poniedziałek, 25 lipca 2011

Handsome Devil po raz drugi w Warszawie.

“[...] And I want the one I can't have
And it's driving me mad
It's all over, all over my face...”

Powyższe słowa to cytat z pierwszego utworu, którym nas przywitał: “I Want The One I Can’t Have” (z albumu “Meat Is Murder”; The Smiths). Ostatnim utworem tego koncertu (przed bisem) był właśnie “Meat Is Murder”, więc najwyraźniej taki był zamysł, aby całość spiąć klamrą z przesłaniem nawiązującym do genialnej płyty z orwellowskiego (jak sama nazwa wskazuje) roku 1984.
Elementem gry były stroje zespołu towarzyszącego Moz’owi. Czerwone t-shirty z napisem „McCruelty - I’m Hatin It” (zob. stronę ruchu... oraz PETA - People for the Ethical Treatment of Animals) czy film prezentujący zdecydowanie „niehumanitarne” (!) praktyki uboju kurczaków przypominały, że mamy do czynienia z postacią radykalną i w radykalizmie swoim nad wyraz konsekwentną. Konsekwencja zaś to dobro dziś rzadkie, więc tym bardziej cenne – co pozostaje w zgodzie z prawami brutalnego rynku (nie tylko fast food).
W pierwszych recenzjach pojawiły się opinie, że wypowiedź odnosząca się do świeżych wydarzeń w Norwegii była zbyteczną kontrowersją, która trącała o żenującą naiwność. Nie rozumiem tego niezrozumienia (sic!). A czego innego można się spodziewać po osobniku oficjalnie śniącym o widoku głowy (byłej już) premier UK pod gilotyną („Margaret On The Guillotine”) czy nazywającym Davida Camerona „przygłupem”?
Morrissey nigdy nie był poprawny politycznie i - mam nadzieję - nigdy się takowym nie stanie. Koncepcja „poprawności politycznej” to przecież magia, słowne zaklinanie rzeczywistości. Piękne słowa jedynie na chwilę przykrywają to, co i tak pozostanie brudne, okrutne, głupie i złe. Przecież Oscar Wilde – tak fascynujący Morrisseya – w „Portrecie Doriana Graya” opisał dokładnie czym jest prawdziwa cena piękna.

Nie było więc zaskakujące porównanie seryjnego morderstwa w Norwegii z mordowaniem kurczaków przerabianych na smaczne, chrupiące skrzydełka. Oto cały Morrissey – Morrissey w pigułce. Takie uproszczone wydanie – w sam raz dla początkujących. A początkujący raczej przeważali – przynajmniej w porównaniu z koncertem w 2009 r. Miałem wrażenie, że tamta publika była mocno „smithsowa”, dobrze obeznana z niuansami twórczości Moz’a. Wśród audytorium dnia wczorajszego przeważali z kolei fani niszowego celebryty, którego twórczość zaczęli zapoznawać – strzelam – od albumu: „You Are The Quarry”?
To moja prywatna obserwacja. Pewnie krzywdząca i niesprawiedliwa, ale trudno – „Life Is A Pigsty” jak śpiewał Artysta.

Koncert był nieporównanie gorszy od tego sprzed dwóch lat ponieważ:
1. Stodoła to jedno z najgorszych miejsc do słuchania muzyki na żywo (nieoryginalna opinia własna).
2. Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki (opinia niejakiego Heraklita).

Punktu pierwszego nie warto chyba rozwijać. Może jedynie wzmiankując, że przedstawiciele fenomenu, jakim jest profesja ochroniarska zasługują na odrębne studium przypadku.

Co do punktu drugiego, to Morrissey tylko raz mógł zagrać swój pierwszy koncert w Polsce.
I zrobił to w 2009 roku (...pisałem wtedy...).
Był wtedy mniej pewny siebie (można to nawet nazwać pokorą), był w dużo słabszej kondycji fizycznej (mniej ćwiczył?) i był sto razy bardziej spontaniczny i otwarty na publiczność. Podczas wczorajszego koncertu, pomimo wielu symbolicznych gestów (ocieranie potu biało czerwonym szalikiem, czynienie znaku krzyża, poprawnie wypowiadanego „dziękuję” itp.) wciąż wyczuwało się emocjonalny dystans. Koncert był bez wątpienia dużo bardziej „profesjonalny” (taka dobra rzemieślnicza robota), ale też bez porównania mniej żywiołowy i spontaniczny. Boz Boorer (gitara) i pozostali członkowie zespołu po prostu “robili swoje”. Zniknął ich indywidualizm i różnorodność. Pozostała rutyna.

Największe zaskoczenie?
Oczywiście “Ouija Board, Ouija Board”. Tego utworu nigdy bym się na wczorajszym koncercie nie spodziewał. Przelotna, młodzieńcza fascynacja zjawiskami paranormalnymi i spirytualizmem (Morrissey był przekonany, że widział ducha) powróciła niemal dekadę później w mocno humorystycznej wersji (1989). Singlowy utwór słabiutko przyjęty na Wyspach zabrzmiał po latach w Stodole „with all the carnivores and tha destructors of it...”

Cały materiał koncertowy generalnie był nieźle moim zdaniem dobrany. Morrissey wykonał:
- “I Want The One I Can't Have"
- „First Of The Gang To Die"
- "You Have Killed Me"
- „Irish Blood, English Heart".
- "Speedway"
- “Ouija Board, Ouija Board”
- „The Kid’s A Looker”
- "One Day Goodbye Will Be Farewell"
- „Action Is My Middle Name"
- „I’m Throwing My Arms Around Paris”.
- „Scandinavia"
- „Satellite Of Love"
- „I Know It's Over”
- „Everyday Is Like Sunday"
- “Alma Matters”
- "You're The One For Me, Fatty"
- „Meat Is Murder"
- „There Is A Light That Never Goes Out" (bis)

Oczywiście długo można by dywagować czego zabrakło, a co było niepotrzebne – osobiście wyrzuciłbym wszystkie najnowsze produkcje na rzecz „smithsowej” klasyki.
„Everyday Is Like Sunday" świetnie się sprawdza w połączeniu z „Munich Air Disaster 1958” więc trochę szkoda, że takiego połączenia zabrakło.
Końcówka „Meat Is Murder” – dosłownie zabójcza.
W "You Have Killed Me" nieco zmieniony tekst na początku – nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że była to zwykła pomyłka, a później... konsekwencja.
„There Is A Light That Never Goes Out" – oczywiście wolę koncertowe zakończenie z pożegnalnym „wygaszaniem” kolejnych instrumentów.

Support?
The Heartbreaks- chłopaki z Lancashire pomimo sporej dawki wciągniętego piwa dawali z siebie wszystko. Nie było jednak tego wszystkiego zbyt wiele więc grzecznościowe owacje dostali za zapowiedź wykonania ostatniego numeru.
I słusznie.
Mnie ich performance do gustu raczej nie przypadł.
Wyjaśniłem sobie, jednak że zostali zaproszeni głównie przez elementy image „rockabilly” i „teddy boys” plus zbieżność nazwy z The Heartbreakers (por. okres „przedsmithsowy”).

Przed wejściem na scenę?
Materiały filmowe w duchu „Under The Influence” jak zwykle świetne. Między innymi fragmenty starych seriali z BBC, ale też Soundown Playboys, New York Dolls, Sparks, Diana Dors (to chyba ona?), wywiad z Lou Readem (podczas samego koncertu cover „Satellite Of Love”) czy teledysk Joe Dolana (a skąd my znamy ten ruch sceniczny?) – znakomita dawka humoru i autobiograficznych wspomnień.









Tak na marginesie: celowo starałem się nie pisać zbyt wiele na temat: „JAK WIELKI jest Morrissey” i „jak ZNACZĄCYM fenomen był zespół The Smiths”.
Każdy wyznawca kultu i tak to doskonale wie i rozumie, a agnostykom nie ma sensu tłumaczyć.
I kropka.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

czwartek, 14 lipca 2011

Z historii polskiej reklamy (cz. 1).

Ulegamy czasem złudzeniu, że wiedza na temat reklamy staje się wciąż pełniejsza. Kusząca wydaje się myśl, że doświadczenia kolejnych generacji tej profesji kumulują się pozwalając nam coraz sprawniej tworzyć, coraz skuteczniejsze komunikaty.
Na szczęście to tylko złudzenie.
Wszystko dopiero przed nami.

Obecnie adepci tej sztuki // rzemiosła (opinie na ten temat zawsze były podzielone) zadziwiająco często pozostają w przekonaniu, że polska reklama to fenomen bardzo młody, a jej historia rozpoczyna się wraz z III Rzeczpospolitą, zaraz na początku lat 90-tych XX wieku.
Na szczęście to także złudzenie.
Wszystko już było przed nami.

Nieco ponad dwadzieścia lat eksperymentowania z demokracją i wolnym rynkiem to mniej więcej tyle czasu, ile mieli nasi poprzednicy tworząc polską branżę reklamową przed II wojną światową.

Czy można dziś o reklamie nauczyć się czegokolwiek od tych, którzy działali w okresie dwudziestolecia międzywojennego?
Spójrzmy. Warto sobie czasem przypomnieć co o niej myśleli.

Wszystkie poniższe ilustracje oraz cytaty pochodzą z okresu 1918-1939, zachowana w nich została oryginalna pisownia.
Miłej lektury.
„Bo cała umiejętność reklamy polega na znalezieniu odpowiedniego kontaktu pomiędzy sprzedawcą i nabywcą. Jest to sztuka znalezienia tych czułych strun nie u poszczególnych jednostek, ale u pewnych sfer czy ugrupowań społecznych”.

„Warunki jakim powinno odpowiadać każde ogłoszenie.
1. ŚRODEK REKLAMY MUSI BYĆ ODPOWIEDNIO WYBRANY. Towar powinien być reklamowany w piśmie, którego czytelnicy towaru potrzebują.
2. REKLAMA MUSI BYĆ INDYWIDUALNA. Towar i firma winny być przedstawione w takim świetle, aby konkurencja nie mogła podszyć się pod reklamę.
3. REKLAMA MUSI BYĆ PRZEKONYWUJĄCA. Musi wzbudzić pewne emocje czy przekonanie, które wywołują akcję żądania danego towaru.
4. REKLAMA MUSI BYĆ WIARYGODNA. Musi w ten sposób przedstawić zalety towaru czy firmy, aby przyszły nabywca mógł uwierzyć, że są one niezbędne dla jego interesów.
5. REKLAMA MUSI BYĆ SZCZERA. Powinna obiecywać tylko to, co reklamujący się może dostarczyć niezawodnie i ku pełnemu zadowoleniu klienteli”.
„Wogóle, im więcej dobrego smaku i wytworności mieści się w uczciwej i trzeźwej reklamie, tem skuteczniejszą ona bywa, przyczem równocześnie spełnia zaszczytne zadanie estetycznego kształcenia szerokich mas społeczeństwa. Rozumne dążenia mające za cel zaspokojenie potrzeb upiększenia życia ludzkiego, nie mogą być lepiej osiągnięte jak przez kształcenie dobrego smaku.
(...) Racjonalnie przeprowadzona reklama, oddziaływa na jednostki, a nieraz i na całe masy ludzi suggestywnie; powtarzając jednak częściej ten sam temat, należy go wypowiadać w coraz to nowej, zawsze interesującej i często odświeżanej formie. Oryginalność pomysłu, nieraz komiczne zabarwienie i świeży trafny dowcip, bywają często rękojmą dobrego skutku, wystrzegać się tylko trzeba niesmacznych i ośmieszających treść trywialności.

Naraża się na pośmiewisko także i chybia celu ten, kto naśladuje reklamę innych. Idee i pomysły obce, a w dodatku jeszcze firm konkurencyjnych, dla nich samych owocne, dla naśladowcy i plagiatora stać się mogą w skutkach wręcz przeciwnemi. Niejeden też podrabiacz prawdy tej doświadczył boleśnie na swej własnej kieszeni”.
„Już bowiem przed stuleciem powstały pierwsze domy zleceń ogłoszeniowych, zwane agencjami lub też ekspedycjami ogłoszeń. Przedsiębiorstwa te, z których kilka w Anglji, Ameryce i Niemczech, rozwinęło się z czasem do znacznych rozmiarów, - brały i biorą dotąd żywy udział w rozwoju handlu i przemysłu tych krajów, a przez swą pośredniczącą rolę pomiędzy światem kupieckim, prasą i publicznością, stały się tam niezawodnymi orędownikami rozwinięcia życia gospodarczego”.

„Błąd kupców naszych polega na tem, że każdy z nich traktuje reklamę po dyletancku. Sam wybiera miejsca i pismo, sam przesyła je do administracji pisma, resztę robi zecer, który również nie wiele ma pojęcia o reklamie i jej zasadach, i któremu zresztą wcale nie zależy na tem jak wyjdzie dane ogłoszenie.
W rezultacie gotówka kupca przeistacza się w zadrukowane płachty, gdzie wszystkie firmy, nazwy towarów, adresy, inne informacje zlewają się w jedną szarą masę, która nikogo nie przyciąga i którą mało kto czyta. (...)
Reklama nasza cierpi i nie daje tych korzyści, jakie powinna przynosić, ponieważ ci, co się nią zajmują, nie są dostatecznie wyspecjalizowani w niej, a brak czasu nie pozwala im na studjowanie.
Reklama nasza jest bardzo „swojej roboty”, t.j. przyrządzona sposobem gospodarskim bez zachowania jakichkolwiek zasad, tylko tak sobie „na oko”. (...)
Reklama jest niczem innem, jak umiejętnością sprzedawania towarów przy pomocy słowa drukowanego, a raczej polega ona na takiem przedstawieniu w druku zalet towaru, że wywołuje to chęć posiadania go. (...) chodzi o przedstawienie w druku propozycji naszej w ten sposób, aby nakłonić czytającą publiczność do pewnego czynu.

Stosownie do tego określenia reklamy, jak umiejętność sprzedawania przy pomocy drukowanego słowa, powstaje 5 zasadniczych zagadnień, na które reklamujący musi znaleźć odpowiedź.
1) Komu towar może być sprzedany.
2) Przy pomocy jakich argumentów należy go sprzedawać.
3) W jakiej formie przedstawić te argumenty.
4) Przy pomocy jakich środków należy reklamę podać do wiadomości.
5) Jakie wydatki należy ponieść na reklamę.
(...) reklama musi spełniać następujące cele:
1) Przyciągać uwagę (ogłoszenie musi być widoczne).
2) Wzbudzić zainteresowanie, to zn. ogłoszenie musi być przeczytane.
3) Przekonać, t. j. wywołać pewien czyn.
4) Wbić w pamięć, aby przy kupnie nazwa towaru czy firmy, łączyła się z ideą użytku, jaki ono może dać.
(...) przeciętny wydatek na reklamę wynosi około 2,5% od obrotu i tylko w wyjątkowych wypadkach znacznie od nich odbiega. Nie należy jednak dopuszczać, aby przekraczała sumę 10%, to może mieć miejsce tylko wtedy, jeżeli chodzi o forsowne wprowadzenie na rynek zupełnie nieznanego dotąd artykułu”.

„Zasada jest ta: towar niesezonowy wymaga reklamy stałej w mniejszym rozmiarze, a towar sezonowy – sporadycznej opartej na ogłoszeniach o dużych wymiarach.
Stałość reklamy, to znaczy nieustanne powtarzanie jej jest niezbędnym warunkiem powodzenia.”
„W celu nawiązania kontaktu z publicznością należy używać tematów nowych. Jeżeli który z nich był już wyzyskany przedtem, nie jest on nadal dobrym przewodnikiem. Jest starym oklepanym frazesem, niczem więcej. Nie znaczy to wcale, aby swym towarom przypisywać cechy nieistniejące, lub przedstawiać w złym świetle towar konkurencji. Należy jedynie podkreślać te cechy, jakie towar istotnie posiada, a które jeszcze przez nikogo nie były wzmiankowane w reklamie tego samego towaru.”
„Rysunek w reklamie odgrywa bardzo wielką rolę i należy mu poświęcić jaknajwięcej uwagi. U nas naogół nie docenia się ilustracji w reklamie. A wszak jeszcze Napoleon powiedział: „Wolę mały szkic, niż długi raport”. A znany dziennikarz amerykański A. Brisbane mówiąc o ilustracji w reklamie, rzekł: „Rysunek w reklamie jest wart miljony, o ile jest odpowiedni”.
„Stabilizacja waluty polskiej stworzyła jaknajlepsze warunki rozwoju życia gospodarczego, które zwiększając produkcję, szuka coraz to nowych rynków zbytu. Reklama jest dźwignią przemysłu, handlu i rękodzieła. Droga do zwiększania produkcji prowadzi przez umiejętną i celową reklamę i propagandę towaru”.

C.D.N.

Tak na marginesie: korzystałem z:
- Spis gazet i czasopism Rzeczypospolitej Polskiej 1921,
- Spis gazet i czasopism Rzeczypospolitej Polskiej z dodatkiem prasy zagranicą, rocznik drugi 1922/3.
- Księga adresowa przemysłu, handlu i rzemiosła zachodniej Polski (Wielkopolski, Pomorza, Śląska i w. m. Gdańska), 1925 (?),
- Spis gazet i czasopism Rzeczypospolitej Polskiej oraz poradnik reklamowy 1927,
- Księga adresowa Polski (wraz z w. m. Gdańskiem) dla handlu, przemysłu, rzemiosł i rolnictwa; Annuaire de la Pologne (y Compris la V. L. de Dantzig)1928.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Patriotyzm reaktywny a kwestia niecnej batonika grabieży.

Zagadka na rozgrzewkę. Wyobraźmy sobie następującą sytuację: pewnego dnia dowiadujemy się, że jakiś wyrób czekoladowy marki kojarzonej jako tradycyjnie polska (powiedzmy Mieszko, Wawel albo Wedel) będzie od dziś sprzedawany w opakowaniach imitujących amerykańską flagę ze sloganem „The taste of coolness”.
Jak zareagują nasi konsumenci?
Czy będą się złościć, tupać nogą, protestować na portalach społecznościowych?
Czy będą bronić narodowego dziedzictwa marki?
Odpowiedź: Nie wiadomo.
Trzeba by sprawdzić.

Wiadomo jednak, że jeden ze Złotych Lwów (‘Titanium and Integrated’) trafił podczas tegorocznego Cannes Lions do Bukaresztu.
Nagrodę zawiozła tam agencja BV McCann za kampanię reklamową dla Kandia Dulce.
Kandia Dulce (Kandia-Excellent) – fabryka czekolady z Timisoary powstała w XIX wieku. Później, jak wszystko w nowoczesnej Europie, przechodziła z rąk do rąk.
Właścicielami marki był m. in. fundusz inwestycyjny Rivta GmbH, następnie rodzinna firma Julius Meinl, która za 100 mln euro sprzedał Kandię koncernowi Cadbury, by ten został za niedługo przejęty przez Krafta, od którego z kolei kawowi baronowie odkupują w 2010 roku dawną własność za... niecałe 20 mln euro (por. historię rodzimej marki Wedel i rolę w tej historii pewnej Komisji z siedzibą w Brukseli).


Jednym z produktów Kandia był wprowadzony w 1964 roku (a więc na rok przed objęciem władzy przez Ceauşescu) batonik o wdzięcznej nazwie Rom.
Jak na nazwę i jej znaczenie przystało batonik zdobny był trzema kolorami rumuńskiej flagi, mówił do ludzi po ludzku – czyli po rumuńsku (złośliwi nazywają ten piękny język zwulgaryzowaną łaciną) oraz takoż się reklamował:


Wywołujący dreszcz, intensywny smak oryginalnej komunistycznej receptury z biegiem czasu coraz słabiej działał na zmysły młodzieży. Nastolatki wychowane w nowej rzeczywistości nie widziały powodu by po Roma sięgać.
Ich aspiracje i marzenia, kierowały się na Zachód, którego tradycyjnym symbolem pozostawały USA.

A do Rumunii docierały skutki światowego kryzysu finansowego.
Wątpliwości co do przyszłej sytuacji finansowej, zapowiadane cięcia płac i inne odbite fale tajemniczych kredytów sub-prime dopływały kolejno na tereny dawnej rzymskiej prowincji.
I co tu zrobić?

“Wszędzie na tej ziemi zapanował nieopisany chaos – sytuacja jest doskonała” jak powiedział Mao Zedong.
Czy nie jest to najlepsza chwila na rewitalizację marki?
Szansa może się nie powtórzyć.
Do dzieła...

Zamiarem autorów nagrodzonej kampanii było przemówienie bezpośrednio do narodowego ego Rumunów. W tym celu, praktycznie z dnia na dzień, zupełnie zmieniono wygląd i charakter batonika. Zniknęły rumuńskie barwy opakowania, a zastąpiła je amerykańska flaga. Gwiaździsty sztandar okrył również wszystkie materiały POS.
W reklamie telewizyjnej „archetypiczny” amerykański dupek również odwoływał się do symboliki gwiazd informując o zmianie i zachęcając do spróbowania „smaku fajności”.

Zamierzony efekt prowokacji został osiągnięty.
Ludzie byli wściekli, że ktoś tak bezczelnie atakuje narodową świętość. Spontanicznie gniewali się, protestowali i wyrażali swoje oburzenie.
Wyszli w końcu na ulice (za sprawą zorganizowanego flash-mobu) i omalże nie wywołali rewolucji.
Wszystko się jednak dobrze skończyło, wszyscy żyli długo i szczęśliwie (zagryzając Roma owiniętego na powrót w narodowy sztandar).

Wszystkie wydarzenia (np. protesty na fejsbuku i dyskusje na temat narodowych wartości) były rzecz jasna absolutnie spontaniczne, autentyczne i niearanżowane – o czym osobiście zapewniał dyrektor kreatywny agencji reklamowej.

Sukces spektakularny – zamieszanie w mediach i darmowy PR wart 300 000 euro reklamowego ekwiwalentu, dziesiątki tysięcy fanów na FB, „eksplozja wszystkich wskaźników marki” (cokolwiek miałoby to znaczyć) m. in. wskazania „batonik dla mnie” – wzrost o 124%, najszybszy wzrost w kategorii 20% (w porównaniu do średniej 8,2%) i co najważniejsze (dla autorów kampanii) Rom pokonał Snickersa i stał się najbardziej popularnym batonikiem czekoladowym w Rumunii – a ilość deklaracji, że jest takowym wzrosła wręcz o 79% (!).

Autorzy kampanii zauważyli przy okazji interesującą prawidłowość socjologiczną. Oto młodzi ludzie niezbyt na co dzień dumni ze swojego kraju i tożsamości, w sytuacji ataku na „narodowe” wartości i symbole nagle stają się gorliwymi patriotami.
Określenie „patriotyzm reaktywny” doraźnie chyba ukute (?) na potrzeby tego fenomenu świetnie oddaje charakter tajemniczego resentymentu.

Żarty żartami, ale kampania warta była nie tylko tynfa (ok. 30 gr przed potopem szwedzkim), ale i złotego lwa. Głównie dlatego, że doskonale oddaje „zeitgeist” unoszący się nad mocno dziś w siebie samą wątpiącą Europą.
Rom jest symbolem paradoksów unijnej codzienności – szczególnie tej nowo-europejskiej.
Jego historia jest więc Naszą historią.

Nieważne czy Rom należał do Cadbury, Krafta czy potomków Juliusa Meinla. Kolejne przejęcia, czy zmiany właścicielskie mało kogo obchodzą. Dopóki Rom pozostaje rumuński – tzn. zdobny jest w narodową szatę – nikt nie wychodzi na ulice. Ale niech tylko ktoś tylko spróbuje dotknąć świętych barw!

Inna rzecz, że Rumuni są pozytywnie zakręceni na punkcie własnej tożsamości, tradycji i korzeni. Fortuny wydawane na rzeźbione, drewniane bramy w Maramuresz, niezliczone wioski zgodnie produkujące pamiątkarski asortyment, ilość kanałów tv puszczających wyłącznie lokalną muzykę ludową i weekendowe parady w strojach ludowych to tylko wybrane przejawy zdrowego, w gruncie rzeczy, świra Rumunów (by the way – wszystkie stereotypy na temat Rumunii są krzywdzące, bo nieprawdziwe).
Pod tym względem pozostajemy za nimi daleko w tyle, bo raczej skromnie na tym tle wypada panocku nasza muzyka góralska i łoscypek.
Ale nadrabiamy zaległości.

Sponsorowane przez banki, koncerny energetyczne i gigantów browarnictwa festyny, jarmarki (a nawet odpusty) dają nadzieję, nie tylko na darmową porcję bigosu ale i prawdziwy renesans ludowej kultury.
Coraz częściej odkrywamy, że tożsamość to nie jakaś tam nacjonalistyczna idea ogólna, ale to, co najbliższe, namacalne i swojskie.
A że siermiężne na pozór i przaśne? A że kiczowate niby albo wtórne?
A co komu do tego?

I nie jest to bynajmniej przejaw nietolerancji, ksenofobii czy innej dewiacji.
Bo my jako naród kochać szczerze potrafimy.
Kochamy więc chodzić w samych majtkach po ulicy w dni duszne i upalne.
Kochamy smrodek przemiły sąsiedzkiego grilla – bo sobie tu zaraz swojego usmażymy. Jeszcze lepszego (aż mu gały na wierzch wyjdą).
Kochamy mięskiem czule rzucić – nie tylko na grilla.
Kochamy śmiać się z siebie samych – o autoironii naszej niespotykanej świadczy niesłabnąca popularność i mnogość kabaretów intelektualnego niepokoju.
I góry nasze kochamy i morze sine i chłodne.
Morze surowe, mroczne i porywcze, ale jakże dostojne i piękne.
Jak nasza dusza - nie przymierzając...

Gdybyśmy tak jeszcze mieli choć jeden taki batonik - jak w Rumunii.
Taki nasz. Swojski. Taki prawdziwie polski. Do szpiku kości.
Gdyby jeszcze był biało czerwony, z piórami białymi i Polon się nazywał...
I gdyby jeszcze siłą zabrać nam go Obcy chcieli.
Jakże my byśmy go bronili żarliwie i dzielnie.
Aż do krwi ostatniej w piach bałtyckich plaż wsiąkającej.
I pogrześć byśmy go nie dali!

Tak na marginesie: „patriotyzm reaktywny” to przypadłość dotykająca mniej więcej co drugiego Polaka, mniej więcej sześć razy w roku.
Reakcje alergiczne wywołują najczęściej bodźce natury okołopolitycznej, tudzież sportowej i religijnej.
Przebieg schorzenia jest zazwyczaj krótki i gwałtowny, ale na ciele (i duszy ofiary) pozostają z daleka widoczne, wiecznie się jątrzące i cuchnące blizny.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

wtorek, 5 lipca 2011

Chcesz rozwiązać każdy problem? Spójrz na koniec. (albo: Czego kura nie wiedziała)

„Pierwszą regułą dokonywania odkryć jest mieć zdolność i szczęście. Drugą regułą jest być wytrwałym dotąd, aż wpadniesz na dobry pomysł.
Warto chyba przypomnieć, choć może to trochę brutalne, że dążenie do znalezienia niezawodnych reguł dokonywania odkryć jest beznadziejne. (...) Znalezienie niezawodnych reguł, dających się stosować do wszelkiego rodzaju problemów jest odwiecznym marzeniem filozofów; jednak to marzenie na zawsze pozostanie tylko marzeniem”. (s. 170).

Brief jest na pozór jasny, a zadanie wydaje się proste: należy przenieść z rzeki dokładnie sześć litrów wody. Do dyspozycji mamy dwa naczynia – jedno czterolitrowe i drugie, dziewięciolitrowe.
Ważny szczegół – na naczyniach nie ma żadnej miarki, ani podziałki.
Czas, start...
W jaki sposób rozwiązujemy tego rodzaju zadanie?
Od czego w ogóle zaczynamy?
I dlaczego niepotrzebnie tracimy czas i energię by po kolejnej próbie napełniania, wylewania i próbowania różnych opcji po raz kolejny zaczynać od nowa licząc na to, że być może uda nam się w końcu znaleźć rozwiązanie?

Ponieważ tak nas na ogół uczono.
Tak, czyli nijak. A to dlatego, że w polskim systemie edukacji wciąż brakuje miejsca na rzecz tak banalną jak uczenie samodzielnego rozwiązywania problemów. Umiejętność sprawnego myślenia (bez której trudno sobie wyobrazić np. tak dziś podobno cenne tworzenie innowacji) wciąż nie wydaje się priorytetem. Świadczyć o tym mogą choćby ostatnie popisy maturzystów („Egzaminu z podstawowej matematyki nie zaliczyło 21 proc. licealistów, a co czwarty uczeń w ogóle nie zdał matury” – Wiadomości24.pl).

Wkuwaliśmy więc i wkuwamy na pamięć zestawy oczekiwanych odpowiedzi, uczymy się „typowych zadań”, bo w końcu: o co tyle zachodu? Przecież jak doradza jeden z tych szczęśliwców, którzy zaliczyli w tym roku egzamin: „LUDZIE!!! - wystarczyło bezmyślnie przepisywać wzory z karty wzorów, wszystko było tam podane jak na tacy...”
I tyle tytułem wstępu.

Zacytowane na początku zadanie pochodzi z opublikowanej w 1945 roku książki pt. „Jak to rozwiązać”. Jej autorem był pochodzący z Węgier amerykański matematyk George Pólya (zob. również tu...). Książka dedykowana była głównie studentom i nauczycielom matematyki, jednak opisywane w niej podejście (zwłaszcza jej III część – Krótki słownik heurystyczny) stanowi wciąż aktualną inspirację dla wszystkich zainteresowanych metodyką twórczego rozwiązywania problemów.
Warto wspomnieć, że we wstępie do „Algorytmu wynalazku” twórca oryginalnej metody TRIZ Henryk Altszuller (zob.: „Algorytm sukcesu jest jak zając...”) wymienia nazwisko Pólyi oraz cytuje jego słowa w kontekście historii heurystyki.
Samo podejście Altszullera w wielu miejscach zbieżne jest z zaleceniami Pólya lub wygląda na ich bezpośrednie rozwinięcie.

Reguły rozwiązywania problemów opisane w „Jak to rozwiązać” wyglądają następująco:

1. Staraj się zrozumieć zadanie.
2. Znajdź związek między danymi i niewiadomymi.
3. Stwórz plan rozwiązywania zadania.
4. Wykonaj swój plan.
5. Przestudiuj otrzymane rozwiązanie („Rzuć okiem wstecz”).

Każda z tych reguł została rozwinięta i zilustrowana przykładami zadań matematycznych. Wśród „strategii” rozwiązywania problemów i uczenia się Polya wymienia m. in.:

- odniesienie do pokrewnych zadań / problemów,
- tworzenie rysunków/figur pomocniczych,
- korzystanie z mądrości przysłów,
- indukcję (specjalizację, uogólnienie, analogię),
- symetrię,
- rozkładanie i składanie obiektu.

Jednak to nie poszczególne taktyki i „tricki” stanowią o osiągnięciu sukcesu (znalezieniu rozwiązania problemu), ale ogólne podejście do ich stosowania. Rzecz jest na pozór prosta i chyba właśnie dlatego tak trudna psychologicznie ponieważ najcenniejsze zalecenie – rozpoczynanie zadania „od końca” (czyli tak, jakby zostało już rozwiązane) nie jest raczej upowszechnianym standardem myślenia.

Cytując Pappusa (Pappus z Aleksandrii) Polya zaleca:
„Zacznijmy od tego, co jest pożądane i przypuśćmy, że to, czego szukamy, jest już znalezione. (...) Zbadajmy z jakich poprzednich elementów można by wyprowadzić żądany wynik. (...) Zbadajmy co dla tych poprzednich elementów mogło być poprzednim elementem”. (s. 157-158).

Cały proces sprowadza się zatem do tego, by „pracując od końca do początku dojść do czegoś już znanego” a nie jest to łatwe ponieważ
Istnieje pewnego rodzaju psychologiczny wstręt do tej odwrotnej kolejności (...) Trudno jest odwrócić się i oddalać od celu, posuwać się nie patrząc nań ustawicznie, nie iść prostą drogą do upragnionego celu.” (s. 159/161)
.


Przytoczony w książce przykład kury biegającej w podnieceniu wzdłuż płotu, tracącej czas i energię by dostać się do pożywienia po jego drugiej stronie jest nad wyraz wymowny. Jakimś cudem może się rzecz jasna zdarzyć, że kura pobiegnie w końcu tam gdzie trzeba (czyli w drugą stronę, tak aby obiec przeszkodę dookoła). I nawet jeśli jest ślepa trafić może jakieś ziarno.
Tylko czy o to chodzi?

„Dobrze jest przewidzieć każdą cechę charakterystyczną wyniku, do którego zmierzamy. Jeśli wiemy, czego możemy się spodziewać, to wiemy, w jakim kierunku powinniśmy się posuwać”. (s. 81).

Spójrz zatem na koniec (RESPICE FINEM) i pamiętaj o zamierzonym celu, do którego dążysz.
Dobrze zdefiniowany cel sam wskaże rozwiązanie.

Tak na marginesie: na koniec rozwiązanie zagadki – albo prawie rozwiązanie:
na przykład całkowite napełnienie większego naczynia (9 litrów) a następnie odlanie z niego dokładnie trzech litrów.
No tak, by to odmierzyć potrzebujemy tylko mieć jeden litr w mniejszym naczyniu.
Napełniamy zatem większe naczynie i przelewamy do pierwszego by je zapełnić (4 litry). Teraz wylewamy wszystko z mniejszego naczynia z powrotem do rzeki...

I co dalej?

Wszystkie cytaty pochodzą z: Polya G.; „Jak to rozwiązać”; wyd. III, tłum. Leszek Kubik; Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2009.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: