niedziela, 28 lutego 2010

Człowiek w teatrze życia facebookowego. (nie gniewaj się Arek ten Goffman jest naprawdę Twój, a reszta moja...).

Akt pierwszy.
Wyobraź sobie sytuację następującą: w pewnym miejscu, o określonej porze zaczynają się pojawiać wszystkie osoby, które kiedykolwiek znałeś, lub, które ciebie znały choćby ze słyszenia. Schodzą się powoli samotnie lub grupkami. Przychodzą twoi koledzy z pracy, koleżanki, przyjaciele, znajomi z młodości a nawet dzieciństwa, były i obecny szef, a także twój ostatni agent ubezpieczeniowy. Pojawia się twój brat, daleki krewny z Ameryki, sąsiad i nauczyciel ze szkoły średniej.
Uśmiechasz się do wszystkich przez grzeczność – nawet jeśli niektórych nie cierpisz, zapraszasz by usiedli przy wspólnym stole, witasz się z nimi i próbujesz zabawić rozmową.

Niestety nikt cię nie widzi i nie słyszy, bo nie może. A nie może ponieważ tylko raz odbędzie się takie spotkanie, w dodatku w warunkach dosyć specyficznych – okazją do niego będzie, (jak się już domyślasz) twój własny pogrzeb.
W żadnych innych bowiem warunkach pewnie byś nie sobie nie życzyłbyś lub nie mógł spotkać jednocześnie wszystkich tych osób.

Na Facebooku spotkanie wszystkich w jednym miejscu jest niestety możliwe.

Oto został właśnie wygłoszony pierwszy paradoks tej groteskowej trzyaktówki. Paradoks – w swoim najbardziej podstawowym i pierwotnym znaczeniu.

Goffman zanegował jednorodny twór ukryty pod nazwą osobowej tożsamości. Tożsamości (jest ich wiele) powstają wg niego w interakcjach, ważny jest kontekst i sytuacja. Zakładamy więc różne maski, gramy różne role w zależności od sceny, na której w danej chwili odbywa się nasz performance.

Dalajlama pewnie by zaprzeczył. On bez względu na okazję, sytuacje czy miejsce zawsze pozostaje sobą – uśmiechniętym, życzliwym Buddą w sandałach. Niezależnie czy spotyka się z politykami (nawet takimi jak Putin), bezdomnymi, dziećmi, niezależnie czy odprawia rytuał w świątyni, czy w trakcie podróży medytuje samotnie w klasie biznes albo w Sheratonie – jego rola pozostaje niezmieniona, a tożsamość identyczna.

Akt pierwszy (reżyseria Takeshi Kitano) kończy niespodziewanie wraz z rytmicznym zaśpiewem chóru zza kulis – melodyjne skandowanie w takt stepujących koturnów:

„Nie – ka – żdy – jest – do – dia – bła – da – laj – la – mą!”

Kurtyna opada.

Akt drugi.
Facebook to instytucja totalna na tej samej zasadzie, co łagry, więzienia, klasztory, szkoły czy korporacje. FB jest zamkniętym, autonomicznym światem społecznych relacji, światem rządzonym własnymi regułami, kodeksem postępowania i zasadami przynależności. Wydaje się, że skoro wejście i „zamieszkanie” w świecie FB jest proste i dobrowolne, to takie również powinno być z niego wychodzenie.
Nic z tych rzeczy.

Strefa FB otoczona jest niewidzialnymi murami, a wirtualne łańcuchy, jakim i więzień-adept zostaje przykuty do ściany ciasnej celi, będą ograniczały nie tylko możliwość jego ruchów w samej zonie, ale też skutecznie będą go zatrzymywać przy każdej próbie ucieczki „na zewnątrz”.

Ciągłe leżenie na wąskiej pryczy można sobie urozmaicać np. przewracaniem się z boku na bok. Monotonne dreptanie po spacerniaku urozmaicają z kolei pogawędki prowadzone ze wespół maszerującymi więźniami.

W wolnym czasie można też sobie postawić horoskop, powróżyć z fusów w kawie, albo ilości plamek na widelcu. Można przywiązać papierek do sznurowadła i drażnić sąsiada z dołu. Dopóki się naprawdę nie wkurzy. Nie ważne jest zresztą co robisz, ale jak to robisz. Jeśli inni widzą, że masz zajęcie (rozwiązujesz krzyżówkę, quiz, czy budujesz kostkę z zapałek), to nie będą cię zaczepiać – liczą na to samo z twojej strony.

Ogólnie to jest najważniejsze – w jaki sposób reagujesz na obecność innych. Strategią sprawdzoną jest uprzejma nieuwaga (ternin Goffmana). Otwarte i uporczywe gapienie się na innych nie jest mile widziane. Uprzejma nieuwaga wymaga pewnej subtelności i delikatności. To wyrafinowany rodzaj gry. Na plaży można się posłużyć wachlarzem lub założyć ciemne okulary i bezkarnie zerkać na innych nie będąc podejrzewanym o agresywne gapienie się. Tu uprzejmie nie zauważasz czyjegoś komentarza, zdjęcia. Inni dyskretnie podpatrują twoje zdjęcia, linki i posty ale udają, że ich nie widzą. Nie należy natrętnie ogniskować uwagi na zachowaniach innych – broń boże upośledzonych czy innego koloru skóry. To już jest chamstwo.

Masz prawo do uprzejmej nieuwagi - jeśli jesteś dobrze wychowany i nie w odpowiedni sposób zauważasz innych, możesz liczyć na wzajemność – zostaniesz obdarowany tym samym.

Dni stają się coraz bardziej monotonne. Ich rytm wyznaczają regularnie powtarzane rytuały: kawa, horskop, iskanie, spacerniak, pogawędka, kawa, warsztaty, prycza, iskanie, kawa, zapałki, prycza, kawa, horoskop, iskanie, pogawędka, papierek na sznurowadle, kawa, horoskop, zapałki, prycza... Popadasz w odrętwienie.

Papierek z pryczy sąsiada ląduje na twoim nosie. Przebudzony, rozdrażniony, przez chwilę rozglądasz się wokół z przerażeniem: „Gdzie ja jestem, jak się tu znalazłem, jak stąd uciec?” To nie trwa długo bo przynoszą kawę, a zatem kawa, horoskop, iskanie, spacerniak, pogawędka...

Odrętwiały przewracasz się na pryczy i czujesz jak z niej spadasz. Lecisz w dół przeraźliwie długo, ale nie otwierasz oczu – pod powiekami przesuwają się kawa, spacerniak, papierek, iskanie... Teraz dopiero zdajesz sobie sprawę, że na ścianach sali pogrzebowej w akcie pierwszym wisiała jakaś strzelba! Ale jest już za późno.
Budzisz się.
To spadanie tylko ci się śniło.
Przynoszą kawę.

Akt drugi (reżyseria Piotr Szulkin) kończy odgłosami pobrzękujących łańcuchów. Z trzeszczących głośników-szczekaczek zaczyna dobiegać muzyka: Dead Man's Bones - My Body's a Zombie For You

Akt trzeci
Twoja cela, podobnie jak cele sąsiednie, wciąż się zapełnia. Miejsca jest coraz mniej więc piętrowe prycze ustawiane są już na korytarzach. Mówi się nawet, ze niedługo zabraknie przestrzeni i trzeba będzie zająć spacerniak. Więźniowie sami wybierają sobie miejsca. Drzwi do cel i tak nie były nigdy zamykane. Stąd jeszcze nikt nie uciekł.

Czas płynie i sam siebie zaczynasz przekonywać, ze w końcu nie jest aż tak źle. Choć panuje ścisk, to warunki wciąż są znośne, a rzeczywistość raczej przewidywalna. W wolnych chwilach zwiedzasz dostępne zakamarki więzienia-teatru. Z zaciekawienie oglądasz wszystkie fasady i składane dekoracje. Zaglądasz nawet do pustej Budki Suflera.
W trakcie jednej z takich wypraw odnajdujesz w ciemnej rupieciarni zakurzone i zardzewiałe urządzenie. To zepsuty i dawno już nie używany deus ex machina. Nic zatem nadzwyczajnego nie ma prawa już się tu wydarzyć.
Tracisz zupełnie nadzieję, ale wraz z tym przychodzi zupełne pogodzenie.

Każdy pilnie odgrywa narzuconą przez zdefiniowaną sytuację rolę i za wszelką cenę stara się z niej nie wypaść. Są więc główni bohaterowie – herosi o boskiej krwi, którzy trafiają tu z własną małą publicznością i wynajętymi klakierami. Są informatorzy-szpiedzy, którzy posiadają kontakt ze światem zewnętrznym – można ich rozpoznać po ich ostentacyjnym zachowaniu i ciągłym milczeniu. Odrębną kategorię stanowią podglądacze-dewianci, których nikt już nie tolerował na zewnątrz. Dla niech jednak zesłanie w to miejsce okazało się darem od losu. Jeszcze inną grupę stanowią smętni kapłani wszelkich wyznań. Przez nikogo nie słuchani głoszą Słowo i rozstawiają przenośne konfesjonały z nadzieją oczekując na chcących powierzyć im swe sekrety i grzechy neofitów. Jest też obsługa – rzeźnicy, kucharze, piekarze, sprzątacze i skrybowie. Oni również znaleźli się tu z własnej woli licząc na chcących kultywować ich fach terminatorów. Nikt się jednak do nich nie zgłasza, więc przepełnieni goryczą coraz gorzej wykonują swoje obowiązki. Z czasem stają się wredni i złośliwi.

Ekspresja musi być w pełni kontrolowana. Należy trzymać się wybranej lub przypisanej roli i pod żadnym pretekstem nie próbować jej zmieniać. Odczytywane jest to jako nieuczciwa mistyfikacja lub bezczelne kłamstwo wobec innych. Karą jest zupełne ignorowanie osobnika na spacerniaku, to dużo bardziej bolesne niż uprzejma nieuwaga.

Każdy wkłada więc wiele wysiłku by wciąż robić na innych dobre wrażenie. Nie oczekuje przy tym nagrody, ale stara się uniknąć kary.
Ważną kwestią jest stosunek do nieobecnych. Jeśli kogoś nie ma w pobliżu, lub na przykład śpi, to przyjęte jest że nie należy rozmawiać na jego temat. Dany osobnik po prostu nie istnieje. Kiedy się przebudzi lub niespodziewanie wkroczy do pomieszczenia, w którym grupa gra w karty lub opowiada sprośności, przyjęte jest by przez chwilę trochę z niego poszydzić, lub zaimprowizować jakaś satyrę na temat przybysza. W takiej sytuacji należy albo odpowiedzieć dowcipem, albo uprzejmością. Nigdy agresją. Oznaki rozdrażnienia odczytywane są jako słabość. A dla słabych miejsca tu nie ma.

Tajemnice wskazówek scenicznych można znaleźć w opowieściach o najstarszych więźniach. Wszystkie zapisy ich heroicznych wyczynów zdobią ściany korytarzy. Wiszą tu również wyblakłe zdjęcia, i wycinki ze starych gazet, ale te raczej nie przyciągają niczyjej uwagi.
Prawem wyższym panujący w całej zonie jest stosunek do samej okazji towarzyskiej. To jest cel pobytu i próba. Sposób w jaki rozmawiasz z innymi i reagujesz na zaczepki siedząc na pryczy świadczy przecież o twoim stosunku do całego społeczeństwa.

Powiązania dewiacji sytuacyjnych z innymi rodzajami dewiacji można z pewnością dostrzec u chorych psychicznie, nim trafią do szpitala; osoba, która całymi dniami wyleguje się na kanapie, często okazuje się także kimś, kto obraża otoczenie, na przykład nie stawiając się na umówione spotkania lub nie dbając o to, by mieć napompowane opony w samochodzie”[1].

Akt trzeci zaczyna się niemiłosiernie dłużyć. Zamiast spodziewanej kulminacji, rozwiązania i oczyszczenia przychodzi przeraźliwa nuda.
Część publiczności dawno już usnęła, część – głownie ci siedzący w tylnych rzędach – dyskretnie się ulatnia. Pozostali obdarzając się grzeczną nieuwagą zaczynają sobie zdawać sprawę, że to właśnie oni stanowią najważniejszą część przedstawienia. Jednak ze swoich miejsc nie mogą dojrzeć zapisków na ścianach – dekoracjach. Czują się coraz niezręcznej, bo nie wiedzą jak się mają zachować – nikt ich nie wtajemniczył w meta-scenariusz.
Wiercą się niespokojnie, ale próbują zachować twarz i nie wypaść z roli, której nie znają.

Słychać rozpaczliwy szept:
„Ktoś ukradł kurtynę!”

Tak na marginesie: inspiracją było wystąpienie Arkadiusza Wódkowskiego (w ramach warsztatów Questus na temat wartości), w którym pojawił się wątek Facebooka, a w tym kontekście nazwisko Goffmana. To ciekawa płaszczyzna do analizy społecznych aspektów autoprezentacji (potocznie zwanej lansem) w ‘social media’. Chętnie bym przeczytał takową zrobioną „profesjonalnie i na poważnie”.

Preferowana przez Goffmana metoda obserwacji uczestniczącej jest najlepszym (i najtańszym – nie trzeba kupować żadnych raportów) sposobem zapoznania fenomenu kanałów społecznościowych, zatem tak właśnie potraktuję (i tym samym usprawiedliwię przed samym sobą) własną obecność na FB.

Choć założony z zawodowej ciekawości (uniwersalna wymówka) profil od dawna już mnie mierzi, to podobnie jak z likwidacją prenumeraty prasy, „żal zrezygnować”.
Racjonalnie rzecz biorąc FB to przecież ślepy zaułek i cholerna strata czasu!

Tytuł to rzecz jasna parafraza parafrazy tekstu z piosenki Mr. Zooba (zob. „Ciekawostki”), bo tramwaj przejechał mi przez śniadanie.

[1] Erving Goffman, Zachowanie w miejscach publicznych (1963), przeł. Olga Siara, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2008, s. 243.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

wtorek, 23 lutego 2010

Informacyjna dieta. (Ty też potrafisz zrezygnować z prenumeraty!)

Wyrzuciłem prasę do kosza. Nie od razu i z pewnymi oporami, ale w końcu się udało. A było to tak: jako typowy przedstawiciel generacji papieru kolekcjonowałem wszystko co zostało wydrukowane. Jeszcze do niedawna robiąc prasówkę wycinałem nożyczkami ciekawe artykuły, które wkładałem do teczek tematycznych z nadzieją na przeczytanie ich „kiedyś tam”.
Część nawet czytałem.

Z racji możliwości wyboru tytułów w pracy zamawiałem prenumeratę czterech dzienników – w tym jednego gospodarczego, trzech tygodników opinii, czterech zagranicznych magazynów o reklamie i marketingu, oraz czterech lokalnych, plus miesięczniki o tematyce marketing i zarządzanie. Do tego dochodziły nie zamawiane periodyki, okazjonalnie wydawane pierwsze numery magazynów, które miały zrewolucjonizować rynek oraz cała masa innych mniej lub bardziej cyklicznych czytadeł wszelkiej maści.

Już kilka lat temu zauważyłem, że zaczynam tonąć w stertach bezużytecznego papieru. Jak każdy czytelnik-chomik archiwizowałem je starannie układając w teczkach, segregatorach, stawiając pionowo jeden obok drugiego na kolejnych półkach kolejnych szaf, szafek i szafeczek.

Pod koniec roku z bólem serca i autentycznym żalem odkładałem do makulaturowych pudeł zdobne lśniącymi okładkami dowody nieubłagalnego upływu czasu. Zostawiałem „perełki” – co ciekawsze raporty branżowe, wydania jubileuszowe, pisma zawierające szczególnie ciekawe wywiady czy artykuły (no i rzecz jasna te, w których znalazło się moje nazwisko!).

Ten sam rytuał odbywał się w domu z prasą czytaną „hobbystycznie”– tu warunki były o tyle utrudnione, że powierzchnie magazynowe były znacznie skromniejsze, a zbędne kilogramy wynosząc musiałem dźwigać na własnym grzbiecie.

Prasa zaczęła nade mną panować. Pożerała coraz mniejszą życiową przestrzeń nie dając nic w zamian. Pewnego dnia, pod koniec ubiegłego roku powiedziałem basta!

Przejrzałem uważnie listę prenumeraty i przykładowe numery. Z dzienników wykreśliłem niemal wszystkie pozostawiając ten, który wydał mi się najbardziej rzetelny i kompleksowy. Przez chwilę zawahałem się również nad tym tytułem. Od kiedy zacząłem używać RSS w zasadzie nie mam potrzeby na codzienną dawkę zdublowanej papierowej informacji. Zostawiłem go jednak na liście - może w końcu służyć jako serwetka dla porannej kawy i jest dobrym dopełnieniem rytuału: „początek dnia”.

Z tygodnikami poszło jeszcze sprawniej. W ich przypadku redundancja wzrastać ostatnio zaczęła w zastraszającym tempie. Poza tytułem, zdjęciem na okładce i tonem złośliwości świadczących o politycznych preferencjach redakcji coraz trudniej tu znaleźć jakąkolwiek różnicę. Te same tematy traktowane w ten sam sposób, te same przebrzmiałe „trendy” przedrukowane w zachodnich magazynów, te same reklamy...

Przy magazynach branżowych chwilę się zastanawiałem. W tym czasie jeden upadł więc dla towarzystwa wykreśliłem inny, który wytypowałem jako następny do zamknięcia. Branżowe newsy w stylu: kto, z kim, w jakim lokalu i w jakiej bluzce średnio mnie interesują podobnie jak auto-zachwyty nad własnymi kampaniami. Wykreśliłem zatem wszystkie poza jedynym – tym merytorycznym. Czy mi się to podoba, czy nie i tak podczas konferencji i tzw. „wydarzeń” będę otrzymywał kolejne numery.
Z magazynów zagranicznych także zostawiłem jeden (ulubiony). Ponieważ przykro było tylko skreślać dopisałem do listy jeden z nowych magazynów „niszowych”. I tak dobrnąłem do końca.

Kończąc czyszczenie listy stwierdziłem, że mam bardzo miękkie serce. Oto miał być krok w stronę prawdziwej diety informacyjnej, a tu jeszcze pozostało 5 tytułów. Ale to i tak duży postęp.

Na diecie jestem już od trzech miesięcy. Mogę w końcu bez problemu znaleźć laptop na biurku i nie musze zamawiać kolejnych szafek. Sytuacja nie jest jeszcze idealna, ale już pod kontrolą. Najdziwniejsze jest to, że niczego mi nie brakuje! Wiem tyle, co wiedziałem – mam wrażenie, że teraz nawet więcej, nie potrzebuję już nożyczek i nie muszę sadzić żadnego drzewa!

Od kiedy zacząłem pozbywać się pseudoinformacji nie cierpię na żaden niedobór wiadomości czy inne newsa łaknienie.

Teraz muszę opracować podobny system na maile.

Tak na marginesie: porada dla przechodzących na dietę prasową – radykalne czyszczenie listy za pierwszym razem byłoby bardziej wskazane. Teraz już za późno na zmiany i dopóki prenumerata nie wygaśnie znowu robi mi się żal, że to wszystko ląduje w koszu. Szczerze mówiąc trochę się boję efektu jo-jo.

środa, 17 lutego 2010

Bigos mediowy – najbliższa przyszłość.

Inspirujący przegląd tego, w którą stronę ewoluować mogą zmiany sposobów korzystania z nowych kanałów mediowych (i zarabiania na tym) przynosi opublikowany w sieci raport firmy Deloitte. Choć tematami fascynującymi dla naszych mediów są głównie komisje ds. afer hazardowych, polityczne chamstwo, bezradność policji, dryfujące kry, śnieżne nawisy i ogólna degrengolada, to warto zastanowić się przez chwilę w jaki sposób wszystkie te ważne „newsy” mogą być w najbliższej przyszłości dystrybuowane.

Autorzy raportu zwracają uwagę na fakt, że tzw. ramówka w tradycyjnej, linearnej formie może niepostrzeżenie odejść do lamusa. Technologiczne możliwości konsumpcji nowych mediów ich ilość i różnorodność udowodniły użytkownikom, że nie muszą być niewolnikami „programu” danego kanału czy stacji. To oni wybierają kiedy, co w jakiej i w jakiej formie chcą wiedzieć lub dowolnie czerpać z dostępnych zasobów rozrywki. Być może nie zawsze zachowania eraly adopters trafiają pod strzechy, ale przywiązanie do myślenia w kategoriach liniowo skonstruowanej „ramówki” może stać się niewygodnym balastem, kiedy zmiana – jak zwykle w sposób niespodziewany wywróci cały ten przestarzały model do góry nogami.

Płatne serwisy muzyczne wciąż będą rosły w siłę. Nie tylko wydawcy, ale też producenci sprzętu komputerowego, czy telefonów stają obecnie na głowie szukając nowych źródeł biznesu – inwestują więc w rozwój takich serwisów i wciąż uczą się na nich zarabiać. Średni roczny przychód z abonamentu muzycznego wynosi obecnie na Zachodzie ok. 180 USD, co jest kwotą większą niż wydatki heavy user’ów kupujących muzykę na CD (zakupujących przynajmniej jedną płyty w ciągu miesiąca). Popularyzacja płatnych serwisów z muzyką, coraz większy wybór treści i bardziej przyjazne aplikacje są szansą na przekształcanie obecnych użytkowników pobierających dziś z sieci darmową muzykę (legalnie lub w inny sposób) w regularnych klientów, uczciwie płacących za zakupy. Kluczem do sukcesu mogą się tu okazać rozwiązania pomagające zarządzać ściąganym i gromadzonym contentem.

Literatura polska od dłuższego już czasu święci same triumfy, a zastępy polskich pisarzy-noblistów powiększają się z roku na rok w tempie geometrycznym wraz z każdą kolejną edycją „tygodnikowych paszportów”. Wciąż jednak niewielu jest odważnych by czytać arcydzieła młodych-gniewnych na ekranie domowego komputera lub specjalnie w tym celu zamawiać Kindle lub jego polski odpowiednik. Rzecz dziwna ponieważ serwisy tworzone z myślą o eCzytelnikach dostępne są już od kilku ładnych lat. Być może sytuację tą zmieni Steve Jobs, a właściwie jego najmłodsze dziecko – iPad oraz urządzenia-klony których wysypu należy się spodziewać w najbliższym czasie. Zgodnie z szacunkami sprzedaż eKsiążek może w roku 2010 sięgnąć na świecie ok. 100 mln kopii i najprawdopodobniej ich lektura będzie się odbywać na tabletach, komputerach domowych, laptopach, czy smartfonach a nie na celowo do tego tworzonych czytnikach.

eCzytanie może się okazać szansą dla wciąż miotającej się w technologicznym potrzasku prasy – tego rodzaju dystrybucja treści może być dla wydawców potencjalnym źródłem biznesu. Cienkim gardłem wciąż co prawda pozostaje forma i sposób płatności za pobierane treści. eKsiążka choć z punktu widzenia czytelnika wydaje się rozwiązaniem relatywnie tanim, to dla wydawców stanowi prawdziwe wyzwanie pod względem opracowania nowych modeli biznesowych. Być może najłatwiejszym sposobem poradzenia sobie z tym problemem będzie zaadaptowanie rozwiązań stosowanych już przez serwisy muzyczne?

Z kwestiami płatności za teksty w wersji elektronicznej od dłuższego już czasu borykają się wydawcy tytułów prasowych. Wciąż pojawia się wiele dylematów i kontrowersji związanych z pobieraniem opłat za treści publikowane online. Innym problemem jest internetowa „kanibalizacja” czytelnictwa prasy w tradycyjnej, papierowej wersji. Tu być może standardem staną się modele hybrydowe, łączące czytelnictwo w obu formach. W takich modelach większość treści dostępna będzie w sieci za darmo, a płatności ponoszone będą jedynie za treści „premium”.

W przypadku zakupu wybranych artykułów naturalnym rozwiązaniem byłyby mikropłatności – jednak dla eCzytelników wciąż jest to rozwiązanie mało wygodne. Raczej niewdzięczna operacja związana z używaniem numeru karty kredytowej czy dokonywania płatności poprzez bank internetowy okazuje się zasadna jedynie w przypadku gdy treść artykułu jest rzeczywiście adekwatna do podejmowanego wysiłku. Inną rzeczą jest liczba czytelników gotowych do takich „mikropoświęceń” - przy tym rodzaju opłaty wciąż pozostaje pytanie jak wygenerować volumen transakcji pozwalający zarabiać. Kontekstowe, targetowane reklamy umieszczane przy „treściach premium” mogą się okazać istotnym źródłem biznesu.

Znaki zapytania związane ze standardem, który zostanie „zafiksowany” pojawiają się również w przypadku rozwijającej się telewizji 3D. Obecnie w większości przypadków najczęściej używanym standardem jest ‘anaglyph’ (rozwiązanie właściwie już przestarzałe) w którym konieczne jest używanie groteskowych okularków z czerwono-niebieskimi szkłami. Inną kwestią pozostają przystosowane do tego odbiorniki telewizyjne oraz standard stosowany przez nadawcę. Tu być może szansą będzie dostosowanie rozwiązań do gier video, do których także można by wykorzystywać posiadany odbiornik. Inna rzecz, że problemem podstawowym długo jeszcze pozostawać może sam treść warta oglądania przez niewygodne kolorowe okulary. Można jedynie liczyć, że rolę coraz bardziej aktywnego marketera upowszechniającego standardy 3D okażą się sieci kin.

Z filmem związana jest również inna usługa – ‘video na życzenie’ (video on-demand, VOD). Analitycy zachęcają by poważniej zaczęli się nią interesować wszyscy dostawcy usług telekomunikacyjnych. Na razie jednak największego biznesu ze strony specyficznego dosyć VOD mogą się spodziewać producenci i właściciele skromnych na pozór maszyn vendingowych. Zgodnie z szacunkami ekspertów w najbliższym roku podwoi się liczba filmów DVD dystrybuowanych tą właśnie drogą. Obecnie w USA opłata za wypożyczenie filmu w taki sposób to równowartość jednego dolara za noc, czyli mniej niż w przypadku wybrania się po film do wypożyczalni. VOD oraz płatna telewizja to nie tylko szanse ale też zagrożenia. Najtwardszy orzech do zgryzienia będą mieli wielcy wytwórcy treści filmowych. Tanie wypożyczanie filmów oraz ich wielokanałowa dystrybucja w tym przypadku także wymuszać będą zmianę całych modeli biznesowych.

Ponieważ Youtube czy inne serwisy video w sieci walczą zaciekle o uwagę widza spodziewane są dalsze wysiłki zmierzające do „przepychania” coraz większej ilości web contentu do telewizji. Co prawda dziś większość sieciowych treści przeznaczona jest i przystosowana do odtwarzania na PC, jednak rosnąca ilość aplikacji, kanałów społecznych, informacji pogodowych, czy filmów zwiększa zapotrzebowanie na adaptacje wszystkich tego rodzaju materiałów do wymogów telewizyjnych ekranów. Zwiększać będzie tym samym liczba oferowanych odbiorników przystosowanych do takich rozwiązań. Tu kluczową barierą może się okazać kwestia cyklu życia odbiornika telewizyjnego w przeciętnym gospodarstwie domowym (może to być nawet 10 lat). Chyba, że modelem podstawowym nadal pozostanie pokojowa koegzystencja odbiorników z laptopami i smartfonami.

Video w internecie i natura kanałów sieciowych przyzwyczaiły widzów do reagowanie na to, co w danej chwili oglądają. Trend ten będzie się nasilał, a stacje telewizyjne będą zmuszone odpowiedzieć na nowe oczekiwania swoich widzów. Tworzenie specjalnych stron oraz serwisów internetowych oraz umożliwianie telewidzom partycypacji w powstawaniu programu będzie coraz powszechniejsze, a pasywne oglądanie coraz częściej zamieniać się będzie w możliwość interakcji. Najwięcej na symultanicznym użytkowaniu sieci oraz telewizji zyska reklama. Już dziś wiele badań pokazuje, że równoczesne wykorzystanie tych dwóch mediów może znacznie wpływać na wizerunek reklamowanych w ten sposób brandów.

Najbliższy rok zapowiada się więc ciekawie i można się spodziewać wielu niespodzianek związanych z premierami nowych „diwajsów”, nowych usprawnień starego, czy przewidywalnych „rewolucji”. Fragmentaryczna i chaotyczna rzeczywistość nowych mediów powoli zaczyna się układać we wzór, którego kształty są coraz bardziej czytelne. Media operujące na naszym rynku wciąż jednak z nieufnością i ostrożnością podchodzą do nowych rozwiązań. Co prawda redakcje stacji telewizyjnych proszą już widzów o nadsyłanie nie tylko smsm-ów, ale też filmików nagrywanych komórką, ale dziennikarskie blogi czy podcasty reklamowane na końcu telewizyjnych wiadomości wciąż jeszcze nie chcą u nas zagościć. Paradoksalnie, to właśnie prasa wydaje się w Polsce dużo bardziej otwarta i odważna w eksperymentowaniu z nowymi mediami. Być może dlatego, że zawsze większą wagę przykładała do słowa oraz próby opisywania i rozumienia rzeczywistości. Na drugim miejscu znajduje się chyba radio, a polska telewizja wciąż jeszcze oczekuje na sygnał.

Tak na marginesie: ponieważ w naszych kanałach telewizyjnych zupełnie już zniknęły wiadomości ze świata (poza tymi w rodzaju: „...w Rosji zaprezentowano właśnie nową kolekcję diamentowych kolii dla kotów...”) należy przypuszczać, że to radykalne cięcie kosztów produkcji i przetwarzaniem treści informacyjnych ma jakieś głębsze uzasadnienie.

Co sprawia, że reporterom i dziennikarzom telewizyjnym nie chce się ostatnio nawet ruszać z budynków własnych redakcji – większość programów informacyjnych powstaje na podstawie ujęć kręconych przez okna stacji lub w najbliższym pobliżu jej siedziby?
Odpowiedź może być tylko jedna: oszczędzają pieniądze i siły ponieważ szykują się do Wielkiego Skoku.
I mogliby na Boga w końcu skoczyć!!!
Jeśli nie, to za chwilę zaczną sobie penetrować kamerami i pokazywać w wiadomościach wnętrza własnych kieszeni, albo co gorsza innych bliskich ciału przestrzeni.
I tak z zaścianków zjadą do zadupia.
Dosłownie.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

poniedziałek, 8 lutego 2010

Czym właściwie zajmują się plannerzy?

W październikowym numerze Campaign, w zeszłym roku, ukazał się ciekawy artykuł przewodniczącego APG Creative Strategy Awards. Guy Murphy w tekście zatytułowanym ‘Redefining planning’ na podstawie zgłaszanych prac analizuje czynniki wpływające na skuteczną komunikację marketingową i zastanawia się nad warunkami sprzyjającymi kreatywnemu myśleniu o strategiach.

Zaskakująca w zgłoszonych kampaniach okazała się jego zdaniem duża różnorodność ról, jakie pełnią obecnie planerzy, którzy potrafili dosyć dobrze zaadaptować się do zmian technologicznych, rynkowych czy tych związanych z pojawieniem się nowych, interaktywnych kanałów dotarcia do odbiorców. Na podstawie pojawiających się podejść do planowania strategicznego Murphy zidentyfikował siedem nowych nurtów w tej dziedzinie.

1. Content Planning – planner angażuje się w tym przypadku w generowanie treści wykorzystywanych w nowych mediach. Brandowany content w filmach czy serwisach internetowych okazuje się bowiem coraz cenniejszym wkładem, jakiego dostarczyć mogą stratedzy. Z rolą tą związany jest trend odchodzenia w komunikacji od przerywania widzom ulubionego programu na rzecz dostarczania dobrej rozrywki.

2. Channel Planning – tworzenie nowych platform mediowych dla komunikacji face-to-face zapewnić ma lepszą konwersację z konsumentami. Plannerzy biorą w tym przypadku udział w doborze kanałów dotarcia i określają sposoby ich wykorzystywania dla upowszechnienia idei komunikacyjnej.

3. Cultural Planning – nurt odpowiadający głównie na potrzeby marek globalny w celu ich dostosowania do lokalnych uwarunkowań kulturowych. Plannerzy analizują w tym przypadku wartości i normy kulturowe konkretnej społeczności poszukując tego, co pozwoli stworzyć adekwatny dla niej przekaz.

4. Behavioural Planning – ten rodzaj planowania ma na celu zmianę zachowań z pominięciem etapu zmiany postawy odbiorcy. Przykładem może być korzystanie z insightów technologicznych dla kreowania nowych nawyków w celu zwiększenia częstotliwości konsumpcji produktu (np. budzik w komórce przypominający o sięgnięciu po produkt).

5. Real-time Planning – nurt związany z działaniami prowadzonymi on-line w czasie rzeczywistym. Zadaniem plannera jest w tym przypadku moderacja połączona z codzienną analizą działań czy też tworzeniem taktyk reakcji na zachowania użytkowników.

6. Micro Planning – ten rodzaj planowania nie odbiega w zasadzie od tworzenia architektury informacji w serwisach interentowych. Powiązanie procesów decyzyjnych wielu segmentów odbiorców z różnorodnymi aspektami produktowymi wymaga tworzenia zaawansowanych modeli i procedur briefingowych.

7. Creation Planning – dostarczanie inspiracji poprzez np. tworzenie emocjonalnych wizualizacji czy ‘mood filmów’ nie jest dla plannera niczym nowym. Obecnie jednak staje się coraz ważniejsze.

Kluczowy wniosek autora jest taki, że plannerów, którzy przestają ogarniać całe to spektrum ról i wiążących się z nim obowiązków należy wciąż kształcić i podnosić ich kwalifikacji, młodzi zaś stratedzy będą chyba w przyszłości zmuszeni wybierać specjalizacje już na początku swojej drogi.
Jak widać z powyższego nadal bardzo trudno opisać co właściwie robią plannerzy strategiczni. Podobny problem z wytłumaczeniem tego, czym się zajmuje miała firma EDS. Poradziła z tym sobie używając pięknej metafory (poniżej). Może ktoś znajdzie równie uroczą dla planowania strategicznego?



Tak na marginesie: nie zwróciłem uwagi na tekst Murpy’ego w zeszłym roku, ale przypomniał o nim Charles Vallance (współzałożyciel VCCP) w styczniowym Campaign. W zjadliwym tonie rozprawił się z „nowymi rolami” plannerów oraz doradził by zamiast tweetować, blogować i siedzieć na facebooku, odrywali czasem tyłki od krzeseł i rozmawiali z kreacją o produktach. Inaczej, jak zauważył całą tą robotę można będzie niebawem oddać komuś w outsourcing.
Tylko komu?
Siedzącym na facebooku bloggerom?

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

sobota, 6 lutego 2010

Prawo Moore’a, kult cargo i debata premiera z internautami

Współzałożyciel firmy Intel, Gordon Moore postawił w latach sześćdziesiątych pewną hipotezę, która znana jest dziś jako „prawo Moore’a”. Zgodnie z jego przewidywaniami liczba tranzystorów mieszczących się na tej samej powierzchni w układzie scalonym powinna się podwajać co dwa lata. Rzeczywistość potwierdziła trafność przewidywań Moore’a i dziś prawo nazwane jego imieniem stosuje się ogólnie do rozwoju wszystkich nowoczesnych technologii – pojemności pamięci, rozmiarów nośników, przepustowości łącz itp.

I tak, w roku 1971 układ scalony z zegarem taktującym 108 kHz zawierał 2 300 tranzystorów, w roku 1985 w procesorze o szybkości 16 MHz znajdowało się ponad ćwierć miliona takich jednostek, a trzy lata temu Intel wprowadził na rynek procesor z zegarem 3 GHz zawierający ponad 800 mln tranzystorów. Postęp technologiczny pozwala zatem na „upakowywanie” coraz większej ilości jednostek obliczeniowych na coraz mniejszej powierzchni – nowoczesne komputery stają się coraz mniejsze, coraz bardziej zaawansowane i coraz bardziej inteligentne. Stają się również coraz tańsze w produkcji, a przez to również coraz bardziej dostępne dla masowego nabywcy (choć firmy wydawać muszą przy okazji coraz większe sumy na badania i rozwój chcąc dotrzymać kroku postępowej wizji pana Moore’a).

Prawo Moore’a ma również dalekie konsekwencje psychologiczne – wywołuje frustracje, jeśli przymierzamy się do zakupu nowego urządzenia elektronicznego lub gadżetu. Jeśli bowiem dzisiaj dany telefon/smartphone/komputer/odtwarzacz itp posiadający funkcje X.Y,Z kosztuje N zł, to zgodnie z jego prawem już za ok. 1,5 roku można będzie kupić tej samej marki telefon/smartphone/komputer/odtwarzacz itp. posiadający funkcje 2xX.,2xY,2xZ za N/2 zł. Jest to główny powodów tego, że od kilku lat nie mogę się zdecydować na zakup przyzwoitego aparatu cyfrowego – czekając na „właściwy moment” w odniesieniu do ceny i parametrów. Dużo lepiej poradzili sobie z przystosowaniem się do prawa Moore’a operatorzy telekomunikacyjni. Chcąc od samego początku ulżyć dylematom decyzyjnym nabywców ustanowili 12-24 mies. okres subsydiowania „aparatu za złotówkę” pod warunkiem płacenia w tym czasie abonamentu.

Technologie rozwijają się w postępie geometrycznym. To co, dziś jest sexy, jutro będzie technologią przebrzmiałą lub przestarzałym gadżetem. Co jednak jutro będzie sexy? Na to pytanie odpowiedź znają jedynie Steve Jobes, Larry Page, Sergey Brin, Jeffrey Bezos oraz oczywiście Mark Zuckerberg. Ponieważ wszyscy oni mają talent do zaglądania w przyszłość i dostrzegania właściwych „wektorów w czasie”, szybko stali są obrzydliwie bogaci. Na co dzień niby noszą jeansy, trampki, ale bez większego problemu wspólnie mogliby sobie na przykład pozwolić na zakup całej naszej „innowacyjnej” polskiej gospodarki gdyby przyszła im na to pewnego dnia ochota.

Mało jednak prawdopodobne by wpadli na ten pomysł, zwłaszcza jeśli oglądali relację z wczorajszej debaty premiera Tuska z polskimi internautami. Już sama idea specjalnego spotkania szefa rządu z „internautami” powinna budzić iście witkacjańskie przerażenie i przywołać refleksję nad tym jak bardzo durną i groteskową rzeczywistość narodową potrafiliśmy sami dla siebie stworzyć.

Premier spotkał się bowiem z przedstawicielami „inernautów”, tak jakby spotykał się z niespokojną mniejszością narodową, przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji albo wysłannikami groźnej sekty religijnej ukrywającej się na co dzień w katakumbach. Równie dobrze mógłby się spotkać z przedstawicielami „elektronautów” – czyli osób korzystających z prądu. Chętnie by się z nim też pewnie spotkali przedstawiciele „telefonautów”. „radionautów”, „tewizoronautów”, „lodówkonautów” o „tramwajonautach” nie wspominając.

Spotkanie to miało na pewno wymiar symboliczny i ukazało nie tyle cywilizacyjną zapaść (w tym przypadku nie mamy nic do ukrycia), co mentalną przepaść dzielącą nas od dojrzałych, w pełni rozwiniętych (także umysłowo, jak się okazuje) społeczeństw zachodnich. Podatność na manipulację i wchodzenie w dyskurs ze sztucznie wyodrębnioną „grupą społeczną” (wyodrębnioną jedynie na podstawie funkcji korzystania z tego co być powinno powszechnie dostępną technologią) stawia niestety Państwo w roli cywilizacyjnego półgłówka, którego do porządku doprowadzać ma strofowanie przez internetowych żurnalistów.

Wszystkie frazesy w rodzaju „budowania społeczeństwa informacyjnego”, „edukacji medialnej” „cywilizacyjnego przyspieszenia” itp. itd. nabierają w kontekście takich debat dodatkowego smaczku. Tubylcy na Fidżi, którzy pod koniec XIX wieku budowali bambusowe wieże kontrolne, radiostację z łupin orzecha kokosowego i trzcinowe płotki lądowisk by przywołać statki bogów mające przywieźć żywność i dary (zgodnie z kultem cargo) – byli pewnie w swoich oczekiwaniach mniej żałośni niż chcący uchodzić za poważnych politycy, dający się wkręcać w tak jajcarskie happeningi. W przypadku dobrej woli niby nigdy nie jest za późno na żal i poprawę, ale jak wiele zajść musiało po drodze rażących zaniedbań decyzyjnych by doprowadzić do takiej komedii?

Zamiast więc ośmieszać publiczny urząd, tracić czas i dyskutować z „grupą społeczną, jaką są internauci” na temat możliwości i sensu „blokowania internetu” warto może zająć się pracą u podstaw (w odniesieniu do internetu, można by rzec „organiczną”), ustalić i w końcu zacząć realizować konkretną (a nie ogólnikową) politykę rządu w zakresie zwiększania możliwości powszechnego dostępu do sieci. Obecnie znajdujemy się w Europie na szarym końcu pod względem wykorzystywania rozwiązań teleinformacyjnych i charakterystyczna dla naszej gospodarki „renta zacofania” w przeciwieństwie do rolnictwa ekologicznego niewiele nam w tym przypadku może pomóc.

Na jakiekolwiek zmiany chyba się jednak nie zanosi. Wszystko wskazuje na to, że cała wybierana przez nas scena polityczna (a tym samym, my sami – obywatele?) jeśli chodzi o zrozumienie roli nowoczesnych technologii w życiu codziennym dorosła na razie jedynie do poziomu „jednorękich bandytów”. Co prawda to także są komputery, mają nawet wyświetlacze, coś w nich błyska, świeci i pipa; są łatwe w stosowaniu i od razu wiadomo gdzie wrzucić monetę by zgarnąć kasę. W przypadku inwestowania w informatyzację i rozwój kraju, wspieranie badań, edukację społeczną to już nie jest takie proste. Kasę, której mało wciąż trzeba wrzucać w wiele dziurek - i to w tym samym momencie - a i tak nie wiadomo co i kiedy wypadnie z drugiej strony.

Wracając do prawa Moore’a można by się zastanowić czy istnieje podobne prawo opisujące nasz rodzimy pęd cywilizacyjny. Podobnych zależności jest przecież wiele. Oto kilka przykładowych:
- liczba dziur i łat w drogowym asfalcie zwiększa się dwukrotnie w ciągu kolejnych 12 miesięcy
- liczba znajdujących się w tym samym mieście szpitali popadających w problemy finansowe dzięki sprawnym reformom administracyjnym zwiększa się dwukrotnie w ciągu 18 miesięcy
- liczba skarg wnoszonych przez Polaków do Trybunału w Strasburgu i wypłata odszkodowań ze względu na opieszałość polskiego systemu sądownictwa zwiększa się dwukrotnie w ciągu 12 miesięcy
- liczba afer kryminalno-politycznych i powoływanych do ich rozwiązywani komisji wzrasta dwukrotnie w ciągu 24 miesięcy itd., itp.

Tak na marginesie: nawet przy pomocy najszybszych dziś na świecie procesorów, które potrafią dokonywać ok. 130 miliardów operacji na sekundę (i pewnie jest to już nieaktualne) trudno by obliczyć ilość kombinacji w jakich potrafią jednocześnie występować nasza narodowa głupota, nieudolność, małość, resentymenty i uprzedzenia pomnożone przez liczbę obywateli.

Niewiele więc zmieni najbardziej groteskowa na świecie „debata” z internautami, (która była dalszym ciągiem taplania się w hazardowym bagienku). Debata ta jednak udowodniła jedno: połączona z wolnym rynkiem demokracja wciąż pozostaje najbardziej zabawnym pomysłem, jaki mógł przyjść Bogu do głowy.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

wtorek, 2 lutego 2010

Terror brandyzmu w ‘social media’.

Tytuł nie odnosi się do architektury, ale nowego zjawiska, które nasila się ostatnio w tzw. ‘social media’ (a bardziej konkretnie - na Twitterze i Facebooku).

Zacznijmy jednak od definicji.
Brandyzm jest nachalną próbą wymuszenia na użytkowniku uczestnictwa w świecie marki wtedy, kiedy ten nie ma na to najmniejszej ochoty. Nie jest to jednak perfidne narzucanie się z pełną świadomością, że bariera cierpliwości atakowanego została już dawno przekroczona. Brandyzm to wynik narcyzmu marki – marka jest tu święcie przekonana, że ludzie muszą koniecznie dowiedzieć się o jej wspaniałości właśnie teraz, właśnie tu i bez względu na konsekwencje. Fonetyczna zbieżność ‘brandyzmu’ z ‘bandytyzmem’ czy 'autyzmem' jest podobno kwestią przypadku, choć niektórzy doszukują się etymologicznych powiązań pomiędzy tymi pojęciami.

Brandyzm połączony z objawami marketingowego ADHD towarzyszy najczęściej markom z sektora FMCG, branż ‘wysokich’ technologii oraz markom akcji społecznych. Sieci restauracji, biura podróży i banki rzadziej cierpią na przypadłość brandyzmu, choć i tu znaleźć można niechlubne wyjątki.

Brandyzm jako zjawisko stoi w wyraźnej opozycji do tzw. ‘permission marketing’, ale strefa oddzielająca oba te fenomeny jest bardzo płynna i rozmyta. Bardzo często trudno jednoznacznie określić czy dany przejaw agresywnej nachalności zaliczyć do jednego, czy drugiego świata. „Marketing przyzwolenia” wymaga cichej lub oficjalnej ugody zawartej z konsumentem, brandyści zaś zakładają, że ugoda taka we współczesnej cywilizacji zakupoholicznej istnieje a priori.

Brandyści (osoby zajmujące się zawodowym wdrażaniem strategii brandyzmu) w zakresie sposobów budowania relacji z konsumentem używają najczęściej określeń w rodzaju: „osaczanie”, „celowanie”, „złapanie”, „uchwycenie” itp. Generalnie można ich rozpoznać po języku czerpiącym ze świata polowań i relacji: myśliwy – ofiara. Ukryte założenie, że cichym marzeniem ofiary jest dać się ustrzelić jest cechą wspólną brandystów oraz innych myśliwych – np. łapiących na muchę wędkarzy hobbystów.

Media społecznościowe są doskonałą pożywką dla brandyzmu. Ofiara pojawia się tu na własne życzenie, sama z siebie wskazuje powiązania z innymi ofiarami (tzw. efekt ofiary trybalnej) w sposób wysublimowany prowokuje także myśliwych prezentując swoje fantazje, oczekiwania i słabości.

Ponieważ fenomen ‘social media’ opiera się na uniwersalnym i prostym mechanizmie: „idę tam, gdzie kumple moi”, brandyzm otrzymuje dodatkowy bodziec rozwojowy w postaci ‘efektów wirusowych’. Zainfekowane ofiary spontanicznie i nieświadomie roznoszą memy brandyzmu po sieci, przez co w krótkim czasie markowy świerzb dokuczać zaczyna wszędzie tam, gdzie spotka się więcej niż dwóch ciekawskich.

Poniżej podano najłatwiejsze do zidentyfikowania przejawy brandyzmu w mediach sieciowych:

- „profil naiwny” – marka zakłada profil tylko po to by mieć własne logo i czterech fanów na facebooku
- „profil idioty” – marka zaczyna dialog z obserwatorami, na złośliwe zaczepki odpowiada chamstwem, najpierw obraża wszystkich wokół, a następnie sama się na wszystkich obraża
- „wpis wysokiej redundancji” – marka, która nie ma nic do powiedzenia, wciąż o tym mówi stosując strategię zdartej płyty
- „wpis samobój” – marka stwarza pozory, że coś da za darmo (kupon, rabat, talon, darmowy galon itp) po czym się okazuje, że to tylko sugestia
- „taniec św. Wita” – marka nie wie o co w tym wszystkim chodzi, więc miota przypadkowymi komunikatami sądząc, że w końcu coś utrafi
- „korporacyjne zombie” – ktoś założył marce inny profil (np. krytykujący jej produkty/usługi), i właśnie ten drugi święci sukces popularności
- „patetyczny do żałości” – marka całą tą hecę potraktowała najzupełniej poważnie i nie bardzo wie jak się z tego wszystkiego wycofać.

Tak na marginesie: ponieważ brandyzm to zjawisko o złożonej dynamice objawy mogą się zmieniać w czasie i w zależności od uwarunkowań klimatycznych. W przypadku zaobserwowania jednego z powyższych wskazane jest rozwiązanie relaksującego quizu lub powróżenia sobie z chińskiego ciasteczka.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: