Na początek Žižek przytacza starą anegdotę dysydentów partyjnej nomenklatury. Dowcip o Mongole gwałcącym kobietą na oczach jej męża – ubogiego chłopa, na środku zakurzonej drogi (realia; Rosja XV w.) ilustrować ma żałosną daremność ich protestów.
Idąc za pointą dowcipu (którego nie przytaczam w całości by nie psuć całej przyjemności) Žižek zauważa:
„...w naszych społeczeństwach krytycznym lewicowcom dotąd udawało się tylko trochę pobrudzić jaja tych u władzy, podczas gdy naprawdę chodzi o to, by ich wykastrować.” (s. 17)
Następnie autor zdaje się podążać tropem Ojców Kościoła. I można odnieść wrażenie, że dokończy dzieła niczym niejaki Orygenes. Wiara w zbawczą moc właściwie zrestaurowanego komunizmu to intelektualnie wyrafinowana, przebiegła i bez wątpienia pełna gnostyckich uniesień, wciąż jednak AUTO-KASTRACJA.
Poszukiwanie projektu alternatywnego dla ideologii kapitalistycznej wydaje się terapią jałową. Jej skuteczność przypomina parodiowane przez Woodego Allena wizyty u psychoanalityków. Być może kozetka jest miękka i wygodna, ale klient prędzej czy później zażąda zwrotu pieniędzy.
„...fetysz jest ucieleśnieniem Kłamstwa umożliwiającym nam podtrzymanie niemożliwej do zniesienia prawdy.” [3]
Ponieważ za kupioną i „zużytą” książkę nikt mi już raczej pieniędzy nie zwróci, pozostaje próba postracjonalizacji konsumpcyjnych popędów. Konsumpcjonizm to w końcu wyraz pełnej wolności – czy też jak to negatywnie definiuje Žižek: brak zewnętrznych przeszkód dla wewnętrznych skłonności.
I w tym akurat można się z nim w pełni zgodzić.
Dokonując zatem wglądu we własne skłonności wewnętrzne odkrywam, że fetyszem są dla mnie książki – Žižka zaś w szczególności. Smutna to i gorzka konstatacja. Podobnie jak to, że człowiek człowiekowi kapitalistą jest i takowym zdaje się pozostanie. Bo co do samego kresu historii to w meczu Fukuyama vs Žižek ten pierwszy wygrywa przez nokaut - z czego pokonany uczynić zapragnął moralne zwycięstwo.
Dobrze to co prawda brzmi (MORALNE ZWYCIĘSTWO!), ale nad zwycięzcą takim można się co najwyżej pochylić.
Co i tak pewnie niewielu dziś czyni.
I w tym chyba szkopuł cały. W tych niewielu. Bo niewielu już dziś pewnie obchodzi czym jest ten „szkopuł” i skąd się wziął (bo chyba nie z Niemiec?).
Trzymając się zatem niezręcznej metafory szkopułu - niczym ten (którego niewielu się pewnie domyśla), co kurczowo uchwycił się konaru figowca – rzec by można, że Žižek leje obficie wodę, by następnie połkać ją haustami (a sam „haust” ponoć z języka żeglarzy – i jak tu nie wierzyć w przeznaczenie?).
„Ideologiczną wersją kapitalizmu, który sprawuje hegemonię po obecnym kryzysie jest ‘społecznie odpowiedzialny’ ekokapitalizm. [...] Współpraca z pracownikami, ich współuczestnictwo, dialog z klientami, szacunek dla środowiska, przejrzystość umów biznesowych – to teraz klucze do sukcesu”. [1]
Czary mary i wszyscy zostali zamienieni w świnie – poza przebiegłym Žižkiem rzecz jasna.
Cóż go jednak cudownie uchroniło?
Kto mu dał magiczne ziele?
Czy to nie ten, który oszukiwać potrafił już w kołysce?
Ten sam. Patron kupców i złodziei.
(i w tym momencie przestaje być HERMEtycznie)
„Kto twierdzi, że istnieje naturalny związek między kapitalizmem a demokracją. Przekłamuje fakty w ten sam sposób jak Kościół katolicki, kiedy przedstawia się jako obrońca demokracji i praw człowieka wobec zagrożenia totalitaryzmem...” [2]
Lewicowa krytyka kapitalizmu przypomina perwersyjne widowisko przeznaczone dla zamkniętych klubów współczesnej inteligencji (wstęp tylko dla wybranych członków i członkiń).
Być może w tym szaleństwie jest jakaś metoda? Jeśli to właśnie małe wspólnoty - a nie wielbiące teleturnieje i demokrację tłumy – miałyby się okazać antidotum na zupełną degenerację ludzkiej natury. Sensownym uzupełnieniem stawałby się wówczas skromny zestaw tradycyjnych wartości.
Legalne związki partnerskie homoseksualistów legalnie adoptujących dzieci nijak się jednak w takim modelu nie zmieszczą.
Chyba, że lektura Žižka po-zbawiać ma przysłowiowych jaj.
Jeśli jednak na tym miałby polegać podstępny geniusz lewicowego intelektu, to faktycznie nastąpił koniec historii.
I może już lepszy ten cały kapitalizm?
Tak na marginesie: chłop się śmieje do rozpuku, a Mongoł babę wychędożył.
Słownikowa definicja pojęcia „doświadczenie” słowo to wiąże z procesem nabywania wiedzy i umiejętności na podstawie własnych obserwacji i przeżyć. Co ciekawe historia tego pojęcia w języku polskim splata się z historią staropolskiej „eksperiencji” słowa związanego z „eksperymentem”. Doświadczanie to również praktykowanie, badanie jakiegoś przedmiotu, sprawdzanie i testowanie założeń oraz gromadzenie na tej podstawie pewnej mądrości.
Kiedy mówimy o doświadczeniu życiowym ma to zazwyczaj wydźwięk negatywny („doświadczony przez los”, „wiele w życiu doświadczył”) w języku marketingu słowo to nabiera jednak pozytywnego wydźwięk. „Brand experience” powinno wiązać się wyłącznie z przyjemnymi doznaniami i przeżyciami konsumentów. Praktyka marketingu oddala się w tym przypadku od praktyki życiowej – tendencja by idealizować rzeczywistość potrafi czasem skutecznie fałszować jej obraz.
O doświadczaniu marki mówi się najczęściej w kontekście aktualnego kontaktu, chwilowych impresji związanych z przebywaniem w zasięgu jej oddziaływania (konsumowanie, odbiór elementów opakowania, percepcja reklamy). Wydaje się jednak, że o prawdziwym doświadczeniu można mówić dopiero w przypadku, kiedy powstaje długotrwała, wymagająca czasu relacja: marka – konsument. Tylko wówczas obietnice marki mogą być poddawane wielokrotnej weryfikacji, a konsument ma prawdziwą okazję „przetestować” ją i sprawdzić wiarygodność w różnych okolicznościach i kontekstach.
Chcąc zilustrować omawiane zjawisko posłużę się sprawdzonym wielokrotnie (właśnie poprzez doświadczenie) międzynarodowym modelem BAV (BrandAsset Valuator) stworzonym między innymi w celu testowania hipotez co do sposobów w jaki rozwijają się marki.
Model BAV opisuje markę na czterech wymiarach – tzw. filarach, które prezentują swoiste rankingi marek (skala percentylowa) w odniesieniu do głównych składowych jej kondycji. Pierwszy filar – Differentiation obrazuje unikalność i wyjątkowość tego, co marka dostarcza odbiorcom. Wyróżnialność (Differentiation) związana jest wysokością realizowanej marży - konsumenci skłonni są „przepłacać” za rzeczy wyjątkowe. Markami o najwyższej wyróżnialności były wg Polaków w roku 2010... (czytaj cały artykuł).
Iwan Iwanowicz orbitę ziemską okrążył w marcu 1961 roku na pokładzie statku Wostok 3KA-2.
A działo się to trzy tygodnie przed słynnym lotem Jurija Gagarina Towarzyszem podróży pierwszego kosmonauty w dziejach ludzkości był kundelek Zwiezdoczka.
Na początku lat 90-tych Iwan Iwanowicz wystawiony został na aukcję.
Był manekinem.
Ostatnim utworem na płycie „Wysocki – Maleńczuka” jest „Ballada o manekenach”. Trwający nieco ponad dziesięć minut song to prawdziwa perełka. Świetny aranż (miejscami jak Procol Harum) i brawurowe wykonanie przez Psychodancing to właściwa oprawa dla tego co najważniejsze – tekstu.
Maleńczuk wyśpiewuje wszystkie 21 strof manekinowego eposu, podczas gdy większość z nich ginęła zwykle pod nożycami cenzorów.
Kilka zwrotek „Manekinów” Wysocki wykonał w filmie Michaiła Szwejcera z 1975 roku pt. „Ucieczka Mr. McKinleya” (Бегство мистера Мак-Кинли). Bohaterem tej radzieckiej super-produkcji science-fiction, której akcja dzieje się „gdzieś na Zachodzie” jest account z agencji reklamowej, który za sprawą chemicznego specyfiku odbywa jednokierunkową podróż w czasie (motyw pojawiający się w swojskiej Seksmisji).
Zgodnie z miejską legendą słowa wszystkich piosenek do filmu Wysocki napisał w niecały tydzień.
Może większość napisał dużo wcześniej?
Pierwszym człowiekiem na ziemi był manekin.
Tak rozpoczyna się ballada legendarnego barda i jeśli porównamy jego zeznania z zapisami Starego Testamentu czy fragmentami mitologii sumeryjskiej, to trudno pieśniarzowi nie przyznać racji.
Do wyjaśnienia pozostaje jedynie kwestia czy Bóg stworzył pierwowzór manekina na własne podobieństwo?
Chyba nie, zważywszy, że gliniany człowieczek troszczyć się miał głównie o dostarczanie bogom pożywienia.
Nie „człowiek” ale właśnie „człowieczek” – takie znaczenie zawarli Holendrzy w słowie mannekijn – dosłownie: “mały człowiek, figurka”. W nieco zmienionym znaczeniu słowa mannequin używali francuscy artyści – określając tym mianem sztuczne modele.
Człowieczkowi znudziło się karmienie wiecznie głodnych bogów. Zbuntował się i postanowił wziąć na nich odwet. Dziś sam chce być Twórcą.
Tworzy manekiny.
Może nie tak wymyślne i do końca dopracowane, ale...
„Demiurgos kochał się w wytrawnych, doskonałych i skomplikowanych materiałach, my dajemy pierwszeństwo tandecie. Po prostu porywa nas, zachwyca taniość, lichota, tandetność materiału. (...) To jest (...) nasza miłość do materii jako takiej (...) Demiurgos ten wielki mistrz i artysta czyni ją niewidzialną, każe jej zniknąć pod grą życia. My przeciwnie, kochamy jej zgrzyt, jej oporność jej pałubiastą niezgrabność. (...) Słowem (...) chcemy stworzyć po raz wtóry człowieka, na obraz i podobieństwo manekinu” – pisał Bruno Schulz (prywatnie mocno zafiksowany fetyszysta) w „Traktacie o manekinach”.
Współczesne manekiny są najczęściej wysokie i smukłe. Reprezentują te proporcje ludzkiego ciała, które wydają się najbardziej zbliżone do aktualnych wyobrażeń o ideale. Bo jakby to wyglądało - manekina z obwisłym brzuszkiem albo tzw. „oponką”?
Na twarzach szczupłych manekinów (jeśli w ogóle mają głowy) zazwyczaj nie widać emocji. Te produkowane w U.S.A. po II Wojnie Światowej były znacznie niższe – głównie za sprawą braku materiału – a ich twarze uśmiechały się radośnie witając wracających do domu bohaterów.
Manekiny istniały praktycznie od zawsze – już w czasach faraonów kształtne wieszaki służyły do układania szat i peruk. W średniowieczu dokonywano na drucianych postaciach poprawek krawieckich by nie męczyć i nie drażnić znudzonych warstw wyższych.
Kukły zmieniały się z biegiem czasu, tak jak ludzkie stroje, związane z nimi fanaberie i ambicje.
Manekiny w postaciach zbliżonych do dzisiejszych pojawiły się za sprawą rewolucji przemysłowej. Świat gna do przodu napędzany maszyną parową, rynki zalewają standaryzowane, masowo produkowane dobra – w tym ubrania.
Kiedy na oświetlonych elektrycznością ulicach pojawiają się kolejne sklepowe witryny rozwijających się epidemicznie domów handlowych, za taflami gładkiego szkła ustawiają się coraz liczniej beznamiętni obserwatorzy – teraz już „naturalnej” wielkości (zob. tu).
W 1885 roku powstaje Gems Wax Models – brytyjski dostawca krawieckich modeli. Firma zasypuje rynek europejski a następnie amerykański kolejnymi wzorami manekinów. Woskowy manekin „idealnej piękności z pełnym biustem” (produkowano głównie kobiety) kosztuje 15 dolarów – sporo, jak na ówczesne realia. Modele dostępne w trzech pozach:
- wysunięta prawa stopa,
- wysunięta lewa stopa,
- stopy złączone.
Kosztujące krocie woskowe piękności błyskawicznie zaczynają na siebie zarabiać. Szybko stają się ważną częścią nowej gałęzi przemysłu – „Display” – dziś mówi się „Visual Merchendising”. Powstaje pierwsza książka na ten temat. Jej autorem jest zafascynowany teatrem rasista L. Frank Baul (bardziej znany jako twórca „Czarnoksiężnika z Krainy Oz”).
Manekiny najlepiej pracują w grupie – samotny manekin nie działa tak skutecznie, jak dobrze zaaranżowana kilkumanekinowa kompozycja. Chyba, że jest arcydziełem – np. na miarę jednego z tych projektowanych w latach 60-tych przez Adel Rootstein (dziś marka z jej nazwiskiem).
Ustawianie manekina, odziewanie, dobieranie odpowiedniej peruki czy – jeśli to konieczne – właściwy makijaż to już sztuka sama w sobie.
Manekiny mają się dobrze i jak śpiewa Maleńczuk:
„Nas żywych sto chorób toczy
Nie warto już być człowiekiem
Nadchodzi symbol epoki
Zdrowy i silny manekin”
- Każda reklama – nawet jeśli jej pośrednią funkcją jest wzmocnienie wizerunku marki – ma zawsze ten sam cel ostateczny.
Czy celem tym nie jest po prostu wzrost sprzedaży promowanego produktu lub usługi, a w konsekwencji zwiększanie zysku przedsiębiorcy?
- Pewne reklamy działają lepiej niż inne – są bardziej atrakcyjne i skuteczne pod wieloma względami – np. skuteczniej przyciągają uwagę odbiorców, dłużej pozostają w ich pamięci, ludzie chętniej je oglądają (nawet wiele razy), dużo się o nich mówi, świetnie przekazują obietnicę marki itp.
Skuteczne reklamy sprzedają więcej?
- Istnieje również niewielka grupa reklam o tzw. „emocjonalnym” charakterze, które niezwykle silnie działają na odbiorców pod względem zaangażowania i perswazji. Fenomen tych spotów (to najczęściej reklamy telewizyjne) trudny jest do wyjaśnienia. Marketerzy i agencje reklamowe za wszelką cenę próbują je zrozumieć, „złamać ich kod”, by następnie stworzyć równie skuteczne przekazy.
Chciałbyś poznać ten sekret?
Jeśli przy powyższych punktach trzy razy pomyślałeś „tak”, to witaj w świecie transu – stanu, który i tak dobrze znasz, stanu w który bez trudu możesz wprowadzić się sam np. słuchając odpowiedniego gatunku muzyki.
Rozejrzyj się teraz po pomieszczeniu, w którym przebywasz czytając te słowa i nazwij trzy wybrane przedmioty znajdujące się w Twoim polu widzenia.
Wsłuchaj się w docierające odgłosy i nazwij trzy ich źródła.
Co słyszysz w tym momencie?
A w jaki sposób bije Twoje serce, miarowo?
Jak teraz oddychasz – wolno czy szybko?
Co dzieje się teraz z Twoją prawa stopą? Czy jest chłodniejsza od lewej?
Czy może cieplejsza?
Na której części – tej zewnętrznej czy może wewnętrznej?
Jakie to uczucie kiedy Twoja stopa opiera się o podłogę?
A teraz spójrz na poniższy rysunek i wpatruj się przez chwilę w jego centralny punkt:
Tyle wystarczy.
Zaczynamy.
Przypomnij sobie spot, który – pomimo że minęło już niemal 4 lata od jego pierwszej emisji – wciąż przywoływany jest jako przykład reklamowego majstersztyku. Przez pewien czas na większości konferencji marketingowych, ‘biznes-meetingów’, czy podczas ‘brainstormów’ odbywających się w agencjach reklamowych przykład tej kreacji przywoływano wielokrotnie i w przeróżnych kontekstach. Właściwie był dowodem na... poparcie każdej tezy.
Film wywołał coś w rodzaju zbiorowej histerii – internauci prześcigali się w „informowaniu znajomych” i przesyłaniu linku do spotu w sieci, youtube błyskawicznie zapełniał się kolejnymi, tworzonymi spontanicznie przeróbkami i parodiami. Z każdym dniem rosła nowa legenda reklamy.
Twórcy spotu (agencja Fallon London) pytani skąd w ogóle wziął się tak oryginalny i awangardowy pomysł wyjaśniali to w skromnych słowach: „zamiast wpychać ludziom produkt i tworzyć koleją reklamę, chcieliśmy stworzyć takie ‘okruchy rozrywki’ (entertainment pieces)”.
Tak, chodzi właśnie o TEN spot – 90-cio sekundowy film pt. ‘Gorilla’ reklamujący czekoladowe wyroby pewnej marki.
A teraz obejrzyj go raz jeszcze.
Ale bardzo uważnie...
Co zobaczyłeś?
Na początku, zaraz po wyświetleniu się purpurowej tablicy z tytułem produkcji (czy zauważyłeś przesuwającą się powoli pionową linię?) dostrzegasz fragment futra z gęstych włosów. Następnie widzisz zbliżenie na przymrużone oko i wielkie wilgotne, zwierzęce nozdrza. To nozdrza goryla, ewolucyjnie Twojego bliskiego krewniaka.
Zwierzę unosi głowę, przechyla do tyłu, prostuje kark i przez nozdrza wciąga powietrze biorąc głęboki wdech – złapałeś się na tym, że robisz to razem z nim? Właśnie uruchomiona została najstarsza ewolucyjnie część Twojego mózgu – węchomózgowie (celniej trafić się nie da).
Tak, teraz czujesz się zupełnie rozluźniony i zrelaksowany, zwłaszcza, że słyszysz dobrze Ci znany przebój Phila Collinsa: „In the Air Tonight”. Jeśli jesteś na tyle stary by pamiętać teledysk z początku lat 80-tych przypominasz sobie, że zaczynał się podobnie – od zbliżenia na twarz artysty.
Ponury, nieco psychodeliczny i technologicznie zimny klimat (zasługa brzmienia wokalu zniekształconego przez voice-encoder) i - co ważne w przypadku publiczności anglojęzycznej - osobisty tekst, w którym zawarta jest ponoć jakaś mroczna tajemnica piosenkarza.
Ponowne zbliżenie na nozdrza goryla.
Nijaki, beznamiętny wyraz twarzy – czy raczej pyska. Trudno się domyślić co właściwie dzieje się w jego głowie. Niewiele, albo nic nie zdradza jego emocji.
Chyba, że teraz – ten delikatny grymas, poruszenie wargi...
Goryl przegina kark w jedną i w drugą stronę (wg Ciebie najpierw w prawo czy w lewo?). Nawet tego nie zarejestrowałeś – Twoje gałki oczne wykonały właśnie znaczący ruch...
I niewiele już rejestrujesz. Choć pole Twojej uwagi zostało znacznie zawężone, to jest to uwaga prawdziwa – skupienie i koncentracja na obiekcie.
Od około minuty znajdujesz się w delikatnym transie hipnotycznym.
Powolny odjazd kamery – zwierzę siedzi za perkusją. Jeszcze jedno poruszenie nozdrzami, wdech, jego rozluźnione ramiona lekko unoszą się w górę po czym następuje seria silnych uderzeń w perkusję.
Ocknięcie.
Budzisz się.
Tylko pozornie.
Rytm utrzymuje się. Zahipnotyzowany patrzysz w goryla, chłoniesz dźwięki.
I wchodzisz w coraz głębszy trans.
Twoja przepona pracuje równomiernie. Oddychasz głęboko i bez wysiłku, tlen wędruje do Twojego mózgu, który pracuje teraz tak jakbyś miał zamknięte oczy, „śnił na jawie, lub rozpoczynał medytację. Sygnały elektryczne pulsują pod Twoją czaszką w rytmie fal alfa (8 do 12 cykli / sek.).
Odczuwasz radosną błogość. Ten stan mógłby trwać, i trwać i trwać...
A przed Twoimi oczami obraz, który mocno utrwalony będzie Ci się kojarzył z tym właśnie stanem. Kiedy zjesz czekoladkę przywołasz go. Czekolada jest przecież depresantem (nie daj się zwieść tej nazwie) – hamuje procesy w układzie nerwowym, a w konsekwencji wprowadza Cię w stanu ulgi – przynajmniej chwilowo.
Tak działa czekolada i tak działa ten spot.
Więc ta reklama na pewno nie kłamie.
Przez chwilę nic się nie dzieje.
Kolejna reklama tej samej marki (tej samej agencji).
Tym razem bohaterami są dzieci.
Podobny sukces reklamy i podobne szaleństwo odbiorców.
I znowu trudny, zagadkowy fenomen, którego nikt do końca nie potrafi wyjaśnić.
Oto para przedstawicieli obu płci: chłopiec i dziewczynka.
W jakim wieku są wg Ciebie? Zresztą nieważne - to na pewno okres preadolescencyjny – więc nic nie wskazuje na kontekst erotyczny.
Para siedzi w pracowni fotografa. Ale dziewczynka ubrana jest w purpurową sukienkę – to kolor marki, ale też kolor... popędowości seksualnej.
Fotograf dokonuje poprawek, sprawdza światło...
Dźwięk telefonu – mężczyzna odchodzi na bok – znika z kadru.
Przyjrzałeś się dokładnie dziecięcym buźkom?
Tak, są śmiertelnie poważne, maskowate, wyrażają być może skupienie, ale też brak jakichkolwiek emocji.
To twarze woskowych figur albo manekinów.
Chłopiec włącza melodyjkę w elektronicznym zegarku.
Tym razem muzyka klawiszowa, podawana w prostym – prymitywnym? - rytmie.
Dziecięce brwi zaczynają się rytmicznie poruszać.
Poruszają się jednak wyłącznie brwi – twarze bohaterów pozostają zupełnie nieruchome.
Dzieci obracają głowy w różnych kierunkach – podnoszą wzrok do góry, spuszczają na dół. Mimowolnie Twoje gałki oczne zaczynają pracować w podobny sposób, wykonują bezwiednie drobne ruchy – to ruchy ideomotoryczne.
Twój zmysł wzroku i słuchu spełniły już swoją funkcję. Niecała minuta wystarczyła by wprowadzić cię w trans
Teraz czas na inny rodzaj doznań.
W dłoniach dziewczynki pojawia się jaskrawy balonik – niby proste wrażenie dotykania gładkiej powierzchni, ale wzmocnione jazgocącym dźwiękiem...
Przez chwilę nic się nie dzieje.
Zgodnie z założeniami TRANCEVERTISING operatorem (hipnotyzerem) wykonującym określone czynności na podmiocie (kliencie, widzu) jest nadawca komunikatu reklamowego – marka.
Najpierw świadomość odbiorcy zostaje przy pomocy prostych technik wyciszona, uspokojona do momentu aż znajdzie się w stanie spowolnienia (wolniej oddychasz, wolniej bije Twoje serce, wolniej się poruszasz, masz rozluźnione mięśnie).
Dzięki temu Twoja pamięć „otwiera się” – zapamiętujesz więcej i pełniej. Teraz Operator zaczyna przekazywać sugestie, które trafiają już bezpośrednio do sfery nieświadomej. Gdybyś zachował pełną świadomość, Twój umysł niechętnie poddawałby się takim instrukcjom).
Kiedy mózg pracuje w rytmie fal alfa jest to dużo prostsze – podatność na sugestię wzrasta.
Ale nie musisz się obawiać - nie będziesz raczej wykonywał komend i poleceń zupełnie niezgodnych z Twoją wolą, przekonaniami czy wyznawanymi zasadami moralnymi – będziesz myślał i robił wyłącznie to, co jest Ci dobrze znane, z czym i tak się zgadzasz, choć nie do końca musisz być tego świadom.
Najsilniej działają w hipnozie sugestie pozytywne. To dobry kontekst dla presupozycji. Zgodzisz się wyłącznie na to, co może Ci przynieść określoną korzyść. W końcu to Ty sam wybierasz tematy, którymi zajmować ma się Twój umysł.
Jeśli już wiesz jak to działa, to bez trudu sam zidentyfikujesz reklamy wpisujące się w TRANCEVERTISING. Można je podzielić na trzy grupy:
1. Wprowadzające w trans poprzez rytm i doznania zmysłowe (w tym kinestetyczne).
2. Wykorzystujące wzrokowe, nad-realne, symboliczne wizje senne.
3. Odwołujące się do stanu zmieszania podobnego do stanu psychozy.
Przykłady z grupy 1-szej padły na początku. W grupie 2-giej znajdzie się wiele dobrze Ci znanych spotów, w których np. wykorzystano spowolniony ruch obiektów (tzw. efekt slow-motion) i nastrojową, nostalgiczną lub kojącą muzykę.
Znajdują się tu również oniryczne obrazy jakie oglądasz czasem w reklamie, a które trudno jednoznacznie zakwalifikować do rzeczywistości snu lub jawy. Jeśli spacerowałeś kiedyś wraz z Bruno Schulzem „Ulicą krokodyli” wiesz doskonale o co chodzi (jeśli nie, zerknij choć na krótki film braci Quay).
Przykłady z grupy 2-giej i 3-ciej warto omówić dokładniej.
Ale to już następnym razem.
Teraz Twoje powieki stają się coraz cięższe.
Twój oddech jest coraz głębszy.
................................................
Tak na marginesie: konsultacja merytoryczna co do zagadnień transu i hipnozy - wielkie podziękowania dla Małgorzaty Jarmuły - doświadczonego psychologa prowadzącego liczne szkolenia i warsztaty.