niedziela, 23 września 2012

Wrogowie słów


Nigdy jeszcze słowo nie miało tak dużej łatwości przemieszczania się i rozpowszechniania jak dziś. Konfiguracja najnowocześniejszych technologii informacyjnych i komunikacyjnych zupełnie oswobodziła słowa. Wolne od jakichkolwiek ograniczeń mogą więc swobodnie wędrować, błyskawicznie pojawiać się w dowolnym miejscu, docierać tam, gdzie wcześniej nie miały dostępu. Słowa docierają tam nawet szybciej niż myśli, którym zawdzięczają swój kształt.

Nigdy więc jeszcze potrzeba kontroli słów nie była tak silna jak dziś. I nawet w państwach określających się jako demokratyczne różne instytucje i organy władzy, ale też duże grupy społeczne scalane własnym interesem (w tym religią lub podzielanym kodeksem moralnym) prześcigają się dziś w poszukiwaniu i wdrażaniu skutecznych sposobów kontroli słowa.


Sądy i prokuratura to rozwiązanie w takich przypadkach sprawdzone i jak się okazuje nad wyraz sprawne. Wyrok w sprawie Antykomor.pl zapadł szybko a winnego obrazy Prezydenta skazano już w pierwszej instancji. I choć Prezydent, jak sam przyznaje, czuje się zakłopotany bo nie do końca wie o co właściwie chodzi a szczegółów sprawy nie zna, to powołane do tego instytucje nie miały wątpliwości, że miało tu miejsce ciężkie „przestępstwo przeciwko czci“ wobec głowy państwa.
W przypadku dzieci mordowanych ostatnio niemal już seryjnie przez zwyrodniałych rodziców sądy nie działają już tak skutecznie. Być może opierają się na ludowej mądrości głoszącej, że sprawiedliwość i rychliwość nie muszą być zgodne w tempie?

Innym poza sądami, coraz popularniejszym narzędziem cenzury (lub jak kto woli sądzenia) staje się coraz częściej infamia (sprawdzona wieki temu). Instytucja infamii korzysta chętnie z wypracowanego w internecie aparatu „hejterstwa”. Nie jest to jednak lincz, ponieważ „hejtersi” są do wykonania wyroku uprawnieni (przynajmniej we własnym mniemaniu) - mają przecież prawo mówić to, co myślą. Infamią obkładano ostatnio np. Janusza Korwina-Mikke czy Michała Figurskiego. Marzeniem „hejtersów” byłoby tu zapewne pełne przywrócenie tradycji – czyż nie byłoby pięknie gdyby jeden z infamisów zniszczył drugiego? Mógłby w ten sposób okazać skruchę, ponieść pokutę i w końcu zostać przywróconym na społeczne łono. Pozostaje jednak dylemat: która sytuacja posiada większy potencjał katharsis: J. K.M publicznie szydzący z M.F czy odwrotnie – M.F hańbiący J.K.M?

Innym, świeżym przykładem infamii jest trwająca nagonka na autorów kampanii "Bo zupa była prawdziwa". Kampanię błyskawicznie uznano za bluźnierstwo dając temu wyraz w niewybrednych komentarzach kierowanych przeciw autorom reklamy i samej firmie.  Dziś święte wzburzenie musi być widocznie wyrażane w formie wulgaryzmów. Przypomnijmy przy okazji, że kampanii zarzucano głównie to, że „wykracza poza granice dobrego smaku“...
Czy w przypadku reklamy zupy „wykraczanie poza granice smaku” nie jest jej atutem?

Pakistański minister do spraw kolei Ghulam Ahmed Bilour wyznaczył nagrodę w wysokości 100 tys. dolarów za głowę autora filmu „Innocence of Muslims”. Stwierdził przy tym, że sam chętnie by zabił reżysera, gdyby tylko miał taką możliwość. Byłby to - jak określił ­– szlachetny czyn  (przy okazji też cudowny przypływ gotówki). Ghulam Ahmed Bilour jest jak widać człowiekiem uczciwym,  szczerym i pragmatycznym – jego wzburzenie jest autentyczne, jego słowa płyną prosto z serca, a nagroda jest bardzo konkretna. On też pewnie uznał, że film „wykracza poza granice dobrego smaku”.

Władimir Putin przy Ghulamie Ahmedzie Bilourze stanowi ucieleśnienie łagodności i wyrozumiałości. Za punkowy protestsong wykonany w  soborze Chrystusa Zbawiciela (jednoczesna obraza Władzy, Chrystusa i pamięci Sida Viciousa – song był przecież bardzo marny muzycznie) mógł grozić nieszczęśliwy wypadek lub to, co wydarzyło się Annie Politkowskiej. Ale nie, punkówki skazane zostały jedynie na dwa lata pobytu w łagrze, a ze względu na charakter czynu – bluźnierskie chuligaństwo  –  pobyt w gułagu umilą im morderczynie czy sprzedawczynie ludzkich organów stanowiące tą samą kategoria przestępczyń. Erudycie Putinowi przypomniały się zapewne słowa Dostojewskiego: „Człowiek jest podły, do wszystkiego przywyka“...

Podczas wyemitowanej ostatnio w telewizji rozmowy Jacka Żakowskiego z Salmanem Rushdie, pisarz rzucił mimochodem: „Uważam, że żyjemy w bardzo ocenzurowanych czasach”. Dla Rushdiego, który za sprawą fatwy Chomeiniego musiał zrezygnować z własnej tożsamości i od 1989 ukrywać się pod pseudonimem Joseph Anton (wydana właśnie autobiografia), wszechobecna, represyjna cenzura jest oczywistością. Błyskawiczne osądzanie i surowe karanie za słowo stało się naturalnym elementem krajobrazu zdominowanego przez medialną inflację słowa.

Tak przy okazji - inwigilacja, którą prowadzą nasze lokalne służby specjalne kosztowała nas ostatnio 74 mln złotych (dane za 2011). Apetyt na billingi, podsłuchy, treści maili i sms-ów rośnie z każdym rokiem, ale nie jest to wyłącznie nasza specyfika. Kiedy w lipcu b.r. Barack Obama podpisał nowy dekret pozwalający służbom specjalnym USA przejmować – rzecz jasna w imię bezpieczeństwa - kontrolę nad całą infrastrukturą komunikacyjną na terytorium kraju (w tym całego internetu) sprawa dosyć szybko przycichła i nie wywołała żadnych fal poważniejszych społecznych protestów czy demonstracji. Widocznie retoryka „poświęcania prywatności i wolności na rzecz wyższego dobra, jakim jest bezpieczeństwo” stała się na tyle skuteczna, że może już w zarzewiu dławić naturalne odruchy sprzeciwu.

Autor „Cząstek elementarnych”, Michel Houellebecq w listownej wymianie opinii z Beranrdem-Henri Levym („Wrogowie publiczni”) stwierdza:
Muszę zatem, w sensie dosłownym, ulec przytłoczeniu i pogodzić się z tym, że żyję w świecie, gdzie wola powszechna „wywiera zbyt silny nacisk na wole indywidualne”.

„Wola powszechna” to oczywiście odwołanie do „Umowy społecznej” Jana Jakuba Rousseau – zagadkowa wola wyrażająca interes społeczny - nawet jeśli nie jest on interesem większości… Relacja woli powszechnej do wolnej woli jednostki sprowadza się w zasadzie do elementu autocenzury. Jeśli w woli powszechnej dominować zaczyna histeryczna poprawność polityczna, zaczyna ona przybiera postać kagańca, dominującego ograniczenia. Jednostka ma prawo jeszcze myśleć, ale musi zamilknąć. Chyba, że jej coraz grubszy kokon stanowi jednocześnie pancerz (zob. wpis. Krzysztofa Ratnicyna).

M. Houellebecq mówi nieco wcześniej wcześniej:
Niestety, nie przesadzam: stopniowo przyzwyczaiłem się traktować przestrzeń publiczną jako wrogie terytorium, upstrzone upokarzającymi i absurdalnymi zakazami, przez które przechodzę tak szybko, jak tylko to możliwe…
Przypomina mi się zaraz jak Julian Tuwim, który pisał (cytując Horacego): Odi profanum vulgus et arceo… i konstatował: „…Przechodzę, mijam, milczę: obcy, zimny, smutny.
W takich okolicznościach faktycznie pozostaje jedynie przechadzka.

Cenzura (wynik lęku i pragnienia kontroli) pojawia się dziś nie tylko ze względów politycznych (za męczennika takowej uważa się zapewne Julian Assange) czy obyczajowych. Coraz częściej pojawia się jako wynik przewrażliwienia na słowo, znerwicowania kulturowego, niejasnego niepokoju przed „etycznym i estetycznym zgrzytem”. Umacniająca się cenzura żywi się obawą przed tym, że to co zostało właśnie powiedziane mogłem przecież równie dobrze ja sam powiedzieć. I od razu pojawia się wątpliwość: „dlaczego więc tego, nie mówię”?
Kantowski imperatyw nie dotyczy słów. Nie daje wskazówek w rodzaju: „Mów tylko to, co sam chciałbyś usłyszeć”. Wolność słowa pojawia się dopiero wtedy, kiedy dysponujemy wolnością do nie-słuchania tego, czego słuchać nie chcemy.
I właśnie z tym mamy dziś chyba największy problem – takiego komfortu już nie zaznamy.

Tak na marginesie: w relacji „myśl – słowo – czyn” nie istnieje żadna równorzędność ontyczna. Wolność nie przenosi się proporcjonalnie z jednego pola na drugie. Dzisiejsza histeria cenzorska stara się taką relację ustanowić (o konsekwencjach - "Raport mniejszości").
I to również wypada mieć na oku…



Creative Commons License

Ten utwór jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych 3.0 Polska.

6 komentarzy:

  1. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, ale interpretuję tę notkę jako odebranie "aparatowi hejterstwa" prawa do wyśmiewania i lżenia po to, aby swoje światłe opinie (bez ryzyka krytyki!) mogły wygłaszać takie tuzy myśli jak Janusz Korwin-Mikke i Michał Figurski.

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Wojciechu,
    Dziękuję za komentarz.
    Nie mam niestety mocy nadawania i odbierania takich praw☺
    Moim zdaniem anonimowe lżenie, obrażanie i poniżanie kogokolwiek – bez względu na to, co powiedział – nie mieści się w ramach krytyki. Niepokojące jest powszechne przyzwolenie na takie praktyki. Mam wrażenie, że wiele osób zaczyna to traktować wręcz jako formę pewnego „obowiązku” uważając, że tak należy, że to jest jak najbardziej słuszne i wskazane.
    Pan popiera prawo do lżenia?
    ms

    OdpowiedzUsuń
  3. Panie Marku,

    oczywiście nie jest moją intencją bronić hejterów najniższych lotów, ani nawet tych średnich lotów, ale _aparat hejterstwa_ warto w obronę wziąć, bo bardzo powoli zaczyna on rodzić takie formy krytyki, które można zaakceptować jako głos w dyskusji.

    Mam na myśli hejterstwo podszyte humorem i korzystające z formy internetowych memów oraz metod mobilizacji takich jak tworzenie wydarzeń na FB.

    W przypadku Figurskiego krytyka jego wypowiedzi o sushi i benzynie dosyć dobrze oddawała powszechną złość z powodu celebryckiego oderwania od rzeczywistości. Np. wydarzenie na FB "Tydzień bez sushi - gest solidarności z Michałem Figurskim" było fajne, ironiczne, dla mnie zdecydowanie w ramach akceptowalnej formy krytyki. Nie robiło krzywdy, ale pokazywało śmieszność tych wypowiedzi dostrzeganą przez wielu ludzi.

    Afera z otrzęsinami u Salezjanów też wygenerowała sporo żartów uderzających w kompletny brak podstawowej wrażliwości personelu instytucji kościoła katolickiego. Rykoszetem na pewno dostało się młodzieży z salezjańskich szkół, a już na pewno ucierpiał ten nieszczęśnik od kolan, ale być może bilans będzie pozytywny - może wyśmianie tej nieumiejętności dostrzeżenia cienkiej granicy między "grzechami Kościoła" a "niewinnymi praktykami", takimi jak zlizywanie śmietanki z kolan księdza, wygeneruje tyle wstydu, że ludzie pracujący z młodzieżą się opamiętają.

    Pierwszy z brzegu obrazek na ten temat z kwejka: http://kwejk.pl/obrazek/1429146/sutanna.html
    Moim zdaniem to broniąca się forma krytyki, obnażająca nie tylko brak wrażliwości związanej z otrzęsinami, ale też z przywiązywaniem nadmiernego znaczenia do sfery materialnej. To jest na pewno wyższych lotów niż niektóre wypowiedzi JK-M czy MF.

    Mnie niepokoi raczej fakt, że aparat hejterstwa jest czasem w stanie wygenerować ciekawszą krytykę, bardziej kulturalną i zabawną, niż medialny mainstream.

    Jeszcze taki korpo-hejting proponuję jako przykład: https://m.ak.fbcdn.net/sphotos-a.ak/hphotos-ak-ash4/384313_149615551848416_945202071_n.jpg

    Oczywiście - nie zmienia to faktu, że przeważają barbarzyńcy.

    Z niehejterskim pozdrowieniem,
    WW

    OdpowiedzUsuń
  4. Panie Wojciechu,
    Zgadzam się w pełni, że satyra, ironia czy dowcip (także ten piekielnie złośliwy) – czasem nawet kpina - mogą stanowić znakomite narzędzie krytyki.
    Oby z kulturalnej i dowcipnej krytyki korzystano jak najczęściej! ☺
    Przykłady, które Pan przytacza należą do takiej kategorii.
    Podzielam również Pański niepokój co do nieuzasadnionej agresji medialnego mainstreamu.

    Jednak, tak jak Pan wspomniał: przeważają barbarzyńcy. I niestety „w kupie” czują się raźniej. Często też są manipulowani, jako że owczy pęd bardzo łatwo wykorzystać np. w rozgrywaniu ideologicznych sporów. Wpadają więc w maszynki „astroturfingu”, „spinowania” i innego „buzzowania”, replikują bezrefleksyjnie „memy” i klikają stadnie w „polubienie” sądząc, że to tylko takie zgrywy i co najwyżej rubaszne żarty.
    W internecie łatwo zaciera się granica pomiędzy żartem, a czynną agresją. Zresztą jedno automatycznie wywołuje drugie… Niepisane „kodeksy” obowiązujące w „social media” tym bardziej granicę tą rozmazują.

    Crowdsourcing czy różne formy korzystania ze „zbiorowej inteligencji” może oczywiście przynosić wiele korzyści. Tzw. „wiedza lokalna”, kooperacja, wspólne rozwiązywanie problemów to jasna strona SM. Mam jednak wrażenie (obym się mylił), że niestety więcej ostatnio tej ciemnej. Zauważył Pan może, że coraz częściej pojawiają się na FB np. posty ze zdjęciami domniemanych kieszonkowców, osób, które niby-pożyczyły i nie oddały jakichś pieniędzy itp.? Emocjonalne komentarze i zawołania „szerujcie dalej” uruchamiają lawinę ataków – tyle tylko, że nikt do końca nie wie w czym właściwie uczestniczy - prowokacji, „prawdziwym” polowaniu na przestępcę, czy może głupim żarcie? W jaki sposób to ocenić? Jak to sprawdzić?
    Zapytać na „wall’u” jakiegoś archi-arbitra?
    Kiedy internauci próbują wyręczać policję i wymiar sprawiedliwości robi się naprawdę ciekawie Proszę zerknąć na ten przypadek: http://www.readwriteweb.com/archives/the-problem-with-crowdsourcing-crime-reporting-in-the-mexican-drug-war.php

    James Surowiecki (Mądrość tłumu…) zauważa:
    „Zbiorowe rozwiązania problemów koordynacji i kooperacji […] w niczym nie przypominają rozwiązań problemów kognitywnych. Okazują się bowiem bardziej mętne i mniej sprecyzowane […] Ponadto zazwyczaj wyłaniają się w miarę upływu czasu, a nie są rezultatami jednorazowych decyzji […] Nierzadko bywają niestabilne oraz podatne na nadużycia”.

    Zgadzam się, że oddolne inicjatywy przypominają często świat Leibniza
    I są to takie „rozwiązania najlepsze z możliwych”☺. Przyjmuję też argumentację churchillowskiej retoryki „mniejszego zła“, skoro w danej dziedzinie nie wymyślono nic lepszego, korzystajmy z tego co mamy.
    Sądzę jednak, że warto zachowywać czujność …et arceo!
    (choć trudno się czasem powstrzymać) ☺
    Pozdrawiam „lajkersko”
    MS
    Tak na marginesie: a propos hejterstwa - może mizantropia ma dwojakie korzenie? U jednych wynika z jakiegoś głębokiego i nie do końca rozpoznanego współczucia dla własnego gatunku, a u innych z patologicznej antropofobii? Gdyby jeszcze ta pierwsza była premiowana ewolucyjnie, to być może w przyszłości problem rozwiązałby się sam i w internecie pozostałaby jedynie kulturalna krytyka i inteligentny żart!
    Kończę, bo hejter ze mnie wyłazi… ☺

    OdpowiedzUsuń
  5. Panie Marku,

    temat "nadużywania" SM to studnia bez dna, ale warto też zwrócić uwagę, że ludzie bardzo powoli przyswajają sobie narzędzia pozwalające kontrolować to środowisko.

    Studenci tworzą zamknięte fora, na które można się zarejestrować podając swoje dane łącznie z numerem indeksu, które później są weryfikowane. Sądząc po tym, co w internetowej trawie piszczy, coraz więcej osób wie, że treści na facebooku można rozważać poza binarnym podziałem na lubię - nie lubię, bo jest też opcja "zgłoś spam". Pojawiają się też "miękkie" formy kontroli społecznej - ktoś kogoś publicznie upomni, że tego czy tamtego się nie robi. Pojawiają się materiały edukacyjne w takiej formie, jaka może do użytkowników sieci trafić (czyt. w formie krótkich filmików). Np. to: http://www.wgrane.pl/d8a0270fbe13adba133fc5bdf1a6c20c

    Mam wrażenie, że w tej chwili jesteśmy na etapie eksploracji i brak nam jeszcze narzędzi, wiedzy i obyczajów, pozwalających wytaczać granice w SM, ale każdego dnia dzieje się coś, co przyczynia się do polepszenia sytuacji. No i sama infrastruktura SM jest fatalna - stworzona przez kilku aspołecznych, nastoletnich programistów. Nic dziwnego, że nie do końca działa to tak, jak powinno.

    Pozdrawiam,
    WW

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy6/10/12

    Chyba macie Panowie sporo wolnego czasu, zazdroszcze!
    Do autora, artykul ciekawy :)

    OdpowiedzUsuń

Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM

Poprzednie wpisy: