niedziela, 27 lutego 2011

Wszyscy jesteśmy wariatami. [ekonomia behawioralna]

Poszukując consumer insight (sygnalizowane we wpisie W cieniu mangrowca...) przyjąć należy jaką wizję ludzkiej natury. Inspiracją dla takich poszukiwań mogą się okazać ustalenia ekonomii i psychologii behawioralnej.

Człowiek zdecydowanie nie jest istotą racjonalną. Nawet jeśli chcielibyśmy tak uważać, to większość naszych decyzji – także tych poważnych, dotyczących naszej przyszłości, zdrowia, pieniędzy itp. podejmowana jest zupełnie nieracjonalnie. Ekonomia behawioralna prezentuje odmienne oblicze naszego gatunku niż ten wyobrażony jako „homo economicus” w tzw. ekonomii neo-klasycznej.
Poniżej siedem reguł naszego działania wynikających z obserwacji ekonomii behawioralnej [1].



1. Działania innych osób są znaczące dla naszych wyborów.
Dokonując wyborów obserwujemy co robią inni – jak się zachowują. Często ulegamy skłonności do kopiowania ich zachowań. Czujemy się pewniej i bezpieczniej kopiując te, które wg nas zostaną przez innych zaaprobowane.

„Społeczny dowód słuszności” czy konformizm informacyjny ułatwiają podjęcie decyzji w sytuacjach nowych, mało obeznanych. Kiedy np. przy ograniczonej ilości informacji musimy się zdecydować na jakieś działanie.
Szczególnie ulegamy wpływom osób, które cenimy lub lubimy. Z siłą tego rodzaju wpływu związany jest również kapitał społeczny (rodzaj relacji powiązań w sieciach społecznych oraz wzajemne zaufanie).
Zachowania osób z naszego otoczenia może wpływać na nasze postrzeganie np. tego co jest „modne”, jaki film warto obejrzeć, akcje której spółki kupić i na którym portalu społecznościom wypada założyć konto.

2. Liczą się nawyki.
Często robimy różne rzeczy zupełnie się nad tym nie zastanawiając – bez udziału świadomości. Tego rodzaju przyzwyczajenia trudno zmienić, nawet jeśli wyrażamy taki zamiar.

W wielu sytuacjach nawyki zwalniają nas zupełnie z myślenia lub znacznie redukują wysiłek poznawczy. Rutyna ułatwia życie –przydaje się zwłaszcza w organizowaniu prostych, codziennych czynności. Nawet jeśli otrzymujemy informacje o tym, że inne zachowanie mogłoby się okazać dla nas bardziej korzystne pozostajemy często przy starych, sprawdzonych metodach działania – postępujemy „tak jak zwykle”.
Nawyki trudno zmienić, zwłaszcza jeśli są one utrwalone w dłuższych ciągach przeszłych działań. Wysiłek mentalny lub brak natychmiastowej gratyfikacji okazują się często przeszkodami nie do pokonania.

3. Motywuje nas robienie „słusznych rzeczy”.
W wielu przypadkach pieniądze okazują się czynnikiem demotywującym ponieważ podważają naszą motywację wewnętrzną. Przykład: ktoś może szybko przestać zapraszać przyjaciół na kolację, jeśli zaczną się upierać by za to płacić.

Jeśli jesteśmy przekonani, że robimy coś dobrego lub słusznego, to może to być jedyna i w zupełności wystarczająca motywacja działania. Doskonale o tym wiedzą osoby podejmujące się różnych działań wolontariackich. Pracują dlatego, że uważają cel za słuszny, nie spodziewając się, że ktoś będzie im za to płacił. Podobnie działa wewnętrzne przekonanie odnośnie tego, co należy uznać za sprawiedliwe. Często zasada „bycia fair” każe nam pozbyć się części możliwych do uzyskania korzyści.

4. Nasze wyobrażenia na własny temat wpływają na nasze zachowanie.
Ludzie starają się być konsekwentni - chcą by ich zachowania były zgodne z wyznawanymi wartościami i podejmowanymi zobowiązaniami.

Mamy ukształtowane wyobrażenia na temat własnych zachowań oraz na temat tego, czego prawdopodobnie spodziewają się po nas inni. Podejmując wybory staramy się dopasować nasze działania do tych wyobrażeń.
Zgodność zachowań z wyobrażeniem na własny temat działa również silnie w przypadku gdy inni są świadkami, kiedy wyrażamy nasze postanowienia co do podejmowanych zamierzeń.
Publiczne wyrażenie deklaracji działa motywująco, a konsekwencja i chęć pozostania w zgodzie z własnym obrazem każą nam podejmować się kolejnych zobowiązań.

5. Odczuwamy awersję wobec potencjalnej straty.
Potencjalna strata wywołuje niechęć, należy więc jej unikać – szczególnie gdy dotyczy tego, co „moje”.

Jesteśmy w stanie wykonać większy wysiłek i podjąć większe ryzyko by uchronić się przed stratą niż po to by coś zyskać. Zawsze chcemy uniknąć straty więc jeśli np. posiadamy akcje firmy, które tracą na wartości będziemy je nadal trzymać (licząc na to, że sytuacja w końcu się odwróci na naszą korzyść).
To co dotyczy nas i naszych potencjalnych strat lub zysków oceniamy inaczej niż to, co dotyczy innych. Większość z nas zażądałaby za skoszenie trawnika sąsiada znacznie większej kwoty, niż ta, którą sami zechcielibyśmy mu zaoferować za koszenie naszej działki.

6. Kalkulacje nie są naszą mocną stroną przy podejmowania decyzji.
Podejmując decyzję często zdajemy się na intuicję - pewne czynniki są przeceniane, innym przypisywana jest zbyt mała waga. Nie potrafimy dobrze oszacować prawdopodobieństwa i zbytnio się obawiamy wydarzeń mało prawdopodobnych. Duży wpływ na nasze ostateczne decyzje ma sposób zaprezentowania nam informacji / problemu.

Szanse osobistego wygrania w loterii oszacujemy na wyższą niż prawdopodobieństwo, że samolot, którym za chwilę mamy polecieć może ulec katastrofie. Podobne mechanizmy żądzą naszą percepcją czasu – szybka i natychmiastowa gratyfikacja wydaje nam się cenniejsza niż nagroda nawet wyższa ale odroczona w czasie.
Sposób zaprezentowania uzyskanych wyników także ma tu duże znaczenie: nawet jeśli matematycznie są równorzędne (strata, zysk, wynik neutralny), za wszelką cenę unikać będziemy straty.
Wierzymy też, że w pewnym sensie kontrolujemy rzeczywistość – jeśli komuś przytrafi się coś złego częściej uznamy to za wynik jego błędu niż przypadkowy zbieg okoliczności.

7. Potrzebujemy czuć się zaangażowani i skuteczni by dokonać zmiany.
Dostarczanie informacji i nagradzanie to zdecydowanie za mało by dokonać zmiany.

Nie znosimy myśleć, że mamy małą kontrolę nad tym co nas dotyczy. Jeśli mamy coś zmienić, to nie może temu towarzyszyć tego rodzaju poczucie beznadziejności.
Nadmiar informacji może działać demotywująco – np. słysząc wokół tysiące informacji o zmianie klimatu wyłączamy się nie widząc możliwości bezpośredniego wpływu na tą sytuację. Podobnie działa zbyt duża liczba opcji wyboru – nawet jeśli dokonany decyzji, to w takiej sytuacji wciąż odczuwamy brak satysfakcji.
Najlepiej działa na nas przekonanie i wiara w tym, że mamy na coś wpływ i partycypujemy czynnie w rozwiązaniu danego problemu.





Tak na marginesie: [1] przetłumaczone fragmenty pochodzą z raportu „Behavioural economics: seven principles for policy-makers”; Theoretical new economics #1. Cały raport do pobrania tutaj.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

poniedziałek, 21 lutego 2011

A może tak po Ciemnej Stronie?

Marki próbując przyciągać konsumentów starają się na ogół być miłe, życzliwe, sympatyczne, jednym słowem: POZYTYWNE. Świat taki nie jest. I ludzie na ogół tacy nie są. Czy zatem marki nie błądzą próbując tworzyć sztuczny, wylukrowany zdjęciami stockowymi świat, który nigdy nie istniał i nie istnieje? Czy nie mogłyby częściej zaglądać na Ciemną Stronę ludzkiej natury mówiąc i pokazując to, co negatywne?
Takie pytania zadał sobie Simon Robertson w eseju pt. „I believe that brands should embrace the dark side” zgłoszonym na IPA Excellence Diploma. Oto jego główne tezy.

Ostatnie lata nie przynosiły raczej dobrych wiadomości – ani w wymiarze gospodarczym, ani politycznym, ani środowiskowym. Kolejne katastrofy – polityczne, naturalne, chemiczne, problemy związane ze skutkami kryzysu finansowego, osłabienie europejskiej gospodarki, wzrost przestępczości zorganizowanej – wszystko to tworzy klimat raczej mało pozytywny. W tym samym czasie większość dużych i uznanych marek operuje językiem pojęć, które wydają się w zupełności oderwane od świata realnego i życia, toczącego się za oknem.



Internet i świat „digital” znacznie przyczyniają się do wzmacniania i utrwalania naszych obaw, niepokojów czy uprzedzeń. Polaryzacja opinii, skrajna subiektywność sądów czy możliwość anonimowego wyrażania agresji – czynniki tego rodzaju tworzą doskonałą pożywkę dla deindywidualizacji i dehumanizacji kontaktów. Powstają znakomite warunki środowiskowe dla pojawiania się tego, co Philip Zimbardo nazwał „efektem Lucyfera” – w odpowiednich okolicznościach niemal każdy– prędzej czy później – zmienić się może z potulnego baranka w szuję i oprawcę.

Czym bardziej powszechne staje się korzystanie z internetu / mediów społecznościowych / świata digital – tym częściej spotykać będziemy przejawy budzenia się „wewnętrznych trolli” ich użytkowników – coraz mniej tu rozsądku, szacunku, cierpliwości czy ufności, coraz więcej chamstwa, napastliwości, i zawiści.

Jednak złość, uprzedzenia, frustracja, gniew, pomówienia, agresywna parodia, radykalizm opinii – to nie tylko tonalność kultury cyfrowej, ale przejaw tego, z czym faktycznie obcujemy na co dzień – to jest nasza kultura. Język, jakimi komunikują się z nami marki nijak się ma do tego świata, jest jego zaprzeczeniem i wydaje się zupełnie nieadekwatny.

„Pomocni”, „życzliwi”, „radość”, „troska”, „innowacja”, „zabawa”, „odpowiedzialność”, „bycie na czasie”, „postępowość”, „pomoc”, „nasi klienci”, „więź”, „bliskość”, „razem”, „możliwości”, „najlepsze”, „przyjemność”, „przynależność”...

Czy jest więc sens czynić ludzi szczęśliwymi za wszelką cenę? Może nie tego szukają, może tak jak w kinie – wolą się utożsamiać i sympatyzować ze złym charakterem? Jak mawiał Hitchcock: „Czym gorszy złoczyńca, tym większy sukces”. Obłuda, narcyzm plus dreszczyk emocji – oto czego poszukują przedstawiciele naszego „naczelnego” gatunku – oto cechy zapewniające „skuteczną ewolucyjnie strategię” przetrwania.

Złoczyńcy i monstra – to proste i wymowne symbole, uproszczone siły błyskawicznie przywołujące całe bogactwo informacji. Ciemna strona ich charakterów zapewnia im jednocześnie wysoką wyróżnialność – są INNI, groźni, nieprzewidywalni, ale też intrygujący i pociągający. Są też nam... bliżsi – częściej odnajdziemy w nich własne wady, niż doszukamy się wspólnych cnót w postaciach Wielkich Pozytywnych Bohaterów.

Ciemne charaktery są nie tylko autentyczne i wyróżnialne, ale też aspiracyjne - kuszą spełnionym marzeniem o pełnej wolności – nie podlegają władzy autorytetów, norm moralnych czy społecznych – żyją bez żadnych ograniczeń.



Jeśli więc ktoś zamierza budować markę na Ciemnej Stronie powinien zastosować się do następujących wskazówek Robertsona:
1. Spraw by wściekłość stała się częścią świata twojej marki – korzystaj ze wstydu, gniewu i frustracji.
2. Znajdź uprzedzenia konsumenta.
3. Stań się złoczyńcą albo potworem.
4. Daj upust złości - wyrażaj gniew swoich odbiorców.
5. Dziel i rządź – nie wszystko musi być dla wszystkich...
6. Korzystaj z siły plotki.
7. Ucz się do Złego – ludzi interesują: porno, morderstwa, kpina, histeria, teorie spiskowe itp.

Robertson wymienia kilka przykładów marketingu korzystającego z Ciemnej Strony. Najciekawszym z nich jest chyba postać Michael’a O’Leary – szefa Ryanair.






Tak na marginesie: ...a konsumenci go wprost uwielbiają:



Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

wtorek, 15 lutego 2011

Pstryk! I... znowu nic.

Zobaczyłem. Przeczytałem. Zapomniałem
Ocena ksiązki: 10 (skala 1-10).
Jednym zdaniem: świetne czytadło, inspiruje do przypomnienia sobie lub poznania teorii S. Coveya.


Na temat książki „Pstryk. Jak zmieniać, żeby zmienić” (Switch: How to Change Things When Change Is Hard) C. i D. Heath’ów pisać raczej nie ma sensu bo i tak w najbliższym czasie wiele na jej temat zostanie powiedziane. Doskonale naoliwiona machina promocyjna ruszyła. Książka będzie za chwilę prawdziwym hitem – wpisując się w wartki nurt przebojowych wydawnictw „gladwellopodobnych”.

Nie oznacza to jednak, że tytułu zapoznać nie warto. Warto. Po stokroć warto!
Choćby po to by zwiększyć ilość posiadanej „waluty konserwacyjnej” niezbędnej podczas bizneslunchów, czy przypadkowych spotkań w Intercity – np. z dobrze rokującym prospectem.

Książka napisana została i zredagowana perfekcyjnie - już samo przeczytanie wstępu równać się może zaznajomieniu z całą jej zawartością (wstęp zaś można sobie pobrać zupełnie za darmo np. ze strony Amazon.com i gotowe).

Żaden szanujący się czytelnik oczywiście nie poprzestanie na wstępie, tylko kupi i „skonsumuje” całą książkę. Ja zaś pozwalam sobie na dworowanie ponieważ książkę dostałem w prezencie (Krzysiu, dzięki wielkie!). Inaczej bym jednak zaśpiewał gdybym pozycję zakupił.

Kolejne anegdoty i przypowieści ilustrujące błyskotliwą tezę, że „zmiana, która łatwą nie jest - takąż stać się może, jeśli wiesz, jak jej dokonać, a tu się tego dowiesz” skutecznie przyzywają Morfeusza, który chętnie dokończy dzieła.

I tyle uwag pseudo-recenzenckich bo właśnie zaczynam zieeeeeewać.....

Konieczne warunki zmiany wymienione w „Pstryku” zaklęte zostały w zgrabnej metaforze jeźdźca ujarzmiającego słonia, który wykonać ma ciężką pracę. Chcąc zatem zmienić się / innych / coś:
1. Pokaż jeźdźcowi kierunek – określ jasną wizję stanu docelowego.
2. Daj słoniowi motywację – zaangażuj w zadanie emocje odpowiedzialnych za jego realizację.
3. Zlikwiduj przeszkody na ścieżce – wykorzystaj kontekst sytuacji zmiany.

Inaczej mówiąc: wskaż kierunek, pokaż kij albo marchewkę i dostosuj się do okoliczności. Mówiąc zaś jeszcze inaczej: jeśli chcesz się / innych / coś zmienić, to wykorzystaj serce i rozum i zmieniaj po trochu – zależnie od możliwości.

Po zakończeniu pasjonującej lektury uważny czytelnik odnajdzie skromne stwierdzenie: „Pisząc pstryk, przeczytaliśmy tony książek poświęconych zmianom. Oto kilka naszych ulubionych, wymienionych w przypadkowej kolejności”. Przejrzałem, owszem, kolejność zupełnie przypadkowa. Z tymi tonami to też chyba miała być taka metafora, ponieważ zabrakło tu pewnej ważnej lektury – ba choćby wzmianki na temat pewnego autora, któremu duet winien składać hołd praktycznie na każdej stronie.

Mam na myśli Stephena Coveya, którego teorię wykorzystano jako główną oś wszelkich „pstrykowych” rozważań. Rzecz jest o tyle dziwna, że autorzy bestsellera związani są (i reprezentują) raczej poważne środowiska akademickie, o przeoczeniu więc mowy być nie może – chyba że celowym?
Rodzi się tu pytanie o rolę inspiracji i kwestie związane z zasadami dotyczącymi przywołania źródła. Gdyby bowiem książkę napisał podrzędny grafoman z przysłowiowego Pcimia chcąc zarobić w ten sposób kilka przysłowiowych dolarów, to mniejsza. O Coveyu mógł albo nie wiedzieć i nie słyszeć – lub udawać, że go nigdy nie było – albo np. zrzucić winę na słaby dostęp do internetu szerokopasmowego w miejscu zamieszkania. Jeśli jednak dwóch uznanych dziennikarzy i naukowców odwraca się plecami do dorobku uznanego autorytetu w dziedzinie zmiany to coś tu jest nie tak. I smutno.

Przeczytałbym zatem chętnie kolejną edycję „Pstryka” gdyby rozpoczynała się np. od słów:
„Zarządzanie zmianą pomimo, że sam problem stary jest jak świat - to względnie młoda i wciąż nie w pełni ukształtowana dyscyplina. Zmiana dotyczyć może firm, grup lub jednostek, sposobów organizacji pracy, produktywności, lub tzw. zmiany życiowej. W każdym przypadku zmiana wiąże się z działaniem, a tym samym staje się dziedziną zainteresowania prakseologii czy innych podejść związanych ze skutecznym działaniem. Poruszając się po tak niepewnym i mało zbadanym obszarze - wciąż pełnym wątpliwości, i cechującym się brakiem wyraźnie zarysowanych ram teoretycznych – użyjemy jednej z nielicznych TEORII – dopracowanego systemu pojęciowego, który stanowił będzie podstawę zaprezentowanych niżej badań. Odwołamy się tym samym do dorobku twórcy klasycznej dla nas pracy pt. „Siedem nawyków skutecznego działania” Stephena Coveya".

Następnie (to wciąż jedynie zabawa i fikcja) panowie Heath piszą:

Z teorii Coveya zaadaptujemy model, na który składają się trzy warunki zmiany – ponieważ zgadzamy się z Coveyem, co do tego, że efektywne przekształcenie nawyków istniejących w nowe, zawsze domaga się ich spełnienia:
1. Wizja – ustalanie właściwego kursu, tzw. „przecieranie szlaku” (w naszej nomenklaturze używać będziemy określenia: „wskazywanie jeźdźcowi kierunku”).
2. Pasja – pełne zaangażowanie w dokonywane przedsięwzięcia (w naszej nomenklaturze: „motywowanie słonia”)
3. Dyscyplina – struktura, system wspierające działanie (w naszym nazewnictwie „wyrównywanie ścieżki”.
Co prawda system nasz nie jest tak całościowy i przemyślany jak teoria S. Coveya, jednak postaramy się dowieść, że nasze podejście przysłużyć się może w potwierdzaniu wypracowanych przezeń hipotez - choćby poprzez dostarczenie kolejnych danych empirycznych, a to w postaci bogactwa przeanalizowanych przykładów zmiany.

Mamy nadzieję, że w materiale, jaki zaprezentujemy odnajdziesz również Szanowny Czytelniku potwierdzenie słuszności samych siedmiu nawyków, jako kluczowych kryteriów zmiany. Mamy tu na myśli:
1. Bycie proaktywnym.
2. Zaczynanie z wizją końca.
3. Robienie najpierw tego, co najważniejsze.
4. Myślenie w kategoriach: wygrana – wygrana.
5. Staranie się by najpierw zrozumieć, a dopiero potem być zrozumianym.
6. Wykorzystywanie synergii (współdziałanie, docenianie różnic).
7. Tzw. „ostrzenie piły” (w wymiarze fizycznym, emocjonalnym, społecznym, duchowym).

Wciąż polemiczne wydają nam się tezy zawarte w „8 Nawyku” – kwestia tzw. „powołania” nic naszym zdaniem nie wnosi do samej teorii przesuwając niepotrzebnie jej ciężar znaczeniowy w stronę etycznych, czy wręcz metafizycznych rozważań. Podkreślić jednak pragniemy, że wypracowane przez Coveya tezy - te związane ze sferą praxis niejednokrotnie powrócą na łamach naszej skromnej publikacji.
Stojący na barkach olbrzyma: Chip i Dan Heath”
.

Tak na marginesie: w tym momencie się budzimy. Na kolanach leży otwarta książka pt. „Pstryk...” Wracamy więc do przerwanej lektury.
A poniżej zagadka: czyja to piosenka?



Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

czwartek, 10 lutego 2011

W cieniu mangrowca (Consumer Insight).

„Sobota 15 [XIII]. Rano koło szóstej gwałtowne valamsi [krzyki] na dwa głosy (...). Wstaję o 6.30, łódki odjeżdżają. Idę srać między mangrowy: jedyne okazje, w których jestem w kontakcie z przyrodą! Potem przez wioskę, znowuż sram: wielkie drzewa, liście twarde, politurowe, głębokie cienie na ziemi pokrytej gnijącymi liśćmi. Czuję się fizycznie byczo i to trwa przez cały dzień”. [1]

Bronisław Malinowski zadał sobie niemało trudu podejmując próbę opisania i zrozumienia dziwacznych zwyczajów trobriandczyków. Jak wielki był to trud można się przekonać zaglądając do jego prywatnych notatek i zapisków wydanych w tomie: „Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu”. Warto je mieć pod ręką w trakcie lektury studiów w rodzaju: „Ogrody koralowe i ich magia...” czy innych, wchodzących w skład funkcjonalistycznego opus magnum.

Prowadzenie intensywnych badań terenowych z wykorzystaniem metody obserwacji uczestniczącej (rodzącej się jak widać w bólach) prowadzić miało do pełniejszego rozumienia odmienności innych, ich kultury, a przez to kultury jako takiej i nas samych. Obserwacja uczestnicząca to prawdopodobnie wciąż najlepsza z dostępnych metod gromadzenie wiedzy na temat ludzkich przekonań, wartości, rozumienia zachowań, czy rekonstruowania wzorów leżących u ich podstaw.
Badania etnograficzne już od dawna wykorzystywane są przez marketing i cieszą się rosnącą popularnością. Świadczą o tym kolejne projekty wykorzystujące m. in. obserwację uczestniczącą, która stanowić może ważne źródło wiedzy o konsumentach.

Metoda poza niewątpliwymi zaletami posiada również wady i ograniczenia. Jednym z nich jest fakt, że informacje pochodzące z obserwacji uczestniczącej niełatwo poddają się „obróbce” (np. studia Malinowskiego zawierały zwykle spis licznych „luk”, „uchybień”, wątpliwości, zanotowanych pomyłek interpretacyjnych czy przeoczeń) czy zamianie w formę łatwostrawnych raportów zawierających (często oczekiwaną) jednoznaczność w kwestii rekomendacji „co dalej?”...

Opis i analiza materiału obarczone są subiektywnością i arbitralnością osądu samego badacza a próby standaryzacji – choć teoretycznie możliwe – grozić mogą zamianie samej metody w sprawnie działającą fabrykę trywialnych spostrzeżeń

Metoda jest również niezwykle czasochłonna, wiąże się z wieloma uciążliwościami i początkowy zapał (by np. samemu wybrać się na takie badanie) szybko może się przerodzić w złość, zniecierpliwienie i frustrację. Stanowi to chyba jednak nieodłączny koszt pozyskiwanej w ten sposób wiedzy i należy się pogodzić z tym, że to... część samej metody:

„Rozmawiam wieczór z Billem. Potem idę do wioski Tukwa’ukwa. Pewien opór: nie mogę sobie wyobrazić, co tam będę robił. Zaczynam rozmowę z jednym blokiem [facetem] , potem siadam, grupa drjani zbiera się naokoło mnie. Gadam; staram się rozumieć ich mowę. Potem proponuję kukwanebu [bajkę]. Stara baba zaczyna mówić. Gadają poprzez się. Hałas potworny. Potem jeden facet gada głośno – krzyczy prawie i gada nieprzyzwoite rzeczy na głos. Cała wioska ryczy ze śmiechu. Żarty wciąż kursują i wszyscy śmieją się. – Czuję się trochę wulgarycznie; wracam do domu. Gadamy z Billem. Biorę znów chininę i kalomel”. [2]

Wszystkie te minusy rekompensowane są przez długą listę plusów obserwacji uczestniczącej, a nagrodą i najcenniejszym skarbem, jaki znaleźć można podczas etnograficznej wyprawy np. do „wybranych gospodarstw domowych” może się okazać dobry „insight”. „Insight” to zaś podstawa efektywnej pracy nad innowacją produktową, dobrze zdefiniowaną strategią marki czy założeniami co do sposobów jej komunikowania.

Pojęcie to (‘consumer insight’) jest dziś na tyle ważne (lub niezrozumiałe), że znalazło się już nawet w Wikipedii (rozszerzenie def. słowa "Insight"). Zgodnie z przytoczoną tam definicją (dr Denise Conroy z Uniwerystetu w Auckland?) jest to “bazujące na głębokim rozumieniu postaw i przekonań docelowych konsumentów stwierdzenie, które na poziomie emocjonalnym łączy [markę] z konsumentami wywołując wyraźną ich reakcję (Ta marka mnie rozumie! Oto jak się czuję! – nawet jeśli konsumenci nigdy o tym nie myśleli w ten sposób) i które odpowiednio wykorzystane ma zdolność zmiany konsumenckich zachowań”.

Następnie z definicją jest już tylko gorzej: “Insighty muszą wywoływać zmiany w nawykach konsumenta, co przynosi korzyści twojej marce prowadząc do osiągnięcia marketingowego celu” (wzmianka “citation needed” wydaje się tu bardzo wymowna i całkiem na miejscu...). Próbując zrozumieć pojęcie ‘insightu’ należy jednak przebrnąć poprzez definicję do końca i dowiedzieć się, że insighty mogą pochodzić z różnych obszarów, a na szczególną uwagę zasługują takie możliwości jak:
- wykorzystanie rzeczywistych lub postrzeganych słabości produktów konkurencji (tzw. „performance” lub wartość),
- wynikająca z nastawień albo postrzegana „bariera w umysłach konsumentów” związana z daną marką,
- niewykorzystane przekonanie lub zachowanie / działanie
[Dla ułatwienia dodam, że chodzi najprawdopodobniej o „klasyczną triadę strategiczną”: Konsument – Marka – Konkurencja].

Zgodnie z powyższym insighty są najbardziej skuteczne, kiedy spełniają jeden z poniższych warunków:
- „są nieoczekiwane”
- „wytrącają z równowagi”
- „zmieniają pęd (momentum)”
- „wykorzystywane są poprzez korzyść lub element różnicujący (point of difference), których dostarczać może twoja marka”.
[Tu dla ułatwienia nic nie dodam, bo chyba z założenia łatwo miało nie być].

Przy odrobinie dobrej woli można jednak z definicji powyższej wydestylować odrobinę sensu. Samo słowo „insight” oznacza „wgląd”, „wejrzenie”, „spostrzeżenie”, „zrozumienie”, „pojmowanie” i takie rozumienie „insightu” w zupełności wystarczy. „Consumer insight” to synteza wiedzy o konsumentach. Kropka.

Jeśli wiedzę na temat potrzeb i motywów działań konsumentów można wyrazić w prostej, skondensowanej formie (np. w jednym zdaniu, krótkiej wypowiedzi, w tzw. „pigułce”) to oznacza, że obcujemy z „konsumenckim insightem”.

„Insight” łączy się także znaczeniowo z „olśnieniem”, „iluminacją” „inspiracją” co dodatkowo oznacza, że dana wypowiedź (zawarta w niej myśl) powinna inspirować (np. marketerów, pracujących nad produktem inżynierów, designerów, czy kreatywnych w z agencji reklamowej), „otwierać oczy” i stymulować , pobudzać kreatywność, przez co prowadzić do znajdowania zupełnie nowych rozwiązań.

Przykładem „insightu” będzie więc np. obserwacja, że „duża łyżka nie mieści się w małym słoiczku koncentratu pomidorowego” – obserwacja pozwalająca dokonać „innowacji produktowej” – w tym przypadku większy otwór słoika (chapeaux bas!) lub stwierdzenie, że „mały głód może cię dopaść zawsze i wszędzie” – co pozwala stworzyć ikonę dla długoterminowej komunikacji marki (kolejne chapeaux bas!). Insightem może być wyartykułowanie obserwacji w rodzaju: „faceci lubią oglądać mecz popijając wspólnie piwo” (niby trywialne, ale ciągle użyteczne w reklamie – nie tylko piwa) lub przekonanie, że „podczas jazdy po mieście nie ma sensu zapinać pasów” (przekonanie to można próbować zmienić pokazując w reklamie społecznej krwawe skutki takiej lekkomyślności).

Insight bywa więc zmienny jak kameleon – raz jest opisem stanu rzeczy, faktów, na które być może nie każdy do tej pory zwracał uwagę, innym razem wyraża stereotypy, fałszywe wyobrażenia, czy przekonania niewiele mające wspólnego z „prawdą”. „Prawda” celowo jest tu wzięta w cudzysłów ponieważ poszukiwaczom insightów jej klasyczna arystotelesowska definicja może jedynie w pracy przeszkadzać. Insighty „konsumenckie” w przeciwieństwie do tych „produktowych” (np. inspirujących nowe rozwiązania technologiczne) odnoszą się najczęściej do tego co „prawdziwe” jedynie wg potocznych, wspólnie podzielanych przez większą zbiorowość wyobrażeń. To zaś, że potoczne wyobrażenia na temat tego, „co jest prawdziwe”, najczęściej okazują się zupełnie fałszywe pozostawić można na razie filozofom (którym wg potocznych wyobrażeń „nawet się nie śniło”).

Kulturowe wyobrażenia, stereotypy, „klisze”, „skrypty” czy inne szablony umysłowe stanowią niewyczerpalne źródło insightów ponieważ to zgodnie z nimi ludzie (już nie tylko „konsumenci”...) na co dzień funkcjonują, na nich opierają swoje wybory i przy ich pomocy podejmują decyzje (nie tylko zakupowe).
Przy samej werbalizacji „insightów” (np. poprzez wyrażenie ich w formie prostego zdania, wypowiedzi) przyjmuje się najczęściej perspektywę pragmatyczną (taką jak u C.S. Peirce’a). Ukryte założenie polega na tym, że istnieć musi wyraźny związek pomiędzy myślą, ideą (konstruktem istniejącycm w „umyśle konsumenta”), a praktycznymi konsekwencjami – spodziewanymi skutkami podejmowanych na ich podstawie działań [3]. Wypowiedziane słowa wiążą się tu z postępowaniem, a miarą prawdziwości zdań - ze słów tych utworzonych – staje się codzienne doświadczenie. Przekonania (wiara w ich „prawdziwość”) rodzą się więc z doświadczenia, ale jednocześnie są też podstawą podejmowanych działań (posiadać przekonanie/wiarę = być gotowym do działania). Przyjmując takie założenie insighty (ich wagę znaczeniową, sens i wartość) należałoby oceniać wyłącznie na podstawie analizy konsekwencji praktycznych – poprzez eksperyment, a najcenniejszymi byłyby te, których konsekwencją są zachowania zupełnie niespodziewane - najbardziej zaskakujące.

Peirce wyróżnił cztery metody ustanawiania przekonań (hipotez):
- uporczywość,
- autorytet,
- intuicja a priori,
- metoda naukowa.
Osobiście najbardziej cenił tą ostatnią. [4]

Pragmatyzm odnaleźć można również w etnicznej teorii języka B. Malinowskiego. Funkcją języka nie jest wg niego przekazywanie myśli (znaczeń) ale koordynacja wspólnie podejmowanych działań [5].

Malinowski pisał (1931 r.):
„Uważa się często język za coś zgoła odmiennego od posiadłości materialnych człowieka czy też jego systemu zwyczajów. Pogląd ten częstokroć idzie w parze z teorią, wedle której znaczenie pojmuje się jako jakąś mistyczną treść, tkwiącą w samym słowie, którą przekazuje się za pośrednictwem wypowiedzi z umysłu do umysłu. (...) Znaczenie słów sprowadza się do tego, co osiągają poprzez zgodne działania, poprzez pośrednie oddziaływanie na środowisko na drodze bezpośredniego oddziaływania na inne organizmy”. [6]

Mowa i język są u Malinowskiego sposobem współuczestnictwa we wspólnie podejmowanych działaniach, język tworzy więzi, ale też koreluje z kontekstem sytuacyjnym działania i jego celem. Rozumienie sensu wypowiedzi możliwe jest zatem jedynie przy uwzględnieniu (i rozumieniu) kontekstu sytuacyjnego, czy szerzej: kontekstu kulturowego. Aktywne doświadczenie jest właściwym znaczeniem słów. Słowo jest tu narzędziem działania, „skutkuje”, posiada siłę sprawczą, daje władzę – posiada więc moc magiczną. Skoro słowo = gotowość do działania, to być może również w tym przypadku intencja może być traktowana jako centralna kategoria analizy semiotycznej.

Poszukując insightów należałoby więc spośród dających się opisać przekonań wyławiać te, które mogą być klasyfikowane jako silne i powszechnie podzielane (stabilne, choć niekoniecznie trwałe w długim okresie) stereotypy (schematy myślowe // wierzenia // przesądy), które najmocniej wiążą się z podejmowanymi działaniami. Deklarowana „prawdziwość” (na zasadzie: „tak, zgadzam się z tym, mógłbym się pod tym podpisać”) nie ma najmniejszego znaczenia, jeśli nie idzie z nią w parze zgodność z podejmowanymi aktywnościami. Tym samym zatoczone zostało przysłowiowe koło – poznawanie tego „co myślą i w co wierzą” konsumenci powinno ustępować uważnemu obserwowaniu tego, co faktycznie robią. „Obserwowanie” ich przez lustro weneckie, czytanie raportów z badań czy inne formy zapośredniczone pozbawiają możliwości rozumienia pełnego kontekstu ich działań – ten dostępny jest jedynie poprzez uczestnictwo np. w „zrytualizowanych grach” jakie na co dzień podejmują. Jedyną sensowną formą dogłębnego poznawania konsumentów pozostaje więc odrzucenie perspektywy obserwatora „innych” i pełne utożsamienie.
Kto jednak zajmie się wtedy marketingiem?

Tak na marginesie:
[1] Zeszyt trobriandzki, grudzień 1917 w : Malinowski Bronisław, Dziennik w ścisłym znaczeniu tego wyrazu. Oprac. Grażyna Kubicka, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008, s. 511.
[2] Tamże, s. 501.
[3] Historia filozofii XX wieku, Nurty, t. 1; Tadeusz Gadacz, Znak, Kraków 2009, s. 240.
[4] Tamże, s. 242.
[5] Zob. Standardy semantyczne w gramatyce komunikacyjnej, Aleksy Awdiejew, w: Gramatyka komunikacyjna, pod red. A. Awdiejewa, Wyd. PWN, W-wa – Kraków, 1999. s. 38
[6] Kultura, Bronisław Malinowski, w: Malinowski. Wybór pism – pod. red. A. K. Paluch, Wiedza Powszechna 1983, s. 135-136.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

czwartek, 3 lutego 2011

Dysputacja w Lewartowie (badanie mocno amatorskie)

13 stycznia 1592 rozpoczęła się w Lewartowie dwudniowa dysputa religijna. Jej organizatorem i pomysłodawcą był katolik – Mikołaj Firlej, adwersarzami teologiczne-filozoficznego sporu przedstawiciele Braci Polskich oraz jezuici.

Osobami, które wzięły udział w dyspucie byli:

Katolicy:
• ks. Adrian Radzimiński (teolog, jezuita)
• Marian Łaszcz (katolik)
• Mikołaj Firlej (wojewoda krakowski)

Reformatorzy:
• Marian Czechowic (arianin)
• Erazm Otwinowski (arianian ?)
• Faustyn Socyn
• Wojciech z Kalisza
• Grzegorz Jankowski (kalwin, minister zboru w Lewartowie)
• Franciszek Jezierski (duchowny zboru kalwińskiego w Kurowie w latach 1581-1595)

Prawdopodobnym celem dysputy było „ustalenie ogólnych zasad dogmatycznych wynikających z nauki chrześcijańskiej oraz obrona danego wyznania przed zarzutami przeciwników”. Dysputa miała podobno bardzo burzliwy przebieg i wg niektórych zakończyła się „klęską innowierców” . Jeden z uczestników obrad stworzył nawet dokument pod tytułem „Pogrom Lewartowski”.

Dysputa nie jest pierwszym ważnym spotkaniem o charakterze religijnym jakie miało miejsce w Lewartowie. Dwanaście lat wcześniej, w roku 1580 odbył się tu wielki zjazd kalwinów i luteranów (Czechowicz i Socyn byli uczestnikami tego synodu). Celem zjazdu było uzgodnienie dogmatów religijnych (kalwini – dyteiści - unitarianie). Protesty jednak wywołało pojawienie się na sali arian przez co miało przeszkodzić dojściu do porozumienia (wg. Lulka).

(Jest to okres - lata 80-te XVI w. arianie w dużej mierze rezygnują z wielu radykalnych zasad i zaczynają zabiegać o zdobycie szerszych wpływów politycznych – zaczynają się też utwierdzać w przekonaniu, że organizowanie szkół dostosowanych do postulatów wychowawczych szlachty mogłoby im zapewnić większą popularność)

Synod ten zakończył się dużym niepowodzeniem kalwinów i stał się punktem zwrotnym upadku popularności zborów kalwińskich .

Lewartów (obecnie Lubartów) w czasach dysputy
Założyciel miasta – Piotr Firlej w 1549 roku ufundował miastu kościół rzymsko katolicki. Przeszedł jednak niebawem na kalwinizm, a kościół przekazał współwyznawcom, zbudował również kalwińskie szkoły.

Kiedy ponad 40 lat później jezuici i arianie toczą filozoficzne polemiki Lewartów przeżywa lata swojego najlepszego rozwoju. Posiada również specyfikę, na którą bez wątpienia wpływa osobowość właścicieli - Firlejów. To właśnie dzięki ich staraniom w mieście powstają murowane kamieniczki, a do Lewartowa ściągają osiedleńcy zachęcani nadawaniem przywilejów, czy np. pozwoleniami na wycinanie przez mieszkańców z pobliskiego lasu drzewa na budowę domów.

W roku 1560 przybywają do Lewartowa różnowiercy – np. Holendrzy i i wypędzani z kraju za kalwińskie wyznanie Flandryjczycy. Posiadają oni doświadczenie w „mechanice i hodowli wołów”. W mieście powstaje pałac i rozległy park (M. Firlej z D.).

Z inicjatywy tego samego F. powstaje książka „O sprawie, sypaniu, wymierzaniu i rybieniu stawów” (1573). Z zagranicy sprowadzeni zostają stolarze (1571) i bednarze, kowale, cieśle, szewcy i kuśnierze (1580).

Organizator dysputy Mikołaj Firlej herbu Lewart (zm. w 1601 r.) od ojca otrzymał starostwo kazimierskie (1562) a od króla przylegające doń wsie: Zawadę i Rogalów (1567 r.). Od młodości człowiek zamożny i uprzywilejowany. Odbywał zagraniczne podróże (z Marcinem Leśniowolskim – późniejszym kasztelanem podlaskim). W domu, duży wpływ wywarła nań matka – gorliwa katoliczka wszczepiająca zasady wiary katolickiej Mikołajowi wbrew jego ojcu – kalwinowi.

W 1569 Mikołaj udaje się do Włoch (Bolonia, Rzym,) gdzie oddaje się lekturze Stanisława Warszewickiego i Piotra Skargi. Pod jej wpływem potajemnie przechodzi na katolicyzm.

W Bolonii M. Firlej poznaje przyrodnika Ulikssesa Aldrovandiego. Spotkanie to przerodzi się w przyrodniczą pasję Firleja. Po powrocie do Polski, wraz z uczniem swojego mistrza Marcinem Foxem (lekarz domowy Firlejów) Firlej dokona wykopalisk w Kazimierzu nad Wisłą (1569), dzięki którym odkryte zostaną szczątki prehistorycznych zwierząt .

W 1570 zostaje posłem na sejm z woj. lubelskiego, dwa lata później z krakowskiego. W czasie 1-go bezkrólewia stoi pod rozkazami ojca. Choć sam jest katolikiem podpisuje konfederację warszawską o desydentach.
W latach póżniejszych bardzo zbliży się z Zamojskim (przez sprawę S. Zborowskiego)

Schola Levartoviana
Mikołaj Firlej z Dąbrowicy (zm. 1588) wojewoda lubelski – wódz różnowierców małopolskich. Wychowany w kalwińskiej atmosferze. Później protektor kalwinów małopolskich. Założył w Lewartowie zbór kalwiński i szkołę, do których sprowadzał znakomitych nauczycieli. Firlej rozwija także Lewartów. Buduje tu m. in. pałac i zakłada włoskie ogrody.

Firlej był postacią wybitną i zaangażowaną w kwestie wyznaniowe. Korespondował ze szwajcarskimi reformatorami – Simlerem, Zwingerem, Bezą, biskupem pomezańskim Janem Wigandem. Pozostawał też w kraju w zażyłych stosunkach ze Stanisławem Sarnickim i Janem Gorajskim. Od Simlera pożyczał książki i sam informował go o księgach różnowierczych – np. Budnego.

Uczony i słynący z dobrej wymowy nazywany jest przez Paprockiego „alter Cicero”. To właśnie z jego polecenia Jan Januszowski przygotowuje do druku słynne „Statuta”. Firlej pozostawał też w zażyłych stosunkach i był jednym z protektorów Jana Kochanowskiego. Poeta poświęca mu nawet jedną z elegii i dwie fraszki. F. zachęcał również Kochanowskiego do publikowania fraszek.

„Mało na tym, że moje fraszki masz pisane
Lecz je chcesz, Mikołaju mieć i drukowane”

Do Mikołaja Firleja

Ministrem zboru założonego w Lewartowie był Jakób Bitinius z Krasnegostawu, rektorem szkoły po 1580 był Samuel Wolf – kalwin z Jeleniej Góry (Hirschberg), znany „poeta laureatus”, po nim zaś Stanisław Pietrzycki. Szkoła kalwińska nie odgrywa poważniejszej roli i upada po śmierci F. - protektora w 1588 .

To jednak właśnie dzięki opiece Firleja nad szkołą – w przyszłości Lewartów stanie się jednym z głównych ognisk pedagogicznych i ważnym ośrodkiem ruchu reformacyjnego.

Dzięki inicjatywie Firleja (F) w roku 1580 organizowany jest w Lewartowie synod. Celem tego zjazdu było doprowadzenie do zgody pomiędzy kalwinami, dyteistami i unitarianami. Na synod zjeżdża się 150 ministrów (Sarnicki, Farnowski, Niemojewski, Czechowicz, Socyn). Synod kończy się porażką kalwinów.

Firlej oddany był sprawom wyznaniowym. To dzięki niemu do herbu Lewart przez cały ród Firlejów został w roku 1581 przyjęty znany kalwin, sekretarz król. Krzysztof Trece. Pod opieką F. doszło również w roku 1581 do dysputy Kaliszczyka z jezuitą Radzimińskim.

Żoną Firleja była arianką – Anna Sierzchowska. To właśnie za jej sprawą F. daje schronienie arianom w Lewartowie. Zakładają tu własną szkołę na czele której staje Wojciech z Kalisza (Kaliszczyk, Kalissius, Kalizyjusz).

Lewartów po śmierci Firleja obejmuje w posiadanie Mikołaj Kazimierski – gorliwy arianin ożeniony z Elżbietą Firlejówną (córką Mikołaja). To właśnie dzięki religijnym przekonaniom nowego właściciela szkoła kalwińska zostaje przekształcona w 1588 w szkołę ariańską (działać będzie przez dziesięć lat, od 1588 do 1598 roku).

Rektorem zostaje Wojciech z Kalisza kształcony w gimnazjum Sturma (w latach 1538-81 był kierownikiem szkoły w Strasburgu alzackim).

Poglądy Wojciecha z Kalisza na temat celów nauki szkolnej zawarte zostały w dziele pt. „Schola Levartoviana” (1588, wyd. II w Rakowie w 1593 r.). Na pracę złożyły się: wiersz grecki i łaciński do Zoila; dwanaście listów adresowanych do kazimierskiego oraz słynny jako prawa szkoły lewartowskiej - Regulamin . Cel szkoły zawarty został w maksymie: „Sapiens atque elaquens pietas”. Rozumna i wymowna pobożność prowadzić ma bowiem do wiedzy, znajomości języków i opanowania piękna wymowy .
Podobnie jak u Sturma. program nauki szkoły został przez Kaliszczyka opracowany w formie listów kierowanych do nauczycieli i wprost do uczniów klasy V. Nauczycielami kolejnych klas byli:
- Sokołowski (kl. I)
- Pabianowski (kl. II)
- Brellius (kl. III)
- Wojdowski (kl. IV)
- Kaliszczyk (kl. V)
(nauczycielem muzyki był Roscius)

Organizacja i program szkoły oparte zostały na opracowanym przez Sturma programie pięcioletniego gimnazjum. Jednak scholarchowie lewartowscy nie tylko przejmowali się ważnym dla Sturma szerzeniem „mądrej i wymownej pobożności” ale podjęli próbę zaszczepienia młodzieży dobrych i zdrowych obyczajów oraz nauczania jej zasad przemawiania na tematy polityczne . Naukę wymowy wiązano więc raczej ze świecką doskonałością moralną [!!!]. Nauczanie religii ograniczono do lektury biblii i śpiewania psalmów. Nie był to główny cel nauczania (jak w innych szkołach okresu reformacji).

Miejsce religii zajmuje w szkole częściowo nauka etyki świeckiej. Jak wyraził to W. z Kalisza, ta „zawiera w sobie źródło wszystkich praw i uczy dobrze, uczciwie oraz mądrze żyć’ .

Obok etyki do szkoły wprowadzona zostaje ekonomia. Podobnie jak w Zamościu ma ona uczyć racjonalnego gospodarowania i zarządzania majątkiem prywatnym. Nad przedmiotami tymi góruje jednak polityka. Za Arystotelesem powtarzał Kaliszczyk, że „Człowiek jest stworzeniem politycznym”. Polityka miała być konieczna do wyjaśniania zasad życia codziennego oraz wskazywać na sposoby zarządzania państwem. Wszystkie inne nauki winny jej więc być podporządkowane by mogła im wyznaczać zasady i przyporządkowywać prawa.

Nauka prawa mającego znaczenie dla państwa i politycznych działań również stanowiła ważną część programu szkoły. Prawo wykładane było w szkole przez Poëtvina. Wytycznych udzielał mu Kaliszczyk wskazując by mówić nie tylko o prawach państwowych, ale również o prawie natury.

„Ogólne wnioski płynące z pobieżnej nauki prawa radził Kaliszczyk, pod wpływem wyczulonej na krzywdy społeczne ideologii ariańskiej ujmować w trzy główne zasady: żyć uczciwie, nie robić nikomu krzywdy, oddawać każdemu, co mu się należy”.

Obok polityki bardzo ważne miejsca zajmowała również retoryka (nie była jednak aż tak istotna jak w szkołach Sturma). Dialektyka i zasady gramatyki nadawały retoryce lewartowskiej polityczny charakter. Służyła ona do wygłaszania przemówień politycznych. Retoryka była na tyle istotna, że wizytowanie lekcji tego przedmiotu Kaliszczyk zlecił protektorowi i mecenasowi szkoły (Mikołajowi Kazimirskiemu), który był przecież magnatem, i świetnym mówcą sejmowym.

Oryginalnym w ówczesnych czasach rozwiązaniem szkoły było swego rodzaju równouprawnienie łaciny i języka polskiego oraz niemieckiego (używali go Niemcy mieszczańskiego pochodzenia) [jak to się ma do regulaminu szkoły, który stawia nacisk wyłącznie na mówienie po łacinie?]. Jednak głownym językiem nauczania była łacina.
Szkoła stawiała na pragmatyzm. Kaliszczyk sam podkreślał użyteczność wszystkich wykładanych przedmiotów by zredukować w ten sposób powszechne w tych czasach obawy, że szkoły nie uczą niczego przydatnego. Najwyższym celem działań szkoły miał być pożytek publiczny. Argumentów tych używał Kaliszczyk nawet dla celowości nauczania fizyki, która zgodnie z def. Arystotelesa rozumiana była jako nauka o niebie, ziemi i morzach, oraz wszystkich rzeczach stworzonych i tych, które poznaje się oczyma oraz innym zmysłami .

Nie chcąc przeciążać programu szkoły zrezygnowano z medycyny, arytmetykę zaś wykładano w postaci czterech działań i reguły trzech. Kaliszczyk podkreślał również pożytki płynące ze znajomości astronomii, astrologii, a poczucie muzyczne dawało wspólne śpiewania pieśni i Psalmów.

Wykaz wszystkich przedmiotów nauczania w szkole lewartowskiej obejmował więc następujące przedmioty:
1. Religia.
2. Etyka.
3. Ekonomia (ekonomika).
4. Polityka.
5. Nomika.
6. Fizyka.
7. Medycyna [bardzo ograniczona?].
8. Nauki matematyczna: arytmetyka, astronomia i astrologia oraz geometria, muzyka i architektura.

Pomimo wielości nauk ścisłych dominować zdawał się jednak duch humanistyczny i Cicero – mówca, moralista i patriota.

Kaliszczyk dbał by uczniowie szkoły nie marnowali czasu i kładł nacisk na karność i systematyczność (frekwencja, punktualność, nauka, aktywność ucznia). W 1593 wprowadza nawet surowy regulamin, w którym jako dosyć ważny środek wychowawczy znajduje się chłosta. W dokumencie między innymi przeczytać można:

„Kto bez wiedzy nadzoru domowego lub rodziców czyni niepotrzebne wydatki, kto sprzedaje ubranie, zostawia książki lub jaki sprzęt, aby pofolgować łakomstwu, kto zabiera cudze rzeczy, swoje przetraca, dowodzi, że należy do nicponiów i darmozjadów, których się publicznie karze, którzy na swą rodzinę szpetną hańbę ściągają, a rodzicom najcięższy smutek sprawiają: aby do tego nie dopuścić, mają być rózgami karani”.

[Surowy regulamin szkoły zostaje wprowadzony rok po dysputacji z 1592. Czy postawa Kaliszczyka zaczęła się radykalizować po porażce w dyspucie?].

Sposób organizacji szkoły i postawa Kaliszczyka wobec celów szkolnictwa miałaby być wypadkową nacisku szlacheckiej opinii publicznej domagającej się już od pewnego czasu by szkoła przygotowywała młodzież do przyszłej pracy publicznej w różnych urzędach. Uwzględnienie postulatów szlachty przyczyniło się do rosnącej popularności szkoły.

Lubartów zaczyna przyciągać studentów z Korony i Litwy ale też z Rygi i Dorpatu, nawet z Kurlandii i Inflant [?]. Do szkoły ciągną zarówno szlacheccy synowie rodzin katolickich, jak i różnowiercy. Kaliszczyk jest postacią na tyle magnetyczną, że niektórzy chcąc u niego studiować rezygnują z Akademii Krakowskiej, w której panuje wówczas (Lulek) scholastyczne zacofanie w stosunku do nowych prądów humanistycznych. Jednocześnie poziom szkół katolickich jest wówczas ogólnie dosyć słaby.

Szkołą lewartowska upada wraz ze śmiercią utrzymującego ją protektora M. Kazimirskiego w 1597 roku. Kazimierski – dumny magnat i mówca w ostatnim roku życia nawraca się na katolicyzm w czasie ciężkiej choroby, podczas pobytu w Warszawie. Tu wyrzeka się heretyckich błędów i w obecności zaproszonego ks. Piotra Skargi wyraża przed śmiercią życzenie by pochować go w Lenartowskim kościele, który każe przekazać katolikom .

Po śmierci mecenasa Kaliszczyk nie znajduje poparcia u katolickich spadkobierców Kazimierskiego. Z Lewartowa przenosi się do Lusławic (Lucławic?) w Małopolsce nad Dunajem, gdzie była szkoła ariańska. Jeszcze w roku 1600 jest tam rektorem. Wojciech z Kalisza umiera w 1601 roku.

Po upadku szkoły ariańskiej starszyzna ariańska decyduje się na otwarcie zatrudniającej pięciu stałych nauczycieli szkoły średniej – pięcioklasowej w Rakowie (1603). (Nie była to bynajmniej akademia, jak często się sądzi .)

W szkole Rakowskiej oryginalnym rozwiązaniem było wprowadzenie obowiązku pracy fizycznej, co miało uczyć pracy w konkretnych zawodzie rzemieślniczym. Jeśli była to prawda, to najprawdopodobniej pracę taką wykonywali wyłącznie uczniowie wyznania ariańskiego i to raczej ci niższego pochodzenia.

Z rad Wojciecha z Kalisza korzystał również Jan Zamojski zakładając Akademię w Zamościu. Kaliszczyk cenił sobie Cicerona i Erazma z Rotterdamu. Był znawcą języka polskiego, greckiego i łaciny.

Analogiczną do szkoły w Lewartowie, była szkoła w Toruniu [??????]. Była też wybitnym osiągnięciem szkolniczym przed wystąpieniem Stanisława Konarskiego.

Przebieg dysputy lewartowskiej

Zgodnie z relacją działacza ariańskiego Jana Niemojewskiego (1530-1598) (Krótkie, a prawdziwe…), który był wówczas członkiem lubelskiej gminy Braci Polskich, dysputę sprowokował jezuita Radzimiński wysyłając z Lublina swoim przeciwnikom - Kaliszczykowi oraz Grzegorzowi Jankowskiegemu - jak to wówczas praktykowano tezy dyskusyjne.

Dyskusja musiała być ważna lub atrakcyjna ponieważ przyciągnęła spore grono zainteresowanych, którzy chcieli obserwować retoryczną szermierkę jezuitów i przedstawicieli ruchów reformacji. Z jednej strony można było wysłuchać używanych przez strony argumentów, z drugiej zaś oceniać ich zachowanie podczas wystąpień.

Wg Niemojewskiego jezuici od początku próbowali zagłuszyć argumenty adwersarzy śmiechem, przymówkami oraz złośliwymi komentarzami. Niemojewski ocenia że była to, próbna poszukiwania poklasku i przypodobania się publiczności, co miało zastąpić brak argumentów i samej chęci by z debaty uczynić sposób poszukiwania prawdy.

Miało się to okazać taktyką nieskuteczną i zgodnie z relacją Niemojewskiego następnego dnia jezuici nie zamierzali kontynuować pojedynku. Wróciwszy do Lublina odśpiewali Te Deum laudamus (Ciebie Boże chwalimy) i zaczęli rozpuszczać pogłoski o pokonaniu przeciwników.

Jezuici mieli szkalować Kaliszczyka, Jankowskiego oraz Jezierskiego i samego Niemojewskiego jakoby nie potrafili oni podczas dyskusji przywołać żadnych sensownych argumentów opartych na Piśmie. Wg relacji jezuitów Wojciech z Kalisza miał się wręcz wyprzeć swojej wiary i kajać przed nimi... CDN

Tak na marginesie: przypisy i bibliografia w opracowaniu. Do zainteresowanych tematem- prośba o korekty.

Creative Commons License
Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: