sobota, 6 lutego 2010

Prawo Moore’a, kult cargo i debata premiera z internautami

Współzałożyciel firmy Intel, Gordon Moore postawił w latach sześćdziesiątych pewną hipotezę, która znana jest dziś jako „prawo Moore’a”. Zgodnie z jego przewidywaniami liczba tranzystorów mieszczących się na tej samej powierzchni w układzie scalonym powinna się podwajać co dwa lata. Rzeczywistość potwierdziła trafność przewidywań Moore’a i dziś prawo nazwane jego imieniem stosuje się ogólnie do rozwoju wszystkich nowoczesnych technologii – pojemności pamięci, rozmiarów nośników, przepustowości łącz itp.

I tak, w roku 1971 układ scalony z zegarem taktującym 108 kHz zawierał 2 300 tranzystorów, w roku 1985 w procesorze o szybkości 16 MHz znajdowało się ponad ćwierć miliona takich jednostek, a trzy lata temu Intel wprowadził na rynek procesor z zegarem 3 GHz zawierający ponad 800 mln tranzystorów. Postęp technologiczny pozwala zatem na „upakowywanie” coraz większej ilości jednostek obliczeniowych na coraz mniejszej powierzchni – nowoczesne komputery stają się coraz mniejsze, coraz bardziej zaawansowane i coraz bardziej inteligentne. Stają się również coraz tańsze w produkcji, a przez to również coraz bardziej dostępne dla masowego nabywcy (choć firmy wydawać muszą przy okazji coraz większe sumy na badania i rozwój chcąc dotrzymać kroku postępowej wizji pana Moore’a).

Prawo Moore’a ma również dalekie konsekwencje psychologiczne – wywołuje frustracje, jeśli przymierzamy się do zakupu nowego urządzenia elektronicznego lub gadżetu. Jeśli bowiem dzisiaj dany telefon/smartphone/komputer/odtwarzacz itp posiadający funkcje X.Y,Z kosztuje N zł, to zgodnie z jego prawem już za ok. 1,5 roku można będzie kupić tej samej marki telefon/smartphone/komputer/odtwarzacz itp. posiadający funkcje 2xX.,2xY,2xZ za N/2 zł. Jest to główny powodów tego, że od kilku lat nie mogę się zdecydować na zakup przyzwoitego aparatu cyfrowego – czekając na „właściwy moment” w odniesieniu do ceny i parametrów. Dużo lepiej poradzili sobie z przystosowaniem się do prawa Moore’a operatorzy telekomunikacyjni. Chcąc od samego początku ulżyć dylematom decyzyjnym nabywców ustanowili 12-24 mies. okres subsydiowania „aparatu za złotówkę” pod warunkiem płacenia w tym czasie abonamentu.

Technologie rozwijają się w postępie geometrycznym. To co, dziś jest sexy, jutro będzie technologią przebrzmiałą lub przestarzałym gadżetem. Co jednak jutro będzie sexy? Na to pytanie odpowiedź znają jedynie Steve Jobes, Larry Page, Sergey Brin, Jeffrey Bezos oraz oczywiście Mark Zuckerberg. Ponieważ wszyscy oni mają talent do zaglądania w przyszłość i dostrzegania właściwych „wektorów w czasie”, szybko stali są obrzydliwie bogaci. Na co dzień niby noszą jeansy, trampki, ale bez większego problemu wspólnie mogliby sobie na przykład pozwolić na zakup całej naszej „innowacyjnej” polskiej gospodarki gdyby przyszła im na to pewnego dnia ochota.

Mało jednak prawdopodobne by wpadli na ten pomysł, zwłaszcza jeśli oglądali relację z wczorajszej debaty premiera Tuska z polskimi internautami. Już sama idea specjalnego spotkania szefa rządu z „internautami” powinna budzić iście witkacjańskie przerażenie i przywołać refleksję nad tym jak bardzo durną i groteskową rzeczywistość narodową potrafiliśmy sami dla siebie stworzyć.

Premier spotkał się bowiem z przedstawicielami „inernautów”, tak jakby spotykał się z niespokojną mniejszością narodową, przedstawicielami pozaziemskiej cywilizacji albo wysłannikami groźnej sekty religijnej ukrywającej się na co dzień w katakumbach. Równie dobrze mógłby się spotkać z przedstawicielami „elektronautów” – czyli osób korzystających z prądu. Chętnie by się z nim też pewnie spotkali przedstawiciele „telefonautów”. „radionautów”, „tewizoronautów”, „lodówkonautów” o „tramwajonautach” nie wspominając.

Spotkanie to miało na pewno wymiar symboliczny i ukazało nie tyle cywilizacyjną zapaść (w tym przypadku nie mamy nic do ukrycia), co mentalną przepaść dzielącą nas od dojrzałych, w pełni rozwiniętych (także umysłowo, jak się okazuje) społeczeństw zachodnich. Podatność na manipulację i wchodzenie w dyskurs ze sztucznie wyodrębnioną „grupą społeczną” (wyodrębnioną jedynie na podstawie funkcji korzystania z tego co być powinno powszechnie dostępną technologią) stawia niestety Państwo w roli cywilizacyjnego półgłówka, którego do porządku doprowadzać ma strofowanie przez internetowych żurnalistów.

Wszystkie frazesy w rodzaju „budowania społeczeństwa informacyjnego”, „edukacji medialnej” „cywilizacyjnego przyspieszenia” itp. itd. nabierają w kontekście takich debat dodatkowego smaczku. Tubylcy na Fidżi, którzy pod koniec XIX wieku budowali bambusowe wieże kontrolne, radiostację z łupin orzecha kokosowego i trzcinowe płotki lądowisk by przywołać statki bogów mające przywieźć żywność i dary (zgodnie z kultem cargo) – byli pewnie w swoich oczekiwaniach mniej żałośni niż chcący uchodzić za poważnych politycy, dający się wkręcać w tak jajcarskie happeningi. W przypadku dobrej woli niby nigdy nie jest za późno na żal i poprawę, ale jak wiele zajść musiało po drodze rażących zaniedbań decyzyjnych by doprowadzić do takiej komedii?

Zamiast więc ośmieszać publiczny urząd, tracić czas i dyskutować z „grupą społeczną, jaką są internauci” na temat możliwości i sensu „blokowania internetu” warto może zająć się pracą u podstaw (w odniesieniu do internetu, można by rzec „organiczną”), ustalić i w końcu zacząć realizować konkretną (a nie ogólnikową) politykę rządu w zakresie zwiększania możliwości powszechnego dostępu do sieci. Obecnie znajdujemy się w Europie na szarym końcu pod względem wykorzystywania rozwiązań teleinformacyjnych i charakterystyczna dla naszej gospodarki „renta zacofania” w przeciwieństwie do rolnictwa ekologicznego niewiele nam w tym przypadku może pomóc.

Na jakiekolwiek zmiany chyba się jednak nie zanosi. Wszystko wskazuje na to, że cała wybierana przez nas scena polityczna (a tym samym, my sami – obywatele?) jeśli chodzi o zrozumienie roli nowoczesnych technologii w życiu codziennym dorosła na razie jedynie do poziomu „jednorękich bandytów”. Co prawda to także są komputery, mają nawet wyświetlacze, coś w nich błyska, świeci i pipa; są łatwe w stosowaniu i od razu wiadomo gdzie wrzucić monetę by zgarnąć kasę. W przypadku inwestowania w informatyzację i rozwój kraju, wspieranie badań, edukację społeczną to już nie jest takie proste. Kasę, której mało wciąż trzeba wrzucać w wiele dziurek - i to w tym samym momencie - a i tak nie wiadomo co i kiedy wypadnie z drugiej strony.

Wracając do prawa Moore’a można by się zastanowić czy istnieje podobne prawo opisujące nasz rodzimy pęd cywilizacyjny. Podobnych zależności jest przecież wiele. Oto kilka przykładowych:
- liczba dziur i łat w drogowym asfalcie zwiększa się dwukrotnie w ciągu kolejnych 12 miesięcy
- liczba znajdujących się w tym samym mieście szpitali popadających w problemy finansowe dzięki sprawnym reformom administracyjnym zwiększa się dwukrotnie w ciągu 18 miesięcy
- liczba skarg wnoszonych przez Polaków do Trybunału w Strasburgu i wypłata odszkodowań ze względu na opieszałość polskiego systemu sądownictwa zwiększa się dwukrotnie w ciągu 12 miesięcy
- liczba afer kryminalno-politycznych i powoływanych do ich rozwiązywani komisji wzrasta dwukrotnie w ciągu 24 miesięcy itd., itp.

Tak na marginesie: nawet przy pomocy najszybszych dziś na świecie procesorów, które potrafią dokonywać ok. 130 miliardów operacji na sekundę (i pewnie jest to już nieaktualne) trudno by obliczyć ilość kombinacji w jakich potrafią jednocześnie występować nasza narodowa głupota, nieudolność, małość, resentymenty i uprzedzenia pomnożone przez liczbę obywateli.

Niewiele więc zmieni najbardziej groteskowa na świecie „debata” z internautami, (która była dalszym ciągiem taplania się w hazardowym bagienku). Debata ta jednak udowodniła jedno: połączona z wolnym rynkiem demokracja wciąż pozostaje najbardziej zabawnym pomysłem, jaki mógł przyjść Bogu do głowy.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

6 komentarzy:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. No właśnie! Już za 12 m-cy matryca będzie jeszcze lepsza i tańsza! I zmieści się w jeszcze lepszym i tańszym smartfoenie. Oszaleć można.
    ms

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Określenia "elektronauci" czy "telefonauci" bardzo trafione, idealnie opisują sytuację. Do pełnej paraleli brakuje tylko rządowego pomysłu Ogólnopolskiego Licznika Zużycia Prądu z możliwością Limitowania Nieuzasadnionego Nadużycia, na który to temat debatowałby premier ze elektronautami.

    Znalazłem Twój tekst dopiero teraz, gdybym trafił wcześniej, chyba odpuściłbym sobie pisanie tej notki

    OdpowiedzUsuń
  5. (a elektroniczne zabawki można kupować z przyjemnością i tanio po prostu pozostając ten rok-dwa lata do tyłu, za 12 miesięcy kupisz sobie dzisiejszą najnowszą matrycę ;-))

    OdpowiedzUsuń
  6. debata permiera z elektronautami - znakomity pomysł! Może przecież zachodzić sytuacja, w której ktoś podłącza do prądu żelazko, którym zamierza kogoś podpiekać - należałoby temu przeciwadziałać i zrobić rejestr nieupoważnionych zastosowań żelazek,(również dla czajników). temat jest niezwykle naprawdę poważny.
    prawo moore'a pokazuje, w zasadzie jak błyskawiczny rozwój technologii wyprzedza rozwój zdrowego rozsądku
    z opóźnienieniem w gadżetach już się pogodziłem:-)

    OdpowiedzUsuń

Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: