Armagedon nastąpił 3 grudnia w roku 1984. Tysiące mieszkańców indyjskiego miasta Bhopal zostało wówczas śmiertelnie zatrutych toksycznymi gazami na skutek wycieku, jaki nastąpił w znajdującej się tam fabryce pestycydów (pełny obraz zniszczeń można znaleźć na stronie http://www.bhopal.org/. Ponad 150 tys. trwale osób utraciło zdrowie lub zostało inwalidami, z czego 22 tys. zmarło na skutek powikłań lub bezpośrednio po chemicznej katastrofie. Fabryka śmierci należała wówczas do amerykańskiego potentata chemicznego Union Carbide. W roku 2001 Carbide został zakupiony przez Dow Chemical lecz również władze nowej firmy uporczywie ignorowały wydarzenia z 84 r. udając że problem nie istniej. (o rzeczywistych intencjach firmy świadczyć może np. taki dokument)
Przełom nastąpił w roku 2004. W dwudziestą rocznicę tragicznego wycieku w nadawanym przez BBC World programie informacyjnym pojawił się Jude Finisterra - rzecznik Dow Chemical. W imieniu firmy przeprosił wszystkich mieszkańców Bhopal oraz obiecał wypłatę odszkodowań w łącznej kwocie 12 mld dolarów.
Ta dobra wiadomość, która błyskawicznie obiegła cały świat najwyraźniej nie spodobała się inwestorom i akcjonariuszom. W ciągu pierwszych 20 minut od momentu ukazania się „newsa’ cena akcji Dow spadła 4.2%, co oznaczało spadek ich wartości o 2 mld dolarów.
Zarówno akcjonariusze, jak i dziennikarze BBC uwierzyli słowom Jude’a Finnisterra (Jude – Judasz Lebbeusz, apostoł będący patronem spraw beznadziejnych, Finisterra zaś to: finis + terra = koniec świata). Nie byli też pierwszymi, którzy dali się nabrać inteligentnej manipulacji przeprowadzonej przez The Yes Man – duet aktywistów uderzających w najczulsze punkty korporacji kierowanych jedynie polityką chciwości.
Dotychczas wyczyny The Yes Man (Andy Bichlbaum oraz Mike Bonanno) można było podziwiać na Youtube, od niedawna błyskotliwych alterglobalistów można oglądać na dużym ekranie, także w Polsce. “Yes-Mani naprawiają świat” (Yes Men Fix The World) to już drugi film dokumentujący ich działalność. Niekonwencjonalne zwrócenie uwagi na Bhopal to jedna z kilku znakomitych akcji zaprezentowanych w filmie.
Pierwsza akcja The Yes Man miała miejsca w w roku 1999. Wymierzona była przeciw WTO (World Trade Organization) i polegała na wystąpieniu w imieniu WTO na konferencji w Austrii. Yes-Mani zaprezentowali tam propozycję prywatyzacji głosowań politycznych oraz projekt umożliwienia korporacjom kupowania głosów bezpośrednio od obywateli przez internet. Oto prawdziwie wolnorynkowe rozwiązania, a wszystko zgodnie z tezą, że konsumeryzm jest formą demokracji. Ich absurdalny pomysł został... z cała powagą wysłuchany – dostali nawet gromkie brawa.
W ten właśnie sposób kończy się większość prowokacji przeprowadzanych przez The Yes Man. To, co wydawałoby się z zewnątrz szczytem idiotyzmu, od wewnątrz spotyka często z akceptacją. Okazuje się, że bardzo często politycy, przedstawiciele władz samorządowych, przedstawiciele wielkich firm, biznesmani, czy spece od marketingu potrafią bardzo uważnie słuchać wizji ulepszania świata opartych na absurdalnych konsekwencjach wyciąganych z pustosłowia, jakim posługują się na co dzień.
Arsenał Yes-manów jest bardzo prosty; składa się z czarnych garniturów, slajdów Power Point i pseudo-racjonalnych argumentów – czyli z tego, z czym zwykle można się spotkać podczas licznych „poważnych” konferencji na każdy temat. Duet performerów potrafi przy pomocy tych prostych narzędzi skompromitować niemal każde audytorium ślepo wierzące w popularne ideologie i przyjmujące w głębi ducha założenie, że rynek nagradza wyłącznie zło i chciwość. Yes mani obnażają także coraz większa podatność na manipulację, jakiej ulegamy z powodu umysłowego lenistwa – a taką postawę rynek okazuje się nagradzać dziś najchętniej.
Tak na marginesie: Yes Mani potrafili kiedyć przekonująco przedstawić pomysł likwidacji głodu w Afryce poprzez zastosowanie na masową skalę recyklingu ludzkich odchodów. Warto więc uzbroić się w krytycyzm oglądając “Yes-Mani naprawiają świat” – w przeciwnym razie możnamby uznać, że naprawdę walczą w słusznej sprawie.
Parerga: recenzje, notatki, felietony, obserwacje, peryferia, przyczynki, poboczności i generalnie mocno subiektywny punkt widzenia.
poniedziałek, 30 listopada 2009
wtorek, 24 listopada 2009
Proszę nie całować lokomotywy!
„...kultura powstaje w formie zabawy (...) jest początkowo zabawą, czynnością o charakterze ludycznym”.
J. Huizinga, Homo Ludens
Długo można podziwiać zbiory gromadzone w kieleckim muzeum zabawek i zabawkarstwa. Kolekcja lalek pochodzących z niemal całego świata dowodzi jak wielki potencjał drzemie w patykach, skorupach orzechów, wysuszonych liściach kukurydzy, czy filcowych gałganach. Wystawa drewnianych prac ludowych artystów z okolic Zagrzebia (m. in. klepaki, zaprzęgi, koniki) dokumentuje odchodzącą w przeszłość sztukę zabawkarskiego rękodzieła.
Pistolet „Precyzja”, zestaw do zabawy w Pocztę Polską i plastikowe „pchełki” wywołują nostalgię za rzeczywistością PRL (jakże bawiącą i zabawną). Maski i lalki kukiełkowych teatrzyków, modele kolejek elektrycznych, więzione w szklanych gablotach Misie Uszatki i Koziołki Matołki – wszystko to występuje dziś w roli nobliwych eksponatów muzealnych, a niektóre objęte wręcz zostały zakazem fotografowania. Nie ma jednak w tym nic dziwnego – w końcu zabawki i sama zabawa to rzecz nad wyraz poważna.

Johan Huizinga w „Homo ludens...” (lata 40-te) dopatrywał się w zabawie (ludus, play, „igraniu”) początków kultury. W zasadzie zabawa egzystowała wg niego przed samą kulturą, była i jest głównym czynnikiem kulturę kształtującym.
Trudno się z nim nie zgodzić. Ludyczne elementy dominują nie tylko w kulturze masowej, sporcie, modzie czy mediach - całe ich bogactwo prezentowane jest również nieustannie na naszej rodzimej scenie politycznej.
Marketing też jest zabawą...
Większość cech formalnych zabawy zidentyfikowanych przez Huizingę świetnie odnosi się do wszystkich aspektów działań marketingowych, oto bowiem:
- zabawa jest zbyteczna – można ja w każdej chwili przerwać, zaniechać (jej cele znajdują się poza sferą zaspokajania życiowych konieczności),
- zabawa nie jest „zwykłym”, „właściwym” życiem (pierwotnie nie jest obowiązkiem, upiększa życie),
- zabawa mocno absorbuje uczestników,
- zabawa cechuje się odrębnością i ograniczonością w czasie i przestrzeni (sama w sobie zawiera przebieg i sens – początek i koniec, cechuje się powtarzalnością),
- ważną rolę w zabawie odgrywa napięcie - w nim zaś na próbę wystawiane są zdolności gracza (szanse, niepewności wygranej).
- każda zabawa i gra ma własne reguły.
Marketing jest na wskroś ludyczny i to nie tylko w zewnętrznych przejawach, ale w całej swojej istocie. Jest przecież wielką zabawą (i to na dużą skalę), grą toczoną zarówno pomiędzy producentami i konsumentami, jak pomiędzy samymi producentami (w tym przypadku jest to czyste współzawodnictwo i rywalizacja). W tym sensie realizowany jest „antytetyczny” charakter wspólny wszystkim zabawom – toczona jest ona zawsze pomiędzy jakimiś „partiami”.
Reguły gry pomiędzy producentami i konsumentami są z biegiem czasu delikatnie modyfikowane, ale główne założenia pozostają niezmienne i sprowadzają się do zadawania i próby odpowiedzi na proste pytanie: „Zgadnij ile to jest warte?” Gra w szacowanie wartości posiadać może wiele etapów, czasem może też przybierać formy wyrafinowanych pojedynków. Wygrywający w danej rundzie otrzymują nagrodę – dostają więcej niż inni gracze, przegrywający idą na chwilę do kąta.
W grze pomiędzy firmami, stawką są sami konsumenci. Zdolniejsi lub sprytniejsi gracze wciąż podbijają stawki i potrafią podejmować spore ryzyko byle tylko jak najwięcej ugrać w danej rundzie.
Najmniej mile widziani w magicznym kręgu gry i zabawy są tzw. „Psuje zabawy”. O ile nawet próby fałszowania wyników lub chwilowe manipulacje zwiększające szanse wygranej można jeszcze wybaczyć, o tyle „Psujom” nie wybacza się nigdy. „Psuje” bowiem albo reguł w ogóle nie chcą uznawać , albo za sprawą sobie tylko znanych motywacji podczas rozgrywki wycofują się nagle z zabawy odsłaniając jej umowny i „płochy” (określenie Huizingi) charakter – odbierają jej tym samym całą ILUZJĘ (łac. illudere – drwić, kpić).
Najbardziej poigrać lubi Państwo
Jeśli grających jest niewielu, a rozgrywki dotyczą niskich wygranych zabawa w tzw. „czasie wolnym” służy w dużej mierze przyjemności graczy. Kiedy jednak kolejna strona może coś ugrać choćby poprzez bierny udział – np. obserwując samych grających – rzecz staje się niezwykle „poważna” – może się nawet zakończyć „Ustawą hazardową”. Państwo jako instytucja jest bowiem od zawsze jednym z najbardziej namiętnych graczy – nie lubi też, kiedy (inne tym razem) „Psuje” zaczynają igrać poza wpływami jego wiedzy i poza wszelką kontrolą.

Gracze muszą zatem dzielić się każdą wygraną z Państwem jako Meta-Igraczem. Bez względu na to czy grający dokonują zakładów o przyszłość („granie” na giełdzie, lokaty w banku, fundusze emerytalne itp.), czy igrają z własnym zdrowiem (palą papierosy i piją alkohol, opalają się w solariach), kibicują sportowcom, czy skreślają cyfry w losowaniu – Państwowy Monopol Do Dobrej Zabawy wyciąga rękę po swoją należną, jak uważa, dolę.
Państwo potrafi uzasadnić swoje starania o zachowanie czystości reguł każdej zabawy i promowanie zachowań fair – możesz robić wszystko, (nawet to, co Państwu może się wydawać moralnie wątpliwe) pod warunkiem, że zapłacisz podatek akcyzowy Państwowemu Monopolowi ds. Niegodziwości.

Tak na marginesie: Huizinga ilustrując „niezwykłość” zabawy przytacza pewną anegdotę. Czteroletni syn jego znajomego siedział pewnego dnia na czele całego rzędu krzeseł bawiąc się w pociąg. Mężczyzna pocałował dziecko, na co usłyszał: „Tatusiu, nie wolno ci całować lokomotywy, bo inaczej wagony pomyślą sobie, że to wszystko nieprawda.”
Wniosek jest banalny – nie całuj lokomotywy jeśli nie chcesz zepsuć dobrej zabawy. Poza tym może się okazać, że lokomotywa jest rozpędzona „na poważnie”, a wtedy jej pocałowanie może mieć przykre skutki - i to nie tylko „na niby”.
Johan Hiuzinga, Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury, przekł. M. Kurecka i W. wirpsza, Aletheia, W-wa 2007
J. Huizinga, Homo Ludens
Długo można podziwiać zbiory gromadzone w kieleckim muzeum zabawek i zabawkarstwa. Kolekcja lalek pochodzących z niemal całego świata dowodzi jak wielki potencjał drzemie w patykach, skorupach orzechów, wysuszonych liściach kukurydzy, czy filcowych gałganach. Wystawa drewnianych prac ludowych artystów z okolic Zagrzebia (m. in. klepaki, zaprzęgi, koniki) dokumentuje odchodzącą w przeszłość sztukę zabawkarskiego rękodzieła.
Pistolet „Precyzja”, zestaw do zabawy w Pocztę Polską i plastikowe „pchełki” wywołują nostalgię za rzeczywistością PRL (jakże bawiącą i zabawną). Maski i lalki kukiełkowych teatrzyków, modele kolejek elektrycznych, więzione w szklanych gablotach Misie Uszatki i Koziołki Matołki – wszystko to występuje dziś w roli nobliwych eksponatów muzealnych, a niektóre objęte wręcz zostały zakazem fotografowania. Nie ma jednak w tym nic dziwnego – w końcu zabawki i sama zabawa to rzecz nad wyraz poważna.
Johan Huizinga w „Homo ludens...” (lata 40-te) dopatrywał się w zabawie (ludus, play, „igraniu”) początków kultury. W zasadzie zabawa egzystowała wg niego przed samą kulturą, była i jest głównym czynnikiem kulturę kształtującym.
Trudno się z nim nie zgodzić. Ludyczne elementy dominują nie tylko w kulturze masowej, sporcie, modzie czy mediach - całe ich bogactwo prezentowane jest również nieustannie na naszej rodzimej scenie politycznej.
Marketing też jest zabawą...
Większość cech formalnych zabawy zidentyfikowanych przez Huizingę świetnie odnosi się do wszystkich aspektów działań marketingowych, oto bowiem:
- zabawa jest zbyteczna – można ja w każdej chwili przerwać, zaniechać (jej cele znajdują się poza sferą zaspokajania życiowych konieczności),
- zabawa nie jest „zwykłym”, „właściwym” życiem (pierwotnie nie jest obowiązkiem, upiększa życie),
- zabawa mocno absorbuje uczestników,
- zabawa cechuje się odrębnością i ograniczonością w czasie i przestrzeni (sama w sobie zawiera przebieg i sens – początek i koniec, cechuje się powtarzalnością),
- ważną rolę w zabawie odgrywa napięcie - w nim zaś na próbę wystawiane są zdolności gracza (szanse, niepewności wygranej).
- każda zabawa i gra ma własne reguły.
Marketing jest na wskroś ludyczny i to nie tylko w zewnętrznych przejawach, ale w całej swojej istocie. Jest przecież wielką zabawą (i to na dużą skalę), grą toczoną zarówno pomiędzy producentami i konsumentami, jak pomiędzy samymi producentami (w tym przypadku jest to czyste współzawodnictwo i rywalizacja). W tym sensie realizowany jest „antytetyczny” charakter wspólny wszystkim zabawom – toczona jest ona zawsze pomiędzy jakimiś „partiami”.
Reguły gry pomiędzy producentami i konsumentami są z biegiem czasu delikatnie modyfikowane, ale główne założenia pozostają niezmienne i sprowadzają się do zadawania i próby odpowiedzi na proste pytanie: „Zgadnij ile to jest warte?” Gra w szacowanie wartości posiadać może wiele etapów, czasem może też przybierać formy wyrafinowanych pojedynków. Wygrywający w danej rundzie otrzymują nagrodę – dostają więcej niż inni gracze, przegrywający idą na chwilę do kąta.
W grze pomiędzy firmami, stawką są sami konsumenci. Zdolniejsi lub sprytniejsi gracze wciąż podbijają stawki i potrafią podejmować spore ryzyko byle tylko jak najwięcej ugrać w danej rundzie.
Najmniej mile widziani w magicznym kręgu gry i zabawy są tzw. „Psuje zabawy”. O ile nawet próby fałszowania wyników lub chwilowe manipulacje zwiększające szanse wygranej można jeszcze wybaczyć, o tyle „Psujom” nie wybacza się nigdy. „Psuje” bowiem albo reguł w ogóle nie chcą uznawać , albo za sprawą sobie tylko znanych motywacji podczas rozgrywki wycofują się nagle z zabawy odsłaniając jej umowny i „płochy” (określenie Huizingi) charakter – odbierają jej tym samym całą ILUZJĘ (łac. illudere – drwić, kpić).
Najbardziej poigrać lubi Państwo
Jeśli grających jest niewielu, a rozgrywki dotyczą niskich wygranych zabawa w tzw. „czasie wolnym” służy w dużej mierze przyjemności graczy. Kiedy jednak kolejna strona może coś ugrać choćby poprzez bierny udział – np. obserwując samych grających – rzecz staje się niezwykle „poważna” – może się nawet zakończyć „Ustawą hazardową”. Państwo jako instytucja jest bowiem od zawsze jednym z najbardziej namiętnych graczy – nie lubi też, kiedy (inne tym razem) „Psuje” zaczynają igrać poza wpływami jego wiedzy i poza wszelką kontrolą.
Gracze muszą zatem dzielić się każdą wygraną z Państwem jako Meta-Igraczem. Bez względu na to czy grający dokonują zakładów o przyszłość („granie” na giełdzie, lokaty w banku, fundusze emerytalne itp.), czy igrają z własnym zdrowiem (palą papierosy i piją alkohol, opalają się w solariach), kibicują sportowcom, czy skreślają cyfry w losowaniu – Państwowy Monopol Do Dobrej Zabawy wyciąga rękę po swoją należną, jak uważa, dolę.
Państwo potrafi uzasadnić swoje starania o zachowanie czystości reguł każdej zabawy i promowanie zachowań fair – możesz robić wszystko, (nawet to, co Państwu może się wydawać moralnie wątpliwe) pod warunkiem, że zapłacisz podatek akcyzowy Państwowemu Monopolowi ds. Niegodziwości.
Tak na marginesie: Huizinga ilustrując „niezwykłość” zabawy przytacza pewną anegdotę. Czteroletni syn jego znajomego siedział pewnego dnia na czele całego rzędu krzeseł bawiąc się w pociąg. Mężczyzna pocałował dziecko, na co usłyszał: „Tatusiu, nie wolno ci całować lokomotywy, bo inaczej wagony pomyślą sobie, że to wszystko nieprawda.”
Wniosek jest banalny – nie całuj lokomotywy jeśli nie chcesz zepsuć dobrej zabawy. Poza tym może się okazać, że lokomotywa jest rozpędzona „na poważnie”, a wtedy jej pocałowanie może mieć przykre skutki - i to nie tylko „na niby”.
Johan Hiuzinga, Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury, przekł. M. Kurecka i W. wirpsza, Aletheia, W-wa 2007
czwartek, 19 listopada 2009
Bracia Polscy w Silniczce
Silniczka (gmina Żytno, obecnie woj. łódzkie) – pojawiająca się w XVI w. dokumentach jako Schyelnicza minor, Schylnycza czy Syelnyczka to wieś, na terenie której znajduje się unikalny obiekt – dobrze zachowany zbór ariański z XVII w. (496-I-51 z 9.09.1949 oraz 241 z 27.12.1967 wg rejestru zabytków KOBiDZ). W 1552 folwark Silnica Mała był własnością Piotra Maja. To prawdopodobnie Majowie byli tymi właścicielami Silniczki, którzy przyłączyli się w XVII w. do arian (lub byli ich protektorami). Być może był to Mikołaj Maj z Silniczki, ówczesny dziedzic pobliskiego Żytna (przypisuje mu się spustoszenie Żytna w okresie reformacji oraz zniszczenie i profanację tamtejszej kaplicy, kaplica była później miejscem zgromadzeń arian).
Wpływom innowierczym na terenie metropolii gnieźnieńskiej stanowczo przeciwstawiał się wówczas Jan Łaski – arcybiskup gnieźnieński. Nie powstrzymało to jednak reformatorów – zwłaszcza po jego śmierci - od pozyskiwania nowych zwolenników spośród zamożnych rodzin szlacheckich. Wszystko wskazuje na to, że Majowie otaczali opieką Braci Polskich właśnie w najważniejszym dla kształtowania ich doktryny okresie.
Prawdopodobnym ministrem zboru w Silniczce był natomiast inny Mikołaj – Mikołaj z Żytna (Mikołaj Żytno) Pojawia się nawet przypuszczenie, że mógł on być uprzednio duchowym katolickim – argumentem za byłaby wykazywana przezeń dosyć dobra orientacja w kwestiach teologicznych. Był on aktywnych działaczem ruchu Braci Polskich – brał udział w wielu spekulatywnych dyskusjach teologicznych (np. dotyczących dogmatu Trójcy Św.) u boku Marcina Krowickiego czy Grzegorza Pawła z Brzezin. Występował też np. na synodzie w Lubczu (k. Nowogródka) w 1582 r biorąc udział w dyspucie dotyczącej ważnego dla arian zagadnienia „czy godzi się chrystiańskiemu człowiekowi urząd mieczowy trzymać abo nie”.

W znamiennym sporze na temat kwestii chrztu udzielanego dzieciom Mikołaj z Żytna opowiadał się za uznaniem ważności tego sakramentu czym przeciwstawił się Grzegorzowi z Brzezin (synod w Węgrowie, 1565), występował również w obronie przedwieczności Chrystusa czy jego boskości (synod w Bełżycach 1569).
Przedstawiciele ruchu Reformacji – Kalwini, a następnie Bracia Polscy – prowadzili w tych okolicach dosyć aktywną działalność. Lokalne dokumenty wzmiankują o ruinach ariańskiej kaplicy również na wyspie Borzykowej, silne ośrodki arianizmu znajdowały się również w Krzęcicach, Seceminie, Działoszynie (miejsca synodów), zbór ariański był w Cielętnikach, Ogrodzieńcu czy Włodowicach.
Zbór w Silniczce to budynek o charakterystycznej, bardzo prostej formie - murowany z kamienia, obecnie otynkowany i pomalowany z zewnątrz na biało. Wszystkie narożniki budynku zwieńczone są skośnymi przyporami. Łamany polski dach posiada profilowany okap, w formie namiotowej nad przybudówką. Obecnie dach odtworzony jest z blachodachówki – elementy drewniany występują na podbiciu. Budynek kaplicy/zboru postawiono na planie kwadratu, z niską przybudówką od strony zachodniej.
Przy odrobinie szczęścia, jeśli kaplica jest otwarta, to po schodach z przybudówki można wejść do środka by obejrzeć sklepienie kolebkowe piwnicy.
Tak na marginesie: uznanie i gratulacje dla władz lokalnych. Budynek wymaga na pewno jeszcze wielu remontów, ale w porównaniu z podobnymi obiektami w Polsce jest naprawdę bardzo dobrze zachowany. Przy okazji gorące podziękowania dla Janusza Czapli - wójta gminy Żytno oraz osób, z Urzędu Gminy w Żytnie, które zechciały na, udzielić informacji na temat obiektu.
Wpływom innowierczym na terenie metropolii gnieźnieńskiej stanowczo przeciwstawiał się wówczas Jan Łaski – arcybiskup gnieźnieński. Nie powstrzymało to jednak reformatorów – zwłaszcza po jego śmierci - od pozyskiwania nowych zwolenników spośród zamożnych rodzin szlacheckich. Wszystko wskazuje na to, że Majowie otaczali opieką Braci Polskich właśnie w najważniejszym dla kształtowania ich doktryny okresie.
Prawdopodobnym ministrem zboru w Silniczce był natomiast inny Mikołaj – Mikołaj z Żytna (Mikołaj Żytno) Pojawia się nawet przypuszczenie, że mógł on być uprzednio duchowym katolickim – argumentem za byłaby wykazywana przezeń dosyć dobra orientacja w kwestiach teologicznych. Był on aktywnych działaczem ruchu Braci Polskich – brał udział w wielu spekulatywnych dyskusjach teologicznych (np. dotyczących dogmatu Trójcy Św.) u boku Marcina Krowickiego czy Grzegorza Pawła z Brzezin. Występował też np. na synodzie w Lubczu (k. Nowogródka) w 1582 r biorąc udział w dyspucie dotyczącej ważnego dla arian zagadnienia „czy godzi się chrystiańskiemu człowiekowi urząd mieczowy trzymać abo nie”.

W znamiennym sporze na temat kwestii chrztu udzielanego dzieciom Mikołaj z Żytna opowiadał się za uznaniem ważności tego sakramentu czym przeciwstawił się Grzegorzowi z Brzezin (synod w Węgrowie, 1565), występował również w obronie przedwieczności Chrystusa czy jego boskości (synod w Bełżycach 1569).
Przedstawiciele ruchu Reformacji – Kalwini, a następnie Bracia Polscy – prowadzili w tych okolicach dosyć aktywną działalność. Lokalne dokumenty wzmiankują o ruinach ariańskiej kaplicy również na wyspie Borzykowej, silne ośrodki arianizmu znajdowały się również w Krzęcicach, Seceminie, Działoszynie (miejsca synodów), zbór ariański był w Cielętnikach, Ogrodzieńcu czy Włodowicach.
Zbór w Silniczce to budynek o charakterystycznej, bardzo prostej formie - murowany z kamienia, obecnie otynkowany i pomalowany z zewnątrz na biało. Wszystkie narożniki budynku zwieńczone są skośnymi przyporami. Łamany polski dach posiada profilowany okap, w formie namiotowej nad przybudówką. Obecnie dach odtworzony jest z blachodachówki – elementy drewniany występują na podbiciu. Budynek kaplicy/zboru postawiono na planie kwadratu, z niską przybudówką od strony zachodniej.
Przy odrobinie szczęścia, jeśli kaplica jest otwarta, to po schodach z przybudówki można wejść do środka by obejrzeć sklepienie kolebkowe piwnicy.
Tak na marginesie: uznanie i gratulacje dla władz lokalnych. Budynek wymaga na pewno jeszcze wielu remontów, ale w porównaniu z podobnymi obiektami w Polsce jest naprawdę bardzo dobrze zachowany. Przy okazji gorące podziękowania dla Janusza Czapli - wójta gminy Żytno oraz osób, z Urzędu Gminy w Żytnie, które zechciały na, udzielić informacji na temat obiektu.
poniedziałek, 16 listopada 2009
Nieprecyzyjnie i niewiarygodnie
Parafrazując słowa I. Kanta można powiedzieć, że wszelki interes „rozumu marketingowego” skupia się na trzech kluczowych pytaniach:
1. Co możemy wiedzieć na temat marek, konsumentów, otoczenia rynkowego?
2. Co bazując na tej wiedzy powinniśmy czynić?
3. Czego w związku z tymi działaniami powinniśmy się spodziewać?
Atmosfera siedziby Lewiatana wydaje się sprzyjać zadawaniu takich pytań i jest doskonałą przestrzenią by próbować wspólnie poszukiwać na nie odpowiedzi. Dzięki spotkaniu zorganizowanemu jakiś czas temu (03.11.09) właśnie w tym miejscu przez redakcję magazynu THINKTANK, mogłem uczestniczyć w bardzo ciekawej dyskusji na temat dzisiejszego miejsca i roli strategii w zarządzaniu i marketingu.
Moderatorem był red. naczelny THINKTANKu – Maciej Kuźmicz, organizatorem zaś Paweł Rabiej – wydawca magazynu. Pomimo nietypowej pory (8.30) na spotkaniu pojawiło się liczne grono osób reprezentujących różnorodne branże. Punktem wyjścia do rozmowy był „Strategiczny podstęp” – książeczka co, do której mam dziś wiele uwag, wątpliwości i zastrzeżeń, ale jako spis zagadnień do dyskusji wciąż wydaje się aktualna.
Zacytowana w niej zasada niekompatybilności sformułowana przez I. A. Zadecha dobrze ilustruje kwestie dylematów decyzyjnym w chaotycznym, pełnym niepewności świecie dzisiejszych rynków:
Jeśli skomplikowanie systemu wzrasta, to nasza zdolność formułowania precyzyjnych i wciąż wiarygodnych stwierdzeń o jego zachowaniu zmniejsza się, a po przekroczeniu pewnego skomplikowania precyzja i wiarygodność wzajemnie się wykluczają.
To chyba właśnie próba ustalenia i opisu relacji pomiędzy tymi dwoma stanami: „wiarygodność” vs „precyzja” staje się największym wyzwaniem przy formułowaniu strategii działania. Wiarygodność, rozumiana również jako szansa wystąpienia określonych rezultatów podjętych działań jest tym trudniejsza do określenia, im więcej niepewności występuje w otoczeniu zewnętrznym. Wiarygodność ta maleje też wraz ze wzrostem liczby niewiadomych i znaków zapytania towarzyszących podjęciu decyzji (już sama ilość znaków zapytania jest dziś trudna do ustalenia).

Z drugiej strony, posiadamy dziś niezwykle precyzyjne narzędzia do liczbowego opisu i modelowania rzeczywistości biznesowej (zaawansowane analizy ilościowe, modele ekonometryczne) lecz o ile radzą sobie one z detalicznym opisem wąskiego wycinka rzeczywistości, to okazują się zupełnie nieprzydatne (i niewiarygodne), jeśli na ich podstawie chcemy wyjaśniać szerszy kontekst lub przewidywać przyszłe zdarzenia. Stajemy więc przed dylematem: precyzyjny i niewiarygodny opis, czy godne-wiary ale zupełnie nieokreślone „przeczucia”, „intuicje”.
Wiele emocji w tym kontekście wywoływał (jak zwykle) problem traktowania wyników badań – szczególnie w odniesieniu do posługiwania się ich wynikami przy uzasadnianiu podejmowanych decyzji, czy przewidywaniu przyszłych zachowań klientów. Postawiona przeze mnie (i prowokacyjnie uskrajniona) „diagnoza” nieprzydatności badań marketingowych spotkała się z nad wyraz wyrozumiałym (odniosłem nawet wrażenie że pełnym ciepłej akceptacji) przyjęciem ze strony uczestników spotkania.
Bardzo ciekawy wątek dyskusji dotyczył myślenia „holistycznego” oraz próby uwalniania się od kategorii linearności w planowaniu strategicznym. Indukcja i dedukcja zdają się dziś wyraźnie przegrywać z lansowaną coraz mocniej abdukcją. Jeśli jednak do „konfliktów” biznesowych można dziś faktycznie stosować analogię rozmytych struktur wojny czwartej generacji, a znaczenie innowacji zdaje się wzrastać z każdym dniem, to może całą logikę dwuwartościową należy wysłać na przyspieszoną emeryturę. Może menadżerów kształcić dziś należy wyłącznie w oparciu o „Blink”, a koncerny farmaceutyczne zachęcać do masowej produkcji preparatów przyspieszających rozrost neuronów lustrzanych? Jeśli tak, to już niebawem nowym guru strategii, zarządzania i marketingu (wszystko w jednym) stanie się niejaki Dr House.
Tak na marginesie: serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom spotkania za niezwykle inspirującą dyskusję, a organizatorom za możliwość wzięcia w niej czynnego udziału. Wątpliwości, niepokoje i pytania o rolę, miejsce i kształt nowego podejścia strategicznego wskazują na to, że rozmowy takie są bardzo potrzebne i powinny się odbywać jak najczęściej.
1. Co możemy wiedzieć na temat marek, konsumentów, otoczenia rynkowego?
2. Co bazując na tej wiedzy powinniśmy czynić?
3. Czego w związku z tymi działaniami powinniśmy się spodziewać?
Atmosfera siedziby Lewiatana wydaje się sprzyjać zadawaniu takich pytań i jest doskonałą przestrzenią by próbować wspólnie poszukiwać na nie odpowiedzi. Dzięki spotkaniu zorganizowanemu jakiś czas temu (03.11.09) właśnie w tym miejscu przez redakcję magazynu THINKTANK, mogłem uczestniczyć w bardzo ciekawej dyskusji na temat dzisiejszego miejsca i roli strategii w zarządzaniu i marketingu.
Moderatorem był red. naczelny THINKTANKu – Maciej Kuźmicz, organizatorem zaś Paweł Rabiej – wydawca magazynu. Pomimo nietypowej pory (8.30) na spotkaniu pojawiło się liczne grono osób reprezentujących różnorodne branże. Punktem wyjścia do rozmowy był „Strategiczny podstęp” – książeczka co, do której mam dziś wiele uwag, wątpliwości i zastrzeżeń, ale jako spis zagadnień do dyskusji wciąż wydaje się aktualna.
Zacytowana w niej zasada niekompatybilności sformułowana przez I. A. Zadecha dobrze ilustruje kwestie dylematów decyzyjnym w chaotycznym, pełnym niepewności świecie dzisiejszych rynków:
Jeśli skomplikowanie systemu wzrasta, to nasza zdolność formułowania precyzyjnych i wciąż wiarygodnych stwierdzeń o jego zachowaniu zmniejsza się, a po przekroczeniu pewnego skomplikowania precyzja i wiarygodność wzajemnie się wykluczają.
To chyba właśnie próba ustalenia i opisu relacji pomiędzy tymi dwoma stanami: „wiarygodność” vs „precyzja” staje się największym wyzwaniem przy formułowaniu strategii działania. Wiarygodność, rozumiana również jako szansa wystąpienia określonych rezultatów podjętych działań jest tym trudniejsza do określenia, im więcej niepewności występuje w otoczeniu zewnętrznym. Wiarygodność ta maleje też wraz ze wzrostem liczby niewiadomych i znaków zapytania towarzyszących podjęciu decyzji (już sama ilość znaków zapytania jest dziś trudna do ustalenia).

Z drugiej strony, posiadamy dziś niezwykle precyzyjne narzędzia do liczbowego opisu i modelowania rzeczywistości biznesowej (zaawansowane analizy ilościowe, modele ekonometryczne) lecz o ile radzą sobie one z detalicznym opisem wąskiego wycinka rzeczywistości, to okazują się zupełnie nieprzydatne (i niewiarygodne), jeśli na ich podstawie chcemy wyjaśniać szerszy kontekst lub przewidywać przyszłe zdarzenia. Stajemy więc przed dylematem: precyzyjny i niewiarygodny opis, czy godne-wiary ale zupełnie nieokreślone „przeczucia”, „intuicje”.
Wiele emocji w tym kontekście wywoływał (jak zwykle) problem traktowania wyników badań – szczególnie w odniesieniu do posługiwania się ich wynikami przy uzasadnianiu podejmowanych decyzji, czy przewidywaniu przyszłych zachowań klientów. Postawiona przeze mnie (i prowokacyjnie uskrajniona) „diagnoza” nieprzydatności badań marketingowych spotkała się z nad wyraz wyrozumiałym (odniosłem nawet wrażenie że pełnym ciepłej akceptacji) przyjęciem ze strony uczestników spotkania.
Bardzo ciekawy wątek dyskusji dotyczył myślenia „holistycznego” oraz próby uwalniania się od kategorii linearności w planowaniu strategicznym. Indukcja i dedukcja zdają się dziś wyraźnie przegrywać z lansowaną coraz mocniej abdukcją. Jeśli jednak do „konfliktów” biznesowych można dziś faktycznie stosować analogię rozmytych struktur wojny czwartej generacji, a znaczenie innowacji zdaje się wzrastać z każdym dniem, to może całą logikę dwuwartościową należy wysłać na przyspieszoną emeryturę. Może menadżerów kształcić dziś należy wyłącznie w oparciu o „Blink”, a koncerny farmaceutyczne zachęcać do masowej produkcji preparatów przyspieszających rozrost neuronów lustrzanych? Jeśli tak, to już niebawem nowym guru strategii, zarządzania i marketingu (wszystko w jednym) stanie się niejaki Dr House.
Tak na marginesie: serdecznie dziękuję wszystkim uczestnikom spotkania za niezwykle inspirującą dyskusję, a organizatorom za możliwość wzięcia w niej czynnego udziału. Wątpliwości, niepokoje i pytania o rolę, miejsce i kształt nowego podejścia strategicznego wskazują na to, że rozmowy takie są bardzo potrzebne i powinny się odbywać jak najczęściej.
czwartek, 5 listopada 2009
Pierwszy na światłach
Zakupiony niegdyś w celach najzupełniej prywatnych telewizor nie wiedzieć kiedy stał się przekleństwem. Zauważyłem, że niepostrzeżenie odbiornik zamienia się w przedłużenie świata pracy, tej samej, która pozwala mi uiszczać comiesięczny abonament.
Reklamy produktów finansowych oraz banków coraz bardziej infantylne en masse...Oto zamiast oglądać znakomitą ofertę kultury wyższej, produkowaną zgodnie z publiczną misją, uwagę moją w czasie skądinąd „wolnym” zaczęły przyciągać reklamy.
Szczególnie zaś zaintrygowały mnie reklamy produktów finansowych oraz banków, które wydają się być coraz bardziej infantylne en masse. Zarówno banki, jak i towarzystwa ubezpieczeniowe, a nawet nobliwe dawniej w komunikacji bony zadłużenia Skarbu Państwa, używać zaczęły nie tylko wyraźnie zdziecinniałej stylistyki, ale także coraz chętniej korzystać zaczęły z wizerunku samych dzieci jako głównych bohaterów.
Dzieci nie tylko rozmawiają w studio z celebrytami, czy trzymane na rękach tatusia rozkosznie ssą paluszek, ale też baraszkują z ubezpieczeniowymi agentami sprzedającymi w prosty sposób zaawansowane produkty, czy gaworzą beztrosko w spotach radiowych na tematy finansowe jak najbardziej. Fakt, że oprocentowanie na lokacie „lośnie sybciutko”, a ikoną marki dużego gracza TU staje się niejaki Pikuś (przepraszam – Pan Pikuś) zaczęło mnie początkowo intrygować, później bawić, w ostateczności jednak poważnie niepokoić... WIECEJ NA GB.PL
Reklamy produktów finansowych oraz banków coraz bardziej infantylne en masse...Oto zamiast oglądać znakomitą ofertę kultury wyższej, produkowaną zgodnie z publiczną misją, uwagę moją w czasie skądinąd „wolnym” zaczęły przyciągać reklamy.
Szczególnie zaś zaintrygowały mnie reklamy produktów finansowych oraz banków, które wydają się być coraz bardziej infantylne en masse. Zarówno banki, jak i towarzystwa ubezpieczeniowe, a nawet nobliwe dawniej w komunikacji bony zadłużenia Skarbu Państwa, używać zaczęły nie tylko wyraźnie zdziecinniałej stylistyki, ale także coraz chętniej korzystać zaczęły z wizerunku samych dzieci jako głównych bohaterów.
Dzieci nie tylko rozmawiają w studio z celebrytami, czy trzymane na rękach tatusia rozkosznie ssą paluszek, ale też baraszkują z ubezpieczeniowymi agentami sprzedającymi w prosty sposób zaawansowane produkty, czy gaworzą beztrosko w spotach radiowych na tematy finansowe jak najbardziej. Fakt, że oprocentowanie na lokacie „lośnie sybciutko”, a ikoną marki dużego gracza TU staje się niejaki Pikuś (przepraszam – Pan Pikuś) zaczęło mnie początkowo intrygować, później bawić, w ostateczności jednak poważnie niepokoić... WIECEJ NA GB.PL
poniedziałek, 2 listopada 2009
Kres magicznej „osobowości marki” i renesans zdrowego rozsądku?
Jacku,
dziękuję za komentarz do mojego wpisu o tanatologii marek. Listopad to czas refleksji na temat tych, którzy odeszli - stąd ta „tanatologia”. Bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie pali wówczas świeczek na grobach „zmarłych” marek? Z drugiej strony, to dziwne skoro podobno mają one „osobowość” – powinny więc się dorobić choćby symbolicznych cmentarzy – przecież nawet zwierzęta mają dziś cmentarze.
Groteska jest tym większa, że o ile z całą powagą mówi się o „narodzinach” marki i „tworzeniu” jej osobowości, o tyle nikt raczej poważnie nie zastanawia się nad ich śmiercią – nad tym czy istnieje np. nieśmiertelna dusza” marki, czy jakiś rodzaj życia po życiu.
W zasadzie na temat „duszy marki” czy „duszy firmy” też niewiele się mówi (co prawda Drucker w latach 60-tych używał np. określenia „duch organizacji” ale raczej w znaczeniu dobrych praktyk czy sposobów motywacji). Wspomina się co prawda o DNA marek sugerując, że są one jakoby formą życia, a poza „osobowością” używa się określenia „charakter”. Z rzadka jednak pojawia się „brand spirit” – a i to chyba raczej w formie żartu niż „poważnego, teoretycznego” namysłu.
„Osobowość” marki to fenomen względnie nowy. W zasadzie należy chyba taką „osobowość’ traktować jako przedłużenie i konsekwencje XIX wiecznej koncepcji „osobowości prawnej” korporacji. W USA z orzeczenia Sądu Najwyższego 1886 uznano, że korporacje należy traktować jak „osoby”, a zatem przysługują im prawa do właściwego procesu sądowego i równej ochrony wobec prawa. J. Bakan w książce „Korporacja. Patologiczna pogoń za zyskiem i władzą” przywołuje znamienny przykład z 1908 roku, kiedy monopolistyczny telekom AT&T (American Telephone & Telegraph) rozpoczyna pierwszą kampanię reklamową, której celem jest zdobycie sympatii, wręcz miłości ogółu mieszkańców Stanów. W kampanii korporacji przypisane zostają cechy człowieka – ma to na celu odparcie podejrzeń, że może ona być „bytem bezdusznym i nieludzkim” [Bakan, s. 26]. Następnie AT&T chce być postrzegane jako „przyjaciel i sąsiad”. Tego samego zabiegu użyje później GM, GE czy Goodyear. Komunikacyjna strategia kreowania „osobowości” firmy zdaje się działań niezgorzej więc zaczyna być stosowana również wobec marek. Dziś wydaje się oczywistością.
Konsumentowi, jako odbiorcy często bardzo trudno dziś zidentyfikować nadawcę – wielokrotnie nie ma on najmniejszego pojęcia o tym, że np. za swojsko brzmiącą nazwą produktu spożywczego kryje się międzynarodowy koncern. Marka, ze swoją „osobowością” pozwala budować niemal „ludzką” relację z kupującym. I niejednokrotnie potrafi tej relacji nadużywać.
„Tożsamość marki”, „osobowość”, jej „charakter” i inne antropomorfizmy przypominają inne przejawy myślenia magicznego – markowe byty niewiele się wtedy różnią „strzyg”, „upiorów”, „demonów”, „leśnych bóstw” czy innych tworów zalęknionej (tym, co niezrozumiałe) ludzkiej wyobraźni. Status marek umiejscawianych jedynie „w umysłach konsumentów” niewielu zaś różni się od statusu bytu aniołów, bogów starożytnych mitologii, czy innych konstruktów myślowych właściwych dla skądinąd interesujących przeżyć mistyczno-religijnych.
Oczekiwanie racjonalizmu konsumenckich decyzji łączy się więc z oczekiwaniem by jednocześnie irracjonalnie wierzyli w duchy. Praktyka codzienna (kupowanie, konsumowanie) może być ujęta w karby racjonalnie dających się tłumaczyć mechanizmów i pobudek (cena, jakość, dostępność) ale wynikać powinna z nieracjonalnego kultu i wiary w byty ponadnaturalne. Chyba, że konsumowanie ma być formą „składania ofiary” utrzymującej kosmiczny Ład i Prawo, podtrzymującej samego Bytu istnienie?
Marki próbujące wypełniać duchową pustkę i nadawać sens poprzez wygłaszanie patetycznie brzmiących zaleceń moralnych są nie tylko śmieszne, ale wręcz żałosne. Takich marek pojawiło się jednak ostatnio nadspodziewanie wiele. Podobnie jednak, jak w religiach, ważne jest samo religo – bezrefleksyjne ‘poddanie’ się nakazom i zakazom ustanawianym przez markę – niewłaściwe ich wypełnianie może oddalać wizję „konsumpcyjnego zbawienia”.
Cieszę się Jacku, że przywołałeś weberowskie rozróżnienie na etykę „protestancką” i „katolicką”. Protestanci uważali, że człowiek interesu pozbawiony wewnętrznej dyscypliny i skrupułów jest nieprzydatny dla kapitalizmu. Sprawność w zawodzie, zawodowy obowiązek zrównuje Weber poprzez sumienność z obowiązkiem moralnym i powołaniem [M. Weber, „Etyka protestancka...”].
Zarobek mierny ale bezpieczny właściwy dla „przytulności” gospodarki opartej na tradycjonalizmie przeciwstawia zyskowi jako konsekwencji ryzyka, innowacyjności i bezwzględnej walki ducha nowoczesnego kapitalizmu. „Nie konsumować – ale zarabiać i oszczędzać” pod takimi słowami także dziś mogliby się pewnie podpisać Szwedzi czy Norwegowie.
To właśnie takie „nieludzkie” na pozór podejście do rzeczywistości (przepaść między Bogiem i stworzeniem, znikąd nadziei, osamotnienie czy świadomość, że i tak z góry część ludzkości została „wybrana”, a część skazana na potępienie), pozbawienie świata pierwiastka cudowności i pesymistyczny indywidualizm stało się zdaniem Webera u podstaw zawodowego sukcesu protestantów.
Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że kształtowane w tak radykalnym duchu marki nigdy nie musiałyby sięgać po atrapy abstrakcyjnej „tożsamości” czy „osobowości”. Wystarczałaby przecież rzetelność i indywidualna odpowiedzialność przedsiębiorcy oraz zaufanie do niego. Zaufanie opiera się zaś na sumie dotychczasowych uczynków drugiej strony i dotrzymywaniu przez nią składanych obietnic. I chyba stąd cały problem – jeśli jakiegoś podmiotu (np firmy) nie znamy, nie mieliśmy z nim wcześniej żadnych doświadczeń i w zasadzie nic o nim nie wiemy, to na jakiej podstawie możemy mu ufać? Pozostaje wyłącznie wiara – to ona zastępuje zdrowy rozsądek i doświadczenie (ale sam akt takiej wiary wcale nie oznacza od razu ‘wiary-godności’). Firmy bardzo często nadużywały naiwnej wiary w ciągu ostatnich lat. Używały w tym celu marek.
Dlatego też wydaje mi się, że instytucja marki opisywanej poprzez „tożsamość”, „osobowość” czy „charakter” właśnie się skończyła. Ponadto obecny kryzys (którego w Polsce podobno nie ma...) przyczynia się również do weryfikacji tego, co rozumiane jest jako oferowana przez marki „wartość”. Znowu dużo ważniejsze stają się rzeczywiste produkty i usługi – ich atrybuty, cechy fizyczne, funkcjonalność niż nieuchwytne obietnice wyrafinowanych „emocjonalnych” doznań i przeżyć.
Co ciekawe to właśnie takie brandy zdają się dziś radzić sobie najlepiej (przy wycenie wartości największe wzrosty w tym roku zanotowały takie marki Google, Apple, Zara, IKEA, Amazon.com, Heinz, czy Danone, a największe spadki: GE, Marlboro, Rolex, American Express, Axa, Ford, Starbucks, czy Harley Davidson). Może dużo bardziej opłaca się więc inwestować w ciągłe doskonalenie produktów i usług oraz markę samej firmy, niż w legendy, mity i wirtualne „wartości dodane”?
Umarła marka, niech żyją produkty i usługi!
Może w końcu styl, design, funkcjonalność, porównywalne właściwości i parametry użytkowe czy faktyczna innowacja okażą się znowu kluczem do sukcesu? Może „storytelling”, czy „osobowość” odzyskają właściwe miejsce w zarządzaniu marką – o ile mogą być dopełnieniem wizerunku marki, to nie powinny rościć sobie pretensji do zastępowania sensownej i realnej oferty, jaka się za nią kryje.
Gdyby okazało się to prawdą, to może zmienić się powinna również rola reklamy? Może znowu nastąpi moda na USP? Może część budżetów marketingowych z obszaru reklamy i PR przesunięte zostanie w stronę zaniedbywanych czasem pozostałych składowych marketing-mix? Osobiście nie mam nic przeciwko temu by producenci więcej inwestowali w R&D, lepszy serwis, czy bardziej komfortowe miejsca sprzedaży niż zasypywali mnie głupawymi spotami i ulotkami. Jako konsument stokroć wolę „przepłacić” za jakość i faktyczną troskę o moje potrzeby niż za słuchanie nawiedzonego bełkotu i nachalną, agresywną komunikację, której sobie nie życzę.
Bzdurne wydaje mi się założenie, że „udział w wydatkach” przekładać ma się jakimś cudem na mój „udział w zainteresowaniu” czy miłości do taniego badziewia. Jako konsument potrafię odróżnić miernotę od trwałości, a kicz od dobrego smaku. Bzdurna wydaje mi się teoria, że marka ma być „latarnią” pomagającą mi dokonywać wyborów na wzburzonym oceanie nadmiaru obfitości. I tak przecież większości tych ofert nawet nie biorę na poważnie pod rozwagę – skreślam z mojej „short listy” już na starcie. Jeśli niczym się nie różnią, to niech rządzi cena – zapłacę za mniej i za jak najwięcej i guzik mnie wtedy obchodzą jakiekolwiek „osobowości”. Absurdalny wydaje mi się podział na „marketing” i „sprzedaż’, gdzie ten pierwszy w dodatku sprowadzany jest jedynie do zarządzania agencją reklamową.
Mam też przekonanie, że z rynku znikać będą w przyspieszonym tempie wszelkie „marki” nie oferujące nic poza infantylną komunikacją w „prime time”. A jeśli nawet jakimś cudem dorobiły się nie tylko „osobowości”, ale wręcz „duszy”, to życzę im by błąkała się ona wiecznie w ciemnościach marketingowego Szeolu.
Tak na marginesie: wypełnienie postulatu rozwinięcia nowej dyscypliny: „tanatologii marek” wydaje mi się tym samym kwestią coraz pilniejszą.
dziękuję za komentarz do mojego wpisu o tanatologii marek. Listopad to czas refleksji na temat tych, którzy odeszli - stąd ta „tanatologia”. Bo chyba nikt o zdrowych zmysłach nie pali wówczas świeczek na grobach „zmarłych” marek? Z drugiej strony, to dziwne skoro podobno mają one „osobowość” – powinny więc się dorobić choćby symbolicznych cmentarzy – przecież nawet zwierzęta mają dziś cmentarze.
Groteska jest tym większa, że o ile z całą powagą mówi się o „narodzinach” marki i „tworzeniu” jej osobowości, o tyle nikt raczej poważnie nie zastanawia się nad ich śmiercią – nad tym czy istnieje np. nieśmiertelna dusza” marki, czy jakiś rodzaj życia po życiu.
W zasadzie na temat „duszy marki” czy „duszy firmy” też niewiele się mówi (co prawda Drucker w latach 60-tych używał np. określenia „duch organizacji” ale raczej w znaczeniu dobrych praktyk czy sposobów motywacji). Wspomina się co prawda o DNA marek sugerując, że są one jakoby formą życia, a poza „osobowością” używa się określenia „charakter”. Z rzadka jednak pojawia się „brand spirit” – a i to chyba raczej w formie żartu niż „poważnego, teoretycznego” namysłu.
„Osobowość” marki to fenomen względnie nowy. W zasadzie należy chyba taką „osobowość’ traktować jako przedłużenie i konsekwencje XIX wiecznej koncepcji „osobowości prawnej” korporacji. W USA z orzeczenia Sądu Najwyższego 1886 uznano, że korporacje należy traktować jak „osoby”, a zatem przysługują im prawa do właściwego procesu sądowego i równej ochrony wobec prawa. J. Bakan w książce „Korporacja. Patologiczna pogoń za zyskiem i władzą” przywołuje znamienny przykład z 1908 roku, kiedy monopolistyczny telekom AT&T (American Telephone & Telegraph) rozpoczyna pierwszą kampanię reklamową, której celem jest zdobycie sympatii, wręcz miłości ogółu mieszkańców Stanów. W kampanii korporacji przypisane zostają cechy człowieka – ma to na celu odparcie podejrzeń, że może ona być „bytem bezdusznym i nieludzkim” [Bakan, s. 26]. Następnie AT&T chce być postrzegane jako „przyjaciel i sąsiad”. Tego samego zabiegu użyje później GM, GE czy Goodyear. Komunikacyjna strategia kreowania „osobowości” firmy zdaje się działań niezgorzej więc zaczyna być stosowana również wobec marek. Dziś wydaje się oczywistością.
Konsumentowi, jako odbiorcy często bardzo trudno dziś zidentyfikować nadawcę – wielokrotnie nie ma on najmniejszego pojęcia o tym, że np. za swojsko brzmiącą nazwą produktu spożywczego kryje się międzynarodowy koncern. Marka, ze swoją „osobowością” pozwala budować niemal „ludzką” relację z kupującym. I niejednokrotnie potrafi tej relacji nadużywać.
„Tożsamość marki”, „osobowość”, jej „charakter” i inne antropomorfizmy przypominają inne przejawy myślenia magicznego – markowe byty niewiele się wtedy różnią „strzyg”, „upiorów”, „demonów”, „leśnych bóstw” czy innych tworów zalęknionej (tym, co niezrozumiałe) ludzkiej wyobraźni. Status marek umiejscawianych jedynie „w umysłach konsumentów” niewielu zaś różni się od statusu bytu aniołów, bogów starożytnych mitologii, czy innych konstruktów myślowych właściwych dla skądinąd interesujących przeżyć mistyczno-religijnych.
Oczekiwanie racjonalizmu konsumenckich decyzji łączy się więc z oczekiwaniem by jednocześnie irracjonalnie wierzyli w duchy. Praktyka codzienna (kupowanie, konsumowanie) może być ujęta w karby racjonalnie dających się tłumaczyć mechanizmów i pobudek (cena, jakość, dostępność) ale wynikać powinna z nieracjonalnego kultu i wiary w byty ponadnaturalne. Chyba, że konsumowanie ma być formą „składania ofiary” utrzymującej kosmiczny Ład i Prawo, podtrzymującej samego Bytu istnienie?
Marki próbujące wypełniać duchową pustkę i nadawać sens poprzez wygłaszanie patetycznie brzmiących zaleceń moralnych są nie tylko śmieszne, ale wręcz żałosne. Takich marek pojawiło się jednak ostatnio nadspodziewanie wiele. Podobnie jednak, jak w religiach, ważne jest samo religo – bezrefleksyjne ‘poddanie’ się nakazom i zakazom ustanawianym przez markę – niewłaściwe ich wypełnianie może oddalać wizję „konsumpcyjnego zbawienia”.
Cieszę się Jacku, że przywołałeś weberowskie rozróżnienie na etykę „protestancką” i „katolicką”. Protestanci uważali, że człowiek interesu pozbawiony wewnętrznej dyscypliny i skrupułów jest nieprzydatny dla kapitalizmu. Sprawność w zawodzie, zawodowy obowiązek zrównuje Weber poprzez sumienność z obowiązkiem moralnym i powołaniem [M. Weber, „Etyka protestancka...”].
Zarobek mierny ale bezpieczny właściwy dla „przytulności” gospodarki opartej na tradycjonalizmie przeciwstawia zyskowi jako konsekwencji ryzyka, innowacyjności i bezwzględnej walki ducha nowoczesnego kapitalizmu. „Nie konsumować – ale zarabiać i oszczędzać” pod takimi słowami także dziś mogliby się pewnie podpisać Szwedzi czy Norwegowie.
To właśnie takie „nieludzkie” na pozór podejście do rzeczywistości (przepaść między Bogiem i stworzeniem, znikąd nadziei, osamotnienie czy świadomość, że i tak z góry część ludzkości została „wybrana”, a część skazana na potępienie), pozbawienie świata pierwiastka cudowności i pesymistyczny indywidualizm stało się zdaniem Webera u podstaw zawodowego sukcesu protestantów.
Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że kształtowane w tak radykalnym duchu marki nigdy nie musiałyby sięgać po atrapy abstrakcyjnej „tożsamości” czy „osobowości”. Wystarczałaby przecież rzetelność i indywidualna odpowiedzialność przedsiębiorcy oraz zaufanie do niego. Zaufanie opiera się zaś na sumie dotychczasowych uczynków drugiej strony i dotrzymywaniu przez nią składanych obietnic. I chyba stąd cały problem – jeśli jakiegoś podmiotu (np firmy) nie znamy, nie mieliśmy z nim wcześniej żadnych doświadczeń i w zasadzie nic o nim nie wiemy, to na jakiej podstawie możemy mu ufać? Pozostaje wyłącznie wiara – to ona zastępuje zdrowy rozsądek i doświadczenie (ale sam akt takiej wiary wcale nie oznacza od razu ‘wiary-godności’). Firmy bardzo często nadużywały naiwnej wiary w ciągu ostatnich lat. Używały w tym celu marek.
Dlatego też wydaje mi się, że instytucja marki opisywanej poprzez „tożsamość”, „osobowość” czy „charakter” właśnie się skończyła. Ponadto obecny kryzys (którego w Polsce podobno nie ma...) przyczynia się również do weryfikacji tego, co rozumiane jest jako oferowana przez marki „wartość”. Znowu dużo ważniejsze stają się rzeczywiste produkty i usługi – ich atrybuty, cechy fizyczne, funkcjonalność niż nieuchwytne obietnice wyrafinowanych „emocjonalnych” doznań i przeżyć.
Co ciekawe to właśnie takie brandy zdają się dziś radzić sobie najlepiej (przy wycenie wartości największe wzrosty w tym roku zanotowały takie marki Google, Apple, Zara, IKEA, Amazon.com, Heinz, czy Danone, a największe spadki: GE, Marlboro, Rolex, American Express, Axa, Ford, Starbucks, czy Harley Davidson). Może dużo bardziej opłaca się więc inwestować w ciągłe doskonalenie produktów i usług oraz markę samej firmy, niż w legendy, mity i wirtualne „wartości dodane”?
Umarła marka, niech żyją produkty i usługi!
Może w końcu styl, design, funkcjonalność, porównywalne właściwości i parametry użytkowe czy faktyczna innowacja okażą się znowu kluczem do sukcesu? Może „storytelling”, czy „osobowość” odzyskają właściwe miejsce w zarządzaniu marką – o ile mogą być dopełnieniem wizerunku marki, to nie powinny rościć sobie pretensji do zastępowania sensownej i realnej oferty, jaka się za nią kryje.
Gdyby okazało się to prawdą, to może zmienić się powinna również rola reklamy? Może znowu nastąpi moda na USP? Może część budżetów marketingowych z obszaru reklamy i PR przesunięte zostanie w stronę zaniedbywanych czasem pozostałych składowych marketing-mix? Osobiście nie mam nic przeciwko temu by producenci więcej inwestowali w R&D, lepszy serwis, czy bardziej komfortowe miejsca sprzedaży niż zasypywali mnie głupawymi spotami i ulotkami. Jako konsument stokroć wolę „przepłacić” za jakość i faktyczną troskę o moje potrzeby niż za słuchanie nawiedzonego bełkotu i nachalną, agresywną komunikację, której sobie nie życzę.
Bzdurne wydaje mi się założenie, że „udział w wydatkach” przekładać ma się jakimś cudem na mój „udział w zainteresowaniu” czy miłości do taniego badziewia. Jako konsument potrafię odróżnić miernotę od trwałości, a kicz od dobrego smaku. Bzdurna wydaje mi się teoria, że marka ma być „latarnią” pomagającą mi dokonywać wyborów na wzburzonym oceanie nadmiaru obfitości. I tak przecież większości tych ofert nawet nie biorę na poważnie pod rozwagę – skreślam z mojej „short listy” już na starcie. Jeśli niczym się nie różnią, to niech rządzi cena – zapłacę za mniej i za jak najwięcej i guzik mnie wtedy obchodzą jakiekolwiek „osobowości”. Absurdalny wydaje mi się podział na „marketing” i „sprzedaż’, gdzie ten pierwszy w dodatku sprowadzany jest jedynie do zarządzania agencją reklamową.
Mam też przekonanie, że z rynku znikać będą w przyspieszonym tempie wszelkie „marki” nie oferujące nic poza infantylną komunikacją w „prime time”. A jeśli nawet jakimś cudem dorobiły się nie tylko „osobowości”, ale wręcz „duszy”, to życzę im by błąkała się ona wiecznie w ciemnościach marketingowego Szeolu.
Tak na marginesie: wypełnienie postulatu rozwinięcia nowej dyscypliny: „tanatologii marek” wydaje mi się tym samym kwestią coraz pilniejszą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
Kontakt: STANISZEWSKIkropkaMmałpaDŻIMEILkropkaKOM