Zastanawiając się komu w tym roku wysłać ręcznie pisaną, świąteczną kartkę postanowiłem przy okazji uporządkować kwestię tzw. „znajomości”.
Niewiele się w tej kwestii zmieniło od paleolitu. W zasadzie to nic się nie zmieniło. Przynajmniej jeśli chodzi o sieci znajomych – tych prawdziwie prawdziwych. Jeśli zaś pewien brytyjski antropolog - Robin Ian MacDonald Dunbar - miał rację, to zgodnie z jego wyliczeniami (tzw. „liczbą Dunbara”) mamy ich nie więcej nie mniej, ale dokładnie 148 (słownie: stu czterdziestu ośmiu).
Ponieważ nic tak nie przemawia do mojej wyobraźni jak naukowy autorytet postanowiłem ustalić 148 nazwisk, które zaliczyłbym to tego kręgu. Sporządziłem więc tabelkę w niezastąpionym w takich przypadkach Excelu i zacząłem ją systematycznie wypełniać. Po rozpoczęciu zapełnienia kolejnych wierszy zacząłem się irytować – przypomniałem sobie, że przecież celem było wysłanie kilku kartek – ale nie 148! Na to jestem zbyt leniwy.
Zresztą w paleolicie, nawet tym młodszym nikt nie wysyłał nikomu kartek (mógłby ją po drodze pożreć mamut włochaty lub piżmowół), więc liczba Dunbara nie powinna mnie dotyczyć. Postanowiłem więc sięgnąć po bardziej nowoczesne metody i sprawdzić kto właściwie jest moim znajomym w tzw. „kanałach społecznościowych”. Liczba mniej więcej się zgadzała – w zależności od kanału wynik oscylował wokół 150 (na facebooku odkryłem nawet że mam już ponad 200 znajomych!) jednak nazwiska wielu postaci, które tam się pojawiały zupełnie nic mi nie mówiły, nawet jeśli ozdobione były autentycznym zdjęciem.
Rację miałby zatem Umair Haque, piszący o inflacji społecznych relacji (polecam gorąco artykuł). Facebook, Goldenline, Linkin czy Twitter nie tylko nie budują jego zdaniem żadnych nowych więzi, ale wręcz osłabiają nasze istniejące relacje z innymi. Iluzja posiadania znajomych znika tu dokładnie w tym samym momencie kiedy zaczynamy czegoś potrzebować – nagle okazuje się, że kontakty są sztuczne i puste i nie ma za bardzo na kogo liczyć. Ponieważ sami tu niewiele inwestujemy w budowanie prawdziwych więzi otrzymujemy z powrotem to samo – czyli nic. Oto paradoks social media: niby są „znajomi” i jest ich wielu, ale jak przychodzi co do czego, to o pomoc trzeba szwagra prosić.
W paleolicie życie było znacznie prostsze pod tym względem – każdy doskonale wiedział od kogo można pożyczyć otoczaka, odłupca czy maczugę, a od kogo raczej nią dostać po głowie – na facebooku nie jest to już takie jasne. Nie zmieniły się jedynie metody znaczenia terenu – ale mają one raczej nieproszonych gości odstraszać, niż nowych „znajomych” przyciągać.
Wróciłem do punktu wyjścia. Postanowiłem jednak raz na zawsze ustalić sensowną politykę zarządzania kręgami i gronami „znajomych”, by nie mieć w przyszłości podobnych rozterek. Zadałem więc sobie pytanie: kto właściwie powinien znajdować się w takim kręgu i jakie warunki musi spełniać by od niego przyjąć lub wysłać mu zaproszenie do „bycia znajomym”.
Po pierwsze wykluczyłem z kręgu znajomych całą rodzinę i bliskich krewnych – rodzina to rodzina i pewnie by się obraziła gdyby się dowiedziała, że nazywam ją „znajomymi”. Rzecz wiadoma, że, z rodziną najlepiej się wychodzi na spacer i na zdjęciach i tu się nic nie zmieniło od paleolitu (może poza techniką zdjęć).
Zdałem też sobie sprawę, że osoby, z którymi na co dzień lub często się spotykam nie muszą być koniecznie moimi „podążającymi” lub „podążanymi” - i tak się przecież często spotykamy w „świecie realnym”. Osoby, które czegoś od mnie chcą (lub mówić delikatniej: mają w znajomości jakiś interes), także nie są chyba moimi „znajomymi” nawet jeśli je znam. Z kolei osoby, od których ja czegoś chcę same pewnie nie nazwałyby mnie swoim znajomym – jestem dla nich jednym z wielu upierdliwych petentów. Istnieje jeszcze jedna kategoria – osoby, od których ja niczego nie chcę, ani one ode mnie. Po prostu się znamy – ot tak, wiemy o swoim istnieniu i nic poza tym.
I w tym momencie mnie olśniło!
To właśnie te osoby są moimi najcenniejszymi znajomymi! Przede wszystkim praktycznie nie musimy inwestować w nasze znajomości – niemal zero czasu, zero energii, zero zaangażowania. Jedynie znamy się. I tyle. Nic nas też właściwie nie łączy – żaden interes, żadne zobowiązania – nie musimy się więc zastanawiać po co się w ogóle znamy, na ile sobie ufamy, czy możemy na siebie liczyć i takie tam.
Najważniejsze jest jednak to, że posiadamy o sobie minimalną wiedzę – ten pracuje tam, ta zna tego, a tamten wie coś na temat owego. Ta minimalna wiedza może się przydać w konkretnej sytuacji związanej z tym, tamtym lub owym. My tak myślimy o nich, a oni z wzajemnością o nas.
Stopa zwrotu z takie znajomości jest najwyższa: małe zaangażowanie, niskie koszty utrzymywania kontaktów, a jakie korzyści! Posiadanie dużego potencjału „znajomości” staje się czasem zasobem nie do przecenienia.
Dodatkowo, te osoby także mogą mieć 148 znajomych (pod warunkiem, że wiedzą coś o liczbie Dunbara) i mogą przenieść nas w światy znajomości zupełnie dla nas egzotycznych. Skoro bowiem znamy się tak słabo, to również dlatego, że każdy z nas jest z innego świata, czy jak to się mówi z zupełnie innej bajki. I właśnie do tych osób postanowiłem w tym roku wysłać świąteczną kartkę. Przecież to moje najcenniejsze znajomości!
Euforia jednak szybko minęła, kiedy wyobraziłem sobie własną reakcją na otrzymanie kartki od jednej z takich osób. Zaraz bym sobie pomyślał, że pewnie albo zaraz będzie czegoś chcieć, albo chce mi przypomnieć o jakimś zapomnianym zobowiązaniu, albo – w najlepszym wypadku - właśnie wstąpiła do jakiejś sekty i rozsyła wszystkim „iskierki radości”, „łańcuszek szczęścia”, czy coś w tym stylu. Tak czy owak włącza się człowiekowi naturalna dla naczelnych podejrzliwość i całe święta z głowy. Zamiast zgodnie z tradycją cieszyć się rozgryzaniem święconki i cukrowych baranków, starałabym się rozgryźć zagadkę znienacka odświeżonej znajomości.
Kartki wyślę zatem w tym roku wyłącznie do przyjaciół i osób mi bliskich, a nie do znajomych. Do tych ostatnich wyślę ekologicznego e-maila albo sms-a (od nich dostanę to samo więc bilans wyjdzie na zero).
Ponieważ zaś do samych Świąt nic tu już pewnie nie napiszę, do Czytających ten wpis przesyłam proste הַלְלוּיָהּ
...i Wesołych Świąt!
- tak na marginesie.
Parerga: recenzje, notatki, felietony, obserwacje, peryferia, przyczynki, poboczności i generalnie mocno subiektywny punkt widzenia.
sobota, 27 marca 2010
niedziela, 21 marca 2010
Lodówki, rybki, zboczeńcy i paradoksy innowacji.
Innowacja jest rodzajem zboczenia. Tak to przynajmniej wygląda w oczach socjologów. Innowatorzy to dewianci, outsiderzy, zboczeńcy – zawsze poza, zawsze z dala od głównego kursu. Dewianci albo innowatorzy są jak koty – zawsze chadzają własnymi drogami, robią wszystko po swojemu, nie uznają istniejących reguł i zastanego porządku, tworzą własne reguły, a następnie z zapałem i żarliwością zaczynają je wypełniać.
Innowator to więc jednostka niebezpieczna i nieprzewidywalna – wywrotowiec, na którego trzeba uważać, bo nigdy nie wiadomo jakie konsekwencje będzie miało to, co właśnie wymyślił.
Dewiantem jest Richard Branson (Virgin), Steve Jobs (Apple) i Linus Torvalds (Linux), dewiantami są Niklas Zennstrom i Janus Friis (Skype), Larry Page i Siergiej Brin (Google), dewiantem jest nagrodzony Noblem Muhammad Yunus ze swoją ideą mikropożyczek bankowych. Dewiantami byli Albert Einstein, Mahatma Gandhi, Elvis Presley, James Dean i John Lennon.
Było również wielu dewiantów, o których wszyscy dziś najchętniej by zapomnieli – odrzucali obowiązujący, tradycyjny pogląd na świat, walczyli z konformizmem i zastanymi wzorcami myślenia. Jednak to co zaproponowali okazywało się drogą donikąd.
To co proponuje dewiant jest na samym początku przyjmowane z dużą nieufnością, mocno krytykowane, często odrzucane. Jeśli dewiant ma tyle wewnętrznej siły i pasji by zapalić do swojej idei innych, jeśli idea ta trafia na dobry dla siebie czas i miejsce, to istnieje szansa, że szybko zacznie się popularyzować i za niedługo stanie normą. Wtedy na scenę powinien wkroczyć kolejny zboczeniec, który nie chce się trzymać głównego traktu – skręci na bok.
Czy można więc tworzyć w firmie „kulturę innowacji”? Oznaczałoby to tworzenie kultury dewiacji – rekrutację outsiderów, buntowników rewolucjonistów, a następnie tworzenie im warunków przyjaznych dla twórczego rozwijania własnych urojeń. Jak zauważa Tom Peters (poniżej) urojenia te powinny też dotyczyć praktycznie każdego aspektu działalności przedsiębiorstwa.
Duże, poważne firmy nie chcą jednak z jakichś niezbadanych przyczyn zatrudniać rebeliantów podważających wciąż status quo i odrzucających uznany i sprawdzony dorobek poprzedników. Dlatego też prawdziwe innowacje rzadko rodzą się w korporacyjnych kulturach – częściej na ich peryferiach lub poza ich wpływem.
Może więc najlepszym sposobem generowania innowacji jest wyszukiwanie i tych co robią, którzy są obecnie najbardziej zawziętymi wrogami twojego przedsięwzięcia, ale nie mają jeszcze odpowiedniej siły przebicia? To właśnie w ich głowach rodzą się idee, które jutro wysadzą w powietrze zastany ład i zmienią wyobrażenie na temat tego, co robisz dziś.
Pozostaje wówczas mały problem: jak odróżnić wartościowe, przełomowe innowacje od szaleńczych mrzonek i chorobliwych idee fix? W jaki sposób ocenić czy dana idea ma potencjał upowszechnienia i przemiany większej liczby ludzi w niedługim czasie? Jak oddzielić ziarno od plew?
Dobrą metodą jest obserwowanie własnej reakcji. Jeśli słyszy się po raz pierwszy jakąś ideę i choć wydaje się ona szalona, to od razu zaczyna ona urzekać. to duża szansa, że jest to prawdziwa innowacja. Jeżeli idea ta burzy zastany pogląd na rzeczywistość, wszystko zaczyna być postrzegane inaczej, a dawny status quo wydaje się teraz nudny i nieznośny, to bez wątpienia jest to innowacja. Najlepiej ujął to chyba Jeremy Bullmore w słowach:
„Why is a Good Insight Like a Refrigerator? Because the moment you look into it, a light comes on”.
Ok. Załóżmy przez chwilę, że tak właśnie jest.
Dlaczego w Polsce tak rzadko powstają innowacje (w zasadzie jak donosi prasa - prawie nigdy)? Pierwsza odpowiedź brzmi: bo dewianci długo u nas nie pożyją. Lubimy równać do średniej i błyskawicznie zabijać to, co inne, oryginalne, wyjątkowe. Wychylanie się, czy wychodzenie przed szereg nie jest u nas mile widziane.
Jesteśmy też przepełnieni staropolską zawiścią – sukces współpracownika, znajomego, sąsiada oznacza przecież zawsze naszą osobistą porażkę – jak moglibyśmy do tego dopuścić? Jesteśmy też tradycjonalistami – w głębi ducha najbardziej lubimy i cenimy to, co znane, sprawdzone – a zatem bezpieczne – nikt nas nie posądzi o dewiację. Dewiacja, czy jakakolwiek inność jest więc u nas ryzykowna – świadczy o braku instynktu samozachowawczego, lub wprost: o skłonnościach samobójczych (patrz Witkacy).
Czy można to jakoś zmienić w najbliższym czasie?
Nie można.
Tak na marginesie: menadżerowie firm mówiących o budowaniu „kultury innowacji” świadomie używają takiego oksymoronu. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zapewniający ład autorytaryzm wyklucza wszelki non-konformizm.
Jak mawia ludowa mądroć: albo rybki, albo akwarium.
Innowator to więc jednostka niebezpieczna i nieprzewidywalna – wywrotowiec, na którego trzeba uważać, bo nigdy nie wiadomo jakie konsekwencje będzie miało to, co właśnie wymyślił.
Dewiantem jest Richard Branson (Virgin), Steve Jobs (Apple) i Linus Torvalds (Linux), dewiantami są Niklas Zennstrom i Janus Friis (Skype), Larry Page i Siergiej Brin (Google), dewiantem jest nagrodzony Noblem Muhammad Yunus ze swoją ideą mikropożyczek bankowych. Dewiantami byli Albert Einstein, Mahatma Gandhi, Elvis Presley, James Dean i John Lennon.
Było również wielu dewiantów, o których wszyscy dziś najchętniej by zapomnieli – odrzucali obowiązujący, tradycyjny pogląd na świat, walczyli z konformizmem i zastanymi wzorcami myślenia. Jednak to co zaproponowali okazywało się drogą donikąd.
To co proponuje dewiant jest na samym początku przyjmowane z dużą nieufnością, mocno krytykowane, często odrzucane. Jeśli dewiant ma tyle wewnętrznej siły i pasji by zapalić do swojej idei innych, jeśli idea ta trafia na dobry dla siebie czas i miejsce, to istnieje szansa, że szybko zacznie się popularyzować i za niedługo stanie normą. Wtedy na scenę powinien wkroczyć kolejny zboczeniec, który nie chce się trzymać głównego traktu – skręci na bok.
Czy można więc tworzyć w firmie „kulturę innowacji”? Oznaczałoby to tworzenie kultury dewiacji – rekrutację outsiderów, buntowników rewolucjonistów, a następnie tworzenie im warunków przyjaznych dla twórczego rozwijania własnych urojeń. Jak zauważa Tom Peters (poniżej) urojenia te powinny też dotyczyć praktycznie każdego aspektu działalności przedsiębiorstwa.
Duże, poważne firmy nie chcą jednak z jakichś niezbadanych przyczyn zatrudniać rebeliantów podważających wciąż status quo i odrzucających uznany i sprawdzony dorobek poprzedników. Dlatego też prawdziwe innowacje rzadko rodzą się w korporacyjnych kulturach – częściej na ich peryferiach lub poza ich wpływem.
Może więc najlepszym sposobem generowania innowacji jest wyszukiwanie i tych co robią, którzy są obecnie najbardziej zawziętymi wrogami twojego przedsięwzięcia, ale nie mają jeszcze odpowiedniej siły przebicia? To właśnie w ich głowach rodzą się idee, które jutro wysadzą w powietrze zastany ład i zmienią wyobrażenie na temat tego, co robisz dziś.
Pozostaje wówczas mały problem: jak odróżnić wartościowe, przełomowe innowacje od szaleńczych mrzonek i chorobliwych idee fix? W jaki sposób ocenić czy dana idea ma potencjał upowszechnienia i przemiany większej liczby ludzi w niedługim czasie? Jak oddzielić ziarno od plew?
Dobrą metodą jest obserwowanie własnej reakcji. Jeśli słyszy się po raz pierwszy jakąś ideę i choć wydaje się ona szalona, to od razu zaczyna ona urzekać. to duża szansa, że jest to prawdziwa innowacja. Jeżeli idea ta burzy zastany pogląd na rzeczywistość, wszystko zaczyna być postrzegane inaczej, a dawny status quo wydaje się teraz nudny i nieznośny, to bez wątpienia jest to innowacja. Najlepiej ujął to chyba Jeremy Bullmore w słowach:
„Why is a Good Insight Like a Refrigerator? Because the moment you look into it, a light comes on”.
Ok. Załóżmy przez chwilę, że tak właśnie jest.
Dlaczego w Polsce tak rzadko powstają innowacje (w zasadzie jak donosi prasa - prawie nigdy)? Pierwsza odpowiedź brzmi: bo dewianci długo u nas nie pożyją. Lubimy równać do średniej i błyskawicznie zabijać to, co inne, oryginalne, wyjątkowe. Wychylanie się, czy wychodzenie przed szereg nie jest u nas mile widziane.
Jesteśmy też przepełnieni staropolską zawiścią – sukces współpracownika, znajomego, sąsiada oznacza przecież zawsze naszą osobistą porażkę – jak moglibyśmy do tego dopuścić? Jesteśmy też tradycjonalistami – w głębi ducha najbardziej lubimy i cenimy to, co znane, sprawdzone – a zatem bezpieczne – nikt nas nie posądzi o dewiację. Dewiacja, czy jakakolwiek inność jest więc u nas ryzykowna – świadczy o braku instynktu samozachowawczego, lub wprost: o skłonnościach samobójczych (patrz Witkacy).
Czy można to jakoś zmienić w najbliższym czasie?
Nie można.
Tak na marginesie: menadżerowie firm mówiących o budowaniu „kultury innowacji” świadomie używają takiego oksymoronu. Doskonale zdają sobie sprawę z tego, że zapewniający ład autorytaryzm wyklucza wszelki non-konformizm.
Jak mawia ludowa mądroć: albo rybki, albo akwarium.
sobota, 6 marca 2010
Dave Trott - mistrz copywritingu
Na biurku leżała gruba koperta. W środku niewielka książka i krótki list. „Pomyślałem, że może ci się spodoba – nowa książka Dave’a Trotta’a, legendarnego brytyjskiego creative directora lat 80-tych. Pozdrowienia, Simon Silvester”. W nawale „bieżączki” odłożyłem książkę na bok i szybko o niej zapomniałem. Kilka dni później pomyślałem o jakiejś odprężającej lekturze na weekend. Zwłaszcza, że ostatnią była biografia Kapuścińskiego, która okazała się mało odprężająca (zob. poprzedni wpis).
Przypomniałem sobie o przesyłce od Simona. Sięgnąłem po książeczkę, zacząłem czytać i wsiąkłem w lekturę na dobre. Książka napisana żywym, oszczędnym językiem, inteligentnie i z humorem. Stylistycznie przypomina felietony Jeremy Clarksona, merytorycznie wspomnienia Ogilvego. Zbiór anegdot, historyjek z życia wziętych, układa się w krótkie rozdziały. Każdy rozpoczyna się jakimś wspomnieniem lub zasłyszaną historią, kończy refleksją na temat świata reklamy. Inteligentny humor i autodystans autora sprawiają, że zarówno zawodowe, jak i życiowe porady, z których składa się książka nie brzmią moralizatorsko.
Dave Trott, obecnie partner agencji CST, jako copywriter stworzył wiele błyskotliwych reklam. Proponowanego przez niego filozofia „myślenia drapieżczego” (Predatory Thinking) w reklamie zakłada, że jeśli masz coś wygrać, to najczęściej kosztem innych (dotyczy to zarówno udziałów rynkowych, jak i uwagi widza), zakłada również, że skuteczniejsze jest tworzenie własnych reguł, niż podążanie za tymi, które tworzą inni. Budowanie przewagi, jak stwierdza Trott, zawsze ma w sobie coś z działania „nie fair”. Jeśli jesteś całkowicie „fair”, to raczej nie masz szans w starciu z silniejszym. Jeśli celem jest przetrwanie, to faktycznie chyba lepiej być „drapieżcą” niż „ofiarą”?
Dave Trott opisuje charakter procesu twórczego w reklamie w sposób daleki od tego, do czego przyzwyczajać nas próbują autorzy poradników w stylu „Kreatywność w weekend”. Nie podaje żadnych konkretnych porad czy wskazówek, uwrażliwia na to, co na pozór banalne, codzienne. Pomieszane pozornie przypadkowo przypowieści Zen, historyjki na temat teściowej czy anegdoty z własnej młodości służą odrzuceniu autorytetu własnych przekonań i są zachętą do zabawy kontekstem.
Szczególnie trafił do mnie rozdział. „Never Mind The Brand Bollocks”.
Lądujemy na Brooklynie w późnych latach 60-tych. Dave właśnie rozpoczyna studia w szkole designu (Pratt Institute). Jest rozczarowany. Wszyscy są nijacy, bez własnego stylu, a Dave przyleciał przecież właśnie z Londynu – gdzie własny styl jest oczywistością. Tu, w NY, jak ocenia, jeśli posiadasz oryginalny styl, to pewnie jesteś gejem. A gdzie cała rebelia i młodzieńczy bunt, jakiego spodziewał się po artystycznej szkole? Pewnego dnia, kiedy spaceruje po campusie, zaczepia go jakiś blondyn pytając, gdzie można sobie zrobić taką unikalną fryzurę. Facet jest z Queens i mówi jak Misio Yogi. Dave odpowiada mu, że sam się strzyże. Gość pyta więc czy może taki fryz zrobić również i jemu. I w ten sposób zostają przyjaciółmi. Wynajmują wspólnie pokój w akademiku. Oto jeden z nielicznych, który nie cierpi wyglądać i być jak wszyscy wokół – chce być inny. Ubiera się w ciuchlandach ale nie z powodu ceny, ale oryginalności tego, co można tam znaleźć.
Czas biegnie, lata 60-te przechodzą w 70-te, a ich drogi rozchodzą się. Dave wraca do Londynu i zaczyna pracować w reklamie, a oryginał zakłada zespół The New York Dolls. Zespół staje się przez jakiś czas bardzo popularny, ale nie za sprawą muzyki, ale stylu – albo też braku stylu.
Kiedy zespół trafi do Londynu zainteresuje się nim Malcolm MacLaren. Przez chwilę będzie nawet ich menadżerem. To wtedy wpadnie na pomysł, że w zasadzie nie musisz potrafić grać na czymkolwiek czy znać żadnej nuty by zostać gwiazdą rocka - image to wszystko czego potrzebujesz. Znajdzie więc kilku gniewnych młodzieńców i zamieni w Sex Pistols. I tak powstanie punk. MacLaren pojął wówczas jedną z najważniejszych prawd marketingu: ludzie nie kupują produktu dla tego co daje, kupują marki dla tego, co te mówią o nich samych.
Tym oryginałem, z którym Dave Trott dzielił wówczas pokój była legendarna postać: Artie (Arthur) Kane „Killer” – basista, współtwórca The New York Dolls, jednego z najciekawszych zjawisk muzycznych sceny rockowej. Ich image i muzyka stały się inspiracją dla wielu artystów – glam rock, new wave, punkrock wiele im zawdzięcza, tak jak wspomniani Pistolsi, Ramones czy Talking Heads.
Morrissey (idol, któremu osobiście jestem wierny właściwie od początku The Smiths) był wielkim fanem i szefem fanclubu The New York Dolls. Napisał nawet książkę na ich temat. W 2004 roku postanowił namówić muzyków do reaktywacji. Udało się. W ten sposób Artie Kane - narkotykowy wrak człowieka nawracający się właśnie na mormonizm pojawia się po latach w UK, by stanąć na scenie z innym członkami zespołu.
Powstaje wówczas film 'The New York Doll' (można go w częściach obejrzeć na Youtube).
Na początku lipca 2004 lecimy do Manchester - rodzinnego miasta Morrisseya - na jego koncert. Na wspólnej scenie zagrają m. in. The Pixies, The Kean, oraz jako szczególny support dla Morrisseya – właśnie The New York Dolls. Pamiętam, że publiczność była wtedy mocno podirytowana, kiedy starsi panowie nie zważając na ostentacyjny brak zainteresowania przedłużali niemiłosierne swój występ. Faktycznie, nie są łatwi w odbiorze.
Artie Kane po przybyciu do UK zatrzymuje się oczywiście w domu Dave’a Trotta – niesamowite wspomnienia z tych odwiedzin znalazły się na jego blogu. Trott odwozi Kane’a do metra i wsadza w Heathrow Express. Dwa tygodnie później, 13 lipca 2004 Artie Kane umiera na zapalenie płuc.
Dopiero z tej książki dowiedziałem, się, że gdyby nie spotkanie Trotta i Kane’a nigdy nie powstałby The New York Dolls – a ja nie stałbym się po latach fanem The Smiths.
David Trott i jego figiel kreatywny – oto copywriter, który napisał także moją osobistą historię.
Simon, wielkie dzięki za tą książkę! Tak, jak przypuszczałeś – spodobała mi się.
I to bardzo.
Tak na marginesie: Książka to: „Creative Mischief”, David Trott, Loaf Marketing Ltd., London 2009.
I kilka znakomitych, "kultowych" już dziś reklam Dave'a Trott'a (ciekawe historie związane z powstawaniem tych idei oraz kontekst kulturowy, jaki temu towarzyszył znajdują się w książce):

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.
Przypomniałem sobie o przesyłce od Simona. Sięgnąłem po książeczkę, zacząłem czytać i wsiąkłem w lekturę na dobre. Książka napisana żywym, oszczędnym językiem, inteligentnie i z humorem. Stylistycznie przypomina felietony Jeremy Clarksona, merytorycznie wspomnienia Ogilvego. Zbiór anegdot, historyjek z życia wziętych, układa się w krótkie rozdziały. Każdy rozpoczyna się jakimś wspomnieniem lub zasłyszaną historią, kończy refleksją na temat świata reklamy. Inteligentny humor i autodystans autora sprawiają, że zarówno zawodowe, jak i życiowe porady, z których składa się książka nie brzmią moralizatorsko.
Dave Trott, obecnie partner agencji CST, jako copywriter stworzył wiele błyskotliwych reklam. Proponowanego przez niego filozofia „myślenia drapieżczego” (Predatory Thinking) w reklamie zakłada, że jeśli masz coś wygrać, to najczęściej kosztem innych (dotyczy to zarówno udziałów rynkowych, jak i uwagi widza), zakłada również, że skuteczniejsze jest tworzenie własnych reguł, niż podążanie za tymi, które tworzą inni. Budowanie przewagi, jak stwierdza Trott, zawsze ma w sobie coś z działania „nie fair”. Jeśli jesteś całkowicie „fair”, to raczej nie masz szans w starciu z silniejszym. Jeśli celem jest przetrwanie, to faktycznie chyba lepiej być „drapieżcą” niż „ofiarą”?
Dave Trott opisuje charakter procesu twórczego w reklamie w sposób daleki od tego, do czego przyzwyczajać nas próbują autorzy poradników w stylu „Kreatywność w weekend”. Nie podaje żadnych konkretnych porad czy wskazówek, uwrażliwia na to, co na pozór banalne, codzienne. Pomieszane pozornie przypadkowo przypowieści Zen, historyjki na temat teściowej czy anegdoty z własnej młodości służą odrzuceniu autorytetu własnych przekonań i są zachętą do zabawy kontekstem.
Szczególnie trafił do mnie rozdział. „Never Mind The Brand Bollocks”.
Lądujemy na Brooklynie w późnych latach 60-tych. Dave właśnie rozpoczyna studia w szkole designu (Pratt Institute). Jest rozczarowany. Wszyscy są nijacy, bez własnego stylu, a Dave przyleciał przecież właśnie z Londynu – gdzie własny styl jest oczywistością. Tu, w NY, jak ocenia, jeśli posiadasz oryginalny styl, to pewnie jesteś gejem. A gdzie cała rebelia i młodzieńczy bunt, jakiego spodziewał się po artystycznej szkole? Pewnego dnia, kiedy spaceruje po campusie, zaczepia go jakiś blondyn pytając, gdzie można sobie zrobić taką unikalną fryzurę. Facet jest z Queens i mówi jak Misio Yogi. Dave odpowiada mu, że sam się strzyże. Gość pyta więc czy może taki fryz zrobić również i jemu. I w ten sposób zostają przyjaciółmi. Wynajmują wspólnie pokój w akademiku. Oto jeden z nielicznych, który nie cierpi wyglądać i być jak wszyscy wokół – chce być inny. Ubiera się w ciuchlandach ale nie z powodu ceny, ale oryginalności tego, co można tam znaleźć.
Czas biegnie, lata 60-te przechodzą w 70-te, a ich drogi rozchodzą się. Dave wraca do Londynu i zaczyna pracować w reklamie, a oryginał zakłada zespół The New York Dolls. Zespół staje się przez jakiś czas bardzo popularny, ale nie za sprawą muzyki, ale stylu – albo też braku stylu.
Kiedy zespół trafi do Londynu zainteresuje się nim Malcolm MacLaren. Przez chwilę będzie nawet ich menadżerem. To wtedy wpadnie na pomysł, że w zasadzie nie musisz potrafić grać na czymkolwiek czy znać żadnej nuty by zostać gwiazdą rocka - image to wszystko czego potrzebujesz. Znajdzie więc kilku gniewnych młodzieńców i zamieni w Sex Pistols. I tak powstanie punk. MacLaren pojął wówczas jedną z najważniejszych prawd marketingu: ludzie nie kupują produktu dla tego co daje, kupują marki dla tego, co te mówią o nich samych.
Tym oryginałem, z którym Dave Trott dzielił wówczas pokój była legendarna postać: Artie (Arthur) Kane „Killer” – basista, współtwórca The New York Dolls, jednego z najciekawszych zjawisk muzycznych sceny rockowej. Ich image i muzyka stały się inspiracją dla wielu artystów – glam rock, new wave, punkrock wiele im zawdzięcza, tak jak wspomniani Pistolsi, Ramones czy Talking Heads.
Morrissey (idol, któremu osobiście jestem wierny właściwie od początku The Smiths) był wielkim fanem i szefem fanclubu The New York Dolls. Napisał nawet książkę na ich temat. W 2004 roku postanowił namówić muzyków do reaktywacji. Udało się. W ten sposób Artie Kane - narkotykowy wrak człowieka nawracający się właśnie na mormonizm pojawia się po latach w UK, by stanąć na scenie z innym członkami zespołu.
Powstaje wówczas film 'The New York Doll' (można go w częściach obejrzeć na Youtube).
Na początku lipca 2004 lecimy do Manchester - rodzinnego miasta Morrisseya - na jego koncert. Na wspólnej scenie zagrają m. in. The Pixies, The Kean, oraz jako szczególny support dla Morrisseya – właśnie The New York Dolls. Pamiętam, że publiczność była wtedy mocno podirytowana, kiedy starsi panowie nie zważając na ostentacyjny brak zainteresowania przedłużali niemiłosierne swój występ. Faktycznie, nie są łatwi w odbiorze.
Artie Kane po przybyciu do UK zatrzymuje się oczywiście w domu Dave’a Trotta – niesamowite wspomnienia z tych odwiedzin znalazły się na jego blogu. Trott odwozi Kane’a do metra i wsadza w Heathrow Express. Dwa tygodnie później, 13 lipca 2004 Artie Kane umiera na zapalenie płuc.
Dopiero z tej książki dowiedziałem, się, że gdyby nie spotkanie Trotta i Kane’a nigdy nie powstałby The New York Dolls – a ja nie stałbym się po latach fanem The Smiths.
David Trott i jego figiel kreatywny – oto copywriter, który napisał także moją osobistą historię.
Simon, wielkie dzięki za tą książkę! Tak, jak przypuszczałeś – spodobała mi się.
I to bardzo.
Tak na marginesie: Książka to: „Creative Mischief”, David Trott, Loaf Marketing Ltd., London 2009.
I kilka znakomitych, "kultowych" już dziś reklam Dave'a Trott'a (ciekawe historie związane z powstawaniem tych idei oraz kontekst kulturowy, jaki temu towarzyszył znajdują się w książce):

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.
środa, 3 marca 2010
Chrystus z duszą na ramieniu.
Przebrnąłem przez opasłe tomisko A. Domosławskiego "Kapuściński non-fiction".
I sam już nie wiem czy warto było brnąć.
W końcu jednak zaczynam chyba rozumieć wzór wymyślony przez autora biografii: fiction + non fiction = non fiction.
Wzór jest niezwykle logiczny, to fakt.
Wcześniej, wolałem oczywiście „fiction”. Nawet czytając dobrą – jak mi się wówczas wydawało - książkę B. Nowackiej i Z. Ziątka „Ryszard Kapuściński. Biografia pisarza” umacniałem się w tworzonej i umacnianej na własny użytek „fiction”.
Artur Domosławski w sposób brutalny (fakty, jak widać zawsze muszą być brutalne) zburzył pomnik, przed którym latami składałem ofiarne wota. Cieszę się, że to zrobił. Teraz dostrzegam jak wielki błąd bałwochwalstwa popełniałem. Nie pisałem co prawda pochwalnym wierszyków sławiących owoce pracy Mistrza. Nie namawiałem innych do składania samokrytyki jeśli niedostatecznie cenili Jego twórczość. Jednak zawsze ufałem w podawaną przez Niego wersję wydarzeń i jego słowa. Wierzyłem w każdy wers, nawet gdy dobiegały mnie medialne słuchy, że to licentia poetica.
Oczyszczony skutecznie i wyleczony przytłaczającą faktografią z fałszywych wyobrażeń teraz już mogę cenić Go szczerze i w pełni świadom. Dziękuję serdecznie Panu Domosławskiemu, że z takim wdziękiem i delikatnością zajrzał do ubikacji, alkowy i teczek Ryszarda Kapuścińskiego.
Dziękuję, że w swojej ‘non-fikcyjnej’ pracy dyskretnie nie podał wielu nazwisk, chcąc pewnie zachować na przykład prywatność i intymność kochanek Kapuścińskiego. To niezwykle dżentelmeńska postawa poszukiwacza PRAWDY. Delikatność wybiórcza jednak, jak się zdaje.
Dziękuję, za psychologicznie prawdopodobny wywód na temat tego jak to młody reporter marzy o tym by zostać pisarzem, a spełniony już pisarz pragnąłby zostać myślicielem.
Jakież to ujmujące - potrafić tak głęboko wejrzeć w cudzą duszę!
Dziękuję, że autor ukazał mi zakompleksionego wiecznie chłopaczka z prowincji, który nie wie jak się zachować podczas odczytu z czytelnikami. To właśnie kompleksy sprawiły przecież, że musiał sobie dopisać legendę o długiej drodze jaką pokonał od pińskich pastwisk do.... No właśnie – jak delikatnie zauważa autor nie dostał przecież literackiego Nobla. A tak go pewnie pragnął i o niczym innym nie marzył.

Nie dziękuję bynajmniej za wątek biografii politycznej, ponieważ nigdy pewnie nie dane mi będzie zrozumieć (a co dopiero mówić o ocenie) wyborów moralnych, które wtedy podejmować musieli intelektualiści. I tak jest przecież wielu takich, którzy doskonale wiedzą co było słuszne, a co nie. A coraz większa ich ilość pojawia się wśród tych urodzonych już nie tylko w latach 60-tych, 70-tych ale nawet 80-tych i 90-tych. Oni wiedzą co jest dobre i z ich perspektywy ocena może być tylko jedna.
Biografia A. Domosławskiego to praca szydercza. Pomimo pozornej rzetelności (bardzo ciekawe są oryginalne PAP-powskie depesza) i raczej zbędnej objętości z każdej jej strony przebija intencja autora. Praca przypomina współczesne „sądy” wygłaszane przez co poniektórych naszych polityków, sądy w których twardymi dowodami mają być własne projekcje i mętne zaledwie poszlaki.
Taktyka podgryzania kostek, czyli próba tropienia Kapuścińskiego na nieścisłościach i „ubarwieniach” czy „konfabulacjach” przy budowaniu pozorów szacunku wobec niego czy pozornym zachowywaniu „obiektywności” jest po prostu śmieszna.
Autor zawzięcie próbuje dowodzić jak wiele się Kapuścińskiemu nie udało. Skąd my to znamy? Oczywiście z maniery przyjmowanej do ocen naszych sportowców. Kiedy jest złoty medal, są łzy w oczach, ściśnięte gardło i kwiaty. Kiedy jednak wynik jest nie taki jakiego MY oczekujemy (bo nie dostał Nobla...), następuje szukanie dziury w całym. Bo zawiedli nasze marzenie o Wielkości, która jest nam przecież dana.
Mam wrażenie, że cała książka to chaotyczne didaskalia. Przekonany też jestem, że powstała zbyt wcześnie, że napisana została w zbyt dużym pośpiechu. Idąc sposobem rozumowania autora: „Może na jakieś zamówienie?”. Kto wie?
Właściwie to było takie zamówienie: zamówienie publiczne. Każdy przecież musi być zlustrowany. Inna rzecz, że kwiaty na grobie Kapuścińskiego wciąż jeszcze pachną. Czy to nie najlepszy moment na ustanowienie „właściwej” optyki dla kolejnych – bardziej już chłodnych (także w ocenach) biografów?
Teza całej książki jest czytelna: Kapuściński był, jaki był bo całe życie się bał, że go zdemaskują jako byłego komunistę, a później TW. W tym sensie autor udowodnił swój wzór. Kapuściński jeszcze przed przyjściem na świat musiał wiedzieć o biografii, która zostanie spisana (był przecież reportem wysłanym przez Najwyższego Naczelnego do zdania relacji, z tego, co się tutaj dzieje).
Predestynowany do bycia figurą tragiczną musiał wypełnić swoją miarę. Od pierwszego oddechu do ostatniego tchnienia musiał też żyć tak by dopasować się do ram ciosanych żmudnie przez Pana Domosławskiego.
Taki Chrystus z duszą na ramieniu.
Po przeczytaniu tego wybitnego dzieła antybiograficznego – i zarazem lamentu nad ludzką niedoskonałością niedoszłego Noblisty - inaczej teraz patrzę na Kapuścińskiego.
Z jeszcze większym szacunkiem i sympatią.
W jego ciepłym uśmiechu zachowanym na zdjęciach nie dostrzegam też chęci zaczarowania świata i próby odwrócenia uwagi od błędów i wypaczeń własnej młodości ale rzadką dziś, prawdziwie dojrzałą mądrość.
Tak na marginesie: idąc po linii interpretacji autora biografii – może następne śledztwo dotyczyć powinno uśmiechu Jana Pawła II – był jeszcze bardziej życzliwy, cóż więc za demony mogły się za nim skrywać?
I sam już nie wiem czy warto było brnąć.
W końcu jednak zaczynam chyba rozumieć wzór wymyślony przez autora biografii: fiction + non fiction = non fiction.
Wzór jest niezwykle logiczny, to fakt.
Wcześniej, wolałem oczywiście „fiction”. Nawet czytając dobrą – jak mi się wówczas wydawało - książkę B. Nowackiej i Z. Ziątka „Ryszard Kapuściński. Biografia pisarza” umacniałem się w tworzonej i umacnianej na własny użytek „fiction”.
Artur Domosławski w sposób brutalny (fakty, jak widać zawsze muszą być brutalne) zburzył pomnik, przed którym latami składałem ofiarne wota. Cieszę się, że to zrobił. Teraz dostrzegam jak wielki błąd bałwochwalstwa popełniałem. Nie pisałem co prawda pochwalnym wierszyków sławiących owoce pracy Mistrza. Nie namawiałem innych do składania samokrytyki jeśli niedostatecznie cenili Jego twórczość. Jednak zawsze ufałem w podawaną przez Niego wersję wydarzeń i jego słowa. Wierzyłem w każdy wers, nawet gdy dobiegały mnie medialne słuchy, że to licentia poetica.
Oczyszczony skutecznie i wyleczony przytłaczającą faktografią z fałszywych wyobrażeń teraz już mogę cenić Go szczerze i w pełni świadom. Dziękuję serdecznie Panu Domosławskiemu, że z takim wdziękiem i delikatnością zajrzał do ubikacji, alkowy i teczek Ryszarda Kapuścińskiego.
Dziękuję, że w swojej ‘non-fikcyjnej’ pracy dyskretnie nie podał wielu nazwisk, chcąc pewnie zachować na przykład prywatność i intymność kochanek Kapuścińskiego. To niezwykle dżentelmeńska postawa poszukiwacza PRAWDY. Delikatność wybiórcza jednak, jak się zdaje.
Dziękuję, za psychologicznie prawdopodobny wywód na temat tego jak to młody reporter marzy o tym by zostać pisarzem, a spełniony już pisarz pragnąłby zostać myślicielem.
Jakież to ujmujące - potrafić tak głęboko wejrzeć w cudzą duszę!
Dziękuję, że autor ukazał mi zakompleksionego wiecznie chłopaczka z prowincji, który nie wie jak się zachować podczas odczytu z czytelnikami. To właśnie kompleksy sprawiły przecież, że musiał sobie dopisać legendę o długiej drodze jaką pokonał od pińskich pastwisk do.... No właśnie – jak delikatnie zauważa autor nie dostał przecież literackiego Nobla. A tak go pewnie pragnął i o niczym innym nie marzył.

Nie dziękuję bynajmniej za wątek biografii politycznej, ponieważ nigdy pewnie nie dane mi będzie zrozumieć (a co dopiero mówić o ocenie) wyborów moralnych, które wtedy podejmować musieli intelektualiści. I tak jest przecież wielu takich, którzy doskonale wiedzą co było słuszne, a co nie. A coraz większa ich ilość pojawia się wśród tych urodzonych już nie tylko w latach 60-tych, 70-tych ale nawet 80-tych i 90-tych. Oni wiedzą co jest dobre i z ich perspektywy ocena może być tylko jedna.
Biografia A. Domosławskiego to praca szydercza. Pomimo pozornej rzetelności (bardzo ciekawe są oryginalne PAP-powskie depesza) i raczej zbędnej objętości z każdej jej strony przebija intencja autora. Praca przypomina współczesne „sądy” wygłaszane przez co poniektórych naszych polityków, sądy w których twardymi dowodami mają być własne projekcje i mętne zaledwie poszlaki.
Taktyka podgryzania kostek, czyli próba tropienia Kapuścińskiego na nieścisłościach i „ubarwieniach” czy „konfabulacjach” przy budowaniu pozorów szacunku wobec niego czy pozornym zachowywaniu „obiektywności” jest po prostu śmieszna.
Autor zawzięcie próbuje dowodzić jak wiele się Kapuścińskiemu nie udało. Skąd my to znamy? Oczywiście z maniery przyjmowanej do ocen naszych sportowców. Kiedy jest złoty medal, są łzy w oczach, ściśnięte gardło i kwiaty. Kiedy jednak wynik jest nie taki jakiego MY oczekujemy (bo nie dostał Nobla...), następuje szukanie dziury w całym. Bo zawiedli nasze marzenie o Wielkości, która jest nam przecież dana.
Mam wrażenie, że cała książka to chaotyczne didaskalia. Przekonany też jestem, że powstała zbyt wcześnie, że napisana została w zbyt dużym pośpiechu. Idąc sposobem rozumowania autora: „Może na jakieś zamówienie?”. Kto wie?
Właściwie to było takie zamówienie: zamówienie publiczne. Każdy przecież musi być zlustrowany. Inna rzecz, że kwiaty na grobie Kapuścińskiego wciąż jeszcze pachną. Czy to nie najlepszy moment na ustanowienie „właściwej” optyki dla kolejnych – bardziej już chłodnych (także w ocenach) biografów?
Teza całej książki jest czytelna: Kapuściński był, jaki był bo całe życie się bał, że go zdemaskują jako byłego komunistę, a później TW. W tym sensie autor udowodnił swój wzór. Kapuściński jeszcze przed przyjściem na świat musiał wiedzieć o biografii, która zostanie spisana (był przecież reportem wysłanym przez Najwyższego Naczelnego do zdania relacji, z tego, co się tutaj dzieje).
Predestynowany do bycia figurą tragiczną musiał wypełnić swoją miarę. Od pierwszego oddechu do ostatniego tchnienia musiał też żyć tak by dopasować się do ram ciosanych żmudnie przez Pana Domosławskiego.
Taki Chrystus z duszą na ramieniu.
Po przeczytaniu tego wybitnego dzieła antybiograficznego – i zarazem lamentu nad ludzką niedoskonałością niedoszłego Noblisty - inaczej teraz patrzę na Kapuścińskiego.
Z jeszcze większym szacunkiem i sympatią.
W jego ciepłym uśmiechu zachowanym na zdjęciach nie dostrzegam też chęci zaczarowania świata i próby odwrócenia uwagi od błędów i wypaczeń własnej młodości ale rzadką dziś, prawdziwie dojrzałą mądrość.
Tak na marginesie: idąc po linii interpretacji autora biografii – może następne śledztwo dotyczyć powinno uśmiechu Jana Pawła II – był jeszcze bardziej życzliwy, cóż więc za demony mogły się za nim skrywać?
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM
