrobić by XXI wiek nie powtórzył takich błędów,” prowadzący przypomniał jednocześnie o pierwszym ludobójstwie poprzedniego stulecia – wymordowaniu 1,5 mln Ormian w Turcji (1915-1917). Przypomniał też słowa Hitlera wypowiedziane w sierpniu 1939 roku przy okazji przyzwolenia wydanego dla wojny totalnej (czyli takiej, podczas której żołnierze mogą bezkarnie wszystko niszczyć, mordować gwałcić kobiety i zabijać dzieci). Słowa te brzmiały mniej więcej tak: możecie to wszystko robić, bo któż dziś pamięta o Ormianach?
Otwarte pozostało pytanie na ile przemilczenie zła, brak protestu, cicha akceptacja przyczynia się do kolejnych zbrodni, a na ile samo w sobie jest zbrodnią?

Kolejne wystąpienia panelistów zdawały się być ciągiem pytań bez odpowiedzi. Można było odnieść wrażenie, że cyniczny wobec wiary skrajny liberalizm, źle pojmowany sekularyzm czy bezbożność dwóch największych totalitaryzmów XX wieku to jedynie przejawy tego zła, a na pewno nie jego najważniejsze przyczyny.
Wciąż także przewijała się kwestia tolerancji, szacunku dla innych, waga próby ich rozumienia jako podstawowego warunku - jeśli już nie miłości bliźniego, to choćby pokojowego z nim współistnienia. Życie w różnorodności jest jak najbardziej możliwe nawet dla najbardziej konserwatywnych religii, jeśli jego zasady opierają się na takiej relacji z drugim człowiekiem, która zawarta jest w dekalogowym „nie zabijaj” – lub szerzej: „nie czyń zła”.
Przywoływane były słowa Jana Pawła II na temat solidarności, która może być ważniejsza od „tolerowania” (łaciński źródłosłów i jego znaczenie wskazuje na nieco podejrzaną postawę skrywaną za tym pięknym pojęciem...). Szukanie tego, co wspólne w tym co różnorodne okazuje się chyba jednak znacznie trudniejsze od możliwości „zniesienia” faktu, że „inne” jest właśnie „różne”, a nie „takie samo”.
„To nie religie zabijały religie” podkreślał Ks. Isakowicz-Zaleski przywołując konflikty i wojny – także te współczesne, w których wyznawcy jednej z religii ginęli z ręki tych, których pojmowanie Boga znacznie się różni. Brzmiało to trochę jak usprawiedliwianie religii, a proponowana przez dysputujących definicja samego pojęcia „religia” sprawiała wrażenie takiej, która wyklucza i wartościuje pewne systemy nie mieszczące się w monistycznym światopoglądzie (czy i tym razem etymologia przesądza o znaczeniu?).
Może zabrakło na sali (właściwie w namiocie...) przedstawicieli hinduizmu, buddyzmu, konfucjanizmu, taoizmu oraz przedstawicieli innych światopoglądów, którzy proponują własne rozumienie duchowości, wierzeń i praktyk oraz ich roli w życiu człowieka?
Czy nie jest niepokojące (dla kolejnego wieku), kiedy o problemach „różnorodności religijnej” rozmawiają ze sobą przedstawiciele judaizmu, islamu i chrześcijaństwa – religii, które mają ze sobą tak wiele wspólnego?
Na pytanie skąd tyle zła, na pewno inną odpowiedź daliby gnostycy – w panelu nie pojawili się jednak żadni heretycy, którzy ośmieliliby się zaproponować najprostszą dla nich odpowiedź w rodzaju: „ponieważ stworzył je Bóg” albo: „ponieważ poza Bogiem Dobrym jest również też Zły – wciąż muszą ze sobą walczyć”, czy też: „ ponieważ pierwszy Bóg – ten właściwy stworzył mniej doskonałego od siebie Demiurga, który stworzył świat, a ten wymknął się spod jego kontroli” itd. itp. – wyobraźnia gnostycka w próbach tłumaczenia zła radziła sobie zazwyczaj świetnie.

Liviu Beris zaproponował panteistyczną moim zdaniem wizję świata, w którym Bóg tworzy różnorodność ponieważ po prostu ją uwielbia. Każdy przejaw życia, boże stworzenie to przecież ucieleśnienie różnorodności. Różnorodność (głównie religijną) wychwalał również Aurel Vainer – lecz wciąż można było odnieść wrażenie, że jest to różnorodność w sposobach adoracji tego samego Boga – pozostają jedynie dylematy w rodzaju: deizm, teizm, czy panteizm, a może panenteizm? Jedynie kwestia utożsamienia Stwórcy i jego dzieła pozostaje wówczas przedmiotem tak otwartego na różnorodność dialogu i szacunku.
Pewnie niepotrzebnie się niepokoję i popadam w wiodący na manowce cynizm. Jednak podobnie jak pierwszego dnia Forum, również dziś zabrakło mi na nim głosów prawdziwie heretyckich. Nie dlatego, że chciałby popatrzeć na płonące na krynickim deptaku stosy, ale po to by usłyszeć i przekonać się, że dogmaty wciąż (?) mogą być kwestionowane bez tego rodzaju przykrych konsekwencji.
Odnoszę wrażenie, że rządzi tu jedynie gospodarczo-polityczny „monizm”.
I pewnie dlatego wciąż nic się nie dzieje.
Nuda, Panie.
Tak na marginesie: debata „Od marki do pasji – strategie w czasie kryzysu”, w której wziąłem dziś udział (tym razem jako panelista, a nie słuchacz) po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu, że marnie się mamy z marką „Polska”. Bardzo dziękuję za zaproszenie moderującej debatę Monice Piątkowskiej (Dyr. Strategii UM Kraków), a także panelistom - Christianowi Kaczmarkowi (Prezes Bakoma), Janowi Wiktorowi (Uniwersytet Ekonomiczny, Kraków), Grzegorzowi Kiszlukowi (Brief) oraz Simonowi Anholtowi za to, że miałem okazję wziąć udział w tej dyskusji.
Nie zdążyłem zapytać Simona Anholta, po jego indywidualnym wystąpieniu („Od tożsamości do rzeczywistości. Jak kreować wizerunek i reputację państw, miast i regionów by uczynić je dumnymi i pewnymi siebie?”) jakiego jest wyznania. Pytanie to byłoby też pewnie nie na miejscu. Z jego postawy wnoszę jednak, że reprezentuje on bardzo nam obcą mentalnie kulturę ewangelicką, na pewno protestancką. Ostre zwrócenie, rozgadanemu w najlepsze audytorium, uwagi, że właśnie wykonuje swoją pracę i nie jest nią „zabawianie publiki w nocnym klubie” okazało się skuteczne. I wszystko wskazuje na to że nie przemawiała przez niego ‘auri sacra fames’, choć być może równie w istocie przyziemna sumienność. Można by ją za Weberem nazwać „traktowaniem swego zawodu jako powołanie”.
Może więc jednak widziałem dziś jednego heretyka?
Nikifor pojawił się dziś na Forum. Jego duch został przywołany przez ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego moderującego dyskusję na temat: „Różnorodność religijna bogactwem kulturowym czy przyczyną niezgodności politycznych”. W panelu brali udział: Gejdar Dżemal (Islamski Komitet Rosji), Alexander Gisser (Machon Steinsaltz, Izrael), Wolodymyr Jaworiwskyj (Najwyższa Rada Ukrainy), Filip Jury Riabych (Departament Cerkiewnych Stosunków Zagranicznych, Patriarchat Moskiewski), Aurel Vainer (Izba Deputowanych, Rumunia) oraz Liviu Beris (Stowarzyszenie Rumuńskich Żydów Ofiar Holocaustu, Rumunia).
Nikifor przywołany został jako figura ilustrująca nie tylko ważne dla głowy Fundacji im. Brata Alberta kwestie związane z wykluczeniem osób upośledzonych, ale też symbol problematyki różnorodności kulturowej i religijnej. Przy okazji Ks. Isakowicz-Zaleski przypomniał, że sama Krynica jest wciąż miejscem takiej różnorodności – znajduje się tu cerkiew prawosławna, cerkiew greckokatolicka, kościoły katolickie oraz dwa zbory protestanckie. Zaznaczył, również że jemu samemu - jako Polakowi - Ormianinowi, księdzu dwu obrządków (katolicki i ormiański) tematyka jest osobiście bardzo bliska.
Pytając: „skąd tyle zła pojawiło się na świecie w XX wieku i co zrobić by XXI wiek nie powtórzył takich błędów,” prowadzący przypomniał jednocześnie o pierwszym ludobójstwie poprzedniego stulecia – wymordowaniu 1,5 mln Ormian w Turcji (1915-1917). Przypomniał też słowa Hitlera wypowiedziane w sierpniu 1939 roku przy okazji przyzwolenia wydanego dla wojny totalnej (czyli takiej, podczas której żołnierze mogą bezkarnie wszystko niszczyć, mordować gwałcić kobiety i zabijać dzieci). Słowa te brzmiały mniej więcej tak: możecie to wszystko robić, bo któż dziś pamięta o Ormianach?
Otwarte pozostało pytanie na ile przemilczenie zła, brak protestu, cicha akceptacja przyczynia się do kolejnych zbrodni, a na ile samo w sobie jest zbrodnią?
Kolejne wystąpienia panelistów zdawały się być ciągiem pytań bez odpowiedzi. Można było odnieść wrażenie, że cyniczny wobec wiary skrajny liberalizm, źle pojmowany sekularyzm czy bezbożność dwóch największych totalitaryzmów XX wieku to jedynie przejawy tego zła, a na pewno nie jego najważniejsze przyczyny.
Wciąż także przewijała się kwestia tolerancji, szacunku dla innych, waga próby ich rozumienia jako podstawowego warunku - jeśli już nie miłości bliźniego, to choćby pokojowego z nim współistnienia. Życie w różnorodności jest jak najbardziej możliwe nawet dla najbardziej konserwatywnych religii, jeśli jego zasady opierają się na takiej relacji z drugim człowiekiem, która zawarta jest w dekalogowym „nie zabijaj” – lub szerzej: „nie czyń zła”.
Przywoływane były słowa Jana Pawła II na temat solidarności, która może być ważniejsza od „tolerowania” (łaciński źródłosłów i jego znaczenie wskazuje na nieco podejrzaną postawę skrywaną za tym pięknym pojęciem...). Szukanie tego, co wspólne w tym co różnorodne okazuje się chyba jednak znacznie trudniejsze od możliwości „zniesienia” faktu, że „inne” jest właśnie „różne”, a nie „takie samo”.
„To nie religie zabijały religie” podkreślał Ks. Isakowicz-Zaleski przywołując konflikty i wojny – także te współczesne, w których wyznawcy jednej z religii ginęli z ręki tych, których pojmowanie Boga znacznie się różni. Brzmiało to trochę jak usprawiedliwianie religii, a proponowana przez dysputujących definicja samego pojęcia „religia” sprawiała wrażenie takiej, która wyklucza i wartościuje pewne systemy nie mieszczące się w monistycznym światopoglądzie (czy i tym razem etymologia przesądza o znaczeniu?).
Może zabrakło na sali (właściwie w namiocie...) przedstawicieli hinduizmu, buddyzmu, konfucjanizmu, taoizmu oraz przedstawicieli innych światopoglądów, którzy proponują własne rozumienie duchowości, wierzeń i praktyk oraz ich roli w życiu człowieka?
Czy nie jest niepokojące (dla kolejnego wieku), kiedy o problemach „różnorodności religijnej” rozmawiają ze sobą przedstawiciele judaizmu, islamu i chrześcijaństwa – religii, które mają ze sobą tak wiele wspólnego?
Na pytanie skąd tyle zła, na pewno inną odpowiedź daliby gnostycy – w panelu nie pojawili się jednak żadni heretycy, którzy ośmieliliby się zaproponować najprostszą dla nich odpowiedź w rodzaju: „ponieważ stworzył je Bóg” albo: „ponieważ poza Bogiem Dobrym jest również też Zły – wciąż muszą ze sobą walczyć”, czy też: „ ponieważ pierwszy Bóg – ten właściwy stworzył mniej doskonałego od siebie Demiurga, który stworzył świat, a ten wymknął się spod jego kontroli” itd. itp. – wyobraźnia gnostycka w próbach tłumaczenia zła radziła sobie zazwyczaj świetnie.
Liviu Beris zaproponował panteistyczną moim zdaniem wizję świata, w którym Bóg tworzy różnorodność ponieważ po prostu ją uwielbia. Każdy przejaw życia, boże stworzenie to przecież ucieleśnienie różnorodności. Różnorodność (głównie religijną) wychwalał również Aurel Vainer – lecz wciąż można było odnieść wrażenie, że jest to różnorodność w sposobach adoracji tego samego Boga – pozostają jedynie dylematy w rodzaju: deizm, teizm, czy panteizm, a może panenteizm? Jedynie kwestia utożsamienia Stwórcy i jego dzieła pozostaje wówczas przedmiotem tak otwartego na różnorodność dialogu i szacunku.
Pewnie niepotrzebnie się niepokoję i popadam w wiodący na manowce cynizm. Jednak podobnie jak pierwszego dnia Forum, również dziś zabrakło mi na nim głosów prawdziwie heretyckich. Nie dlatego, że chciałby popatrzeć na płonące na krynickim deptaku stosy, ale po to by usłyszeć i przekonać się, że dogmaty wciąż (?) mogą być kwestionowane bez tego rodzaju przykrych konsekwencji.
Odnoszę wrażenie, że rządzi tu jedynie gospodarczo-polityczny „monizm”.
I pewnie dlatego wciąż nic się nie dzieje.
Nuda, Panie.
Tak na marginesie: debata „Od marki do pasji – strategie w czasie kryzysu”, w której wziąłem dziś udział (tym razem jako panelista, a nie słuchacz) po raz kolejny utwierdziła mnie w przekonaniu, że marnie się mamy z marką „Polska”. Bardzo dziękuję za zaproszenie moderującej debatę Monice Piątkowskiej (Dyr. Strategii UM Kraków), a także panelistom - Christianowi Kaczmarkowi (Prezes Bakoma), Janowi Wiktorowi (Uniwersytet Ekonomiczny, Kraków), Grzegorzowi Kiszlukowi (Brief) oraz Simonowi Anholtowi za to, że miałem okazję wziąć udział w tej dyskusji.
Nie zdążyłem zapytać Simona Anholta, po jego indywidualnym wystąpieniu („Od tożsamości do rzeczywistości. Jak kreować wizerunek i reputację państw, miast i regionów by uczynić je dumnymi i pewnymi siebie?”) jakiego jest wyznania. Pytanie to byłoby też pewnie nie na miejscu. Z jego postawy wnoszę jednak, że reprezentuje on bardzo nam obcą mentalnie kulturę ewangelicką, na pewno protestancką. Ostre zwrócenie, rozgadanemu w najlepsze audytorium, uwagi, że właśnie wykonuje swoją pracę i nie jest nią „zabawianie publiki w nocnym klubie” okazało się skuteczne. I wszystko wskazuje na to że nie przemawiała przez niego ‘auri sacra fames’, choć być może równie w istocie przyziemna sumienność. Można by ją za Weberem nazwać „traktowaniem swego zawodu jako powołanie”.
Może więc jednak widziałem dziś jednego heretyka?
środa, 9 września 2009
Siedmiu naiwnych i Nikifor – Forum Ekonomiczne w Krynicy. Dzień pierwszy.
Nikifor (podpisujący się również jako Netyfor), zwany Tryfonem czy Matejką z Krynicy był nieślubnym dzieckiem Rusinki - głuchoniemej żebraczki. Upośledzony od urodzenia, bełkocący we własnym języku, kaleki artysta nie od razu został doceniony nawet przez tych, którzy z jego niezwykłą sztuką obcowali nawet na co dzień. Dziś uważany jest za jednego z najbardziej oryginalnych polskich malarzy a jego genialne, malowane akwarelą na tekturkach i okładkach zeszytów obrazki podziwiane są w galeriach bynajmniej nie za sprawą egzotyki sztuki zwanej „naiwną”.
Dzisiejszym Nikifora w Krynicy zastąpiła kultura – ułomna, upośledzona, bełkocąca w sobie tylko zrozumiałym języku domagając się uwagi i wsparcia, spychana na margines „prawdziwego życia” i „niezwykle ważnych spraw”. Kultura stała się genialnym żebrakiem, kaleką, który stanowi osobliwe dziwowisko – można przy nim na chwilę przystanąć, popatrzeć, wrzucić grosz do kapelusza, ale na pewno nie należy traktować go poważnie. Czy tym razem żebrak zostanie „odkryty”, doceniony i uznany?
Pytanie powyższe, to osobista refleksja na koniec pierwszego dnia Forum Ekonomicznego w Krynicy. Pierwsze wrażenie dyletanta w tematach wielkiej polityki i wielkiej ekonomii może być mylne i mam nadzieję, że tak właśnie jest. Jeśli jednak nie jest to błędny ogląd sytuacji, to znaczy, że poza szalejącym wszędzie (poza „polską zieloną wyspą”) kryzysem ekonomicznym mamy do czynienia z kryzysem postawy humanistycznej. I to by oznaczało „bad news”.
Złych wiadomości pojawiało się zresztą znacznie więcej (choć może trudno je wartościować jako złe?). Minorowy ton dominował bowiem w głosach większości zaproszonych gości wystąpień i dyskusji, na które zdecydowałem dziś się udać.
Podczas moderowanego przez Witolda Orłowskiego spotkania „Twarde lądowanie. Europa Środkowo-Wschodnia wobec globalnego kryzysu” (goście: Ryszard Petru, Jan Krzysztof Bielecki) można się było dowiedzieć m. in. tego, że kryzys jest wciąż nie wykorzystaną szansą. Głównie zaś szansą na zmianę perspektywy i punktu widzenia – myślenia i podejmowania działań na podstawie wizji długookresowej a nie błyskawicznych wyników. Z szansy tej - okazuje się - nikt na razie nie chce korzystać i nic nie wskazuje na to aby miało się to zmienić w najbliższej przyszłości. Jak zauważył R. Petru: przez długi czas wygrywali ci, którzy ostro jechali po bandzie, a tracili bardziej ostrożni – im dłużej trwa taki stan, tym bardziej staje się wiarygodny. Przy okazji wyszło na jaw dlaczego Polska w pierwszym półroczu zanotowała dodatni wzrost gospodarczy i po raz n-ty zadziwiła świat. Jak się okazuje nie dlatego, że podjęte zostały jakieś przemyślane działania zapobiegawcze, czy wdrożono jakąś genialną strategię antykryzysową. Wygraliśmy z kryzysem (na razie) dzięki PRZYPADKOWI oraz SZCZĘŚCIU. Dokładnie tak twierdzą nasi eksperci od ekonomii i wszystko wskazuje na to że mają absolutną rację. Oto nie podejmowaliśmy żadnych działań (polski rząd), „przez przypadek” nie mieliśmy żadnej dominującej gałęzi przemysłowej, od której uzależniona byłaby nasza gospodarka (przypadkowo zastosowaliśmy zasady „zrównoważonego rozwoju”...) przez przypadek pewne procesy gospodarcze zachodzą u nas wolniej lub mniej intensywnie niż w gospodarkach zachodnich.
Tym razem przechytrzyliśmy los, a naszą strategią działania okazało się nie-działanie (Wejście Smoka i mądrości Bruce Lee zawsze cieszyły się u nas wielką estymą).
Kryzys jest doskonałą szansą, by zmienić perspektywę, punkt widzenia, stanowi również okazję do wprowadzenia zmian i reform uzdrawiających gospodarką. Mogłyby do nich należeć:
- zmniejszenie biurokratycznych barier dla przedsiębiorców,
- zmniejszenie stopnia korupcji,
- aktywne wspieranie przejawów przedsiębiorczości.
Zła wiadomość? Z tej szansy również nikt nie kwapi się skorzystać. Radykalne reformy administracji nie zostały podjęte praktycznie w żadnym z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Tego rodzaju sposoby pobudzania gospodarki również u nas nie wydają się popularne.
Wątek ten pojawił się również na kolejnym spotkaniu – tym razem został poparty twardymi danymi, czyli raportem z badań „Doing Business 2010” przeprowadzonych na zlecenie Banku Światowego. Obecna na spotkaniu Henryka Bochniarz oraz Waldemar Pawlak (moderacja T. Laursen, pozostali goście: Neil Gregory – Bank Światowy, Paweł Lisicki – Rzeczpospolita, Sergio Rossi - prof. ekonomii) ze smutkiem musieli komentować fakt, że jako kraj, w którym żyje 1/4 ludności regionu Europy Środkowo Wschodniej i tworzy 1/3 PKB w regionie jesteśmy w prezentowanym rankingu na 72(!) miejscu pod względem łatwości prowadzenia biznesu. Niewiele też chyba uczyniliśmy, by wspiąć się choćby oczko wyżej. Jak zauważyła H. Bochniarz: jak słyszę o jednym okienku, to mnie zęby bolą! I nie miała na myśli okienka w przychodni dentystycznej, ale fakt, że nawet jeśli jest już jedno okienko, w którym hipotetycznie otworzyć można działalność gospodarczą, to i tak dojechać do niego nie można.
Najważniejsze bariery przedsiębiorczości, które wskazują w Polsce właściciele firm to nie brak jednego okienka, ale:
- pozapłacowe koszty pracy (w tym nietransparentne, ukryte w nich podatki)
- fatalne funkcjonowanie systemu prawnego (70% przedsiębiorców nie wierzy, że może wyegzekwować prawo z umów w polskim sądzie, poza tym możemy się ubiegać do wpis do księgi rekordów Guinessa jeśli chodzi o czas ściągania należności – 2 lata, błędy przedsiębiorców wynikające ze zmian w VAT i wiążące się z tym konsekwencje to kolejna zła wiadomość)
- infrastruktura (tu komentarzem był dojazd do samej Krynicy z Warszawy...)
- brak realnych ułatwień w dostępie do funduszy unijnych.
H. Bochniarz kończąc tą wyliczankę zauważyła też, że następna lista barier, w kolejnym badaniu będzie prawdopodobnie dużo grubsza...
Słuchając tych przerażających diagnoz i opinii na temat niewykorzystanych szans oraz nie dających się pokonać barier dla polskiej przedsiębiorczości można dojść do wniosku, że nie chodzi tu o żadne bezosobowe „zjawiska rynków finansowych”, „mechanizmy gospodarcze” czy inne abstrakty, ale o ludzi i wartości jakimi kierują się na co dzień w życiu. Kwestią okazuje się wrodzony nam indywidualizm i kreatywność zderzające się z brakiem kapitału społecznego czy podskórną nieufnością wobec sąsiada, władzy czy nawet ekonomistów. Jest więc to chyba kwestia kultury?
Kultura i kształtujące ją wartości będzie zatem rozwiązaniem! To tam biznes i politycy winni zwrócić swe zainteresowania i poszukiwać odpowiedzi na problemy gospodarcze! Pokrzepiony myślą, że udało mi się zlokalizować problem wertuję nerwowo program Forum. Jest! Spotkanie na temat „ „Kultura wobec żywiołów rynku – 20 lat po...”. Pędzę by zająć ostatnie miejsce choćby stojące, przekonany, że wszyscy uczestnicy forum właśnie tam kierują swoje kroki. To przecież tam będzie można posłuchać dyskusji na temat: czy żywioły rynku niszczą kulturę, czy kultura oswaja te żywioły? W jaki sposób kultura może być katalizatorem przemian gospodarczych i rozwoju (w końcu rozwój stanowi istotę kultury)?
W spotkaniu prowadzonym przez Jacka Purchla (Międzynarodowe Centrum Kultury) udział biorą Magdalena Vasaryova (deputowana zgromadzenia Narodowej Republiki Słowackiej), Erhard Busek (Forum Alpbach), Aleksander Fomenko (Uniwersytet Handlowo-Ekonomiczny, Rosja). Spotkanie okazuje się pasjonująca i niezwykle merytoryczną debatą na temat mecenatu kulturowego państwa, jego roli i funkcji pro-kulturowych czy relacji wobec twórców i artystów. Spotkanie zostaje jednak przez organizatorów skrócone o pół godziny pomimo żywych dyskusji oraz pytań i komentarzy. Być może dlatego, że na spotkanie z krynickich deptaków, kafejek i pijalni wód zamienionych w centra konferencyjne ściągnęło tłumnie s i e d e m osób plus tłumacze!!!
(do samego spotkania na pewno kiedyś jeszcze powrócę)

Lekkie przygnębienie i absmak pozostaje. Przygnębienie narasta, kiedy słuchając kolejnej dyskusji w Krakowskiej Strefie VIP (najbardziej oryginalnie zaaranżowane miejsce na całym Forum) po raz kolejny dowiedzieć się mogę, że choć świetnie radzimy sobie z kreowaniem wielu marek lokalnych, a Polacy są do nich przywiązani nawet na emigracji, to wciąż nie potrafimy skutecznie wypromować jednej marki najważniejszej – Polski. W spotkaniu prowadzonym przez dziennikarza Marka Skałę udział bierze Monika Piątkowska (Dyr. wydziału strategii Krakowa), Krzysztof Pawiński (prezes Maspexu), Jacek Sadowski (agencja Demo Effective Launching), Janusz Gładyszewski (prezes Polmosu Lublin) oraz Christian Kaczmarek (prezes Bakomy) i jako aktywny słuchacz Grzegorz Kiszluk (Brief).
Wszyscy zgodni są co do jednego: budowanie marek to przede wszystkim dbałość o jakość, potrzebny na to czas oraz zdobywane w miarę jego upływu zaufanie. Zgodni są także co do tego, że brak nam sztandarowych marek i produktów, a podkreślanie „polskości” nie wnosi na razie żadnej „wartości dodanej” do niczego poza niemarkową kiełbasą.
Spotkanie kończy się więc kolejną złą wiadomością. Krakowska Strefa VIP pustoszeje, choć właśnie rozpoczyna się tu kolejne spotkanie, które zapowiada się niezwykle interesująco: „Stanisław Vincenz – pisarz uniwersalnego dialogu”. Przecież dokładnie o taką inspirację chodzi! Myśl Vincenza jednego z prekursorów ideologii zjednoczonej Europy, pisarza, filozofa dla którego najważniejszą wartością był szacunek dla innych i dialog może być metaforyczną odpowiedzią na problemy współczesnej gospodarki i polskich barier przedsiębiorczości. Spotkanie prowadzi pasjonat – Jan Pieszczachowicz, autor krytycznej biografii pisarza. W spotkaniu biorą też udział Bronisław Maj (poeta, tłumacz) oraz Barbara Turlejska (Wydział Kultury i Dziedzictwa m. Kraków). J. Pieszczachowicz w sposób barwny i intrygujący wskazuje na aktualność nastawionej na tolerancję, wzajemny szacunek i zaciekawienie innym postawy Vincenza. Sugeruje również jej wyższość nad obecną dziś w dyskursie publicznym postawą historiografii odwetowej. Homerycki ideał świata, w którym każdy jest pożądanym gościem jakiego pragnął Vincenz został jednak zagubiony. Choć na pewno ważnymi gośćmi czują się słuchacze dyskusji. Jest ich oczywiście s i e d m i u i można odnieść przykre wrażenie, że zdecydowana większość tej siódemki znalazła się tu jedynie dlatego, że Karków serwuje w swoim namiocie darmowe drinki. Rozmowy toczone półgłosem przy wznoszeniu toastów i ostentacyjne gadanie przez komórki skutecznie zagłuszają opowieść o piewcy „małych ojczyzn”, który nawet w Krakowie, gdzie spoczęły jego prochy nie doczekał się nazwanej swym nazwiskiem ulicy...
Nikifor namalował więc kolejny autoportret. To ikona. Oglądając ją należy podnosić głowę w górę a następnie kornie opuszczać. Barwy są żywe, zdecydowane, oddzielone czarną kreską. Nikifor jest na autoportrecie ubrany elegancko i schludnie – takim chciałby się widzieć i takim chciałby aby widzieli go inni. Kulfony podpisu stanowią element kompozycji. Ktoś wrzuca 50 groszy do kapelusza, ktoś inny poszturchuje złośliwie chromego żebraka.
Siedmiu gapiów przystaje i gapi się chwilę dłużej.
Nikt dziś niczego nie kupił.
Tak na marginesie: zielonych krawatów – symbolu nadziei i równowagi Nikifor nie zauważyłby dziś w Krynicy zbyt wielu. Dominuje krwawa czerwień – ostra jazda po bandzie - jak mawiają eksperci...
Dzisiejszym Nikifora w Krynicy zastąpiła kultura – ułomna, upośledzona, bełkocąca w sobie tylko zrozumiałym języku domagając się uwagi i wsparcia, spychana na margines „prawdziwego życia” i „niezwykle ważnych spraw”. Kultura stała się genialnym żebrakiem, kaleką, który stanowi osobliwe dziwowisko – można przy nim na chwilę przystanąć, popatrzeć, wrzucić grosz do kapelusza, ale na pewno nie należy traktować go poważnie. Czy tym razem żebrak zostanie „odkryty”, doceniony i uznany?
Pytanie powyższe, to osobista refleksja na koniec pierwszego dnia Forum Ekonomicznego w Krynicy. Pierwsze wrażenie dyletanta w tematach wielkiej polityki i wielkiej ekonomii może być mylne i mam nadzieję, że tak właśnie jest. Jeśli jednak nie jest to błędny ogląd sytuacji, to znaczy, że poza szalejącym wszędzie (poza „polską zieloną wyspą”) kryzysem ekonomicznym mamy do czynienia z kryzysem postawy humanistycznej. I to by oznaczało „bad news”.
Złych wiadomości pojawiało się zresztą znacznie więcej (choć może trudno je wartościować jako złe?). Minorowy ton dominował bowiem w głosach większości zaproszonych gości wystąpień i dyskusji, na które zdecydowałem dziś się udać.
Podczas moderowanego przez Witolda Orłowskiego spotkania „Twarde lądowanie. Europa Środkowo-Wschodnia wobec globalnego kryzysu” (goście: Ryszard Petru, Jan Krzysztof Bielecki) można się było dowiedzieć m. in. tego, że kryzys jest wciąż nie wykorzystaną szansą. Głównie zaś szansą na zmianę perspektywy i punktu widzenia – myślenia i podejmowania działań na podstawie wizji długookresowej a nie błyskawicznych wyników. Z szansy tej - okazuje się - nikt na razie nie chce korzystać i nic nie wskazuje na to aby miało się to zmienić w najbliższej przyszłości. Jak zauważył R. Petru: przez długi czas wygrywali ci, którzy ostro jechali po bandzie, a tracili bardziej ostrożni – im dłużej trwa taki stan, tym bardziej staje się wiarygodny. Przy okazji wyszło na jaw dlaczego Polska w pierwszym półroczu zanotowała dodatni wzrost gospodarczy i po raz n-ty zadziwiła świat. Jak się okazuje nie dlatego, że podjęte zostały jakieś przemyślane działania zapobiegawcze, czy wdrożono jakąś genialną strategię antykryzysową. Wygraliśmy z kryzysem (na razie) dzięki PRZYPADKOWI oraz SZCZĘŚCIU. Dokładnie tak twierdzą nasi eksperci od ekonomii i wszystko wskazuje na to że mają absolutną rację. Oto nie podejmowaliśmy żadnych działań (polski rząd), „przez przypadek” nie mieliśmy żadnej dominującej gałęzi przemysłowej, od której uzależniona byłaby nasza gospodarka (przypadkowo zastosowaliśmy zasady „zrównoważonego rozwoju”...) przez przypadek pewne procesy gospodarcze zachodzą u nas wolniej lub mniej intensywnie niż w gospodarkach zachodnich.
Tym razem przechytrzyliśmy los, a naszą strategią działania okazało się nie-działanie (Wejście Smoka i mądrości Bruce Lee zawsze cieszyły się u nas wielką estymą).
Kryzys jest doskonałą szansą, by zmienić perspektywę, punkt widzenia, stanowi również okazję do wprowadzenia zmian i reform uzdrawiających gospodarką. Mogłyby do nich należeć:
- zmniejszenie biurokratycznych barier dla przedsiębiorców,
- zmniejszenie stopnia korupcji,
- aktywne wspieranie przejawów przedsiębiorczości.
Zła wiadomość? Z tej szansy również nikt nie kwapi się skorzystać. Radykalne reformy administracji nie zostały podjęte praktycznie w żadnym z krajów Europy Środkowo-Wschodniej. Tego rodzaju sposoby pobudzania gospodarki również u nas nie wydają się popularne.
Wątek ten pojawił się również na kolejnym spotkaniu – tym razem został poparty twardymi danymi, czyli raportem z badań „Doing Business 2010” przeprowadzonych na zlecenie Banku Światowego. Obecna na spotkaniu Henryka Bochniarz oraz Waldemar Pawlak (moderacja T. Laursen, pozostali goście: Neil Gregory – Bank Światowy, Paweł Lisicki – Rzeczpospolita, Sergio Rossi - prof. ekonomii) ze smutkiem musieli komentować fakt, że jako kraj, w którym żyje 1/4 ludności regionu Europy Środkowo Wschodniej i tworzy 1/3 PKB w regionie jesteśmy w prezentowanym rankingu na 72(!) miejscu pod względem łatwości prowadzenia biznesu. Niewiele też chyba uczyniliśmy, by wspiąć się choćby oczko wyżej. Jak zauważyła H. Bochniarz: jak słyszę o jednym okienku, to mnie zęby bolą! I nie miała na myśli okienka w przychodni dentystycznej, ale fakt, że nawet jeśli jest już jedno okienko, w którym hipotetycznie otworzyć można działalność gospodarczą, to i tak dojechać do niego nie można.
Najważniejsze bariery przedsiębiorczości, które wskazują w Polsce właściciele firm to nie brak jednego okienka, ale:
- pozapłacowe koszty pracy (w tym nietransparentne, ukryte w nich podatki)
- fatalne funkcjonowanie systemu prawnego (70% przedsiębiorców nie wierzy, że może wyegzekwować prawo z umów w polskim sądzie, poza tym możemy się ubiegać do wpis do księgi rekordów Guinessa jeśli chodzi o czas ściągania należności – 2 lata, błędy przedsiębiorców wynikające ze zmian w VAT i wiążące się z tym konsekwencje to kolejna zła wiadomość)
- infrastruktura (tu komentarzem był dojazd do samej Krynicy z Warszawy...)
- brak realnych ułatwień w dostępie do funduszy unijnych.
H. Bochniarz kończąc tą wyliczankę zauważyła też, że następna lista barier, w kolejnym badaniu będzie prawdopodobnie dużo grubsza...
Słuchając tych przerażających diagnoz i opinii na temat niewykorzystanych szans oraz nie dających się pokonać barier dla polskiej przedsiębiorczości można dojść do wniosku, że nie chodzi tu o żadne bezosobowe „zjawiska rynków finansowych”, „mechanizmy gospodarcze” czy inne abstrakty, ale o ludzi i wartości jakimi kierują się na co dzień w życiu. Kwestią okazuje się wrodzony nam indywidualizm i kreatywność zderzające się z brakiem kapitału społecznego czy podskórną nieufnością wobec sąsiada, władzy czy nawet ekonomistów. Jest więc to chyba kwestia kultury?
Kultura i kształtujące ją wartości będzie zatem rozwiązaniem! To tam biznes i politycy winni zwrócić swe zainteresowania i poszukiwać odpowiedzi na problemy gospodarcze! Pokrzepiony myślą, że udało mi się zlokalizować problem wertuję nerwowo program Forum. Jest! Spotkanie na temat „ „Kultura wobec żywiołów rynku – 20 lat po...”. Pędzę by zająć ostatnie miejsce choćby stojące, przekonany, że wszyscy uczestnicy forum właśnie tam kierują swoje kroki. To przecież tam będzie można posłuchać dyskusji na temat: czy żywioły rynku niszczą kulturę, czy kultura oswaja te żywioły? W jaki sposób kultura może być katalizatorem przemian gospodarczych i rozwoju (w końcu rozwój stanowi istotę kultury)?
W spotkaniu prowadzonym przez Jacka Purchla (Międzynarodowe Centrum Kultury) udział biorą Magdalena Vasaryova (deputowana zgromadzenia Narodowej Republiki Słowackiej), Erhard Busek (Forum Alpbach), Aleksander Fomenko (Uniwersytet Handlowo-Ekonomiczny, Rosja). Spotkanie okazuje się pasjonująca i niezwykle merytoryczną debatą na temat mecenatu kulturowego państwa, jego roli i funkcji pro-kulturowych czy relacji wobec twórców i artystów. Spotkanie zostaje jednak przez organizatorów skrócone o pół godziny pomimo żywych dyskusji oraz pytań i komentarzy. Być może dlatego, że na spotkanie z krynickich deptaków, kafejek i pijalni wód zamienionych w centra konferencyjne ściągnęło tłumnie s i e d e m osób plus tłumacze!!!
(do samego spotkania na pewno kiedyś jeszcze powrócę)

Lekkie przygnębienie i absmak pozostaje. Przygnębienie narasta, kiedy słuchając kolejnej dyskusji w Krakowskiej Strefie VIP (najbardziej oryginalnie zaaranżowane miejsce na całym Forum) po raz kolejny dowiedzieć się mogę, że choć świetnie radzimy sobie z kreowaniem wielu marek lokalnych, a Polacy są do nich przywiązani nawet na emigracji, to wciąż nie potrafimy skutecznie wypromować jednej marki najważniejszej – Polski. W spotkaniu prowadzonym przez dziennikarza Marka Skałę udział bierze Monika Piątkowska (Dyr. wydziału strategii Krakowa), Krzysztof Pawiński (prezes Maspexu), Jacek Sadowski (agencja Demo Effective Launching), Janusz Gładyszewski (prezes Polmosu Lublin) oraz Christian Kaczmarek (prezes Bakomy) i jako aktywny słuchacz Grzegorz Kiszluk (Brief).
Wszyscy zgodni są co do jednego: budowanie marek to przede wszystkim dbałość o jakość, potrzebny na to czas oraz zdobywane w miarę jego upływu zaufanie. Zgodni są także co do tego, że brak nam sztandarowych marek i produktów, a podkreślanie „polskości” nie wnosi na razie żadnej „wartości dodanej” do niczego poza niemarkową kiełbasą.
Spotkanie kończy się więc kolejną złą wiadomością. Krakowska Strefa VIP pustoszeje, choć właśnie rozpoczyna się tu kolejne spotkanie, które zapowiada się niezwykle interesująco: „Stanisław Vincenz – pisarz uniwersalnego dialogu”. Przecież dokładnie o taką inspirację chodzi! Myśl Vincenza jednego z prekursorów ideologii zjednoczonej Europy, pisarza, filozofa dla którego najważniejszą wartością był szacunek dla innych i dialog może być metaforyczną odpowiedzią na problemy współczesnej gospodarki i polskich barier przedsiębiorczości. Spotkanie prowadzi pasjonat – Jan Pieszczachowicz, autor krytycznej biografii pisarza. W spotkaniu biorą też udział Bronisław Maj (poeta, tłumacz) oraz Barbara Turlejska (Wydział Kultury i Dziedzictwa m. Kraków). J. Pieszczachowicz w sposób barwny i intrygujący wskazuje na aktualność nastawionej na tolerancję, wzajemny szacunek i zaciekawienie innym postawy Vincenza. Sugeruje również jej wyższość nad obecną dziś w dyskursie publicznym postawą historiografii odwetowej. Homerycki ideał świata, w którym każdy jest pożądanym gościem jakiego pragnął Vincenz został jednak zagubiony. Choć na pewno ważnymi gośćmi czują się słuchacze dyskusji. Jest ich oczywiście s i e d m i u i można odnieść przykre wrażenie, że zdecydowana większość tej siódemki znalazła się tu jedynie dlatego, że Karków serwuje w swoim namiocie darmowe drinki. Rozmowy toczone półgłosem przy wznoszeniu toastów i ostentacyjne gadanie przez komórki skutecznie zagłuszają opowieść o piewcy „małych ojczyzn”, który nawet w Krakowie, gdzie spoczęły jego prochy nie doczekał się nazwanej swym nazwiskiem ulicy...
Nikifor namalował więc kolejny autoportret. To ikona. Oglądając ją należy podnosić głowę w górę a następnie kornie opuszczać. Barwy są żywe, zdecydowane, oddzielone czarną kreską. Nikifor jest na autoportrecie ubrany elegancko i schludnie – takim chciałby się widzieć i takim chciałby aby widzieli go inni. Kulfony podpisu stanowią element kompozycji. Ktoś wrzuca 50 groszy do kapelusza, ktoś inny poszturchuje złośliwie chromego żebraka.
Siedmiu gapiów przystaje i gapi się chwilę dłużej.
Nikt dziś niczego nie kupił.
Tak na marginesie: zielonych krawatów – symbolu nadziei i równowagi Nikifor nie zauważyłby dziś w Krynicy zbyt wielu. Dominuje krwawa czerwień – ostra jazda po bandzie - jak mawiają eksperci...
środa, 2 września 2009
Piknik lotniczy, czyli nostalgia za katharsis „na żywo”.
„...dominujący obecnie typ człowieka to prymityw, to Naturmensch, który pojawił się pośród cywilizowanego świata. Świat jest cywilizowany, lecz nie są cywilizowani jego mieszkańcy: nie zdają sobie nawet sprawy z istnienia cywilizacji, po prostu używają jej tak, jak gdyby to była przyroda”.
Jose Ortega y Gasset, „Bunt mas”, s. 85
Fascynujące piękno mas wody spadającej z hukiem w wodospadach, dymiące groźnie szczyty wulkanów, chorobliwie wciągający obraz walczące zaciekle psów czy zadziobujących się na śmierć kogutów, tajemniczość i smutek spadających gwiazd...
Teatr fundowany przez naturę pełen jest widowisk szczegółowo dopracowanych przez Demiurga i przeznaczonych specjalnie dla naszych oczu. Widowiska natury spełniają wszelkie warunki dobrej tragedii w rozumieniu Arystotelesa - budzić powinny litość i trwogę. Uczucia te są zaś warunkiem uczuć tych oczyszczenia – przeżycia katharsis.
Ponieważ jednak walki kogutów są w Polsce nielegalne (nawet na Bali zeszły do podziemia), wodospady wciąż stanowią rzadkość, a z balkonu miejskiego wieżowca oświetlanego nigdy niegasnącym żarem ekologicznych świetlówek (poniżej 100 W) trudno dostrzec spadające gwiazdy, potrzebujemy nowych widowisk. Programy telewizyjne oglądane w domowym zaciszu, transmisje radiowe, kino, nawet Youtube nie pozwalają przeżywać katharsisi – jako media, oferują jedynie rzeczywistość mediującą pomiędzy różnymi światami – rzeczywistość zapośredniczona nie budzi zaś litości i trwogi. I nawet seks czy śmierć w reality show jak pokazuje słabnąca popularność gatunku sytuacji tej zmienić nie mogą.
Poszukujemy więc widowisk, w których „na własne oczy”, „na żywo”, oglądamy „dzianie się” i uczestniczyć możemy w oczyszczeniu zbiorowym. Dwie kategorie zbiorowego katharsis godne są uwagi poprzez ich rosnącą gwałtownie popularność: koncerty w plenerze oraz pokazy lotnicze.
Być może my, Polacy mamy dziś uczucia skalane niepomiernie, skoro skłonni jesteśmy ponosić wszelakie, wciąż rosnące koszta zbiorowego oczyszczenia. Oto litość budzą lokalizacje koncertów, pomyślane są tak, by w żaden sposób nie można było dostać się na miejsce środkami komunikacji publicznej – dotyczy to rzecz jasna również powrotów. Limitowana liczba mobilnych miejsc intymnej defekacji (czyli toi-toji) podczas imprez masowego katharsis budzi zaś sensualną trwogę – trwogę powodowaną głównie jednym zmysłem (zmysłem równowagi żeby nie było wątpliwości).
Czy jednak koncerty i air-show to miejsca i widowiska odpowiednie dla duchowego oczyszczenia?
Huizinga zauważył, że „Zabawa jest dobrowolną czynnością lub zajęciem, dokonywanym w pewnych ustalonych granicach czasu i przestrzeni według dobrowolnie przyjętych, lecz bezwarunkowo obowiązujących reguł, jest celem sama w sobie, towarzyszy jej zaś uczucie napięcia, radości i świadomość „odmienności” od „zwyczajnego życia””.
Koncerty plenerowe należałoby więc zaliczyć do form zabawowych, podobnie jak wizyty w centrach zakupowych, czy popularne ostatnio miasteczka namiotowe protestujących – jest tu zawsze miejsce na napięcie, radość i odmienność od szarej codzienności.
Pokazy lotnicze to już tragedia w formie najbardziej oczywistej (tekst ten nie ma na celu komentowania aktualnych wydarzeń, więc mówię „oczywistej” a nie „dosłownej”). Choć używane czasem sformułowanie „piknik lotniczy” sugerowałoby formę beztroskiego biwakowania, podkreślającą tymczasowość, symboliczne oderwanie się od nużącej rutyny dnia powszedniego, to nie ulega wątpliwości, że elementy „napięcia”, „grozy”, czy skrywane oczekiwanie nieuchronnej katastrofy przeważają nad radosnym uniesieniem.
Air-show to tragedia idealnie wpasowana w obecne oczekiwania masowego odbiorcy. Włączono w nie wszystkie atraktory hiperuwagi współczesnego widza-konsumenta: nowoczesna technologia, akcenty militarne i kumulowane ryzyka stanowią doskonały koktajl testosteronu i adrenaliny, od którego uzależniona jest percepcja widowisk dzisiejszego odbiorcy.
I pewne jest, że na brak widzów imprezy te nigdy nie będą narzekać.
Tak na marginesie: w przyszłym roku zapowiadane są już pikniki nuklearne łączone z kaźnią „zbrodniarzy ludzkości” i pokazami ekologicznej broni biologicznej.
Niestety, podobno cyfrowe noktowizory i mikroskopy trzeba będzie zdawać przy wejściu do depozytu.
Na pocieszenie: t-shirty z logo pokazów można zamawiać już dziś.
- Johan Huizinga, „Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury”, Czytelnik, Warszawa, 1985
- Jose Ortega y Gasset, „Bunt mas”, przekł. P. Niklewicz, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2002
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Artykuły, felietony, opracowania
- Doświadczenie uczy głupców, Marketing w praktyce (07/2011)
- W co się bawią marki; Marketing w Praktyce, nr 05/2011, s. 43-45.
- Marka składa zobowiązanie; Marketing w Praktyce, nr 04/2011, s.35-37.
- Defensywna strategia polskich marek; Harvard Business Review, Nr 3 / 2011, s.76-77
- Walka rozsądku z nadmiarem; Marketing w Praktyce (10/2010)
- Obudź w sobie Archimedesa; Marketing w Praktyce (07/2010)
- Krajobraz po powodzi; Marketing w Praktyce, Newsletter, 06.2010
- Ćwiczenia z przyszłości firmy...; Think Tank (nr 4/2010) s.68-71
- Koszyki z trójkątem i kółkiem, Marketing w Praktyce (05/2010)
- Bezpośredniość zawsze w cenie; Marketing w Praktyce (03/2010)
- Miejsce jako marka - "Magnetyzm polskich miast"; Wspólnota, grudzień 2009
- Pierwszy na światłach; GB.pl, 11.09
- Wikifirma, czyli dialog z klientami w sieci; Harvard Business Review, Numer 80, pazdz. 2009
- Nie da się ująć w model, Marketing w Praktyce (10/2009)
- Olśnienie klientem, Marketing w Praktyce (7/2009)
- Zasobność marki, Marketing w Praktyce, (6/2009), s. 36-39
- Konsumenci z trzeciej fali, Marketing w Praktyce (02/2009)
- Southwest Airlines: rozwinąć skrzydła wbrew; Marketing w Praktyce (01/2009)
- Zbuduj sobie Burj Al Arab, Marketing w Praktyce (11/2008)
- Wizjonerska Marka Google; Marketing w Praktyce (10/2008)
- Marketing śmiechu i strachu; Marketing w Praktyce (9/2008)
- Zarządzanie znaczeniem marki; Marketing w Praktyce (8/2008)
- Rozkodować ‘zip culture’; Marketing w Praktyce (7/2008)
- Marka - temat tabu, czyli dlaczego warto mieć trąbę?; Brief
- Budowanie silnej marki - czynniki sukcesu; Gazeta MŚP, Nr 4(73)/2008, s.26
- Czy marki w ogóle istnieją? Superbrands, album 2008
- Próbna noc poślubna…; Brief, (101/02/2008)
- Felietony dla Media Marketing (seria)
- Smutne tablice do mijania; Media Marketing/Outdoorinfo, (24.07.2007)
- System wartości: Polska na tle Europy; Prace i materiały ISM; 34; SGH, (2006)
- Semiotyka? Zrób to sam; Brief, (77/02/2006)
- Consumer Insight i reklama; Pomorski Klub Biznesu (01/2006)
- Estetyczna strona konsumpcji, Brief; (75/12/2005)
- Reklama porównawcza - próba obrony; Zarządzanie i rozwój; (nr 51, 11-12/2004)
- STRONA ARCHIWUM
Wypowiedzi, opinie, komentarze
- Jedyny Taki - ikona na miarę Cyfry+, Dziennik Gazeta Prawna, 19.12.11
- Migracje 2011 w mediach, Press, s. 44-45, Nr 12.2011
- Polacy nie dają wiary bankowej reklamie; Puls Biznesu (19.07.11)
- Gladiator będzie promował Polskę; Puls Biznesu (13.07.11)
- Sponsorzy ogrywają UEFA; Puls Biznesu (11.07.11)
- Rosną wydatki na promocje miast; Rzeczpospolita; 11.07.11
- Miasta coraz lepiej się promują; Rzeczpospolita; 05.07.11
- Co jest grane; Press, s.80-83, Nr 07.2011
- Zintegrowany trend; Press, s. 99-101, Nr 06.2011
- Siła opowieści; Press, s. 23, Nr 06.2011
- Wizerunek bywa cenniejszy niż majątek koncernu; Dziennik Gazeta Prawna, Magazyn, 22.05.11
- Gwiazdy sprzedają; Uważam Rze, nr 9/2011, 04.04
- Rachunek za celebrytę, Media & Marketing, nr 04/2011
- T-Mobilizacja; Press, Nr 04.2011
- Netia zmienia logo. Tomasz Kot znika z reklam; Gazeta Wyborcza, 02.04.11
- Z rynku znikną słabsze marki; Rzeczpospolita, 28.03.11
- W pogoni za oryginalnością, Rzeczpospolita; 25.03.11
- Rynek zaskoczony milionową gażą dla Majewskiego...; Press, 22.03.11
- Co nas wkurza w reklamach?; TVP2, 13.03.11
- Biznes marką stoi; Wprost, Nr: 9/2011 (1464)
- Firmy chcą umów z rządem przy okazji polskiej prezydencji w UE ; Wyborcza.biz; 30.12.2010
- W opałach i w ofensywie; Brief, 01.2011
- Reklamowy i romantyczny; Marketing przy kawie (21.12.10)
- Unifikacja czy dywersyfikacja marek?; Brief, 12.2010
- Polska marka zaniedbana; Rzeczpospolita (25.11.2010)
- Siła marki; TVN CNBC (listopad 2010)
- Polskie marki zyskują na sile; Brief TV (listopad 2010)
- Promocja Floating Garden przy cmentarzu; Gazeta Szczecin (28.10.10)
- Półroczny wstrząs wizerunkowy w BP; Brief, Nr 133/11, s. 40
- Energetyczna bitwa na twarze; Puls Biznesu (18.10.10)
- Podzielili się billboardem; Puls Biznesu (07.10.10)
- Synowie marnotrawni się bogacą; Forbes 10/10
- Kto daje, ten zabiera; Press, Nr 10 (177) 2010, s.88
- Marka Palikot jak Doda, Komorowski jak Pawlak; Puls Biznesu (23.09.10), s.13
- Czy opłaca się zatrudniać celebrytów w reklamie?; Puls Biznesu (13.08.10)
- Specjaliści odradzają rezygnację z hasła "Zimny Lech"; Press; (03.08.10)
- Szybkie dyskontowanie sezonowych gwiazd; Forbes 08/10
- Płaczące czterdziestki (komentarz); FashionBusiness.pl (1/10, s.31)
- Żywność po polsku, buty po włosku; Puls Biznesu (10.05.10)
- Gra w przetargi; Press (05.2010)
- Polscy reklamodawcy kochają gwiazdy; Puls Biznesu (23.04.10)
- Nieco naiwni geniusze; Rzeczpospolita (02.04.10)
- Uciec spod spota; Ja, My, Oni Poradnik psychologiczny Polityki tom 4; 02.10
- Inspiruje mnie...; Marketing przy kawie; 24.02.10
- Polskie marki bankowe gonią świat; Rzeczpospolita (20.02.10)
- Reklama leci po Małysza; Puls Biznesu (19.02.10)
- Marka Krakowa jest silna. Nie psuć! Gazeta Krakowska (17.02.10)
- Filozofia a PR; Lego-Logos (16.01.2010)
- Ambasador mimo woli, Marketing przy kawie (14.01.10)
- Ile jest warta marka Kraków, Dziennik Polski (08.01.10)
- Kraków dystansuje polskie miasta; Dziennik Polski (28.11.09)
- Kraków wymaga zmian; Dziennik Polski (16.11.09)
- "Jesteś szalona" nie dla brandów; Interaktywnie.com (05.11.09)
- Korekta na giełdzie celebrytów; Forbes 08/09, str. 32
- Sektor telekomunikacyjny nie ogranicza wydatków reklamowych; GW, 20.08.09
- Bogatego kryzys nie tyka; Gazeta Wyborcza 25.06.09
- Budowanie silnej marki... 12.05.09; Hatalska.com
- Mydlana marka; Polityka, nr 17(2702) 25.04.09
- W zdrowiu i chorobie; Media & Marketing (8-14.04.2009)
- Jak reklamować się w czasie kryzysu; Rzeczpospolita, 06.04.09
- Podobne przyciąga podobne (Ranking celebrytów); Press (04/09)
- Promuj się podczas kryzysu; Wiadomości Turystyczne nr 5/2009
- Konferencja o markach w kryzysie; Marketing & More; 03.03.09
- Strategia reklamowa pobudza myślenie; Brief.pl, 13.02.09
- Kryzys integruje; Marketing przy kawie, 8.02.09
- Czy deweloperzy przestaną konkurować rabatami; Gazeta Prawna, 30.01.09
- Silny chłopak na podwórku; Newsweek (4.01.2009)
- Strategia reklamowa pobudza myślenie; Brief.pl, 13.02.09
- Fanfary dla Orkiestry najlepszej na świecie!; Gazeta.pl, 01.09
- Po bańce w nieruchomościach pojawiła się kolejna; Gazeta.pl, 01.09
- "Tajne służby kapitalizmu", Vadim Makarenko (2008)
- W kryzysie nie rezygnuj z reklamy; Brief.pl, 11.08
- Reklama: liczą się efekty, Bankier.pl, 17.10.08
- Gadu-Gadu jest trendy i godne zaufania; Gazeta.pl, 09.08
- BAV. Najsilniejsze marki internetowe w Polsce; Mediarun 09.08
- Biznes w Jedynce, 23.09.08
- Analogowa konferencja w digitalnym świecie, e-biznes.pl, 23.09.08
- Bez zawirowań w bębnie; Media & Marketing, Nr 35 (314) 09. 2008
- Kasa dla tych z klasą, Forbes 08/08, str. 52
- Private labels 2.0; Media & Marketing, Nr 34 (313) 08.2008
- Ekomarketing; Handlowiec, Lipiec (39) 2008
- Warsztat - ale o co chodzi?; One Way Mirror SMG/KRC, Lipiec 2008
- Najsilniejszą marką jest Polska, Dziennik, (02.02.2008)
- Strategia - twór indywidulany. Rozmowa, (str. 1), Brief, (98/11/2007)
- Strategia - twór indywidulany. Rozmowa, (str. 2), Brief, (98/11/2007)
- Podzielili się billboardami; Puls Biznesu (07.10.10)